środa, 18 lipca 2012

Przyszłość futbolu - pomieszanie z poplątaniem


Niegdyś sztywny podział ról na boisku. Napastnicy od wpychania futbolówki do siatki, pomocnicy od dostarczania jej w obręb pola karnego, obrońcy od tworzenia zasieków nie do przebycia dla rywali. Dziś: snajperzy potrafiący grać jak skrzydłowi i na odwrót, pomocnicy umiejący wypełniać rolę napastników oraz defensorów, boczni obrońcy szalejący na murawach niczym skrzydłowi i ci sami boczni obrońcy organizujący szczelny mur defensywy.

W finale Euro 2012 zagrały drużyny, które posiadały w swych kadrach piłkarzy najwszechstronniejszych. Prandelli nie tylko przestawił ustawienie swojego teamu, z początkowego 3-5-2 na 4-4-2, on również rozrzucał swoich podopiecznych po różnych sektorach boiska. Daniele De Rossiego widzieliśmy przecież na środku obrony, Giorgio Chellini biegał na lewej flance defensywy, a Emanuele Giaccherini wystąpił jako boczny defensor. Ponadto pomoc zazwyczaj złożona była z samych środkowych pomocników, stale wymieniających się pozycjami.

Vicente del Bosque w swej wizji piłki nożnej zaszedł jeszcze dalej i na boisku upchnął sześciu środkowych pomocników. Nie znalazł miejsca dla, choćby jednego klasycznego snajpera. System gry, który wzbudził tyle kontrowersji, dał Hiszpanii bezapelacyjne mistrzostwo. „La Furia Roja” ukazała najdoskonalsze oblicze futbolu totalnego. Każdy gracz potrafił rozegrać, zaatakować oraz błyskawicznie chronić dostępu do bramki w momencie utraty piłki.

Granica pomiędzy obroną a atakiem uległa niemal całkowitemu zatarciu. Obserwowaliśmy zawodników umiejących zarówno nacierać, jak i bronić. W ofensywnie ujrzeliśmy jedną ruchomą formację, będącą w ciągłym ruchu, bez ustanku przeobrażającą się, niezwykle ciężką w upilnowaniu. Kiedy zaś nie posiadała futbolówki przemieniała się w blok obronny, stosujący zwykle zaciekły pressing.

Zupełnie nowatorską rzeczą w systemie zastosowanym przez Del Bosque jest postać tzw. „fałszywej dziewiątki” (na turnieju tę funkcję spełniał Cesc Fabregas). Nietypowego napastnika, kogoś ustawionego najbliżej świątyni przeciwnika, aczkolwiek często schodzącego w głąb pola, krążącego między liniami, szukającego piłki, łamiącego zwarte szeregi defensywne rywala i stwarzającego wolną przestrzeń dla kolegów.

Owszem, można przywołać, chociażby pojedynek Węgrów z Anglikami z 1953 roku, kiedy to Nandor Hidegkuti odgrywał identyczną rolę, lecz obok niego biegali wybitni łowcy goli – Ferenc Puskas oraz Sandor Kocsis. Natomiast u zwycięzców Euro 2012 obok Fabregasa znajdowali się sami specjaliści od konstruowania akcji, a nie od ich wykańczania.

To, co kiedyś wydawało się nierealne, teraz staje się chlebem powszednim. W pierwszym międzypaństwowym meczu, Anglii ze Szkocją, w 1873 roku na murawie przebywało trzynastu napastników. Obecnie, Hiszpania podbiła Stary Kontynent armadą znakomitych pomocników, gdzie snajperzy nie mają po prostu racji bytu. Niewykluczone, że stoimy w przededniu wymierania graczy, zdolnych jedynie, choć w nawet najbardziej niekonwencjonalny sposób, wepchnąć piłkę do siatki. Taktyka pozbawiona fachowców wyłącznie od strzelania okazuje się, bowiem wyjątkowo skuteczna.

Już kilka lat temu Carlos Alberto Parreira przewidywał, że ustawienie bez typowych napastników zdominuje futbol. Pierwsze próby podjął w AS Romie Luciano Spalletti. Tam funkcję ostatniego żądła zespołu pełnił Francesco Totti, klasyczny „trequartista”, czyli ktoś grający pomiędzy linią pomocy a ataku.

Ustawienie, które śmiało można określić jako 4-5-1-0, zachwyciło Alexa Fergusona tak dalece, że ten postanowił przetestować je na własnym podwórku. Efekt: mistrzostwo oraz puchar Ligi Mistrzów. Blok ofensywny tworzyli wówczas Wayne Rooney, Carlos Tevez oraz Cristiano Ronaldo, lecz żaden z nich nie występował na szpicy. Z równie skutecznym rezultatem po ustawienie bez tradycyjnego „sępa” pola karnego sięgnął Josep Guardiola w Barcelonie.

Futbol na przestrzeni lat bezustannie ewoluuje. Taktyczne rewolucje zmieniały oblicze tej dyscypliny: od krycia strefowego użytego po raz pierwszy przez Brazylię w latach pięćdziesiątych, przez początki pressingu z lat sześćdziesiątych w wykonaniu Dynama Kijów, czy wreszcie wprowadzenia w latach siedemdziesiątych do terminologii piłkarskiej określenia „futbolu totalnego”.

Obecnie piłka kopana przeżywa prawdopodobnie zmianę najbardziej radykalną i szokującą. Kto wie, wkrótce być może na boiskach nie zobaczymy już zimnokrwistych snajperów, błyskotliwych dryblerów przeprowadzających huraganowe szturmy na skrzydłach bądź atletycznych kolosów tylko od obrony. Już niedługo próby systematyzacji gry na formacje, pozycje i ściśle przestrzegane role nie będą miały przypuszczalnie sensu.

