środa, 11 grudnia 2013

Tam, gdzie kopią lepiej niż w Polsce

Mawiają, że czasem trzeba upaść, by potem wstać. Polski futbol natomiast znajduje się w permanentnym upadku od dobrych paru lat, a wstawanie nie ma tutaj racji bytu. To czynność zupełnie nienaturalna, nawet wtedy, gdy upaść niżej już po prostu nie można i aż się prosi o to, aby wreszcie powstać z kolan. Zmarnieliśmy piłkarsko tak bardzo, że w rankingu FIFA wyprzedzają nas reprezentacje z naprawdę dziwnych państw.

Kiedy inne na wskroś egzotyczne kraje mozolnie pną się w górę w klasyfikacji i od czasu do czasu potrafią uraczyć swoich kibiców miłą niespodzianką, to u nas odejść o normy ciągłych porażek nie widać. Polski kibic przeżywa koszmar za koszmarem, a kolejne widowiska urządzane przez naszych kopaczy skutkują tylko bólem zębów. Choć rankingi nie grają, to wcale nie możemy mieć pewności, czy Polska w bezpośrednim starciu z Wyspami Zielonego Przylądka albo Haiti wyszłaby zwycięsko. W różnych osobliwych zakątkach świata sztukę kopania opanowali najwidoczniej na wyższym poziomie wtajemniczenia.

Haiti (73 pozycja w rankingu)

W styczniu reprezentacja Haiti zajmowała 39 miejsce w klasyfikacji FIFA. Nieźle, jak na drużynę z wyspy, którą w 2010 roku nawiedziło trzęsienie, które niemal zrównało ją z powierzchnią ziemi – zginęło przeszło dwieście tysięcy ludzi, pozbawionych domów zostało półtora miliona mieszkańców, a zrujnowanych prawie trzysta tysięcy budynków. Zniszczeniu uległy także stadiony i ośrodki treningowe - w stolicy, Port-au-Prince, nie było, choćby jednego boiska użytecznego do gry. Ponad trzydziestu graczy i ludzi związanych z tamtejszym futbolem odnaleziono martwych, a zespół ćwiczył na obiektach w Brazylii.

W państwie, gdzie piłkę nożną traktuje się jak drugą religię, to ona przede wszystkim przynosiła nadzieję na lepsze jutro. Dziennikarz Jean Pierre Étienne w wywiadzie dla BBC opowiadał: „Bardzo cierpieliśmy, lecz reprezentacja jest już gotowa. Życie toczy się dalej, a my musimy dalej oddawać się naszej pasji”. Kapitan ekipy kobiet do lat 17 przed kamerami CNN podkreślała: „Gdyby nie futbol, bylibyśmy niczym”.

Ale piłka nożna odegrała tam jeszcze jedną niezwykle istotną rolę – stała się swego rodzaju narodową terapią, nadawała sens życiu osób straszliwie dotkniętych kataklizmem. W rocznicę tego tragicznego wydarzenia swoje spotkanie rozegrały drużyny złożone z zawodników bez nóg lub rąk.

Na pozycji obrońcy wystąpił Francois MacKendy. Podczas trzęsienia został przysypany gruzem. Koledzy, by go wydobyć i ocalić, musieli odciąć mu nogę piłą do metalu. Dziś czerpie radość z futbolu: „To jest coś, co kocham. Coś, co daje mi teraz nowe życie” – mówił na łamach serwisu internetowego foxnews.com. Po przeciwnej stronie biegał pomocnik Bernard Noubert, którego rodzice zginęli w tym samym budynku, w którym on stracił nogę. W rozmowie z dziennikarzami agencji „Reuters” stwierdził, że jedynie piłka nożna pomogła mu przetrwać: „To najlepszy sposób, aby rozjaśnić moje serce”.

W rankingu wyprzedziła nas zatem reprezentacja z kraju zrujnowanego trzy lata temu przez trzęsienie. Która w tym roku nie wygrała żadnego meczu, w eliminacjach do mundialu w Brazylii odpadła już w przedbiegach – w drugiej rundzie, nie sprostała wtedy Antigui i Barnabie i zremisowała z Curaçao – a jedynym jej tegorocznym osiągnięciem wartym odnotowania był remis 2:2 z Włochami.

Libia (63 miejsce)

Jedynym jej sukcesem jest wicemistrzostwo Czarnego Lądu sprzed prawie pół wieku, o mundialu nawet tam nie śnili. W rankingu wyprzedziło nas państwo jednak nie tylko anonimowe pod względem piłkarskim, ale także, którego futbol ostatnimi czasy zdominowały zamieszki, zastraszenia i strzelaniny.

Przez 31 miesięcy, odkąd w 2011 roku w Libii wybuchła wojna domowa, nikt nie grał tam regularnie w piłkę. Reprezentacja występowała w okolicznych krajach, dopiero w czerwcu tego roku rozegrała pierwsze od dwóch lat międzypaństwowe spotkanie u siebie. Poprzedziły je wyjątkowe środki ostrożności. Wszystko kontrolowała policja i wojsko, na stadionie utworzono specjalne punkty kontrolne, gdzie, aby wykryć broń, używano nawet wykrywaczy metali.

Przez dwie wiosny libijskie zespoły nie brały udziału w żadnych ligowych rozgrywkach. Kiedy sezon miał wreszcie ruszyć pełną parą, to przerywano go kilkakrotnie, gdyż w kraju nadal nie było wystarczająco bezpiecznie. Najpopularniejszy i najpotężniejszy libijski klub Al-Ahly groził wycofaniem się z pierwszej ligi, bo jego trener oraz zawodnik zostali postrzeleni przez nieznanych sprawców, a wielu innych graczy otrzymywało pogróżki i życzenia śmierci.

Ale wszystko, co najgorsze - jeśli chodzi o futbol - Libia może mieć już za sobą. We wrześniu selekcjonerem drużyny narodowej został Javier Clemente, znany z prowadzenia w latach dziewięćdziesiątych reprezentacji Hiszpanii. W 2017 roku państwo będzie gospodarzem Pucharu Nardów Afryki i prawdopodobnie zainwestuje spore sumy pieniędzy w stadiony oraz w sam futbol. I wiele wskazuje na to, że Libia może nam uciec rankingu jeszcze bardziej.

Albania (57 pozycja)

Nigdy nie zagrała na turnieju mistrzowskim i nigdy nawet nie była bliska awansu. W eliminacjach do Euro 2012 wyprzedziła tylko Luksemburg, a w kwalifikacjach do poprzedniego mundialu okazała się lepsza jedynie od Malty. Nieco lepiej wiodło się jej w eliminacjach do przyszłorocznych Mistrzostw Świata w Brazylii, miała realne szanse na baraże, lecz do drugiej Islandii zabrakło ostatecznie 6 punktów.

Albańczycy kochają futbol, to najpopularniejsza dyscyplina w kraju, ale wolą obserwować mecze najlepszych europejskich lig niż własnej. Jeden z nich w wywiadzie dla Jonathana Wilsona z „The Guardian” wyjaśniał, że przeciętny obywatel tego państwa ogląda w ciągu weekendu około 9-10 spotkań, nie mając jednocześnie bladego pojęcia o potyczkach i rezultatach w rodzimej lidze.

Duży nacisk kładzie się tam na trenowanie młodzieży. Rozgrywane są krajowe mistrzostwa juniorów do lat 10, 12, 14, 16 oraz 18, a każdy klub pierwszej i drugiej ligi musi ponadto posiadać szkółkę piłkarską i odpowiednio rozwinięty program szkolenia.

