środa, 4 grudnia 2013

Dziwne losy Petržalki

Czy można zdobywać mistrzostwo za mistrzostwem, by pięć lat później spaść do trzeciej ligi? Czy można w jednym sezonie roznieść w proch i pył Celtic Glasgow, zadziwić piłkarską Europę w Lidze Mistrzów, by po następnych sześciu walczyć o przetrwanie w regionalnych rozgrywkach? Odpowiedź brzmi twierdząco, a przykład pochodzi z pobliskiej Słowacji.

Kopciuszek na salonach

W trakcie swojej ponad stuletniej historii nazwę zmieniała piętnastokrotnie – sześć razy w ciągu ostatnich dwóch dekad. Ale dopiero z trzynastej zostanie zapamiętana na długie lata. Na futbolowej mapie Słowacji, a potem także i Starego Kontynentu, Artmedia pojawiła się niczym meteor na niebie. Szybko zabłysnęła na rodzimym podwórku – w 2004 roku wygrała krajowy puchar, pierwsze trofeum w 106-letnich wówczas jej dziejach, a sezon później triumfowała w lidze – lecz to w europejskich pucharach rozbłysnęła pełnym blaskiem.

Zespół z Petržalki, największej dzielnicy Bratysławy, stał się pierwszym z tego państwa, który dotarł do fazy grupowej Champions League. W dodatku, jako jedyny na kontynencie dokonał tego, startując już od pierwszej rundy eliminacyjnej. A pierwsze spotkanie wcale nie zwiastowało nadchodzących nocy pełnych magii i cudów.

Wyjazdowa porażka 0-2 z kazachskim FC Kairat Almaty niemal do zera redukowała szanse powodzenia. Artmedia dopiero w dogrywce wywinęła się spod topora eliminacji, choć do 120 minuty znajdowała się poza burtą Ligi Mistrzów. Z bramkarzem w roli środkowego pomocnika, biegającego na połowie rywala, wydarli awans w 121 minucie boju.


W następnej rundzie poprzeczka została zawieszona zdecydowanie wyżej, na niebotycznym zdawać by się mogło poziomie dla drużyny, która jak równy z równym szarpała się o promocję do dalszej fazy z przeciwnikiem równie anonimowym, to jeszcze pochodzącym z kompletnie egzotycznego pod względem piłkarskim Kazachstanu.

Celtowie rozbici

Nie wiadomo, na ile Celtic zlekceważył kopciuszka ze Słowacji, a ile w tym pojedynku było rzeczywistej siły Petržalki, ale przegrana 0-5 przeszła jako jedna z najmniej chlubnych kart w historii Szkotów. Dla podopiecznych Vladimíra Weissa z kolei noc 27 lipca 2005 roku była jedną z tych po prostu nie do zapomnienia, bo rzeczy niebywałej dokonała ekipa, której budżet – wielokrotnie niż od rywali - wynosił wtedy zaledwie dwa miliony euro.


Niezapomniane dla lokalnych kibiców stały się niebawem kolejne wieczory z futbolem. Jak ten, kiedy po zaciętych bojach z Partizanem - dwa bezbramkowe remisy – sprawa awansu do Champions League ważyła się w rzutach karnych. Koszmar jedenastek miał jednak pomyślny dla Słowaków koniec.

Tymczasem, to faza grupowa powinna być dla drużyny z Petržalki prawdziwym koszmarem, okresem jedynie do wymazania z pamięci. Dobrze wiemy, jak nieporadnie na tym szczeblu radzą sobie zespoły, które znalazły się tam bardziej z piłkarskiego przypadku i szczęścia niż rzeczywistej klasy sportowej. Mikroskopijne w skali europejskiego futbolu kluby okładane naręczem goli przez uznane firmy, o tej rundzie i chwilowej chwale pragną zapomnieć jak najszybciej. Chcą, żeby upokorzenie trwało krótko i miało możliwie najmniejszy wymiar bramkowy.

Dzieje Artmedii pokazują jednak, że to zespół zupełnie odmienny od pozostałych, zawsze podążający własnymi ścieżkami i robiący wszystko po swojemu. Oni o wielobramkowych chłostach nie chcieli nawet myśleć. Przyjęli nie tylko zdecydowanie mniejszą ilość pogromów – ujmę przynosi jedynie porażka 0-4 z Interem – ale także napsuli krwi Szkotom z Glasgow Rangers, z którymi dwa razy zremisowali i pokonali w Portugalii FC Porto 3:2. Jakby tego było mało, to w grupie zajęli trzecie miejsce, by przejść dalej zabrakło im raptem punktu. Wywalczyli za to promocję do pucharu pocieszenia – Pucharu UEFA. Tym razem historia nie posiadała już swego bajkowego wydźwięku i ulegli oni pierwszemu przeciwnikowi – Lewskiemu Sofia.

Pan od cudów

Nie byłoby zdumiewających osiągnięć Artmedii, gdyby nie Vladimír Weiss. Dawniej reprezentant Czechosłowacji, uczestnik Mistrzostw Świata w 1990 roku, na sukcesy klubu pracował równą dekadę. Najpierw jako asystent, a potem samodzielny szkoleniowiec.

Dzisiaj wiemy, że to trener sypiący niespodziankami jak asami z rękawa. Gdy wprawny iluzjonista z kapelusza wyjmował królika, on ze swoich drużyn wyciągał niespodzianki dużego formatu. A jego sztuczki były zazwyczaj najwyższych lotów. Z niepozornej Artmedii zrobił na Słowacji potentata. Kiedy maszerował po drugi tytuł, to na wiosnę nie przegrał, choćby jednego starcia - w 13 meczach, aż 11 razy schodził zwycięski, punktami podzielił się tylko dwukrotnie, łącznie wygrał 27 w sezonie.

Tego krajowego kolosa o nikłych, ledwo dostrzegalnych na Starym Kontynencie rozmiarach wprowadził do Ligi Mistrzów. To tam więc, w nieznanej Petržalce, najczęściej przywdziewał strój magika i czarował. Gdy wracał do ojczyzny po nieudanej przygodzie z Saturnem Ramienskoje, błyskawicznie, już w pierwszym sezonie sięgnął z nią po dublet. To stamtąd pochodzą najlepsze z jego piłkarskich sztuczek, to tam tworzył coś z niczego. Głównie dzięki niemu o marnej ekipie usłyszała cała futbolowa Europa.

Ale w zanadrzu miał jeszcze jednego asa w rękawie i powtórkę z rozrywki zafundował Weiss swoim rodakom na Mistrzostwach Świata w 2010 roku. Z przeciętną Słowacją pojechał na mundial do RPA, gdzie w osłupienie wprawił Włochów i świat, kiedy pokonał obrońców tytułu 3-2 i wywalczył awans z grupy.


Koniec bajki

Nie byłoby sukcesów Artmedii nie tylko bez Vladimíra Weissa, lecz także – a może zwłaszcza - gdyby nie Ivan Kmotrík i jego inwestycje. To od niego wszystko się zaczęło i to na nim wszystko się skończyło.
Bo kłopoty, z którymi sobie nie poradziła, zaczęły się właśnie w momencie, gdy swoje ostatnie słowo powiedział Kmotrík i wycofał się z finansowania drużyny. Od 1993 roku jej dobroczyńca, który dał jej życie i pozwolił oddychać pełną piersią, stworzył bowiem finansowe podwaliny pod przyszłe triumfy.