Casus Hiszpanii pokazuje, że w cenie będą przede wszystkim uniwersalizm, wszechstronność, nieprzerwana wymienność, płynność między defensywą a atakiem. Na murawach przebywać będą wyłącznie zawodnicy doskonali w niemal każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. To przyszłość futbolu, czyli totalne pomieszanie z poplątaniem.

niedziela, 8 lipca 2012

Apologia klęski


Cel był jeden – wyjście z grupy. Nikogo nic innego nie interesowało. Nikt nic więcej nie zakładał. Przeszło dwa lat przygotowań zespołu Franiszka Smudy z tą jedną jedyną myślą, która tuż po losowaniu stawała się coraz bardziej realna. To, czego urzeczywistnienie miało być czystą formalnością, okazało się jednak ponad stan naszych kopaczy. W żenująco słabej grupie Polska zajęła ostatnie miejsce. Uciułała ledwie dwa punkty. Pogrążyli ją, tak rozpoznawalni w świecie, gracze jak: Dmitris Salpingidis oraz Petr Jiracek.

Tymczasem reakcja kibiców i mediów w kraju była zgoła odmienna od oczekiwanej. Zamiast zasłużonej krytyki usłyszeliśmy słowa pocieszenia i to przeklęte, powracające niczym mantra – „nic się nie stało”. To doprawdy niepojęte z jaką łatwością ferowano osądy uniewinniające naszą reprezentację. To doprawdy niewytłumaczalne jak z boiskowych przeciętniaków zrobiono bohaterów narodowych, a z trenerskiego naturszczyka wielkiego fachowca, którego niepodważalną pozycję ugruntował jeden fakt: dopiero w trzecim pojedynku walczyliśmy o wszystko, nie dane nam było oglądać meczu o honor.

Po raz kolejny, natomiast doświadczyliśmy typowego polskiego piekiełka. Przedturniejowe zakłamywanie rzeczywistości niepoważnym hurraoptymizmem, niezrozumiałe mydlenie oczu i pompowanie balonika euforii. Po klęsce szukanie czarownicy - głównego i jedynego winnego porażek - oraz okoliczności usprawiedliwiających fatalne wyniki. Lecz takowych okoliczności nie odnajdziemy nigdy. Mieliśmy, bowiem na tym turnieju wszystko, co potrzebne do osiągnięcia tego wymarzonego, maleńkiego sukcesiku: frajerską grupę, własną publiczność, przychylnych arbitrów.

Nawet spoglądając na drużynę narodową z pewną niefrasobliwością, nie znajdziemy żadnych argumentów, które mogą ją obronić. W kadrze Smudy można zakwestionować wszystko. Selekcjoner nie dał nam, choćby jednego powodu, dla którego moglibyśmy uwierzyć w sensowność jego wizji. Zarzuty wobec niego da się mnożyć w nieskończoność, pisać o błędach taktycznych, nadmiernej asekuracji, braku zmian w pierwszym boju, złym czytaniu gry, obawą przed podjęciem ryzyka, przywiązaniu do nazwisk czy złym przygotowaniu kondycyjnym.

Jeśli jednak ktoś uważa, że głównym winowajcą klęski na Euro był jedynie Franciszek Smuda, to jest w grubym błędzie. Proporcjonalną winę za klęskę ponoszą piłkarze. To od nich wymagamy, by na murawie zostawili pot, łzy, a nawet krew. By szarpali się z przeciwnikiem do utraty tchu. Tymczasem niczego takiego nie widzieliśmy. Sił starczyło, im na ledwie kilkanaście minut w każdym z pojedynków.

Kiedy na światło dzienne wypełzły ponadto przepychanki o premie, to naszym kopaczom łatwo zarzucić ambicjonalny minimalizm. Zawodnicy turniejem zwietrzyli szansę finansową. Szansa sportowa nigdy nie była brana pod uwagę.

Po blamażu z Czechami, nie tylko trener i jego podopieczni się zbłaźnili. Zbłaźniło się caluteńkie piłkarskie środowisko Polski. Zaprezentowało jarmarczny cyrk obwoźny, ukazujący galerię osobliwości, tym bardziej kuriozalnych, im częściej dochodzili do głosu publicznie.

Zaczęło się od Jakuba Błaszczykowskiego, który z oburzeniem mówił o problemach z biletami. Żarliwą perorę wygłosił chwilę po, troszkę mniej istotnej, przegranej z Czechami.

Franiszek Smuda przeniósł się w rzeczywistość alternatywną, twierdząc uparcie, że błędów nie popełnił i wszystko wykonałby jeszcze raz w identyczny sposób. Trzydniowa, dokonywana w pocie czoła, analiza występów na turnieju, jako przyczynę kompromitacji wykazała brak awansu i szczęścia.

Do głosu doszedł także naczelny trefniś dworu pezetpeenowskiego, Jerzy Engel. On z kolei zaskoczył szokująco celnym wnioskiem – gdyby spotkania trwały 45 minut, awans mielibyśmy pewny.

Tak oto narodowa klęska przemieniła się w narodowe święto. Wszak zdobyliśmy dwa punkty. Wszak nie byliśmy najgorszym gospodarzem w historii Mistrzostw Europy czy Mistrzostw Świata, odkąd wprowadzili fazę grupową. Gorsi byli jedynie Austriacy, którzy uciułali raptem jeden punkt. To bezsprzecznie sukces pełną gębą.

Prawdę powiedziawszy, to nasz futbol musiał upaść piekielnie nisko, by dwa remisy i porażkę uznać za dobrą monetę. A może po prostu polska piłka stoczyła się na tak fatalny poziom, że katastrofalne wyniki na Euro są tylko odzwierciedleniem jej słabości.

Dlatego też po meczach Polaków żałuję, naprawdę strasznie żałuję, jednej rzeczy. Że tak jak Smuda nie chłonąłem całym sobą każdej sekundy, jaką nasi zawodnicy spędzali na Euro. Że tak jak Smuda nie cieszyłem się jak dziecko, obserwując naszych piłkarzy rywalizujących na mistrzostwach i w dodatku remisujących spotkania. Dopiero teraz odkryłem to, co selekcjoner - w swej nieprzeniknionej mądrości - wiedział od dawna: drugiej takiej okazji, by zobaczyć Polskę na turnieju rangi mistrzowskiej, nie będzie długo.

niedziela, 1 lipca 2012

Geniusz szaleńcem podszyty


Gdyby trenował normalnie byłby jednym z najlepszych na globie piłkarzy. Gdyby zawsze był skoncentrowany na piłce, to niemal zawsze byłby najgroźniejszym graczem swego zespołu. Gdyby potrafił zachować zimną krew w trakcie pojedynków, większość z nich kończyłby z workiem goli.