Albańczycy baczniejszą uwagę zwracają na graczy spoza swoich granic - w różnych europejskich ligach gra aktualnie ponad dwustu albańskich zawodników – zwłaszcza po tym, jak wypuścili z własnych rąk takie talenty, jak Xherdan Shaqiri oraz Granit Xhaka, którzy woleli reprezentować Szwajcarię. Ostatnimi czasy jednak trend ten powoli się odwraca i w tamtejszej drużynie narodowej występują gracze, mający tyle samo wspólnego z Kosowem, Szwajcarią czy z Niemcami, co z Albanią. Obecnie toczą walkę o prawdziwą futbolową perłę – Adnana Januzaja.

To głównie z powodu chryi o Januzaja w tym roku było głośno o piłkarskiej Albanii. Zawodnik Manchesteru United urodził się w Brukseli, jego ojciec pochodzi z Kosowa, korzenie rodziców sięgają Albanii, a jego dziadkowie z kolei wywodzą się z Turcji. Może grać dla pięciu reprezentacji, równie dobrze nawet dla Anglii, w której mieszka od pięciu lat. 

Z nim w składzie Albania będzie jeszcze silniejsza, a już teraz przecież w losowaniu grup kwalifikacyjnych do Euro 2016 znalazłaby się w tym samym koszyku, co nasz zespół.

Kuba (47 miejsce)

We wrześniu ubiegłego roku Kuba plasowała się na 147 pozycji. Monstrualny skok wzwyż o kilkadziesiąt miejsc zawdzięczają udziałowi w Gold Cup oraz – tak jak w przypadku pozycji Haiti w rankingu – głównie dzięki zwycięstwom z niżej notowanymi rywalami. Na mundialu zagrała tylko raz, w 1938 roku. W mistrzostwach kontynentalnych jej największymi osiągnięciami są dwa ćwierćfinały – jeden z tego roku.

Mają tam jedną ligę, złożoną z ośmiu drużyn. Na wyspie brakuje boisk treningowych w dobrym stanie, a klubowe obiekty nie posiadają oświetlenia – spotkania ligowe rozgrywane są zazwyczaj w południe, w morderczym upale. Nie ma tam żadnych akademii futbolowych, dzieci uczą się piłkarskiego rzemiosła w szkolnych zespołach.

Piłka nożna to dopiero piąta najpopularniejsza dyscyplina w kraju, znajduje się za baseballem, koszykówką, siatkówką i lekkoatletyką. Choć sportem narodowym na Kubie jest baseball, to w trakcie Euro 2012 przez całą wyspę przetoczyła się futbolowa gorączka.

Jeszcze do niedawna w państwie obowiązywał zakaz transmitowania jakichkolwiek piłkarskich rozgrywek. Pierwszym międzynarodowym turniejem futbolowym, który pokazano w kubańskiej telewizji były Mistrzostwa Świata z 1998 roku. „Odkąd zaczęli puszczać mecze piłkarskie w telewizji, fanów tej dyscypliny ciągle przybywa. Teraz, to jest już nasza pasja” – opowiadał dla stacji BBC Carlos Mendez, lokalny taksówkarz.

I pomyśleć, że w rankingu FIFA kilkanaście miejsc wyżej od nas plasuje się trzykrotnie mniejszy kraj, gdzie w dodatku futbol nie cieszy się zbyt dużą popularnością.

Wyspy Zielonego Przylądka (39 pozycja)

Gdy Polska należała do drugiej dziesiątki świata, oni znajdowali się w drugiej setce rankingu. W ciągu tych paru lat role zupełnie się odwróciły. Nasza kadra poleciała w dół na łeb na szyję, a oni zanotowali niezwykły lot w górę o kilkadziesiąt pozycji. Jeszcze w maju 2010 roku ta afrykańska ekipa zajmowała 117 miejsce.

Niesamowitą podróż w piłkarskie przestworza zawdzięczają kontrolerowi ruchu lotniczego, który w tym roku po raz pierwszy zabrał ich na mistrzostwa kontynentu. Swój zawód wykonywał na wyspie Sal - jednej z dziesięciu tworzących państwo - przez prawie połowę swojego życia. Wieżę kontrolną zamienił na szatnię cztery lata temu. Lúcio Antunes, choć ma nikły futbolowy staż, to chwali się znajomością z Jose Mourinho. W grudniu ubiegłego roku spędził tydzień w Madrycie, podpatrując metody Portugalczyka, kiedy ten prowadził Real.

Wyspy Zielonego Przylądka to w ogóle jeden z najbardziej zadziwiających afrykańskich kopciuszków. Niespełna półmilionowe wyspy, oddalone od Czarnego Lądu o 500 kilometrów, dochowały się piłkarskiej reprezentacji, która plasuje się aktualnie na 39 pozycji. To miejsce, o którym nasze „Orły” mogą, póki co, jedynie pomarzyć.

Gorzej być nie może?

Podobno człowiek umiera, kiedy przestaje marzyć. Polska piłka, choć znajduje się w stanie agonalnym, nie przestaje snuć fantazji o lepszych czasach. Na razie to jednak tylko marzenia ściętej głowy i może lepiej spojrzeć za siebie.


Ostatnio równie spektakularny upadek w naszych rejonach rankingu odnotowały jedynie Uzbekistan i Dominikana. A tuż za naszymi plecami czai się Trynidad i Tobago, gdzie dyrektorem technicznym został Leo Beenhakker, sukcesywnie zmniejszają do nas dystans Białoruś oraz Demokratyczne Kongo, a półtoramilionowy, położony gdzieś w Afryce Gabon i niespełna 3-milionowa, leżąca wśród wód Morza Karaibskiego Jamajka tylko czyhają na nasze potknięcie. Upaść można z pewnością jeszcze niżej.

sobota, 7 grudnia 2013

Chile – przebudzony tygrys, ukryty smok

Pokonali Anglię na Wembley, trochę wcześniej nie dali się Hiszpanii, która remis dzięki bramce Jesúsa Navasa uratowała w doliczonym czasie gry. W fazie kwalifikacyjnej do przyszłorocznego mundialu znaleźli się na pudle, tracąc do drugiej Kolumbii jedynie dwa punkty, a do pierwszej Argentyny cztery. Jeszcze przed losowaniem mistrzostw Chilijczycy celowali w podium, a ich trener przekonywał, że jego podopiecznych stać na naprawdę wielkie rzeczy.

Szaleniec uczy sztuki piłkarskiej

Nie pojechali na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii - w eliminacjach znaleźli się na dnie grupy - oraz na turniej w Niemczech. Były obrońca Chile, Elías Figueroa w wywiadzie dla BBC Sport tłumaczył wówczas, że podstawowym problemem reprezentacji jest brak stałej tożsamości futbolowej. „Próbowaliśmy udawać Argentynę, naśladować Brazylię, kopiować grę Hiszpanii lub Niemiec. Nie było w tym żadnej ciągłości”. Do momentu, aż przybył „El Loco”.

Marcelo Bielsa trafił na idealnie podatny dla własnych śmiałych, piłkarskich teorii grunt. Przychodził do kraju bez konserwatywnych, zakorzenionych od dawna w świadomości ogółu futbolowych przekonań. Dostał czyściuteńkie płótno, które mógł zamalować piłkarską wizją szaleńca, na którym do woli mógł rozrysowywać swoje nieco ekscentryczne posunięcia taktyczne. Wreszcie poczuł się spełniony, bo nie wylądował w państwie, gdzie uporczywie zarzucali mu, że w pierwszym składzie nie wystawia Juana Romána Riquelme.

Lokalni fani nie wytykali mu, że niektóre z jego pomysłów były nad wyraz odważne. Raczej rozmiłowali się w futbolu spod ręki Argentyńczyka. Zachwyciła ich błyskawiczna, pełna werwy gra, nastawiona na zdecydowany atak. Otrzymał on zawodników przede wszystkim szybkich, dynamicznych, o nienagannej technice. I z tych atutów uczynił główną i bardzo niebezpieczną broń. Jego zespół stosował zatem wysoki pressing, od samego początku narzucał obłędny rytm oraz nieustannie szukał przewagi i sytuacji na skrzydłach.