Wraz z jego odejściem, dla zespołu przyszły podłe czasy. Pierwszym, bolesnym ciosem było to, że postanowił sponsorować odwiecznego rywala z Bratysławy – Slovan. Drugim, stała się rezygnacja szkoleniowca, który urzeczywistniał marzenia nie do spełnienia.

Kolejne spadały już zewsząd, a klub się rozpadał. Uciekali z niego najwartościowsi zawodnicy, ponieważ nie otrzymywali wynagrodzeń – do samego Slovanu przeszło czterech. Zastępowali ich juniorzy, którym brakowało jakiegokolwiek doświadczenia. Zamknięty został stadion, forteca Petržalki nie do zdobycia, a ekipa za każdym razem musiała występować na wyjeździe, bo spotkania „u siebie” rozgrywała na obiektach oddalonych o kilkanaście kilometrów, na tych które akurat były wolne w Bratysławie.

Dla niewielkiego klubu, pozbawionego sponsora, znakomitego fachowca na ławce trenerskiej oraz najbardziej wartościowych graczy, to było zbyt wiele. Śmiertelny cios przeszył go w sezonie 2009-2010, kiedy widmo relegacji przybrało realną postać. A ostatecznie pogrzebał spadek do trzeciej ligi.

Wszystko, co zbudowano dzięki inwestycjom Kmotríka przez te piętnaście pięknych dla ekipy lat, wyparowało w jednej chwili, skończyło się jednym posunięciem właściciela, który zdecydował sprzedać swoje udziały.

Dziwny jest ten piłkarski świat

Siedem lat temu Artmedię oglądały tysiące fanów na stadionach San Siro czy Ibrox oraz miliony przed telewizorami. Dziś, na jej mecze w trzeciej lidze przychodzi niespełna tysiąc sympatyków. Obecnie, FC Petržalka gra na nowym obiekcie, mogącym pomieścić 1500 widzów. Stary, nie pamięta już czasów świetności swojego klubu, gdyż został wyburzony, a na jego miejscu powstały blokowiska oraz hotel.


Drużyna, którą w 2006 roku tylko jeden punkt dzielił od awansu z grupy Ligi Mistrzów do następnej rundy, w 2012 zawitała na peryferia słowackiego futbolu. Sześć lat wystarczyło, aby z europejskiej rewelacji przeobrazić się w zupełnego szaraka, by z krajowej potęgi stać się nic nie wartym, piłkarskim wrakiem. Futbolowe życie uplotło temu słowackiemu zespołowi doprawdy przedziwne losy. 

wtorek, 26 listopada 2013

Piłkarskie wojny (psychologiczne)


Jednym z ważniejszych wydarzeń zeszłotygodniowego, hitowego starcia pomiędzy Borussią Dortmund a Bayernem Monachium, oprócz strzelonych przez gości goli oraz niewykorzystanych szans gospodarzy, była rozgrzewka dwóch graczy ekipy Guardioli w tunelu Westfalenstadion. Mario Götze oraz Thiago odmienili pojedynek i trafieniem pierwszego oraz asystą drugiego przechylili szalę zwycięstwa na korzyść monachijskiej drużyny. Na usta ciśnie się więc, że to właśnie dzięki psychologicznej zagrywce hiszpańskiego trenera.

Diabeł tkwi w szczegółach

Oczywiście nie dowiemy się w jakim stopniu decyzja Guardioli, by jego dwaj podopieczni rozgrzewali się w ukryciu, wpłynęła na przebieg spotkania. Nie wiemy czy Götze po zwykłej rozgrzewce przy linii bocznej boiska byłby na nim mniej efektywny. Tak jak nie odgadniemy, ile w decyzji Hiszpana było taktycznej przebiegłości, mającej zaskoczyć Jürgena Kloppa, a ile troski o właściwe wejście w mecz młodego Niemca, którego przeraźliwe gwizdy mogłyby zdeprymować jeszcze przed wybiegnięciem na murawę.

Pierwszą opcję powinno się raczej włożyć między bajki, lecz wpływu drugiej nie można tak po prostu zbagatelizować. Futbol już dawno przestał być dyscypliną taktycznej powierzchowności, prostą rywalizacją dwudziestu dwóch chłopów prowadzonych przez dwóch zazwyczaj nieco bardziej sędziwych panów lub też zwyczajną grą, gdzie piłka jest okrągła, a bramki są dwie.

Dzisiaj, możemy ją raczej nazwać interdyscyplinarną dziedziną sportu, czerpiącą z dobrodziejstw bogatej palety nauk. Obecne futbolowe uniwersum mieści w sobie drobiazgowe analizy taktyczne, szeroką gamę boiskowych zadań przypisywanych zawodnikom, coraz gęstsze w liczby i słupki procentowe analizy statystyczne, a w najdrobniejszych detalach rozplanowuje się to, co w tej grze da się jeszcze zaplanować i nie podlega zupełnemu przypadkowi.

Jeszcze nigdy powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach nie nabrało w świecie piłki nożnej równie literalnego znaczenia. I to w nich siedział, harcował na murawie i pociągał za sznurki podczas sobotniego pojedynku niemieckich potęg. Tym razem diabeł miał twarz psychologa, co nie jest kompletną nowością i co zdarzało się wcześniej już wielokrotnie.

Angielskie „mind games”

Według Andy’ego Burtona, trenera mentalnego w klinice „The Sporting Mind”, futbol zdecydowanie bardziej otwiera się teraz na korzyści, jakie może mu przynieść psychologia sportowa. A jedną z jej ważniejszych twarzy są wojny słowne, nazywane w Anglii „mind games”, stały się nieodłącznym i niezwykle istotnym elementem wyspiarskiej piłki. Na łamach serwisu internetowego BBC Sport przywołuje on sytuację sprzed paru lat, z czasów, gdy Liverpoolem kierował Benitez, która zaważyła na układzie sił w tabeli i dowodzi ważności „mind games”.

Ekipa Hiszpana przewodziła ligowej stawce z bezpieczną, pięciopunktową przewagą nad Manchesterem United. Ferguson zwołał wówczas konferencję prasową, w trakcie której zaczął użalać się na godziny rozpoczynania meczów, terminarz i słabą pracę arbitrów. W odpowiedzi Benitez, nie przebierając w słowach, skrytykował Szkota, mówiąc wprost o jego arogancji, próbach wpływania na kalendarz spotkań oraz na obsadę sędziowską. Menadżer „The Reds” połknął jednak przynętę i uzyskał efekt przeciwny do zamierzonego.


„Kiedy zaatakował opiekuna Manchesteru United, to ten zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. W oczach mediów ukazał swego rywala jako frustrata, zawistnika i człowieka nie panującego nad emocjami. Jego zarzuty zaś określił niedorzecznymi. Ferguson zgniótł tym samym swojego oponenta niczym irytującą muchę. To dało mu większą kontrolę i opanowanie, które spłynęły na graczy. Ci poczuli się znacznie swobodniej, gdyż to ich szkoleniowiec górował” – wyjaśniał Burton w wywiadzie dla BBC.