Dla bramkarzy spotkanie oko w oko z Mario Balotellim - skupionym na grze, będącym w odpowiedniej formie strzeleckiej - to prawie stuprocentowa pewność nagłego zgonu. Przekonał się o tym Manuel Neuer, czyli chyba najbardziej utalentowany golkiper młodej generacji. Czarnoskóremu snajperowi Włoch w meczu z Niemcami wystarczyło zaledwie 21 sekund zabawy z futbolówką przy nodze, aby dwukrotnie użądlić śmiertelnie rywala.

Nie zawsze jednak zawodnik lądował na czołówkach światowych gazet z powodu wspaniałych występów i zdobytych bramek. Całe jego życie stanowi zbiór barwnych boiskowych i poza boiskowych historyjek oraz wydarzeń niekoniecznie przez niego kontrolowanych.

Syn imigrantów z Ghany, Thomasa i Rose Barwuah, porzucony i oddany pod opiekę rodziny zastępczej – Balotellich – wychowywał się w dzielnicy zamieszkałej przez białych. Mając 15 lat trafił na testy piłkarskie do Barcelony. Nie przeszedł ich pomyślnie i wrócił do Italii. Wylądował w Interze, gdzie pod okiem Roberto Manciniego rozwijał się w tempie błyskawicznym. W 2007 roku zadebiutował w pierwszej drużynie, licząc sobie raptem 17 wiosen. Trzy dni później zdobył dwie bramki. Został najmłodszym strzelcem mediolańskiej ekipy w Lidze Mistrzów (18 lat i 85 dni).

Piorunująca kariera wiązała się niestety ze szczeniackimi wybrykami. Balotelli wystąpił we włoskim programie telewizyjnym w barwach odwiecznego wroga – Milanu. Po półfinałowym boju z Barceloną, wygwizdany przez fanów, cisnął koszulką Interu o ziemię. Jose Mourinho oskarżał go o lenistwo i nieprzykładanie się do treningów. Ciągłe sprzeczki i kłótnie poskutkowały wykluczeniem z zespołu.

Złą passę odmienić miał transfer do Manchesteru City. Tymczasem tam ponownie pokazywał przede wszystkim tą niepokorną, rogatą duszę. Swoje pierwsze trafienie dla „The Citizens” chwilę później uczcił czerwoną kartką. Nazbyt agresywna gra napastnika, stała się prawdziwym utrapieniem dla Manciniego. „Super Mario” z boiska wylatywał jeszcze trzykrotnie. Dwa razy został zawieszony na kolejno trzy i cztery spotkania. Po bezpardonowym faulu na Scott'cie Parkerze federacja angielska rozważała zawieszenie nawet na dziewięć gier. 
Niewiele brakowało, by czarnoskóry zawodnik z Półwyspu Apenińskiego dosłownie wysadził szatnię angielskiego klubu w powietrze. Awanturował się z prawie każdym. Z Serbem Kolarovem o wykonanie rzutu wolnego. Z Yaya Toure spierał się tak mocno, że rozdzielać podobno musieli ich koledzy.

Na treningach nie umiał założyć koszulki. Rzucał lotkami w jednego z juniorów. W ośrodku treningowym City zachwycił się automatycznie przesuwanymi drzwiami i nie mógł oprzeć się pokusie, żeby podjechać pod nie samochodem, po to, aby sprawdzić dokąd sięgają czujniki ruchu.

Jeszcze ciekawszych rzeczy dokonywał poza boiskiem. Dziecinnym szaleństwom nie było końca. Dwa tygodnie po transferze do Anglii rozbił auto. Kiedy dociekliwy policjant pytał się, dlaczego wozi ze sobą dużą sumę pieniędzy – 5 tysięcy funtów – gwiazdor wycedził: „Bo jestem bogaty”.

Pojechał do włoskiego kobiecego więzienia w Brescii, twierdząc, że chciał się tylko rozejrzeć. Zmienił własny ogród w tor wyścigowy dla quadów. Jak potrzebował deski do prasowania, to udał się do sklepu i wrócił z… qudem, trampoliną oraz stołem do ping-ponga.

Robiąc zakupy w jednym z centrów handlowych zachwycił się miejscowym magikiem tak bardzo, że zaprosił go do domu, by ten nauczył gracza wszystkich sztuczek. 36 godzin przed derbowym pojedynkiem z drużyną Alexa Fergusona zrobił pokaz fajerwerków w łazience, po czym musiał uciekać z płonącego mieszkania. Dodajmy, w derbowym pojedynku wcelował do siatki dwukrotnie.

Gdy otrzymał nagrodę dla najbardziej uzdolnionego juniora, wypalił, że wyłącznie jeden z poprzednich zdobywców tego wyróżnienia jest od niego lepszy – Lionel Messi. Potem zastanawiał się kim jest Jack Wilshare, którego wyprzedził w bezpośredniej rywalizacji o nagrodę.

Balotelli nie dawał o sobie zapomnieć w swojej ojczyźnie. Debiutując w młodzieżowej reprezentacji Włoch strzelił gola. Pojechał na Mistrzostwa Europy do lat 21, pokonał bramkarza Szwecji i parę minut później dostał czerwoną kartkę. Kiedy Andrea Stramaccioni został szkoleniowcem Interu, wpadł na konferencję po to, aby uścisnąć mu dłoń.
Tuż przed Euro w Polsce i Ukrainie zapowiedział, że zabije każdego, kto zacznie rzucać w niego bananami. Na samym zaś turnieju dotychczas zademonstrował swój firmowy repertuar. Na treningach przeważnie leniuchował (zabawy z chorągiewką obiegły całą Europę). Gdy wybiegł po raz pierwszy na murawę stadionu w Warszawie wiszący nad boiskiem telebim urzekł go na tyle, że postanowił dokopać do niego piłkę.

W pierwszych dwóch meczach nie wprawiał w zachwyt. Truchtał jedynie, jakby oderwany od rzeczywistości, w której się znalazł, myślami będąc daleko poza grą. Kiedy wreszcie oczarował, strzelając urodziwą bramkę Irlandii, próbował wyładować złość na selekcjonerze, który pominął go w wyjściowej jedenastce.