Bielsa od razu do kadry wprowadził wielu obiecujących graczy młodzieżówki U-20, która sięgnęła w 2007 roku po brązowy medal mistrzostw globu. Ukształtował ich piłkarsko, a dzisiaj ta grupa dojrzewa w zastraszającym tempie. Alexis Sánchez, Arturo Vidal i spółka coraz  bardziej dochodzą do głosu w futbolowym świecie.

Stolica bielsizmu

Argentyńczyk śmiałymi koncepcjami oraz sporymi sukcesami – awans na mundial w RPA i wyjście z grupy - kupił sobie nie tylko wdzięczność Chilijczyków, ale także ich podziw. Przysłonił im cały świat. To wtedy rozpoczął się prawdziwy boom na styl gry Bielsy i jego metody pracy. Każdy klub w kraju chciał mieć szkoleniowca, który byłby wiernym wyznawcą „bielsizmu”.

To trwało nawet wtedy, gdy nie dowodził już Chile. Jego wpływ na tamtejszy futbol był tak duży, tak bardzo zakorzenił się w umysłach reprezentantów, że kiedy głównodowodzącym mianowano Claudio Borghiego, który wyraźnie odcinał się od filozofii poprzednika, to drużyna zaczęła ponosić wstydliwe porażki.

Seria nieszczęść rozpoczęła się na Copa America w 2011 roku, gdzie w ćwierćfinale uległa Wenezueli, a potem ciągnęła się w kwalifikacjach do mundialu, w których przytrafiło się jej, aż pięć przegranych w dziewięciu spotkaniach. I były to porażki naprawdę bolesne, jak wyjazdowe 1-4 z Argentyną i 0-4 z Urugwajem czy domowe 1-3 z Kolumbią.

„Chciał być mądrzejszy od Bielsy” – opowiadali miejscowi dziennikarze oraz kibice – i przypłacił za to surową cenę. Borghi przekonywał buńczucznie, że przed erą Argentyńczyka w Chile również grało się w piłkę, lecz za jego kadencji zespół notował blamaż za blamażem. Przed kamerami lokalnej stacji telewizyjnej stwierdził: „Styl Bielsy? A czym on jest? Trójka z tyłu i dwóch skrzydłowych. Bilardo zapoczątkował to w 1986 roku. W futbolu wymyślono już wszystko”.

Ubiegłoroczna dymisja na stanowisku selekcjonera nikogo nie zdziwiła. A podupadłe królestwo Argentyńczyka postanowił ratować Jorge Sampaoli, wierny kontynuator myśli swojego trenerskiego guru.

Bielsa dla ubogich

Prowadząc Universidad de Chile i w zasadzie kopiując taktyczne założenia ”El Loco”, sięgnął po trzy tytuły mistrzowskie z rzędu, zdobył puchar Copa Sudamericana (pierwszy chilijski klub, który tego dokonał od dwudziestu lat), dotarł do półfinału Copa Libertadores i ustanowił rekordowe 36-meczowe pasmo bez porażki.

Choć początki były dla niego trudne. Pomimo doskonałego startu z Universidad, cztery zwycięstwa i remis w pierwszych pięciu spotkaniach, nazywano go prześmiewczo „El Bielsa de los pobres”, co znaczy  - Bielsa dla biedaków.

Mimo to Sampaoli twardo obstawał przy swoim i sprawdzał w praktyce założenia wyciągnięte z piłkarskiej biblii Argentyńczyka: ultraofensywne nastawienie, wysoki i intensywny pressing, wymienność pozycji, gra wertykalna i akcje oskrzydlające. Na jego wzór ponadto wprowadził do Universidad system 3-4-3, nieraz przechodzący w 3-3-1-3 lub 3-1-4-2.

„Nie możemy bać się gry. Zawsze atakujemy szóstką graczy i bronimy się czwórką. Ofensywna szóstka stale wymienia się pozycjami, utrzymuje futbolówkę w ruchu i tworzy okazje podbramkowe. Czwórka zaś czeka i zamyka wolną przestrzeń, by potem łatwiej i skuteczniej odebrać rywalowi piłkę. Porządek czwórki z tyłu jest równie fundamentalny, co nieład szóstki z przodu” – wyjaśniał pomocnik Universidad, Matías Rodríguez. To wypowiedź, która - jak zauważył dziennikarz BBC Sport, Tom Vickery - mogłaby zostać wyjęta wprost ze słownika „El Loco”.

Być jak Marcelo Bielsa

Nieustanne porównania do Argentyńczyka zupełnie nie przeszkadzają obecnemu selekcjonerowi, który często podkreślał, że prowadzone przez siebie drużyny zawsze ustawia zgodnie z jego filozofią. Podobieństwa do Bielsy wykraczają jednak znacznie dalej. Sampaoli to identyczny maniak futbolowy i perfekcjonista. W klubowych siedzibach przesiaduje do godzin nocnych, nieprzerwanie analizuje, zmienia i wybiera najlepsze możliwe rozwiązania. Podobnie zresztą na ławce trenerskiej.

Poza boiskiem spokojny i zachowawczy, na murawie kipi porywczością, ciągłym tańcem przy linii bocznej, bezustannymi uwagami w kierunku sędziego. Zdarzało się już, że wylatywał w trakcie meczów na trybuny. Ale pojedynki piłkarskie to nie tylko jego żywioł, on umie zachować zimną głowę, na chłodno analizując wydarzenia boiskowe i wyciągając odpowiednie wnioski.

Wielokrotnie pokazywał, że zmianami personalnymi bądź taktycznymi potrafił odmienić losy spotkania. Jak chociażby w półfinałowym starciu Copa Sudamericana z Vasco da Gama. Kiedy przegrywał bitwę o środek pola i stracił bramkę, natychmiast dokonał korekty w ustawieniu. Defensywnie usposobionego pomocnika Lorenzettiego zastąpił grający zdecydowanie wyżej Rodríguez, co przyniosło ekipie Sampaoliego remis. Przed finałowym zaś bojem z LDU Quito nie bał się odejść od swojej sztandarowej trójki z tyłu na rzecz czwórki i formacji 4-4-2.

Czarny koń mistrzostw

Reprezentację przejął w grudniu 2012 roku, od tego czasu wygrał pięć, zremisował i przegrał po jednym spotkaniu eliminacyjnym. W ogóle, w trzynastu dotychczasowych meczach pokonany schodził jedynie dwukrotnie. Wziął drużynę, którą poprzednik zadusił zupełnym odcięciem się od taktyki i ustawienia Bielsy. Pod jego okiem przeszła jednak kontrolowaną metamorfozę, bo zgodnie z oczekiwaniami upodobniła się do drużyny Argentyńczyka.

Pod jego wodzą zespół Sáncheza, Vidala i spółki znowu urzeka i budzi postrach. Jeśli jednym tchem jako czarnych koni przyszłorocznego turnieju wymienia się Belgię, Bośnie czy Kolumbię, to tchu musi z pewnością starczyć jeszcze na wymówienie Chile. A wielu jest takich, którzy wyliczankę zaczęłoby właśnie od Chile. Zachwycili się ich występami, oni niewątpliwie przyklasnęliby stwierdzeniu, że oto widzieli ekipę mogącą sporo namieszać na mundialu, lecz jednocześnie przyznaliby, że to nie koniec możliwości tej reprezentacji, że zwyczajnie stać ją na znacznie więcej.


„Z tymi zawodnikami” – mówił przed kamerami BBC Jorge Sampaoli, po czwartym z rzędu zwycięstwie w kwalifikacjach do MŚ 2014 – „możemy z entuzjazmem pomyśleć, że stać nas na wielkie rzeczy”. Na razie obudzili w sobie zwierzę, ale, by osiągnąć cokolwiek na mistrzostwach, szczególnie w jednej grupie z Hiszpanią i Holandią, potrzebny będzie ogień.