Dopiero później okazało się, że Szkot wygrał nie tylko tę słowną utarczkę, ale również ligę – „Czerwone Diabły” ostatecznie wyprzedziły Liverpool. Hiszpan sknocił wszystko w dziedzinie, w której nie czuł się pewnie, a za przeciwnika miał nauczonego niebagatelnym doświadczeniem Fergusona, którego uznaje się wręcz za mistrza „mind games”.

Jego futbolowe bitwy psychologiczne sięgają jeszcze ubiegłego wieku, kiedy to pokonał głównodowodzącego Newcastle United Kevina Keegana i wydarł największemu konkurentowi w sezonie 1995/1996 tytuł mistrzowski, właśnie dzięki - zdaniem wielu fanów Premier League oraz miejscowych dziennikarzy - słownym potyczkom. Keegan nie zapanował nad emocjami przed kamerami, a jego zespół nie kontrolował najistotniejszych wydarzeń w decydującej fazie sezonu.


Słowa, które zmieniają piłkarski świat

Nie oznacza to jednak, że Szkot był zupełnie nieomylny. Może i słowa potrafią zmieniać futbolową rzeczywistość, wpływać na przebieg rywalizacji lub układ sił w tabeli, ale nigdy nie wiadomo czy wypowiedziane publicznie tyrady staną się rzeczywistymi sprzymierzeńcami i do czego doprowadzą.

To właśnie w sezonie 2011/2012 sprawy przybrały kompletnie nieoczekiwany obrót. Kiedy do rozegrania zostało jeszcze kilka kolejek, Roberto Mancini stwierdził, że jego klub nie ma już najmniejszych szans na tytuł i się poddaje. „Wyścig o mistrzostwo zakończył się, to niemożliwe, by dogonić silne United z naszej obecnej pozycji” – mówił  Włoch po zwycięskim spotkaniu z Norwich City w rozmowie z publicystami „The Guardian”. Takie wyznanie nie tylko zaskoczyło, ono uśpiło „czerwoną” część Manchesteru i zniosło całkowicie presję z „niebieskiej”. Od tego momentu podopieczni Fergusona, pewni swego, zaczęli gubić punkty, podczas gdy ekipa Manciniego rozpoczęła swój triumfalny marsz.

 
Włoch już nie raz, nie dwa dał się poznać z tej psychologicznej strony. Za porażki kilkakrotnie obwiniał siebie samego, twierdząc, że to jego złe decyzje do nich się przyczyniały. „Może pomyślałem, że o zwycięstwo będzie łatwo. Nie chce popełnić identycznej pomyłki przed kolejnym meczem. Jestem rozczarowany moim błędem” – przyznał po przegranej z Evertonem na łamach „Daily Telegraph”. Nieco wcześniej, identyczny zabieg przyniósł zupełnie wymierny skutek – na porażkę 0-3 z Livepoolem Manchester City odpowiedział wygraną z United w półfinale FA Cup.

To zdejmowanie winy za niepowodzenia i tym samym presji z zawodników, w szczególności, kiedy drużynie nie wiedzie się najlepiej, jest charakterystyczne zwłaszcza dla Jose Mourinho. Taktyka, że to my jesteśmy wrogami wszystkich wrogów stała się jednym z jego znaków firmowych.

Wróg publiczny numer jeden

„Szkoleniowiec musi być każdym po trochu: strategiem, motywatorem i liderem. Pewien profesor uniwersytecki powiedział mi, że trener, który zna się wyłącznie na futbolu, nigdy nie będzie najlepszy. Wszyscy znają się na piłce, różnicę robią inne dziedziny. To był doktor psychologii” – opowiadał w wywiadzie dla Sky Sport Portugalczyk. I to właśnie psychologia jest tym, co wyróżnia Mourinho i czyni go kimś specjalnym.

To mistrz w prowadzeniu batalii słownych. Jego utarczki ze sławami futbolowego świata przeszły do annałów tej dyscypliny, jak chociażby ta, kiedy Arsene’a Wengera porównywał do podglądacza. Te z reguły ordynarne i doprowadzające najczęściej do chryi słowa, mają jednak drugi sens, a ich kunszt dostrzeże ten, kto umiejętnie czyta między wierszami.

Gdziekolwiek by nie pracował, zawsze dla konkurentów staje się wrogiem publicznym numer jeden. I to zresztą wpisuje się doskonale w jego politykę dyrygowania zespołami. Wszędzie wykorzystuje ten sam mechanizm, na który ciągle się nabieramy. Toczy walki z prasą, bo wie jak nią manipulować. Wywołuje awantury z trenerami i klubami, ponieważ wie jak przekuć je we własne atuty i zwycięstwa. Gdy wokół króluje ustawiczna burza – czy to od  jego słów bądź zachowania – w drużynie panuje absolutna cisza, zawodnicy mogą skupić się jedynie na najbliższym meczu i przeciwniku.

Zdaniem Burtona Mourinho to szef idealny, bo wspiera podopiecznych i traktuje ich jak równych. Twierdzi, że Portugalczyk za każdym razem stara się zmniejszać presję na tyle, ile się da i jest przygotowany, aby zrobić coś skandalicznego, byle tylko odciągnąć krytykę od własnych graczy. „Niczym generał przy linii bocznej boiska dowodzi swoimi żołnierzami. Czasami traci panowanie nad sobą, lecz po to, żeby wyzwolić jeszcze większą wolę pokonania rywali u swoich zawodników. Sprawia, że to staję się walką nas z resztą świata” – tłumaczył w rozmowie z żurnalistami BBC Sport.

Jesteśmy tym, co myślimy

Burtona dodaje, że słowa mogą złamać ducha przeciwnika, zniszczyć jego pewność siebie i odebrać mu atuty. Słowa, które wsączają się do głowy, zapuszczają tam korzenie, kwitną i nie chcą z niej wyjść nawet w trakcie ważnych pojedynków, które sieją zamęt i obniżają poczucie własnej wartości.


Peter Gabriel śpiewał niegdyś, że robimy to, co nam każą. Guardiola rozkazując, by Götze i Thiago rozgrzewali się w stadionowych korytarzach pokazał, że spotkania można wygrać nie tylko dzięki taktyce, sile, potencjale i umiejętnościom graczy, ale także dzięki takim psychologicznym niuansom. A najdobitniej pokazał, że wojny piłkarskie rozgrywa się przede wszystkim w głowach. 

niedziela, 17 listopada 2013

Islandzka erupcja futbolu

Czy na mundial może pojechać reprezentacja złożona z mieszkańców Katowic, w dodatku tworzona z zasobów piłkarskich teoretycznie równie mizernych, co Liechtenstein? Jeśli przyjrzycie się odległej - położonej tam, gdzie nie sięgają ludzkie oczy, myśli czy nawet wyobraźnia - Islandii, to stwierdzicie, że w futbolu niemożliwe nie istnieje.