Dopiero bój z Niemcami dał odpowiedź, jak wybitnym jest futbolistą. Jeśli tak wielu widzi w osobie Balotelliego napastnika kompletnego, to dlatego, że posiada ku temu cechy niezbędne: wysoki, dobrze zbudowany, silny, a przy tym zwinny, piekielnie szybki, z doskonałą techniką i uderzeniem. Mourinho stwierdził niegdyś: „Gdyby wkładał w treningi 50 procent wysiłku, byłby już dziś jednym z najlepszych piłkarzy na świecie”. Wtóruje mu jego obecny opiekun w klubie: „Jeśli Mario nie będzie najlepszym zawodnikiem na świecie, to tylko na własne życzenie”.

Największy talent Italii, największa nadzieja Włochów to jednak nieuleczalnie nieobliczalny przypadek. Osobowości szalonego Włocha nie byliby w stanie rozgryźć nawet najwybitniejsi psychologowie. Zagłębiając się bowiem w zakamarki jego umysłu odnaleźlibyśmy zapewne nieustanną transmisję myśli, nieskomplikowaną i prostą w swej złożoności, lecz niewytłumaczalną, bo przesyłaną w systemie nieznanym ludzkości.

W jednej sekundzie Balotelli potrafi wprawić przeciwnika w osłupienie i oczarować wszystkich, by w następnej zupełnie się ośmieszyć. W meczach zazwyczaj ukazuje dwa oblicza – wielkiego gracza i słabego człowieka. Każdy ruch na murawie, każde dotknięcie piłki, każdy gest czy reakcja zlepiają w sobie fenomen oraz nieudolność.

Poza boiskiem fanom futbolu zapewnia trywialną i niewybredną rozrywkę. Na murawie w jednym momencie może być bohaterem, a w kolejnej błaznem. Kiedy, natomiast tylko zechce, dostarcza sztuki piłkarskiej najwyższych lotów, godnych jedynie takich wirtuozów, jak Ronaldo czy Messi. To doprawdy geniusz szaleńcem podszyty.

niedziela, 24 czerwca 2012

Paulo Bento, cichy bohater Portugalii



Selekcjonerem Portugalii został trochę przez przypadek. 20 września 2010 roku po katastrofalnym początku kwalifikacji do Mistrzostw Europy prezes tamtejszej federacji zwolnił Carlosa Queiroza. Reprezentację chciano powierzyć Jose Mourinho, lecz, kiedy ten odmówił, rozpoczęto poszukiwania odpowiedniego kandydata. Bento nie był pierwszym i oczywistym wyborem. W ciągu 4-letniej pracy w Sportingu Lizbona wielokrotnie krytykowany był za nazbyt defensywny i zachowawczy styl gry.

Przejmował schedę po Queirozie, w klimacie wszechobecnego pesymizmu i niezbyt wygórowanych oczekiwań. Niedawny asystent Alexa Fergusona w Manchesterze United doprowadził drużynę narodową na skraj upadku. Ta po dwóch kolejkach meczów eliminacyjnych zajmowała przedostatnie miejsce w grupie, z zaledwie jedynym punktem – remis u siebie z Cyprem 4:4 i wyjazdowa porażka z Norwegią 0:1.

To czego dokonał w krótkim czasie młody i niespecjalnie doświadczony trener przerosło najśmielsze przewidywania nawet jego najzagorzalszych zwolenników. Portugalia zanotowała pasmo pięciu zwycięstw. Pozwoliła się pokonać dopiero Danii i trafiła do baraży. Tam z dużą łatwością rozprawiła się z Bośnią i Hercegowiną (0:0 i 6:2 na własnym stadionie).

Podobną historię Bento przeżył w Sportingu. W połowie sezonu 2005/2006 został mianowany tymczasowym opiekunem. Szkoleniowiec, który wcześniej prowadził wyłącznie sekcję młodzieżową (zdobył z nią mistrzostwo kraju), miał dotrwać na stanowisku do końca ligowych zmagań i wrócić do trenowania juniorów. Tymczasem wiosną odniósł jedną z najbardziej pamiętnych serii w dziejach klubu – dziesięć wygranych z rzędu, co w efekcie przyniosło niespodziewane wicemistrzostwo. Metamorfoza jakiej dokonał w ekipie była dla prezesów tak zadziwiająca, że ci postanowili mu zaufać i pozostawić go na następny sezon.

Zespołem kierował jeszcze przez trzy lata. Stał się drugim najdłużej pracującym oraz drugim najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach klubu. Zyskał przydomek „Papa-tacas”, co znaczyło „zjadacz pucharów”. Ze Sportingiem dwukrotnie triumfował w pucharze oraz superpucharze kraju i raz w pucharze ligi.

Bił różne klubowe rekordy: po raz pierwszy od 1974 roku sięgnął po trofeum w dwóch kolejnych sezonach, po raz pierwszy od 1962 w trzech sezonach z rzędu plasował się w czołówce ligi, po raz pierwszy od 1987 zakończył rozgrywki bez domowej porażki. W wieku 38 lat został piątym w Portugalii szkoleniowcem, który rok po roku wygrywał krajowe puchary i pierwszym w historii lizbońskiej ekipy, który obronił superpuchar. Po jego wodzą ponadto rozbłysnęły dzisiejsze gwiazdy: Miguel Veloso, Joao Moutinho i Nani.

Przygoda Bento w Sportingu nie była jednak tak do końca piękna. Nie udało mu się przede wszystkim zdobyć mistrzostwa – czterokrotnie zajmował drugie miejsce. Nienajlepsze wyniki uzyskiwał na arenie międzynarodowej. Fani zapamiętali głównie dotkliwe klęski z Bayernem Monachium w 1/8 finału Ligi Mistrzów – 0:5 oraz 1:7 – czy zawstydzający remis na własnym boisku z Ventspils 1:1 w Pucharze UEFA, po którym zrezygnował z posady.