środa, 4 grudnia 2013

Dziwne losy Petržalki

Czy można zdobywać mistrzostwo za mistrzostwem, by pięć lat później spaść do trzeciej ligi? Czy można w jednym sezonie roznieść w proch i pył Celtic Glasgow, zadziwić piłkarską Europę w Lidze Mistrzów, by po następnych sześciu walczyć o przetrwanie w regionalnych rozgrywkach? Odpowiedź brzmi twierdząco, a przykład pochodzi z pobliskiej Słowacji.

Kopciuszek na salonach

W trakcie swojej ponad stuletniej historii nazwę zmieniała piętnastokrotnie – sześć razy w ciągu ostatnich dwóch dekad. Ale dopiero z trzynastej zostanie zapamiętana na długie lata. Na futbolowej mapie Słowacji, a potem także i Starego Kontynentu, Artmedia pojawiła się niczym meteor na niebie. Szybko zabłysnęła na rodzimym podwórku – w 2004 roku wygrała krajowy puchar, pierwsze trofeum w 106-letnich wówczas jej dziejach, a sezon później triumfowała w lidze – lecz to w europejskich pucharach rozbłysnęła pełnym blaskiem.

Zespół z Petržalki, największej dzielnicy Bratysławy, stał się pierwszym z tego państwa, który dotarł do fazy grupowej Champions League. W dodatku, jako jedyny na kontynencie dokonał tego, startując już od pierwszej rundy eliminacyjnej. A pierwsze spotkanie wcale nie zwiastowało nadchodzących nocy pełnych magii i cudów.

Wyjazdowa porażka 0-2 z kazachskim FC Kairat Almaty niemal do zera redukowała szanse powodzenia. Artmedia dopiero w dogrywce wywinęła się spod topora eliminacji, choć do 120 minuty znajdowała się poza burtą Ligi Mistrzów. Z bramkarzem w roli środkowego pomocnika, biegającego na połowie rywala, wydarli awans w 121 minucie boju.


W następnej rundzie poprzeczka została zawieszona zdecydowanie wyżej, na niebotycznym zdawać by się mogło poziomie dla drużyny, która jak równy z równym szarpała się o promocję do dalszej fazy z przeciwnikiem równie anonimowym, to jeszcze pochodzącym z kompletnie egzotycznego pod względem piłkarskim Kazachstanu.

Celtowie rozbici

Nie wiadomo, na ile Celtic zlekceważył kopciuszka ze Słowacji, a ile w tym pojedynku było rzeczywistej siły Petržalki, ale przegrana 0-5 przeszła jako jedna z najmniej chlubnych kart w historii Szkotów. Dla podopiecznych Vladimíra Weissa z kolei noc 27 lipca 2005 roku była jedną z tych po prostu nie do zapomnienia, bo rzeczy niebywałej dokonała ekipa, której budżet – wielokrotnie niż od rywali - wynosił wtedy zaledwie dwa miliony euro.


Niezapomniane dla lokalnych kibiców stały się niebawem kolejne wieczory z futbolem. Jak ten, kiedy po zaciętych bojach z Partizanem - dwa bezbramkowe remisy – sprawa awansu do Champions League ważyła się w rzutach karnych. Koszmar jedenastek miał jednak pomyślny dla Słowaków koniec.

Tymczasem, to faza grupowa powinna być dla drużyny z Petržalki prawdziwym koszmarem, okresem jedynie do wymazania z pamięci. Dobrze wiemy, jak nieporadnie na tym szczeblu radzą sobie zespoły, które znalazły się tam bardziej z piłkarskiego przypadku i szczęścia niż rzeczywistej klasy sportowej. Mikroskopijne w skali europejskiego futbolu kluby okładane naręczem goli przez uznane firmy, o tej rundzie i chwilowej chwale pragną zapomnieć jak najszybciej. Chcą, żeby upokorzenie trwało krótko i miało możliwie najmniejszy wymiar bramkowy.

Dzieje Artmedii pokazują jednak, że to zespół zupełnie odmienny od pozostałych, zawsze podążający własnymi ścieżkami i robiący wszystko po swojemu. Oni o wielobramkowych chłostach nie chcieli nawet myśleć. Przyjęli nie tylko zdecydowanie mniejszą ilość pogromów – ujmę przynosi jedynie porażka 0-4 z Interem – ale także napsuli krwi Szkotom z Glasgow Rangers, z którymi dwa razy zremisowali i pokonali w Portugalii FC Porto 3:2. Jakby tego było mało, to w grupie zajęli trzecie miejsce, by przejść dalej zabrakło im raptem punktu. Wywalczyli za to promocję do pucharu pocieszenia – Pucharu UEFA. Tym razem historia nie posiadała już swego bajkowego wydźwięku i ulegli oni pierwszemu przeciwnikowi – Lewskiemu Sofia.

Pan od cudów

Nie byłoby zdumiewających osiągnięć Artmedii, gdyby nie Vladimír Weiss. Dawniej reprezentant Czechosłowacji, uczestnik Mistrzostw Świata w 1990 roku, na sukcesy klubu pracował równą dekadę. Najpierw jako asystent, a potem samodzielny szkoleniowiec.

Dzisiaj wiemy, że to trener sypiący niespodziankami jak asami z rękawa. Gdy wprawny iluzjonista z kapelusza wyjmował królika, on ze swoich drużyn wyciągał niespodzianki dużego formatu. A jego sztuczki były zazwyczaj najwyższych lotów. Z niepozornej Artmedii zrobił na Słowacji potentata. Kiedy maszerował po drugi tytuł, to na wiosnę nie przegrał, choćby jednego starcia - w 13 meczach, aż 11 razy schodził zwycięski, punktami podzielił się tylko dwukrotnie, łącznie wygrał 27 w sezonie.

Tego krajowego kolosa o nikłych, ledwo dostrzegalnych na Starym Kontynencie rozmiarach wprowadził do Ligi Mistrzów. To tam więc, w nieznanej Petržalce, najczęściej przywdziewał strój magika i czarował. Gdy wracał do ojczyzny po nieudanej przygodzie z Saturnem Ramienskoje, błyskawicznie, już w pierwszym sezonie sięgnął z nią po dublet. To stamtąd pochodzą najlepsze z jego piłkarskich sztuczek, to tam tworzył coś z niczego. Głównie dzięki niemu o marnej ekipie usłyszała cała futbolowa Europa.

Ale w zanadrzu miał jeszcze jednego asa w rękawie i powtórkę z rozrywki zafundował Weiss swoim rodakom na Mistrzostwach Świata w 2010 roku. Z przeciętną Słowacją pojechał na mundial do RPA, gdzie w osłupienie wprawił Włochów i świat, kiedy pokonał obrońców tytułu 3-2 i wywalczył awans z grupy.


Koniec bajki

Nie byłoby sukcesów Artmedii nie tylko bez Vladimíra Weissa, lecz także – a może zwłaszcza - gdyby nie Ivan Kmotrík i jego inwestycje. To od niego wszystko się zaczęło i to na nim wszystko się skończyło.
Bo kłopoty, z którymi sobie nie poradziła, zaczęły się właśnie w momencie, gdy swoje ostatnie słowo powiedział Kmotrík i wycofał się z finansowania drużyny. Od 1993 roku jej dobroczyńca, który dał jej życie i pozwolił oddychać pełną piersią, stworzył bowiem finansowe podwaliny pod przyszłe triumfy.

Wraz z jego odejściem, dla zespołu przyszły podłe czasy. Pierwszym, bolesnym ciosem było to, że postanowił sponsorować odwiecznego rywala z Bratysławy – Slovan. Drugim, stała się rezygnacja szkoleniowca, który urzeczywistniał marzenia nie do spełnienia.