Era cudów i herosów

Zajmowała 121 miejsce w rankingu FIFA, do eliminacji do przyszłorocznego mundialu rozlosowywano ją z ostatniego, szóstego koszyka (w wyższym, piątym, znalazły się m. in. Wyspy Owcze). W kwalifikacjach do dwóch poprzednich Mistrzostw Świata oraz dwóch ubiegłych Mistrzostw Europy wygrała zaledwie 5 z 38 spotkań. W grupach plasowała się albo na dnie tabeli albo wyprzedzała amatorów z Liechtensteinu i Malty lub słaby Cypr.


W bieżących jednak eliminacjach reprezentacja Islandii po prostu zachwyca. Strzeliła więcej goli od Hiszpanii oraz Francji i wkrótce poleci do Chorwacji, aby stoczyć decydujący bój o wyjazd na mistrzostwa.

Niemożliwego dokonuje drużyna z nieco ponad 300-tysięcznego państwa, gdzie jest więcej telefonów komórkowych niż ludzi, a zarejestrowanych graczy niemal pięćdziesięciokrotnie mniej  niż w Polsce. Do Brazylii może pofrunąć zespół przez wieki zagrzebany pod grubą warstwą piłkarskiej przeciętności, od zawsze martwy dla futbolowej części świata.

W czym zatem tkwi fenomen Islandii?

Idzie nowe

Poprzednich kwalifikacji wcale nie uznano za blamaż. Drużyna zdobyła wprawdzie jedynie cztery punkty, mając za rywali Danię, Portugalię oraz Norwegię, ale nie to było wówczas najistotniejsze. W trakcie eliminacyjnych bojów pierwsze, bezcenne szlify zbierała ekipa, składająca się z młodocianych perełek, które dziś zachwycają Stary Kontynent. To dlatego przejął ją Lars Lagerbäck.

Szkoleniowiec, który pięciokrotnie wprowadzał na turnieje mistrzowskie Szwecję, a potem pojechał na mundial do RPA z Nigerią, w wywiadzie dla „The Guardian” stwierdził, że podjął pracę na dalekiej wyspie właśnie ze względu na szereg obiecujących zawodników. Przyznał, że z zainteresowaniem obserwował poczynania tamtejszego zespołu do lat 21. Widział m. in. jak rozbija młodzieżówkę Niemiec 4-1 w drodze na Mistrzostwa Europy U-21 w 2011 roku.

„Lars miał bardzo dobry wpływ na młodych graczy. Nadał im profesjonalnego wyglądu, bazując na ciężkiej pracy i wierze, że da się wygrać każdy mecz. Nigdy nie bał się mówić swoim podopiecznym, że mogą awansować do rundy barażowej lub walczyć o zwycięstwo w grupie. To wszystko dało im pewność siebie” – wyjaśniał na łamach fifa.com Vidir Sigurdsson, lokalny dziennikarz.

Jego zdaniem punktem zwrotnym stał się jednak szokujący, wyjazdowy remis 4-4 ze Szwajcarią.  Gospodarze jeszcze na 35 minut przed końcem spotkania prowadzili 4-1 i byli pewni swego: „Ten pojedynek okazał się punktem zwrotnym. To wtedy ludzie z naszego kraju zdali sobie sprawę, że jesteśmy w stanie dokonywać wielkich rzeczy. W jednej sekundzie przeklinali, by w następnej krzyczeć z podniecenia. Od tamtego czasu pozytywna aura wokół reprezentacji tylko rosła i rosła”.


Fenomenu Islandii zupełnie gdzie indziej doszukuje się działacz tamtejszego związku futbolowego, Omar Smarasson, twierdząc, że rozwiązanie islandzkiej zagadki jest niezmiernie proste – za obecnymi sukcesami stoją spore inwestycje w infrastrukturę oraz stworzenie wykwalifikowanej kadry szkoleniowej.

Wszyscy zaczynamy od zera

W 2002 roku na wyspie istniało pięć boisk ze sztuczną nawierzchnią, jedna hala piłkarska i 7 mini-boisk. Aktualnie posiadają 17 boisk ze sztuczną murawą, 7 hal oraz około 130 mini-boisk, położonych bezpośrednio w sąsiedztwie szkół.

„Wybudowali dużo obiektów sportowych. Dzisiaj, możesz trenować tam przez cały rok. To się zaczęło jakąś dekadę temu i myślę, że to kluczowe wyjaśnienie tego, co spowodowało u nich taki postęp” – tłumaczył Lagerbäck w rozmowie z żurnalistami agencji „Reuters”.

Niegdyś w piłkę na Islandii dało się grać raptem przez parę miesięcy. Sezon nadal trwa tylko od początku maja do końca września, lecz jak podkreśla w „The Guardian” Eiður Guðjohnsen: „Jeżeli spojrzysz na dziesięcioletnich chłopców, uganiających się teraz za futbolówką, to jest to prawdopodobnie pierwsza generacja dzieciaków, która może grać na okrągło”.

Wraz z budowanymi boiskami, rosła liczba szkoleniowców. Władze rozpoczęły ich kształcenie, wysyłając na kursy organizowane przez UEFA. Liczne pierwszoligowe kluby posiadają w tej chwili rzesze wykwalifikowanych trenerów, zajmujących się określonymi rocznikami.

Wytrenujmy sobie złotą generację

W parze z tymi zmianami nastąpiła jeszcze jedna równie ważna, swoista rewolucja w kwestii szkolenia juniorów. Do lamusa odszedł, bowiem siermiężny trening fizyczny, zamiast tego postawiono przede wszystkim na technikę, którą dzieci udoskonalały podczas gierek na małych boiskach w drużynach złożonych z niewielkiej ilości zawodników. Dzięki temu współczesna reprezentacja Islandii to już nie tylko piłkarze wykorzystujący swoją siłę, ale także o doskonałej technice.

„Islandzki futbol poprawił się zdecydowanie na przestrzeni ostatnich lat. Zrobiliśmy ogromny krok do przodu, szczególnie pod względem techniki. Program tworzenia nowych i unowocześniania starych ośrodków sportowych powoduje, że młodzi mają szansę, by grać i szlifować swoje umiejętności przez okrągły rok. To zaprocentuje w przyszłości” – stwierdził na łamach fifa.com gracz Tottenhamu Hotspur, Gylfi Sigurðsson.

W tym samym artykule napastnik Alfreð Finnbogason tłumaczył: „Jeżeli Islandia posiada aktualnie tak znakomitych atakujących, to jedynie dzięki pracy szkoleniowej jaką wcześniej wykonano”.

Zespoły juniorskie w czterech ubiegłych latach dostarczyły do pierwszej kadry 17 graczy. Z lokalnej ligi w wielki piłkarski świat wyjechało kilkunastu uzdolnionych młodzianów. Samo pierwszoligowe Breiðablik UBK dochowało się takich zawodników jak wspomniani Sigurðsson czy Finnbogason.

Wschodząca gwiazda Tottenhamu Gylfi Sigurðsson, Aron Gunnarsson z Cardiff City, Birkir Bjarnason z Sampdorii Genua, Emil Hallfreðsson z Hellas Werona, etatowy snajper Ajaxu Amsterdam Kolbeinn Sigþórsson, Jóhann Berg Guðmundsson z AZ Alkamaar i obecny lider klasyfikacji króla strzelców Eredivisie Finnbogason – jeszcze nigdy w historii ten kraj nie miał tylu graczy w tak wymagających rozgrywkach i silnych klubach, odgrywających w nich jednocześnie znaczące role.