W reprezentacji zawstydzające rezultaty odnotował w najmniej spodziewanym i zarazem bolesnym momencie – tuż przed turniejem w Polsce i Ukrainie. Podział punktów z Mołdawią oraz przegrana 1:3 z Turcją pogorszyły wówczas już i tak fatalną atmosferę. Kibice wygwizdali zawodników, a prasa nie szczędziła selekcjonerowi słów krytyki. Dziennikarze stwierdzili, że nie kontroluje on sytuacji w kadrze, że pozwala swoim podopiecznym na zbyt dużą swobodę. Media szumnie informowały o nocnych eskapadach reprezentantów, m. in. Pepe i Nelson Oliveira widziani rano pod stadionem Benfiki, czy Ronaldo opuszczający późną porą restaurację w centrum Lizbony.

Dla portugalskich fanów te niepokojące wieści były wręcz szokujące. Dotychczas bowiem Bento dał się poznać przede wszystkim jako trener-dyktator, który nie boi się podejmować bezkompromisowych decyzji. Odkąd objął drużynę narodową zaprowadził w niej rządy twardą ręką.

Wykluczył z kadry charyzmatycznego przywódcę formacji defensywnej Ricardo Carvalho oraz etatowego prawego obrońcę Jose Bosingwę. Futbolista Realu Madryt wyleciał, bo opuścił przedwcześnie zgrupowanie. Kiedy dowiedział się, że nie wystąpi w najbliższym pojedynku, w trakcie treningu wsiadł w samochód i wrócił do domu. Afera rozlała się na całe państwo. Oburzony szkoleniowiec mówił o zdradzie i więcej razy piłkarza nie powołał. Znamienne, że pozostali kadrowicze zdecydowanie opowiedzieli się za selekcjonerem.

Dziś wszelkie chryje i skandale odeszły w niepamięć. Portugalia wtargnęła do strefy medalowej. Zespół zachwyca nie tylko doskonałymi wynikami, ale także urzeka wytrawną grą. Najmłodszy portugalskiej trener prowadzący reprezentację na turnieju rangi mistrzowskiej, zmienił ją ze zdemoralizowanej, rozlazłej i wypchanej gwiazdorami w solidny kolektyw, wypełniony graczami sumiennie harującymi dla dobra drużyny. Team wielkich indywidualności przemienił w wielki zespół, grający z niebywałym pietyzmem o niuanse taktyczne, zabójczo konsekwentnym i pragmatycznym, w ofensywie bazującym na umiejętnościach Naniego oraz Cristiano Ronaldo.

Największym osiągnięciem obecnego dowódcy Portugalii było właśnie maksymalne wykorzystanie potencjału tego ostatniego. Zawodnik, który w Realu nękał rywali seriami goli niespotykanymi nigdy wcześniej w futbolu, przyjeżdżając na zgrupowania, tracił jakby swoją naturalną łatwość do znęcania się nad przeciwnikami. Za kadencji Bento piłkarz powrócił do swojej normalnej dyspozycji strzeleckiej, w 18 grach trafiając do siatki 12 razy (prawie połowa bramek zdobytych dla ojczyzny). Najdroższy gracz świata wreszcie stał się liderem z prawdziwego zdarzenia. Do tej pory na ważnych turniejach zawodził. Na Euro 2012 po nieudanym początku, olśniewa coraz bardziej, wyrastając na gwiazdę numer jeden.

W środę Paulo Bento czeka mecz życia. Być może najważniejszy w jego karierze bój. Pojedynek o finał Mistrzostw Europy. Każdy Portugalczyk życzy sobie powtórki z rozrywki. Niespełna dwa lata temu Portugalia w sparingowym spotkaniu rozbiła Hiszpanię 4:0. Jeśli teraz dokonają podobnego wyczynu, Bento nie będzie już tylko cichym bohaterem. Będzie bohaterem narodowym.

niedziela, 17 czerwca 2012

Ciszej nad tą trumną



Miało być miło, pięknie oraz bezproblemowo. Polacy do Wrocławia jechali w nastrojach niebywałych, euforia w kraju zrodziła się niespotykana, wśród dziennikarzy i ekspertów zapanował niecodzienny optymizm. Dziś wiemy, że zabrakło tylko jednego – umiejętności.

Za słabi na kiepską Grecję, z którą szczęśliwie zremisowaliśmy. Za słabi na mocarną Rosję, która okazała się mizerna. Za słabi na przeciętnych Czechów, którzy w drugiej połowie nas zmiażdżyli. Ekipa Smudy nie wyszła z żenująco słabej grupy, pokazując dobitnie, jaki poziom reprezentuje polska piłka.

Mieliśmy na turnieju wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia sukcesu: wymarzona grupa, której trafienie było niemalże równoznaczne z trafieniem liczb w lotka, własną publiczność, przychylność sędziów i teoretycznie najlepszą drużynę od wieków. Trener miał ponad dwa lata na przygotowania, selekcję zawodników i dobór odpowiedniego systemu gry. Naszych piłkarzy nikt nie nękał, nie musieli się oni wykrwawiać w pojedynkach eliminacyjnych, mogli w skupieniu i spokoju szykować się do realizacji jednego założenia – awansu do fazy pucharowej.

Podsumujmy więc nasz występ na Euro 2012 w prosty sposób: 3 mecze, dwa remisy i jedna porażka, dwie strzelone bramki, trzy stracone. 30 minut dobrej gry z Grecją, druga połowa z Rosją oraz 20 minut z Czechami. To kategorycznie za mało, by móc współreprezentować plejadę najsilniejszych zespołów na Starym Kontynencie.

Nie zamierzam w tym miejscu rozwodzić się skrupulatnie nad błędami popełnionymi w trakcie przygotowań i samych mistrzostw (na to przyjdzie jeszcze czas). Błędami, które każdy trzeźwo patrzący na kadrę kibic widział od dawien dawna. Wystarczy stwierdzić, że Franciszek Smuda przez ponad dwa lata pracy nie zrobił nic. Kompletnie nic.

W mediach rozpoczęło się polowanie na czarownicę, czyli głównego winowajcę klęski. Piłkarze z kolei atakują związek, jakby tam chcieli szukać usprawiedliwienia własnych niepowodzeń. Przykre, że prasa usilne próbuje bronić zawodników: że wycisnęli z siebie maksimum, że wylali hektolitry potu. Tymczasem drużyna złożona z mistrzów Niemiec, graczy ligi niemieckiej, francuskiej, holenderskiej czy rosyjskiej mogła dać zdecydowanie więcej niż zaledwie kilkadziesiąt minut przyzwoitej gry.