Kolejne spadały już zewsząd, a klub się rozpadał. Uciekali z niego najwartościowsi zawodnicy, ponieważ nie otrzymywali wynagrodzeń – do samego Slovanu przeszło czterech. Zastępowali ich juniorzy, którym brakowało jakiegokolwiek doświadczenia. Zamknięty został stadion, forteca Petržalki nie do zdobycia, a ekipa za każdym razem musiała występować na wyjeździe, bo spotkania „u siebie” rozgrywała na obiektach oddalonych o kilkanaście kilometrów, na tych które akurat były wolne w Bratysławie.

Dla niewielkiego klubu, pozbawionego sponsora, znakomitego fachowca na ławce trenerskiej oraz najbardziej wartościowych graczy, to było zbyt wiele. Śmiertelny cios przeszył go w sezonie 2009-2010, kiedy widmo relegacji przybrało realną postać. A ostatecznie pogrzebał spadek do trzeciej ligi.

Wszystko, co zbudowano dzięki inwestycjom Kmotríka przez te piętnaście pięknych dla ekipy lat, wyparowało w jednej chwili, skończyło się jednym posunięciem właściciela, który zdecydował sprzedać swoje udziały.

Dziwny jest ten piłkarski świat

Siedem lat temu Artmedię oglądały tysiące fanów na stadionach San Siro czy Ibrox oraz miliony przed telewizorami. Dziś, na jej mecze w trzeciej lidze przychodzi niespełna tysiąc sympatyków. Obecnie, FC Petržalka gra na nowym obiekcie, mogącym pomieścić 1500 widzów. Stary, nie pamięta już czasów świetności swojego klubu, gdyż został wyburzony, a na jego miejscu powstały blokowiska oraz hotel.


Drużyna, którą w 2006 roku tylko jeden punkt dzielił od awansu z grupy Ligi Mistrzów do następnej rundy, w 2012 zawitała na peryferia słowackiego futbolu. Sześć lat wystarczyło, aby z europejskiej rewelacji przeobrazić się w zupełnego szaraka, by z krajowej potęgi stać się nic nie wartym, piłkarskim wrakiem. Futbolowe życie uplotło temu słowackiemu zespołowi doprawdy przedziwne losy. 

wtorek, 26 listopada 2013

Piłkarskie wojny (psychologiczne)


Jednym z ważniejszych wydarzeń zeszłotygodniowego, hitowego starcia pomiędzy Borussią Dortmund a Bayernem Monachium, oprócz strzelonych przez gości goli oraz niewykorzystanych szans gospodarzy, była rozgrzewka dwóch graczy ekipy Guardioli w tunelu Westfalenstadion. Mario Götze oraz Thiago odmienili pojedynek i trafieniem pierwszego oraz asystą drugiego przechylili szalę zwycięstwa na korzyść monachijskiej drużyny. Na usta ciśnie się więc, że to właśnie dzięki psychologicznej zagrywce hiszpańskiego trenera.

Diabeł tkwi w szczegółach

Oczywiście nie dowiemy się w jakim stopniu decyzja Guardioli, by jego dwaj podopieczni rozgrzewali się w ukryciu, wpłynęła na przebieg spotkania. Nie wiemy czy Götze po zwykłej rozgrzewce przy linii bocznej boiska byłby na nim mniej efektywny. Tak jak nie odgadniemy, ile w decyzji Hiszpana było taktycznej przebiegłości, mającej zaskoczyć Jürgena Kloppa, a ile troski o właściwe wejście w mecz młodego Niemca, którego przeraźliwe gwizdy mogłyby zdeprymować jeszcze przed wybiegnięciem na murawę.

Pierwszą opcję powinno się raczej włożyć między bajki, lecz wpływu drugiej nie można tak po prostu zbagatelizować. Futbol już dawno przestał być dyscypliną taktycznej powierzchowności, prostą rywalizacją dwudziestu dwóch chłopów prowadzonych przez dwóch zazwyczaj nieco bardziej sędziwych panów lub też zwyczajną grą, gdzie piłka jest okrągła, a bramki są dwie.

Dzisiaj, możemy ją raczej nazwać interdyscyplinarną dziedziną sportu, czerpiącą z dobrodziejstw bogatej palety nauk. Obecne futbolowe uniwersum mieści w sobie drobiazgowe analizy taktyczne, szeroką gamę boiskowych zadań przypisywanych zawodnikom, coraz gęstsze w liczby i słupki procentowe analizy statystyczne, a w najdrobniejszych detalach rozplanowuje się to, co w tej grze da się jeszcze zaplanować i nie podlega zupełnemu przypadkowi.

Jeszcze nigdy powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach nie nabrało w świecie piłki nożnej równie literalnego znaczenia. I to w nich siedział, harcował na murawie i pociągał za sznurki podczas sobotniego pojedynku niemieckich potęg. Tym razem diabeł miał twarz psychologa, co nie jest kompletną nowością i co zdarzało się wcześniej już wielokrotnie.

Angielskie „mind games”

Według Andy’ego Burtona, trenera mentalnego w klinice „The Sporting Mind”, futbol zdecydowanie bardziej otwiera się teraz na korzyści, jakie może mu przynieść psychologia sportowa. A jedną z jej ważniejszych twarzy są wojny słowne, nazywane w Anglii „mind games”, stały się nieodłącznym i niezwykle istotnym elementem wyspiarskiej piłki. Na łamach serwisu internetowego BBC Sport przywołuje on sytuację sprzed paru lat, z czasów, gdy Liverpoolem kierował Benitez, która zaważyła na układzie sił w tabeli i dowodzi ważności „mind games”.

Ekipa Hiszpana przewodziła ligowej stawce z bezpieczną, pięciopunktową przewagą nad Manchesterem United. Ferguson zwołał wówczas konferencję prasową, w trakcie której zaczął użalać się na godziny rozpoczynania meczów, terminarz i słabą pracę arbitrów. W odpowiedzi Benitez, nie przebierając w słowach, skrytykował Szkota, mówiąc wprost o jego arogancji, próbach wpływania na kalendarz spotkań oraz na obsadę sędziowską. Menadżer „The Reds” połknął jednak przynętę i uzyskał efekt przeciwny do zamierzonego.


„Kiedy zaatakował opiekuna Manchesteru United, to ten zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. W oczach mediów ukazał swego rywala jako frustrata, zawistnika i człowieka nie panującego nad emocjami. Jego zarzuty zaś określił niedorzecznymi. Ferguson zgniótł tym samym swojego oponenta niczym irytującą muchę. To dało mu większą kontrolę i opanowanie, które spłynęły na graczy. Ci poczuli się znacznie swobodniej, gdyż to ich szkoleniowiec górował” – wyjaśniał Burton w wywiadzie dla BBC.

Dopiero później okazało się, że Szkot wygrał nie tylko tę słowną utarczkę, ale również ligę – „Czerwone Diabły” ostatecznie wyprzedziły Liverpool. Hiszpan sknocił wszystko w dziedzinie, w której nie czuł się pewnie, a za przeciwnika miał nauczonego niebagatelnym doświadczeniem Fergusona, którego uznaje się wręcz za mistrza „mind games”.

Jego futbolowe bitwy psychologiczne sięgają jeszcze ubiegłego wieku, kiedy to pokonał głównodowodzącego Newcastle United Kevina Keegana i wydarł największemu konkurentowi w sezonie 1995/1996 tytuł mistrzowski, właśnie dzięki - zdaniem wielu fanów Premier League oraz miejscowych dziennikarzy - słownym potyczkom. Keegan nie zapanował nad emocjami przed kamerami, a jego zespół nie kontrolował najistotniejszych wydarzeń w decydującej fazie sezonu.