Wzór do naśladowania

Podobno na tej odległej wyspie żyje największa liczba pisarzy oraz artystów różnej maści na osobę. Powiadają, że nie ma tam mieszkańca, który nie pisałaby lub nie tworzył sztuki. Do miana artyzmu w ich wykonaniu aspirować może z pewnością futbol. Wziąwszy bowiem pod uwagę fakt, że liczba zarejestrowanych piłkarzy w tym kraju nie przekracza 16 tysięcy, to doprawdy niebywałe w jaki sposób wychowali tylu fantastycznie zapowiadających się graczy.

Nigdy zresztą nie było ich tam tak wielu. „Kiedy zastanowisz się nad tym, że populacja Islandii wynosi niemal tyle samo co Boltonu, to zadziwiające staje się wówczas to, skąd oni biorą tylu dobrych zawodników. Przecież oni występują w całej Europie” – głowił się swego czasu Sam Allardyce.

W racjonalne wyjaśnienia fenomenu Islandii nikt nie chce uwierzyć. Jeden z irlandzkich dziennikarzy zauważył, że mogłaby ona stanowić 33 hrabstwo w jego państwie i to w dodatku dopiero piąte pod względem liczebności. A jej sukcesy przyciągają niczym magnes. Od niedawna na wzór islandzki rozwijać swój futbol pragnie nieco od niej większa – trochę ponad 400 tysięcy mieszkańców – Malta.

Bilet na piłkarski księżyc

Mimo iż piłka kopana jest sportem numer jeden, to dotychczas ligowe zmagania nie cieszyły się zbyt dużą popularnością – raptem dwa tysiące widzów na mecz. Islandczycy najwyraźniej woleli oglądać filmy w kinie – na seanse chodzą najczęściej na globie, pięć razy w ciągu roku – lecz ostatnimi czasy bardziej pasjonująco bywa na stadionach. Raz po raz, gdy gra drużyna narodowa, przeżywają noce prawdziwych futbolowych gorączek. Największa zapanowała przed bojem z Chorwacją. Wejściówki rozeszły się w trzy i pół godziny, a na pojedynek chciało się dostać przeszło 30 tysięcy ludzi, średnio co dziesiąty obywatel Islandii. 


Przetrwałaby ona światowe niedobory wody – ich woda należy do najczystszych i najlepszych na kuli ziemskiej – oraz globalny kryzys naftowy – energia geotermalna zapewnia im prąd oraz ciepło. Ale czy przetrwają chorwackie piekiełko? Jeśli im się powiedzie, to lot na mistrzostwa będzie dla nich niczym pierwszy dla ludzkości lot na księżyc.


Wszak ostatni raz kiedy ktokolwiek wspominał o Islandii w kontekście piłkarskim, był wybuch wulkanu Eyjafjallajökull w kwietniu 2010 roku. To on zakłócił komunikację powietrzną na Starym Kontynencie i znacznie utrudnił Barcelonie podróż do Mediolanu na półfinałowe starcie z Interem w Lidze Mistrzów. Stwierdzono wtedy, że to islandzki wulkan przyczynił się do porażki wielkiej Barcelony Guardioli i Messiego. Tym razem jednak wyspa kipi od emocji piłkarskich, jest bliska temperatury wrzenia, a na erupcję czeka tamtejszy futbol. 

sobota, 2 listopada 2013

Rossi reaktywacja

Przez 549 dni był piłkarsko martwy. Nie trenował normalnie, nie biegał po boiskach, nawet przez chwilę nie powąchał murawy. W tym czasie odwiedzał jedynie gabinety lekarskie, leczył dwie poważne kontuzje, poddał się trzem zabiegom i rozpoczynał rehabilitacje jedna po drugiej. Niedawno, wskrzeszony z martwych, upokorzył Juventus, strzelając mu trzy bramki w piętnaście minut i jest właśnie najskuteczniejszym napastnikiem w Serie A. Dziś, Giuseppe Rossi to największa nadzieja Italii przed zbliżającym się mundialem w Brazylii.

Niekończący się koszmar

Pierwszy raz więzadła krzyżowe zerwał w październiku 2011 roku w pojedynku przeciwko Realowi Madryt. Po wspaniałym sezonie 2010/2011, okraszonym 32 bramkami zdobytymi w 56 meczach, był pewniakiem do gry w zespole Cesare Prandellego. Stąd prawdopodobnie ten zgubny wyścig z czasem i chęć jak najszybszego powrotu za wszelką cenę jeszcze przed mistrzostwami Starego Kontynentu.

Po feralnym spotkaniu z „Królewskimi” natychmiast rozpoczął intensywną rehabilitację, byle tylko zdążyć na Euro w Polsce i Ukrainie. Na treningach pierwszej drużyny pojawił się już w kwietniu 2012. Zdecydowanie za szybko. Wysiłek poszedł na marne, bo Włoch tego samego miesiąca doznał ponownego urazu, nie rozgrywając, choćby minuty na boisku. Znowu nie wytrzymało operowane pół roku wcześniej prawe kolano, tym razem w trakcie ćwiczeń.

Rossi udał się na następny zabieg do Stanów Zjednoczonych. Nie tracił jednak nadziei, w wywiadzie dla Sky Sports zwierzał się: „To dla mnie kluczowy moment. Pragnę znaleźć się znów tam na murawie. Teraz zaczynam wszystko od nowa. To bardzo długa kontuzja i prawdę powiedziawszy czas wlecze się niesamowicie, lecz byłem na to przygotowany. Muszę zachować spokój i pozytywne nastawienie. Nie chcę myśleć o przeszłości, o tym, co się wydarzyło. Wolę, natomiast spoglądać w przyszłość i odliczać dni do mojego powrotu. Nadal będę futbolistą. To jedynie przeszkoda do pokonania, ale jestem silny mentalnie i wierzę, że niedługo wrócę”.

Pierwotnie przerwa miała trwać nie więcej niż cztery miesiące. Kiedy niezbędne okazały się kolejne operacje, oczywistym stało się, że potrwa znacznie dłużej. Dziesięć miesięcy – przez tyle się ciągnęła i przez ten szmat czasu jednego, czego Włoch mógł się na zawsze nauczyć, to cierpliwości.


Rehabilitacja po tak poważnych urazach powinna przebiegać powoli i skrupulatnie. Nie mogło być po prostu, tak jak poprzednim razem, miejsca na pośpiech i niepotrzebne ryzyko, gdyż następna równie ciężka kontuzja oznaczałaby jeden ponury finał - koniec kariery.

Każda doba musiała, więc stanowić nie tyle walkę z urazem, co raczej batalię z samym sobą. A cel – „comeback” na boisko - mimo codziennego wysiłku, każdego kolejnego poranka nie przybliżał się ani o trochę. Całą wieczność wypełniały mu nie tylko ogromna determinacja i pragnienie powrotu, ale także równie duża bezsilność i frustracja, kiedy obserwował jak Włosi dochodzą do finału Mistrzostw Europy, a jego ówczesny klub Villarreal żegna się z pierwszą ligą.