Najbardziej przykre jest jednak to, że wnioski z totalnego blamażu nie zostaną pewnie wyciągnięte. Już teraz - jak po każdych wcześniejszych nieudanych mistrzostwach - mówi się, że za dwa, cztery czy dwadzieścia lat będzie lepiej, że tak naprawdę nic się nie stało. Jakże typowe dla naszego kraju. Lecz polski futbol nie umarł wczorajszego wieczoru. To nie jest takie proste, że jednym nieudanym turniejem przekreślimy oraz zaczniemy wszystko od nowa. On konał od dobrych kilkunastu lat. Dziś leży zakopany gdzieś głęboko i gnije. Czczym gadaniem oraz narodowym entuzjazmem próbowaliśmy tylko wskrzesić martwe truchło. Ciszej zatem nad tą trumną.

wtorek, 12 czerwca 2012

Antonio Di Natale, napastnik wyjątkowy



Wszedł na boisko w 56 minucie boju z Hiszpanią. Chwilę później wpisał się na listę strzelców. To był jego triumfalny powrót do reprezentacji po prawie dwuletniej przerwie. Za kadencji Prandellego zdążył przecież zagrać raptem 21 minut w przedturniejowym sparingu z Rosją. Dziś jest bohaterem całej Italii. Antonio Di Natale to napastnik wyjątkowy, zabójczo regularny i dojrzewający z wiekiem. Stanowi doskonałe odzwierciedlenie powiedzenia określającego jakość wina – im starszy, tym lepszy.

Jeśli dokładnie przyjrzymy się karierze Włocha, z łatwością dostrzeżemy jak niezwykłym jest piłkarzem. Do 24 roku życia tułał się po niższych klasach rozgrywkowych. W Serie A zadebiutował z Empoli w sezonie 2002/2003 dopiero w wieku 25 lat, czyli w momencie, kiedy wielu futbolistów ma już za sobą pokaźny bagaż doświadczeń. On na jakiekolwiek poważniejsze wyzwania czekał niewspółmiernie długo.

W reprezentacji zadebiutował jeszcze za czasów Trapattoniego, w październiku 2002 roku, mając na koncie ledwie kilka meczów w Serie A. Lecz zaistniał w niej tak naprawdę w 2007, a w 2008 pojechał na pierwszy ważny turniej – na Mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii. Miał wówczas 30 lat.

Na prawdziwą szansę w piłce klubowej czekał równie długo. W 2004 przeszedł do Udinese za 100 tysięcy euro. Potrzebował aż pięciu sezonów, by stać się gwiazdą numer jeden. Z każdym kolejnym poprawiał grę i skuteczność. Najpierw stworzył śmiertelnie groźny atak z Fabio Quagliarellą. Potem samodzielnie prowadził klub do sukcesów.

Ostatnie trzy lata w wykonaniu Di Natale to istny majstersztyk. Dwa tytuły króla strzelców, najlepszy piłkarz Serie A w sezonie 2009/2010. W niedawno zakończonym w klasyfikacji najskuteczniejszych snajperów miejsca ustąpił tylko Zlatanowi Ibrahimowiciowi i Diego Milito. A przecież mówimy o graczu, który nagrody i wyróżnienia uzyskiwał dobrze po trzydziestce. O zawodniku, który cały swój strzelecki potencjał wykorzystał mając dopiero 32 wiosny na karku.

Po pierwszą koronę króla strzelców sięgał w momencie, gdy jego drużyna rozpaczliwie walczyła o utrzymanie. Ostatecznie zajęła 15 miejsce w lidze, a Di Natale dał jej ponad połowę goli – 29 na 54. Druga korona, to perfekcyjna średnia – 0,78 bramki na mecz, co dało mu trzecią pozycję na Starym Kontynencie.

Wyjątkowość snajpera Udinese potęguje fakt, że pomimo 34 lat, czyli dla profesjonalnych futbolistów wieku już leciwego, pozwalającego myśleć wyłącznie o przejściu na emeryturę, on nadal się rozwija i staje się coraz dojrzalszy. W trzech ubiegłych sezonach zdobył więcej goli niż w poprzednich siedmiu. W latach 2002-2007 w 217 konfrontacjach trafiał do siatki 73 razy, a w latach 2009-2012 w 107 pojedynkach pokonywał bramkarzy przeciwnika 80-krotnie. Co więcej, w tym czasie w Europie lepszymi osiągnięciami firmują własne nazwiska jedynie Cristiano Ronaldo, Leo Messi, Mario Gomez oraz Radamel Falcao.

Nie byłoby tych wszystkich laurów oraz wspaniałych rekordów, gdyby nie zmiana pozycji, która okazała się przełomowa i kluczowa w dalszej karierze Włocha. Dawniej biegał po murawie jako mocno wysunięty do przodu lewoskrzydłowy, który często schodził do środka boiska. Od trzech sezonów występuje jako najistotniejsze żądło zespołu, jako środkowy napastnik. To doprawdy zachwycające, że w takim wieku potrafił tak diametralnie zmienić swój styl gry - z szybkiego i dynamicznego atakującego na zimnokrwistego snajpera. Mimo niedużego wzrostu i słabej muskulatury umiał zagrać na pozycji odwiecznie obsadzanej potężnymi atletami.

Choć nachwalić się, nim nie może jego obecny opiekun Francesco Guidolin, który stwierdził, że Di Natale „nie pochodzi z tego świata”, to w samej Italii jest piłkarzem krzywdząco niedocenianym. Mimo strzeleckich wyczynów godnych najznakomitszych na globie graczy, ustępował miejsca w kadrze innym. Nie otrzymywał powołań do reprezentacji nawet, kiedy Giuseppe Rossi i Antonio Cassano leczyli urazy.