Słowa, które zmieniają piłkarski świat

Nie oznacza to jednak, że Szkot był zupełnie nieomylny. Może i słowa potrafią zmieniać futbolową rzeczywistość, wpływać na przebieg rywalizacji lub układ sił w tabeli, ale nigdy nie wiadomo czy wypowiedziane publicznie tyrady staną się rzeczywistymi sprzymierzeńcami i do czego doprowadzą.

To właśnie w sezonie 2011/2012 sprawy przybrały kompletnie nieoczekiwany obrót. Kiedy do rozegrania zostało jeszcze kilka kolejek, Roberto Mancini stwierdził, że jego klub nie ma już najmniejszych szans na tytuł i się poddaje. „Wyścig o mistrzostwo zakończył się, to niemożliwe, by dogonić silne United z naszej obecnej pozycji” – mówił  Włoch po zwycięskim spotkaniu z Norwich City w rozmowie z publicystami „The Guardian”. Takie wyznanie nie tylko zaskoczyło, ono uśpiło „czerwoną” część Manchesteru i zniosło całkowicie presję z „niebieskiej”. Od tego momentu podopieczni Fergusona, pewni swego, zaczęli gubić punkty, podczas gdy ekipa Manciniego rozpoczęła swój triumfalny marsz.

 
Włoch już nie raz, nie dwa dał się poznać z tej psychologicznej strony. Za porażki kilkakrotnie obwiniał siebie samego, twierdząc, że to jego złe decyzje do nich się przyczyniały. „Może pomyślałem, że o zwycięstwo będzie łatwo. Nie chce popełnić identycznej pomyłki przed kolejnym meczem. Jestem rozczarowany moim błędem” – przyznał po przegranej z Evertonem na łamach „Daily Telegraph”. Nieco wcześniej, identyczny zabieg przyniósł zupełnie wymierny skutek – na porażkę 0-3 z Livepoolem Manchester City odpowiedział wygraną z United w półfinale FA Cup.

To zdejmowanie winy za niepowodzenia i tym samym presji z zawodników, w szczególności, kiedy drużynie nie wiedzie się najlepiej, jest charakterystyczne zwłaszcza dla Jose Mourinho. Taktyka, że to my jesteśmy wrogami wszystkich wrogów stała się jednym z jego znaków firmowych.

Wróg publiczny numer jeden

„Szkoleniowiec musi być każdym po trochu: strategiem, motywatorem i liderem. Pewien profesor uniwersytecki powiedział mi, że trener, który zna się wyłącznie na futbolu, nigdy nie będzie najlepszy. Wszyscy znają się na piłce, różnicę robią inne dziedziny. To był doktor psychologii” – opowiadał w wywiadzie dla Sky Sport Portugalczyk. I to właśnie psychologia jest tym, co wyróżnia Mourinho i czyni go kimś specjalnym.

To mistrz w prowadzeniu batalii słownych. Jego utarczki ze sławami futbolowego świata przeszły do annałów tej dyscypliny, jak chociażby ta, kiedy Arsene’a Wengera porównywał do podglądacza. Te z reguły ordynarne i doprowadzające najczęściej do chryi słowa, mają jednak drugi sens, a ich kunszt dostrzeże ten, kto umiejętnie czyta między wierszami.

Gdziekolwiek by nie pracował, zawsze dla konkurentów staje się wrogiem publicznym numer jeden. I to zresztą wpisuje się doskonale w jego politykę dyrygowania zespołami. Wszędzie wykorzystuje ten sam mechanizm, na który ciągle się nabieramy. Toczy walki z prasą, bo wie jak nią manipulować. Wywołuje awantury z trenerami i klubami, ponieważ wie jak przekuć je we własne atuty i zwycięstwa. Gdy wokół króluje ustawiczna burza – czy to od  jego słów bądź zachowania – w drużynie panuje absolutna cisza, zawodnicy mogą skupić się jedynie na najbliższym meczu i przeciwniku.

Zdaniem Burtona Mourinho to szef idealny, bo wspiera podopiecznych i traktuje ich jak równych. Twierdzi, że Portugalczyk za każdym razem stara się zmniejszać presję na tyle, ile się da i jest przygotowany, aby zrobić coś skandalicznego, byle tylko odciągnąć krytykę od własnych graczy. „Niczym generał przy linii bocznej boiska dowodzi swoimi żołnierzami. Czasami traci panowanie nad sobą, lecz po to, żeby wyzwolić jeszcze większą wolę pokonania rywali u swoich zawodników. Sprawia, że to staję się walką nas z resztą świata” – tłumaczył w rozmowie z żurnalistami BBC Sport.

Jesteśmy tym, co myślimy

Burtona dodaje, że słowa mogą złamać ducha przeciwnika, zniszczyć jego pewność siebie i odebrać mu atuty. Słowa, które wsączają się do głowy, zapuszczają tam korzenie, kwitną i nie chcą z niej wyjść nawet w trakcie ważnych pojedynków, które sieją zamęt i obniżają poczucie własnej wartości.


Peter Gabriel śpiewał niegdyś, że robimy to, co nam każą. Guardiola rozkazując, by Götze i Thiago rozgrzewali się w stadionowych korytarzach pokazał, że spotkania można wygrać nie tylko dzięki taktyce, sile, potencjale i umiejętnościom graczy, ale także dzięki takim psychologicznym niuansom. A najdobitniej pokazał, że wojny piłkarskie rozgrywa się przede wszystkim w głowach. 

niedziela, 17 listopada 2013

Islandzka erupcja futbolu

Czy na mundial może pojechać reprezentacja złożona z mieszkańców Katowic, w dodatku tworzona z zasobów piłkarskich teoretycznie równie mizernych, co Liechtenstein? Jeśli przyjrzycie się odległej - położonej tam, gdzie nie sięgają ludzkie oczy, myśli czy nawet wyobraźnia - Islandii, to stwierdzicie, że w futbolu niemożliwe nie istnieje.

Era cudów i herosów

Zajmowała 121 miejsce w rankingu FIFA, do eliminacji do przyszłorocznego mundialu rozlosowywano ją z ostatniego, szóstego koszyka (w wyższym, piątym, znalazły się m. in. Wyspy Owcze). W kwalifikacjach do dwóch poprzednich Mistrzostw Świata oraz dwóch ubiegłych Mistrzostw Europy wygrała zaledwie 5 z 38 spotkań. W grupach plasowała się albo na dnie tabeli albo wyprzedzała amatorów z Liechtensteinu i Malty lub słaby Cypr.


W bieżących jednak eliminacjach reprezentacja Islandii po prostu zachwyca. Strzeliła więcej goli od Hiszpanii oraz Francji i wkrótce poleci do Chorwacji, aby stoczyć decydujący bój o wyjazd na mistrzostwa.

Niemożliwego dokonuje drużyna z nieco ponad 300-tysięcznego państwa, gdzie jest więcej telefonów komórkowych niż ludzi, a zarejestrowanych graczy niemal pięćdziesięciokrotnie mniej  niż w Polsce. Do Brazylii może pofrunąć zespół przez wieki zagrzebany pod grubą warstwą piłkarskiej przeciętności, od zawsze martwy dla futbolowej części świata.

W czym zatem tkwi fenomen Islandii?

Idzie nowe

Poprzednich kwalifikacji wcale nie uznano za blamaż. Drużyna zdobyła wprawdzie jedynie cztery punkty, mając za rywali Danię, Portugalię oraz Norwegię, ale nie to było wówczas najistotniejsze. W trakcie eliminacyjnych bojów pierwsze, bezcenne szlify zbierała ekipa, składająca się z młodocianych perełek, które dziś zachwycają Stary Kontynent. To dlatego przejął ją Lars Lagerbäck.