Nadzieja umiera ostatnia

Tymczasem, nad kontuzjowanym zawodnikiem drugoligowca zbierały się coraz ciemniejsze chmury. Nikt nie chciał zaryzykować kupna gracza, który być może już nigdy się nie podniesie i nie powróci do pełnej sprawności. W końcu, zimą bieżącego roku pomocną dłoń wyciągnęła Fiorentina, która zainwestowała w niego około 10 milionów euro i czekała. Czekała, aż Włoch odżyje i wróci do normalnej kondycji zdrowotnej oraz stuprocentowej dyspozycji boiskowej.

Zezwoliła mu na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie współpracował ze specjalistą od tego typu urazów – doktorem Richardem Steadmanem. Gdzie mógł liczyć ponadto na wsparcie najbliższych. Publicystom „The Guardian” opowiadał: „Mogłem zostać w domu na sześć-siedem miesięcy. Za oceanem mieszkałem z mamą i siostrą. Poznałem tam również swoją dziewczynę, Jennę. Przez ten czas nie dopuszczałem myśli o rzuceniu futbolu”.

Rossi w rodzinnych stronach odbudował się psychicznie, a włoskiej ekipie spokój i troska o los gracza popłaciły. Zawodnik za zaufanie odpłacił się z nawiązką. Przewodzi obecnie stawce najlepszych strzelców Serie A, dając Fiorentinie prawie połowę z 22 zdobytych przez nią w aktualnym sezonie bramek.

Drugie piłkarskie życie zaczął w końcówce ubiegłego sezonu w spotkaniu z Pescarą. „To koniec koszmaru. Po półtora roku cierpień, wreszcie wróciłem” – powiedział, udzielając pomeczowego wywiadu stacji telewizyjnej Sky Italia. Pierwszego od 686 dni gola w meczu o punkty strzelił w sierpniu Catanii. Hat-trickiem zdobytym w pojedynku z Juventusem zakomunikował światu, że oto właśnie zmartwychwstał. Po dwóch latach walki o to, aby móc w ogóle wybiec na murawę, wrócił do wielkiej gry.


W poszukiwaniu straconego czasu

„W trakcie rehabilitacji wiele uwagi poświęcałem mojej przyszłości oraz występom na Euro 2012 i zapłaciłem za to gorzką cenę. Nauczyłem się jednak, żeby wszystko robić krok po korku i nie wybiegać myślami zbyt daleko. Nie patrzę na mundial w Brazylii. Myślę wyłącznie o codziennych treningach i najbliższych meczach” – mówił dziennikarzom ESPN, zagadnięty o zbliżające się mistrzostwa świata.


Długo nie otrzymywał powołania od Cesare Prandellego i nawet teraz, w takiej formie, nie jest jeszcze centralną postacią reprezentacji. Zagrał raptem 18 minut w spotkaniu z Armenią, ale latem przyszłego roku wraz Mario Balotellim ma stworzyć zabójczy atak, który pozwoliłby Włochom myśleć o złocie. I tego wszystkiego ma dokonać futbolista przez prawie dwa lata będący pod względem piłkarskim martwy. 

czwartek, 24 października 2013

Bohater mundialu przegrał mecz życia


30 minuta spotkania, lewym skrzydłem naciera Diouf, urywa się francuskiemu obrońcy, wbiega w pole karne i dośrodkowuje po ziemi. Nadbiegający Petit trąca piłkę, ta odbija się od Bartheza i trafia pod nogi Diopa. Sekundę później ląduje w siatce. 31 maja 2002 roku dla Senegalczyków kula ziemska przestała się obracać, a słońce świeciło jedynie dla nich. Płynące codziennymi obowiązkami i własnym, zawsze niespiesznym rytmem życie, stało się znośne i radosne. Swoje wyjątkowe chwile przeżywał wtedy również Bruno Metsu – selekcjoner Senegalu oraz bohater mundialu w Korei i Japonii.
Metsu rzuca czary

„Kiedy przeczytałem im uwagi Pelego, który stwierdził, że Senegal jest najsłabszym ogniwem grupy, natychmiast zauważyłem błysk w ich oczach. Wiedziałem, że będą walczyć niczym lwy” – wspominał dla „The New York Times” francuski szkoleniowiec. Przed meczem z „Trójkolorowymi” na okrągło wpajał swoim podopiecznym, że mistrzowie świata i Europy posiadają słabe punkty. Pokazywał analizy, używał kaset wideo, po to, by Senegalczycy uwierzyli. Uwierzyli, że Henry i spółka rzeczywiście pochodzą z Ziemi. I tak jak każdy człowiek mają swoje słabości.

Okrasił to płomienną tyradą w szatni tuż przed pojedynkiem. A wszystko zwieńczył wspomnianymi słowami brazylijskiego króla futbolu. I tylko w duchu mógł sobie pomyśleć, żeby cały ten motywacyjny trud nie poszedł na marne. Nie poszedł, efekt był piorunujący i przerósł najśmielsze oczekiwania. Senegal zadziwił świat i nie przestawał go zadziwiać przez kilka następnych dni. Od wygranej z Francją rozpoczął się niezwykły marsz debiutantów, totalnych żółtodziobów, który zakończył się dopiero w ćwierćfinale mistrzostw.