To bez wątpienia szokujące, jak mało uwagi poświęcają media zawodnikowi, który ostatnimi czasy był skuteczniejszy od Ibrahimovicia czy Cavaniego. Z drugiej strony Di Natale pozostaje w cieniu wielkich gwiazd pola karnego nieco na własne życzenie. Przez osiem sezonów reprezentuje barwy niewielkiego klubiku, choć lukratywnych ofert od gigantów futbolu z pewnością mu nie brakuje. Tkwi na drugim planie również dlatego, że jest przede wszystkim królem swojej prowincji. Przed własną publicznością chłosta rywali z największą systematycznością – wpisywał się na listę strzelców w 27 spośród 33 ostatnich domowych pojedynków.

Teraz ma coś do udowodnienia. Na Mistrzostwa Europy pojechał tylko dzięki kontuzji Rossiego i strzeleckiej indolencji pozostałych atakujących. Był jednym z nielicznych, którzy nie zawiedli na mundialu w RPA (jedno trafienie ze Słowacją). Jedynym, który z niespotykaną wręcz na Półwyspie Apenińskim regularnością powiększał licznik bramek. Czy zatem dotychczasowy król lokalnego podwórka podbije Stary Kontynent ? Czy zawodnik, który w trakcie kariery dowiódł, że stanowi swego rodzaju tykającą bombę z opóźnionym zapłonem, eksploduje w końcu na wielkim turnieju ?

niedziela, 10 czerwca 2012

Dr Jekyll i pan Hyde


Nieco ponad pięć lat oczekiwań na turniej. Trochę ponad dwa lata nadziei we Franciszku Smudzie i jego drużynie. Kilkaset dni przygotowań. Godziny treningów i meczów. Wszystko to ściśnięte w dziewięćdziesięciu minutach pierwszej próby, która miała dać odpowiedź na najbardziej palące pytania: jak reprezentacja jest przyszykowana do Euro 2012 ? na co ją stać ? jak wypadnie pierwszy poważny bój selekcjonera ?

Dziś, kiedy emocje już opadły, możemy z chłodnym i analitycznym tonem, stwierdzić, że dzień próby wypadł wręcz katastrofalnie. Pojedynek zaczął się od prawdziwego trzęsienia ziemi. Polacy błyskawicznie i sprawnie zepchnęli Greków do defensywy i równie błyskawicznie strzelili bramkę. Dominację z minuty na minutę tylko powiększali, a rywal na przerwę schodził poobijany i zraniony utratą jednego gracza.

To, co wydarzyło się w drugiej połowie ciężko racjonalnie wytłumaczyć. Nasza reprezentacja wychodziła na murawę pewna swego, wszystkie okoliczności jej sprzyjały: od szybko zdobytego gola, przez czerwoną kartkę dla przeciwnika, aż po trybuny wypełnione niemal w całości rodakami i arbitra, który gwizdał zawsze z myślą o gospodarzu. W drugiej połowie ponownie mieliśmy trzęsienie ziemi. Podopieczni Fernando Santosa, grając w osłabieniu, wyrównali już po siedmiu minutach. Potem nie wykorzystali doskonałej okazji do ostatecznego rozprawienia się z Polską. Rzut karny fantastycznie obronił Przemysław Tytoń.

Tak, oto byliśmy świadkami najbardziej niezwykłego z meczów otwarcia Mistrzostw Europy czy Mistrzostw Świata w historii futbolu. Widzieliśmy piłkarską sztukę przypadku najwyższych lotów, bój dwóch kiepskich zespołów, polsko-grecką tragedię w dwóch aktach, gdzie do głosu doszło wredne fatum – pojedynków otwierających turnieje gospodarze z reguły nie wygrywają, tym bardziej nie mogli „Biało-Czerwoni”, cierpiący na chroniczny uwiąd w pierwszych bojach o randze mistrzowskiej.

Lecz o losie głównego bohatera nie zadecydowało fatum. To błędne i uparte decyzje Smudy zaważyły na katastrofie w drugich 45 minutach. Po pierwsze, kompletnie niezrozumiały wybór zawodników formacji defensywnej. W konfrontacji z Grecją występowali obok siebie futboliści, z których jeden nie zagrał pełnego spotkania przez ostatnie dwa sezony, a drugi przez ostatnie trzy miesiące leczył złamaną rękę.

Po drugie, brak alternatywnych wariantów ofensywnych. Jedyną siłę rażenia w ataku stanowi Robert Lewandowski. W kadrze próżno szukać innego snajpera potrafiącego regularnie trafiać do siatki.

Po trzecie, nie mamy lidera z prawdziwego zdarzenia. Być może przydaliby się piłkarze z tzw. „charakterem”, których selekcjoner z taką łatwością eliminował, a, którzy umieliby zmobilizować kolegów w trudnych chwilach.

Kolejna sprawa to zła taktyka (zbyt ostre tempo w początkowej fazie gry) oraz złe przygotowanie kondycyjne do spotkania (naszym kopaczom sił starczyło raptem na pierwszą połowę).

Niewytłumaczalny był także brak zmian, oprócz wymuszonej przez czerwoną kartkę Wojciecha Szczęsnego, kiedy się o to wręcz prosiło. Szkoleniowiec udowodnił tym samym, że nie potrafi czytać gry i podejmować odważnych decyzji.

Najbardziej zatrważająca w tym wszystkim była jednak kuriozalna wprost metamorfoza jaką przeszła drużyna w ciągu, zaledwie 15 minut przerwy. Pokazuje to, że Franciszek Smuda stworzył nieprzewidywalny twór, który w jednym momencie umie wznieść się na wyżyny, by sekundę później upaść na samiuteńkie dno.

Piątkowy pojedynek ukazał dwa oblicza Polaków, książkowego pana Hyde’a w pierwszej połowie i dr Jekylla w drugiej. Pierwsza odsłona stanowiła, bowiem zupełne odstępstwo od normy, po raz pierwszy zobaczyliśmy ekipę, która przeciwnika chce za wszelką cenę zarżnąć, zniszczyć i unicestwić jakikolwiek promyk nadziei na dobry rezultat. Druga odsłona to powrót do codzienności, znowu oglądaliśmy zespół mizerny, bojaźliwy, bez pomysłu i werwy. Tak oto wspaniała okazja do zwycięstwa w mgnieniu oka została zaprzepaszczona i zmieniona w żenującą próbę obrony, choćby jednego punktu.