Szkoleniowiec, który pięciokrotnie wprowadzał na turnieje mistrzowskie Szwecję, a potem pojechał na mundial do RPA z Nigerią, w wywiadzie dla „The Guardian” stwierdził, że podjął pracę na dalekiej wyspie właśnie ze względu na szereg obiecujących zawodników. Przyznał, że z zainteresowaniem obserwował poczynania tamtejszego zespołu do lat 21. Widział m. in. jak rozbija młodzieżówkę Niemiec 4-1 w drodze na Mistrzostwa Europy U-21 w 2011 roku.

„Lars miał bardzo dobry wpływ na młodych graczy. Nadał im profesjonalnego wyglądu, bazując na ciężkiej pracy i wierze, że da się wygrać każdy mecz. Nigdy nie bał się mówić swoim podopiecznym, że mogą awansować do rundy barażowej lub walczyć o zwycięstwo w grupie. To wszystko dało im pewność siebie” – wyjaśniał na łamach fifa.com Vidir Sigurdsson, lokalny dziennikarz.

Jego zdaniem punktem zwrotnym stał się jednak szokujący, wyjazdowy remis 4-4 ze Szwajcarią.  Gospodarze jeszcze na 35 minut przed końcem spotkania prowadzili 4-1 i byli pewni swego: „Ten pojedynek okazał się punktem zwrotnym. To wtedy ludzie z naszego kraju zdali sobie sprawę, że jesteśmy w stanie dokonywać wielkich rzeczy. W jednej sekundzie przeklinali, by w następnej krzyczeć z podniecenia. Od tamtego czasu pozytywna aura wokół reprezentacji tylko rosła i rosła”.


Fenomenu Islandii zupełnie gdzie indziej doszukuje się działacz tamtejszego związku futbolowego, Omar Smarasson, twierdząc, że rozwiązanie islandzkiej zagadki jest niezmiernie proste – za obecnymi sukcesami stoją spore inwestycje w infrastrukturę oraz stworzenie wykwalifikowanej kadry szkoleniowej.

Wszyscy zaczynamy od zera

W 2002 roku na wyspie istniało pięć boisk ze sztuczną nawierzchnią, jedna hala piłkarska i 7 mini-boisk. Aktualnie posiadają 17 boisk ze sztuczną murawą, 7 hal oraz około 130 mini-boisk, położonych bezpośrednio w sąsiedztwie szkół.

„Wybudowali dużo obiektów sportowych. Dzisiaj, możesz trenować tam przez cały rok. To się zaczęło jakąś dekadę temu i myślę, że to kluczowe wyjaśnienie tego, co spowodowało u nich taki postęp” – tłumaczył Lagerbäck w rozmowie z żurnalistami agencji „Reuters”.

Niegdyś w piłkę na Islandii dało się grać raptem przez parę miesięcy. Sezon nadal trwa tylko od początku maja do końca września, lecz jak podkreśla w „The Guardian” Eiður Guðjohnsen: „Jeżeli spojrzysz na dziesięcioletnich chłopców, uganiających się teraz za futbolówką, to jest to prawdopodobnie pierwsza generacja dzieciaków, która może grać na okrągło”.

Wraz z budowanymi boiskami, rosła liczba szkoleniowców. Władze rozpoczęły ich kształcenie, wysyłając na kursy organizowane przez UEFA. Liczne pierwszoligowe kluby posiadają w tej chwili rzesze wykwalifikowanych trenerów, zajmujących się określonymi rocznikami.

Wytrenujmy sobie złotą generację

W parze z tymi zmianami nastąpiła jeszcze jedna równie ważna, swoista rewolucja w kwestii szkolenia juniorów. Do lamusa odszedł, bowiem siermiężny trening fizyczny, zamiast tego postawiono przede wszystkim na technikę, którą dzieci udoskonalały podczas gierek na małych boiskach w drużynach złożonych z niewielkiej ilości zawodników. Dzięki temu współczesna reprezentacja Islandii to już nie tylko piłkarze wykorzystujący swoją siłę, ale także o doskonałej technice.

„Islandzki futbol poprawił się zdecydowanie na przestrzeni ostatnich lat. Zrobiliśmy ogromny krok do przodu, szczególnie pod względem techniki. Program tworzenia nowych i unowocześniania starych ośrodków sportowych powoduje, że młodzi mają szansę, by grać i szlifować swoje umiejętności przez okrągły rok. To zaprocentuje w przyszłości” – stwierdził na łamach fifa.com gracz Tottenhamu Hotspur, Gylfi Sigurðsson.

W tym samym artykule napastnik Alfreð Finnbogason tłumaczył: „Jeżeli Islandia posiada aktualnie tak znakomitych atakujących, to jedynie dzięki pracy szkoleniowej jaką wcześniej wykonano”.

Zespoły juniorskie w czterech ubiegłych latach dostarczyły do pierwszej kadry 17 graczy. Z lokalnej ligi w wielki piłkarski świat wyjechało kilkunastu uzdolnionych młodzianów. Samo pierwszoligowe Breiðablik UBK dochowało się takich zawodników jak wspomniani Sigurðsson czy Finnbogason.

Wschodząca gwiazda Tottenhamu Gylfi Sigurðsson, Aron Gunnarsson z Cardiff City, Birkir Bjarnason z Sampdorii Genua, Emil Hallfreðsson z Hellas Werona, etatowy snajper Ajaxu Amsterdam Kolbeinn Sigþórsson, Jóhann Berg Guðmundsson z AZ Alkamaar i obecny lider klasyfikacji króla strzelców Eredivisie Finnbogason – jeszcze nigdy w historii ten kraj nie miał tylu graczy w tak wymagających rozgrywkach i silnych klubach, odgrywających w nich jednocześnie znaczące role.

Wzór do naśladowania

Podobno na tej odległej wyspie żyje największa liczba pisarzy oraz artystów różnej maści na osobę. Powiadają, że nie ma tam mieszkańca, który nie pisałaby lub nie tworzył sztuki. Do miana artyzmu w ich wykonaniu aspirować może z pewnością futbol. Wziąwszy bowiem pod uwagę fakt, że liczba zarejestrowanych piłkarzy w tym kraju nie przekracza 16 tysięcy, to doprawdy niebywałe w jaki sposób wychowali tylu fantastycznie zapowiadających się graczy.

Nigdy zresztą nie było ich tam tak wielu. „Kiedy zastanowisz się nad tym, że populacja Islandii wynosi niemal tyle samo co Boltonu, to zadziwiające staje się wówczas to, skąd oni biorą tylu dobrych zawodników. Przecież oni występują w całej Europie” – głowił się swego czasu Sam Allardyce.

W racjonalne wyjaśnienia fenomenu Islandii nikt nie chce uwierzyć. Jeden z irlandzkich dziennikarzy zauważył, że mogłaby ona stanowić 33 hrabstwo w jego państwie i to w dodatku dopiero piąte pod względem liczebności. A jej sukcesy przyciągają niczym magnes. Od niedawna na wzór islandzki rozwijać swój futbol pragnie nieco od niej większa – trochę ponad 400 tysięcy mieszkańców – Malta.

Bilet na piłkarski księżyc

Mimo iż piłka kopana jest sportem numer jeden, to dotychczas ligowe zmagania nie cieszyły się zbyt dużą popularnością – raptem dwa tysiące widzów na mecz. Islandczycy najwyraźniej woleli oglądać filmy w kinie – na seanse chodzą najczęściej na globie, pięć razy w ciągu roku – lecz ostatnimi czasy bardziej pasjonująco bywa na stadionach. Raz po raz, gdy gra drużyna narodowa, przeżywają noce prawdziwych futbolowych gorączek. Największa zapanowała przed bojem z Chorwacją. Wejściówki rozeszły się w trzy i pół godziny, a na pojedynek chciało się dostać przeszło 30 tysięcy ludzi, średnio co dziesiąty obywatel Islandii. 