Metsu otrzymał przydomek „Biały Czarnoksiężnik”, bo, w istocie, można było odnieść wrażenie, że coś z magii musiało w nim być, jakaś cząstka zdolna zmieniać lub zaklinać rzeczywistość. Pojawił się zupełnie znikąd, tak jakby został przysłany tam przez wyższe siły, wyłącznie po to, aby spełnić swoją misję. O jego wcześniejszych trenerskich przygodach nie ma nawet, co wspominać, pracował w mało ciekawych piłkarskich miejscach i nie osiągał niczego wartego zapamiętania. Senegal, reprezentacje bez jakichkolwiek wówczas futbolowych sukcesów, objął w 2000 roku.
Wystarczyły dwie wiosny, by w kompletnie nieprawdopodobny sposób z szaraków i przeciętniaków uczynić potężniejszą na Czarnym Lądzie ekipę, która na kontynencie siała postrach, a i poza nim mogła napsuć krwi każdemu przeciwnikowi.
To za jego schedy Senegal po raz pierwszy i ostatni do tej pory zagrał w finale Pucharu Narodów Afryki. Po raz pierwszy i ostatni również wystąpił na mundialu. To dopiero za jego panowania „Lwy Tarenga”, jak zwykło się określać tę drużynę, zaczęły pożerać rywali. Metsu wniósł niespotykanego wcześniej ducha walki i wolę zwycięstwa. Choć miejscowi, od wieków wdychający opary religii voo doo i rdzennych wierzeń, wiedzieli swoje i na pewno stwierdzili, że to była prawdziwa magia.
Swoistym apogeum magiczności możemy za to nazwać 30 minutę pojedynku z obrońcami tytułu i bramkę Diopa. W późniejszych latach okaże się, że najpiękniejszą chwilę w szkoleniowej karierze Francuza. Wspomnienie, które towarzyszyć mu będzie przez kolejne sezony wzlotów i upadków, powodujące, że żaden następny sukces nie będzie już smakował równie dobrze.
Ucieczka z Czarnego Lądu
„Nie trzeba być wielkim trenerem, aby ustawić zespół w systemie 4-4-2 czy 4-3-3. Motywowanie graczy, budowanie w nich pewności siebie, obserwowanie, jak rosną mentalnie… futbol to nie tylko taktyka i niektórzy ludzie o tym zapomnieli” – pouczał podczas mistrzostw w Korei i Japonii żurnalistów „The Guardian”.
Jonathan Wilson w artykule dla „The National” fenomen Metsu oraz reprezentacji Senegalu wyjaśniał tym, że byli dla siebie po prostu stworzeni. Francuz trafił, więc do kraju i drużyny, które idealnie wpasowały się w jego charakter oraz styl pracy.
Przede wszystkim niczego swoim podopiecznym nie narzucał. Wolał wysłuchać zawodnika niż go ukarać. Tak też się stało w trakcie mundialu. Kiedy Khalilou Fadigę oskarżono o kradzież naszyjnika z jednego ze sklepów jubilerskich w Korei Południowej na tydzień przed meczem z „Trójkolorowymi”, zaakceptował wyjaśnienia gracza, który mówił o nieodpowiedzialnym wybryku, i nie odesłał go do domu.
Filozofia gry zaś opierała się na atrakcyjnym futbolu, na zabawie w piłkę, lecz także na luźnym podejściu do spraw poza boiskowych. Gdy zaskoczeni dziennikarze odkryli, że zawodnicy Senegalu na dzień przed spotkaniem z Francją o drugiej w nocy uprawiali zapasy w hotelu, Metsu skwitował, że każdy przygotowuje się w taki sposób, jaki mu najbardziej odpowiada. Tłumaczył dalej publicystom „The Guardian”: „Piłka nożna jest zabawą, doskonale wiem, co gracze robią na treningu i na, co mogą sobie pozwolić poza nim”.
Metsu wycisnął z własnych zawodników maksimum, a sam mundial w Azji był najpiękniejszą przygodą w jego karierze. Opowiadał w wywiadzie dla „The Guardian”: „Smakowanie mistrzostw świata jest magiczne, czujesz się jakbyś pochodził z innej planety”.
Po bezprecedensowych mistrzostwach roku 2002 francuskiego szkoleniowca w tym afrykańskim państwie spotkała… krytyka. Jeszcze po triumfie w meczu otwarcia ogłaszali święto narodowe, a po powrocie media miały już mu za złe, że w spotkaniu z Turcją wystawił identyczny, wyczerpany poprzednimi bojami, skład i że nie stosował odpowiedniej rotacji. Dziennikarz Babacar Louis Camara na łamach magazynu „Le Soleil” pisał dosadnie: „To, co powiem jest paskudne, ale zostaliśmy pokonani z powodu złego prowadzenia reprezentacji”.
Metsu jeszcze tego samego roku opuścił Czarny Ląd. Musiał czuć jedynie rozgoryczenie, gdyż zaoferował Senegalowi wszystko, przeszedł nawet na islam i przybrał imię Abdul Karim, a w zamian otrzymał tylko ludzką złość. Zakotwiczył na Bliskim Wschodzie, który stał się dla niego drugim domem do końca jego trenerskich dni.
W 2003 z Al Ain sięgnął po azjatycki puchar mistrzów. Ten katarski zespół zaszedł tak daleko po raz pierwszy i ostatni. W 2007 poprowadził Zjednoczone Emiraty Arabskie do historycznego, pierwszego zwycięstwa w Gulf Cup of Nations. Żadne z tych osiągnięć nie mogło się jednak równać z tym z lata 2002 roku.
Ostatni mecz
„Nie byłbym znany, gdybym nie wyjechał pracować do Afryki” – oświadczył w 2003 roku w wywiadzie dla agencji prasowej APS. Siedem lat później u „Białego Czarnoksiężnika” wykryto nowotwór. Raka jelita grubego zdiagnozowano w momencie, gdy po Diego Maradonie obejmował katarski Al Wasl. Natychmiast zrezygnował z trenowania klubu i poddał się chemioterapii.
W rozmowie z żurnalistami francuskiego dziennika „L’Equipe” zwierzał się, że słowa lekarzy brzmiały niczym wyrok. Dowiedział się o przerzutach na płuca oraz wątrobę i że pozostały mu trzy miesiące życia: „To był ogromny szok. Od razu zacząłem leczenie. Kiedy udałem się do szpitala, jeździłem już na wózku inwalidzkim. Byłem bardzo słaby, lecz nie chciałem nawet myśleć o tym, by się poddać”.
W ciągu kuracji stracił 17 kilogramów: „W lutym nikt nie zauważył, że miałem zapalenie płuc. Dopadło mnie akurat w trakcie chemioterapii. Przez dziesięć dni balansowałem między życiem a śmiercią. To najcięższa walka jaką kiedykolwiek stoczyłem. 90% ludzi umiera w podobnych sytuacjach, ja mam natomiast niesamowite pragnienie, aby żyć dalej”.
Dawniej wmawiał futbolistom, że oto przed nimi mecz życia, w którym zwycięstwo należy wyszarpać za wszelką cenę. W tym roku to on brał w nim udział, co podkreślał na łamach „L’Equipe”: „Czasami, przed ważnym pojedynkiem, mówi się piłkarzom, że to mecz ich życia. Ale zazwyczaj tak nie jest. A dzisiaj, tak, to ja gram w meczu o swoje życie”. Tego meczu Bruno Mestsu jednak nie wygrał.

piątek, 18 października 2013

Koszmar Maradony, bezradność Messiego



Jedni padają jak muchy po 45 minutach gry przy trzydziestostopniowym upale na stadionie z zamkniętym dachem. Dla innych takie warunki oznaczałyby czystą przyjemność. Grali tam, gdzie grać po prostu się nie dało. A ich najpodlejszym wrogiem był brak tlenu. Nauczeni doświadczeniem wiedzą, że ludzkie wyobrażenie o boskim porządku świata jest mylne. Piekło nie znajduje się głęboko pod ziemią, ale gdzieś w górze, na wysokości kilku tysięcy metrów. A na imię mu La Paz lub Quito.

Nieznośna lekkość bytu

Ekwador w meczach wyjazdowych w kwalifikacjach do mundialu w Brazylii uciułał okrągłe trzy punkty. Poza własnym terytorium nie wygrał żadnego z pojedynków eliminacyjnych. Gdyby nie spotkania u siebie, w których uzyskał pozostałe 22 punkty, jego awans na mistrzostwa nie mógłby dojść do skutku.

To z położonego na wysokości 2850 metrów nad poziomem morza Quito, stolicy państwa, uczynił fortecę nie do zdobycia, której główną broń stanowi rozrzedzone powietrze. W kwalifikacjach do przyszłorocznego oraz do trzech poprzednich mundiali - na 36 meczów tam rozegranych - przegrał zaledwie trzykrotnie. Ostatni raz na arenie w Quito poniósł porażkę cztery lata temu.

Nawet takie futbolowe supermocarstwa jak Argentyna bądź Brazylia cierpią katusze, gdy tylko lecą w wysokie Andy. Mają problemy nie tyle, by wywieźć dobry rezultat, co w ogóle pojedynek przetrwać. Pierwsi z Ekwadorem nie zwyciężyli od 2001, drudzy od 2006 roku. Wysokogórskie trudy spowodowały również wiosnę cudów w 2008 roku. Wówczas LDU Quito, ku zaskoczeniu wszystkich, sięgnęło po Copa Libertadores. Klub, który przez przeszło trzy dekady nie potrafił doczłapać się do półfinału tego pucharu.