Równie żenujące stały się tłumaczenia trenera, który punkt z Grecją uznał za cenną zdobycz. Zapomniał, że mentalnymi zwycięzcami tego meczu są podopieczni Santosa, bo to oni odrobili straty, mimo osłabienia. Bo oni mogą mówić o pewnym niedosycie, mieli przecież rzut karny. Bo oni wreszcie następne spotkanie grają z przygniecionymi klęską z Rosją Czechami. My natomiast będziemy walczyć z mierzącymi w tytuł mistrza Europy rosyjskimi kolosami. Pan Hyde będzie zatem potrzebny w obu połowach.

niedziela, 3 czerwca 2012

A gdyby tak...



…puścić wodze fantazji i z niepoprawnie dużą dozą optymizmu spojrzeć na reprezentację dowodzoną przez Franciszka Smudę. Gdyby choć raz uwierzyć, mimo iż wierzyć w drużynę narodową przez tyle miesięcy było cholernie trudno. Gdyby dać się uwieść telewizyjnej nowomowie, widzącej w sparingach ze Słowacją i Andorą przejawy siły naszego zespołu.

Gdyby tak docenić ponad dwuletnią selekcję szkoleniowca i przymknąć oko na przypadkowość niektórych powołań. Gdyby puścić mimochodem stanowcze deklaracje selekcjonera o istocie regularnej gry piłkarzy, naturalizacji zawodników czy korupcyjnych powiązaniach. Deklaracje, które zostały rzucone na wiatr stosunkowo dawno i dziś mogłyby okazać się nieprawdą.

Gdyby tak pominąć fakt, że Sebastian Boenisch w ciągu ostatnich dwóch sezonów zagrał zaledwie 215 minut w Bundeslidze i 263 w trzeciej lidze w rezerwach Werderu. Gdyby zawierzyć trenerowi, że gracz będzie w odpowiedniej formie oraz dyspozycji fizycznej w pojedynku z Grecją.

Gdyby tak uwierzyć w zdolności obronne Perquisa i Wasilewskiego, którzy niczym skała nie skruszeją pod naporem rywali, mimo iż jeden wybiega na murawę z nie w pełni sprawnym łokciem, a drugi jest etatowym prawym defensorem. Gdyby przemilczeć brak ewentualnego zastępstwa dla obu i ufać, że nieopierzony młokos, Marcin Kamiński, który ledwie wskoczył do drużyny, będzie cenną alternatywą dla bardziej doświadczonych kolegów.

Gdyby tak, jak selekcjoner ujrzeć na środku obrony konkurencję wszechpotężną i uznać, że Michał Żewłakow, Arkadiusz Głowacki czy Marcin Komorowski w kadrze są zbyteczni. Gdyby dać wiarę słowom Smudy, który słabość Kamila Glika widział, choć ten nie wystąpił nawet minuty w dwóch sparingach. Którego słabości nie dostrzegają nawet włodarze AC Torino, chcąc wykupić go z Palermo oraz trenerzy, stawiając na niego przez niemal cały sezon.

Gdyby tak w snajperskich umiejętnościach Pawła Brożka i Artura Sobiecha odnaleźć pocieszenie, że w razie kontuzji supersnajpera z Dortmundu, będą stanowić jakiekolwiek zagrożenie pod bramką rywala.

Gdyby żywić nadzieję, że reprezentacja jest tak silna, by w jej kadrze nie znalazło się miejsce, choćby dla jednego kopacza z aktualnego mistrza Polski – Śląska Wrocław oraz wicemistrza – Ruchu Chorzów. Gdyby przyklasnąć szkoleniowcowi i stwierdzić, że przez te dwa lata nie musiał szukać innych środkowych obrońców, czy alternatyw dla Jakuba Warzyniaka oraz Roberta Lewandowskiego. Zdając sobie ponadto sprawę z tego, że Boenisch zamiast grać leczył kontuzję, a Brożek oraz Sobiech częściej niż boiska odwiedzali trybuny. Gdyby po raz kolejny podkreślić słabość Ekstraklasy i bezproblemowo wyjaśnić absencję Arkadiusza Piecha, najskuteczniejszego obok Frankowskiego Polaka w lidze. Gdyby niektóre powołania, jak trener, mierzyć miarą zasług oraz ledwie namacalnej obecności w zagranicznych klubach.

Gdyby tak na podstawie towarzyskich spotkań potwierdzić, że drużyna jest dobrze do turnieju przygotowana. Gdyby w dwu i pół letniej zabawie podopiecznych Smudy z przeciwnikami, dojrzeć realną siłę zespołu.

Gdyby tak uznać, że obecne ustawienie z jednym napastnikiem jest samowystarczalne dla naszej ekipy, bez względu na okoliczności i przebieg meczów na Euro. Gdyby założyć, że wariantów gry ofensywnej mamy co nie miara i, że ustawienie z dwoma napastnikami nie będzie konieczne nawet w sytuacji kryzysowej. Ustawienie, które selekcjonera przez tyle miesięcy pracy w ogóle nie interesowało.

Gdyby tak nieograniczonej dawki optymizmu poszukać w dortmundzkim tercecie, który w tym sezonie miażdżył w Bundeslidze wszystko, co napotkał, dając Borussi 41 goli i 34 asysty. Gdyby los reprezentacji powierzyć w ręce Wojciecha Szczęsnego, tak rewelacyjnie strzegącego bramki Arsenalu Londyn.

Gdyby tak uwierzyć w niewyczerpywalny fart Franciszka Smudy, który towarzyszył mu od zarania dziejów i towarzyszy nadal. Fart poświadczony zwłaszcza w momencie losowania grupy turniejowej, kiedy los nie mógł być dla nas łaskawszy i obdarować łatwiejszymi przeciwnikami.

Gdyby w końcu odwołać się do najwyższej piłkarskiej instancji, czyli przypadku, który przecież nabałaganił wyjątkowo w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Gdyby pofiglował sobie jeszcze w trakcie mistrzostw Europy i uczynił obronę Greków mniej szczelną, atak Rosjan mniej zawzięty, a zespół Czech bardziej przewidywalny.

Wszak futbol to taka piękna dyscyplina, o której jesteśmy w stanie wszystko powiedzieć i  niemal wszystko przewidzieć do momentu pierwszego gwizdka. Wówczas nic nie jest już tak pewne i oczywiste.