Przetrwałaby ona światowe niedobory wody – ich woda należy do najczystszych i najlepszych na kuli ziemskiej – oraz globalny kryzys naftowy – energia geotermalna zapewnia im prąd oraz ciepło. Ale czy przetrwają chorwackie piekiełko? Jeśli im się powiedzie, to lot na mistrzostwa będzie dla nich niczym pierwszy dla ludzkości lot na księżyc.


Wszak ostatni raz kiedy ktokolwiek wspominał o Islandii w kontekście piłkarskim, był wybuch wulkanu Eyjafjallajökull w kwietniu 2010 roku. To on zakłócił komunikację powietrzną na Starym Kontynencie i znacznie utrudnił Barcelonie podróż do Mediolanu na półfinałowe starcie z Interem w Lidze Mistrzów. Stwierdzono wtedy, że to islandzki wulkan przyczynił się do porażki wielkiej Barcelony Guardioli i Messiego. Tym razem jednak wyspa kipi od emocji piłkarskich, jest bliska temperatury wrzenia, a na erupcję czeka tamtejszy futbol. 

sobota, 2 listopada 2013

Rossi reaktywacja

Przez 549 dni był piłkarsko martwy. Nie trenował normalnie, nie biegał po boiskach, nawet przez chwilę nie powąchał murawy. W tym czasie odwiedzał jedynie gabinety lekarskie, leczył dwie poważne kontuzje, poddał się trzem zabiegom i rozpoczynał rehabilitacje jedna po drugiej. Niedawno, wskrzeszony z martwych, upokorzył Juventus, strzelając mu trzy bramki w piętnaście minut i jest właśnie najskuteczniejszym napastnikiem w Serie A. Dziś, Giuseppe Rossi to największa nadzieja Italii przed zbliżającym się mundialem w Brazylii.

Niekończący się koszmar

Pierwszy raz więzadła krzyżowe zerwał w październiku 2011 roku w pojedynku przeciwko Realowi Madryt. Po wspaniałym sezonie 2010/2011, okraszonym 32 bramkami zdobytymi w 56 meczach, był pewniakiem do gry w zespole Cesare Prandellego. Stąd prawdopodobnie ten zgubny wyścig z czasem i chęć jak najszybszego powrotu za wszelką cenę jeszcze przed mistrzostwami Starego Kontynentu.

Po feralnym spotkaniu z „Królewskimi” natychmiast rozpoczął intensywną rehabilitację, byle tylko zdążyć na Euro w Polsce i Ukrainie. Na treningach pierwszej drużyny pojawił się już w kwietniu 2012. Zdecydowanie za szybko. Wysiłek poszedł na marne, bo Włoch tego samego miesiąca doznał ponownego urazu, nie rozgrywając, choćby minuty na boisku. Znowu nie wytrzymało operowane pół roku wcześniej prawe kolano, tym razem w trakcie ćwiczeń.

Rossi udał się na następny zabieg do Stanów Zjednoczonych. Nie tracił jednak nadziei, w wywiadzie dla Sky Sports zwierzał się: „To dla mnie kluczowy moment. Pragnę znaleźć się znów tam na murawie. Teraz zaczynam wszystko od nowa. To bardzo długa kontuzja i prawdę powiedziawszy czas wlecze się niesamowicie, lecz byłem na to przygotowany. Muszę zachować spokój i pozytywne nastawienie. Nie chcę myśleć o przeszłości, o tym, co się wydarzyło. Wolę, natomiast spoglądać w przyszłość i odliczać dni do mojego powrotu. Nadal będę futbolistą. To jedynie przeszkoda do pokonania, ale jestem silny mentalnie i wierzę, że niedługo wrócę”.

Pierwotnie przerwa miała trwać nie więcej niż cztery miesiące. Kiedy niezbędne okazały się kolejne operacje, oczywistym stało się, że potrwa znacznie dłużej. Dziesięć miesięcy – przez tyle się ciągnęła i przez ten szmat czasu jednego, czego Włoch mógł się na zawsze nauczyć, to cierpliwości.


Rehabilitacja po tak poważnych urazach powinna przebiegać powoli i skrupulatnie. Nie mogło być po prostu, tak jak poprzednim razem, miejsca na pośpiech i niepotrzebne ryzyko, gdyż następna równie ciężka kontuzja oznaczałaby jeden ponury finał - koniec kariery.

Każda doba musiała, więc stanowić nie tyle walkę z urazem, co raczej batalię z samym sobą. A cel – „comeback” na boisko - mimo codziennego wysiłku, każdego kolejnego poranka nie przybliżał się ani o trochę. Całą wieczność wypełniały mu nie tylko ogromna determinacja i pragnienie powrotu, ale także równie duża bezsilność i frustracja, kiedy obserwował jak Włosi dochodzą do finału Mistrzostw Europy, a jego ówczesny klub Villarreal żegna się z pierwszą ligą.

Nadzieja umiera ostatnia

Tymczasem, nad kontuzjowanym zawodnikiem drugoligowca zbierały się coraz ciemniejsze chmury. Nikt nie chciał zaryzykować kupna gracza, który być może już nigdy się nie podniesie i nie powróci do pełnej sprawności. W końcu, zimą bieżącego roku pomocną dłoń wyciągnęła Fiorentina, która zainwestowała w niego około 10 milionów euro i czekała. Czekała, aż Włoch odżyje i wróci do normalnej kondycji zdrowotnej oraz stuprocentowej dyspozycji boiskowej.

Zezwoliła mu na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie współpracował ze specjalistą od tego typu urazów – doktorem Richardem Steadmanem. Gdzie mógł liczyć ponadto na wsparcie najbliższych. Publicystom „The Guardian” opowiadał: „Mogłem zostać w domu na sześć-siedem miesięcy. Za oceanem mieszkałem z mamą i siostrą. Poznałem tam również swoją dziewczynę, Jennę. Przez ten czas nie dopuszczałem myśli o rzuceniu futbolu”.

Rossi w rodzinnych stronach odbudował się psychicznie, a włoskiej ekipie spokój i troska o los gracza popłaciły. Zawodnik za zaufanie odpłacił się z nawiązką. Przewodzi obecnie stawce najlepszych strzelców Serie A, dając Fiorentinie prawie połowę z 22 zdobytych przez nią w aktualnym sezonie bramek.

Drugie piłkarskie życie zaczął w końcówce ubiegłego sezonu w spotkaniu z Pescarą. „To koniec koszmaru. Po półtora roku cierpień, wreszcie wróciłem” – powiedział, udzielając pomeczowego wywiadu stacji telewizyjnej Sky Italia. Pierwszego od 686 dni gola w meczu o punkty strzelił w sierpniu Catanii. Hat-trickiem zdobytym w pojedynku z Juventusem zakomunikował światu, że oto właśnie zmartwychwstał. Po dwóch latach walki o to, aby móc w ogóle wybiec na murawę, wrócił do wielkiej gry.


W poszukiwaniu straconego czasu

„W trakcie rehabilitacji wiele uwagi poświęcałem mojej przyszłości oraz występom na Euro 2012 i zapłaciłem za to gorzką cenę. Nauczyłem się jednak, żeby wszystko robić krok po korku i nie wybiegać myślami zbyt daleko. Nie patrzę na mundial w Brazylii. Myślę wyłącznie o codziennych treningach i najbliższych meczach” – mówił dziennikarzom ESPN, zagadnięty o zbliżające się mistrzostwa świata.


Długo nie otrzymywał powołania od Cesare Prandellego i nawet teraz, w takiej formie, nie jest jeszcze centralną postacią reprezentacji. Zagrał raptem 18 minut w spotkaniu z Armenią, ale latem przyszłego roku wraz Mario Balotellim ma stworzyć zabójczy atak, który pozwoliłby Włochom myśleć o złocie. I tego wszystkiego ma dokonać futbolista przez prawie dwa lata będący pod względem piłkarskim martwy.