Tam wysoko życie piłkarskie dla miejscowych jest najwidoczniej nieznośnie lekkie i przyjemne. Kłopoty zaczynają się dopiero wtedy, kiedy zespoły zstępują na ziemię. Ekwador w ostatnich pięciu sezonach poza swoim krajem triumfował jedynie sześć razy, z czego czterokrotnie w sparingach.

Jeszcze gorzej na wyjazdach radzi sobie Boliwia, która na obcym stadionie po raz ostatni wygrała w 2008 roku. A na zwycięstwo w spotkaniu eliminacyjnym czeka znacznie dłużej - już dwadzieścia lat.

To ekipa od dawien dawna pod względem futbolowym mizerna, która z własnego obiektu w La Paz, ze zlokalizowanego na wysokości 3 tysięcy 600 metrów nad poziomem morza Estadio Hernando Siles, uczyniła prawdziwe piekiełko. To tam zdobyła 53 z 58 punktów uzyskanych w kwalifikacjach do przyszłorocznych oraz do trzech ubiegłych mistrzostw. To tam rozgromiła Brazylię, Argentynę, Urugwaj czy Kolumbię. Potrafiła ponadto, będąc gospodarzem, wtargnąć do finału Copa América w 1997 roku i głównie dzięki meczom u siebie awansować na mundial w 1994 roku.

Międzynarodowa chryja

Diego Armando Maradona właśnie w La Paz przeżył jeden ze swoich najczarniejszych koszmarów. To było czwarte spotkanie Argentyny pod dowództwem „Boskiego Diego” i jedna z najwyższych porażek tej reprezentacji w historii. W 2009 roku dostała łomot od Boliwii 1-6, a Maradona mógł wówczas zakwestionować boży plan. Mógł z pełną stanowczością stwierdzić, że piekło znajduje się tam na górze, w chmurach, parę tysięcy metrów nad poziomem morza.

A jeszcze w 2008 wspierał protest państw leżących w Andach, które otrzymały zakaz rozgrywania meczów na dużej wysokości. Zagrał godzinę w pokazowym spotkaniu na Estadio Hernando Siles, udowodniając tym samym FIFA, że jeśli 47-letni wtedy człowiek umiał wybiegać tyle minut na boisku, to młodsi i profesjonalni gracze nie powinni mieć większych problemów, żeby wytrzymać trudy całego pojedynku.

Rok wcześniej Sepp Blatter i spółka ogłosili, że to zdecydowanie za wysoko, aby bezpiecznie grać w piłkę. Dwa i pół tysiąca metrów – tyle ich zdaniem wynosił próg bezpieczeństwa. Rozporządzenia uderzyły w takie kraje jak Boliwia, Ekwador i Kolumbia, które zostały pozbawione możliwości występów we własnych stolicach.

Najpierw wielkie wzburzenie wybuchło w Boliwii. Do głosu doszedł prezydent państwa, pasjonat tej dyscypliny, który nowe przepisy określił mianem futbolowego apartheidu. „Ta kara uderza nie tylko w Boliwię, ale także w powszechność sportu” – grzmiał przed kamerami lokalnych stacji telewizyjnych - „Nie możemy pozwolić na dyskryminację. Nie możemy zezwolić na wykluczenie ze świata sportu”.

Potem gorączka rozlała się na inne kraje, doprowadzając do głośnego, międzynarodowego sporu. Niemal wszystkie – prócz Brazylii, której kluby protestowały już wcześniej i groziły wycofaniem się z Copa Libertadores, gdyż nie chciały występować gdzieś w Andach - zgodziły się nie zwracać uwagi na restrykcje, jeżeli będą miały tydzień czasu na aklimatyzację swoich zawodników.

W czerwcu 2007 FIFA zwiększyła próg wysokości do trzech tysięcy metrów, a w maju 2008 zakaz cofnęła, na skutek listu protestacyjnego podpisanego przez wszystkie, oprócz brazylijskiej, federacje należące do strefy CONMEBOL. Sepp Blatter, by załagodzić chryję powiedział wtedy, że ograniczenie zostaje tymczasowo zdjęte, ponieważ niezbędne są dalsze studia nad tym, jaki rzeczywiście wpływ na organizmy graczy ma wysokość.

Wiedza to potęgi klucz?

Tego roku oznajmił, że nie jest to już sprawą FIFA, bo naukowe badania nie dawały jasnych i jednoznacznych odpowiedzi. Czysto teoretyczne rozważania nie uwzględniały, bowiem poziomu rywalizujących ze sobą drużyn. A przecież dla o wiele potężniejszych pod względem piłkarskim zespołów Argentyny i Brazylii, które podróżowały do ekip po prostu mizerniejszych, nawet wysokość nie powinna być większą przeszkodą w wygrywaniu.

Analiza prawie tysiąca pięciuset meczów rozegranych w Ameryce Południowej na przestrzeni stu lat, której dokonał Patrick McSharry, doktor z Uniwersytetu w Oxfordzie, również nie doprowadziła do niczego poza zupełnie zdumiewającymi wnioskami. Okazało się, że równie ciężka, co gra w wysokich rejonach dla reprezentacji do tego nieprzyzwyczajonych, może być wyprawa i występy na terenach nizinnych dla drużyn grywających przeważnie w wysokich górach.

Ogląd sytuacji jeszcze bardziej gmatwają statystyki, które z jednej strony dowodzą, że gra na dużej wysokości nie pozostaje bez znaczenia - Boliwia w La Paz uzyskała o 45% więcej punktów niż na obiektach położonych nieco niżej, Ekwador w Quito wykazywał się lepszą o 30% skutecznością zwyciężania. Z drugiej jednak strony nie każdej reprezentacji wysokość i trudne warunki służą. Kolumbia w wysokogórskiej Bogocie zdobyła do tej pory o 20% mniej punktów, a swoje spotkania woli rozgrywać w nizinnej Baranquilli.

Podróż do piekła

Wiedza, liczby, statystyki i naukowe analizy nie mają tu tak naprawdę nic do rzeczy, bo tam wysoko anomalie dotyczą niemal wszystkiego, nawet tego jak się zachowuje futbolówka. A ta porusza się szybciej, leci dalej i obraca się wolniej, tak, że nie chce się słuchać samego Lionela Messiego. On w La Paz czy Quito nie strzelił jeszcze gola i chyba nigdzie indziej za każdym razem nie wygląda na równie bezradnego.

Argentyna w obecnych eliminacjach z Boliwią zremisowała, ale gwiazdor Barcelony, co chwila musiał przystawać i nabierać tchu. Angel di Maria z kolei potrzebował pomocy lekarskiej i dodatkowej porcji tlenu. Po meczu Messi skwitował w wywiadzie dla ESPN: „To straszne grać na takiej wysokości”. Na szczęście dla niego, to piłkarskie piekło, leżące grubo ponad trzy tysiące na ziemią, odwiedza nie częściej niż dwa razy do roku.