poniedziałek, 5 maja 2014

Liverpoolu paradoks szympansa

Wysiłku rozłożonego na 38 meczów nie marnuje się jednym spotkaniem, a marszu po tytuł nie zaprzepaszcza się niezdarnym poślizgnięciem. Jeśli jednak Liverpool po mistrzostwo nie sięgnie, to symbolem obecnego sezonu stanie się wpadka Stevena Gerrarda. Tego odrodzonego Gerrarda, któremu karierę uratował dr Steve Peters. Nazywany żartobliwie „mechanikiem mózgów”, stwierdziłby, że w tym decydującym momencie kapitan „The Reds” nie  oswoił swojego szympansa.

W listopadzie 2012 roku do miasta Beatlesów przybył nikomu nieznany, tajemniczy jegomość. Jego przybycia nie zauważył prawdopodobnie nikt. To zupełnie naturalne, ponieważ nigdy wcześniej nie zajmował się futbolem. Sukcesy święcił w bardzo odległych od piłki dyscyplinach sportu. A w swoim nowym klubie stał się tylko kolejnym klockiem w układance Brendana Rodgersa. Sam głównodowodzący skwitował wówczas, że niektórzy gracze potrzebują po prostu mentalnego „strojenia”.

Witaj w klubie

„Przywieźliśmy tu kogoś, kto jest najlepszy w swojej dziedzinie. Widzę to jako następny, niezbędny element w rozwoju zawodników i drużyny. We współczesnym futbolu aspekt psychologiczny jest równie istotny, co inne. Prowadzimy treningi, zajmujemy się taktyką, lecz często zapominamy o przygotowaniu mentalnym” – podkreślał Rodgers na łamach „The Guardian”.

Menedżer „The Reds” to zagorzały zwolennik psychologicznego podejścia do futbolu, dla którego mocny kręgosłup psychiczny oznacza nie tylko indywidualności, ale także zespół pełną gębą. Wcześniej korzystał już z pomocy psychiatrów i neurologów różnej maści, gdyż jak wielokrotnie zaznaczał - nie ma możliwości, by trener wiedział absolutnie wszystko, zawsze istnieje pewien procent niewiedzy, której mroki starają się mu rozświetlić jego współpracownicy.

Doskonale zdaje sobie sprawę, że piłka nożna już dawno przestała być dyscypliną, gdzie dwudziestu dwóch odpowiednio zorganizowanych i ustawionych chłopów walczy o wbicie futbolówki do bramki. Dzisiaj piłką kopaną oddycha się i żyje każdego dnia, ona siedzi w głowach graczy non stop i nie opuszcza ich nawet na moment. Stąd w klubie znalazł się właśnie Peters, który szuka dostępu do umysłów podopiecznych Rodgersa.

„W piłce zazwyczaj zapomina się o mentalnym przygotowaniu, ale dla mnie jest ono kluczowe w wygrywaniu. A Steve to mistrz w swoim fachu” – wyjaśniał szkoleniowiec Liverpoolu w wywiadzie z dziennikarzami „The Guardian”. „Mechanik mózgów” nie pracuje z całą ekipą, na wizyty do niego udają się jedynie ci, którzy potrzebują wsparcia. Oni sami, indywidualnie, o tym decydują. Pod jego opiekę trafili m. in. Gerrard i Suarez. I to ten pierwszy stał się najbardziej zdeklarowanym wyznawcą metod angielskiego psychiatry.

Gerrard odrodzony

Współpracuje z nim trzy lata i twierdzi, że Peters uratował mu karierę. W najtrudniejszych chwilach, gdy zmagał się z poważną kontuzją pachwiny, dużo dał mu spokój, pewność siebie i pozytywna postawa doktora. „Steve nie sprawi, że zawodnik przebiegnie szybciej sto metrów albo wykona 40-metrowe podanie dokładniej, lecz mogę zagwarantować, że jeśli gracze to kupią, to on pomoże im zrozumieć jak funkcjonuje mózg i jak radzić sobie w trudnych sytuacjach” - opisywał w „The Guardian”.

Kiedy indziej, po sparingu z Danią, ikona Liverpoolu przed kamerami głosiła: „Przeczytałem jego książkę i spotkałem się z nim w cztery oczy. Ogólnie mówiąc, dowiedziałem się wiele o umyśle: jak działa i dlaczego niekiedy myślisz w taki, a nie inny sposób, np. krzycząc na dzieci lub obwiniając o wszystko własną żonę. Jestem teraz znacznie cierpliwszy i poprawiłem się jako człowiek. On pomógł mi również w grze. Do czasu gdy go nie poznałem, nie wiedziałem, co się dzieje w mojej głowie”.

Istnieje pewien paradoks w potknięciu Gerrarda w spotkaniu z Chelsea, ponieważ zawinił ten, który przeszedł najbardziej zadziwiającą metamorfozę i najbardziej dojrzał pod okiem Petersa. Z pomocą przychodzi mu tutaj inny piłkarz, wyciągnięty z odmętów beznadziei i depresji po samobójstwie Gary’ego Speeda, Craig Bellamy, który w „The Mirror” stwierdził:  „Wszyscy jesteśmy szympansami. W trakcie meczu żyje we mnie tylko szympans. Czemu nie mogę później patrzeć na swoje występy? Bo to nie ja. Nienawidzę siebie, kiedy wykłócam się z arbitrem. Nie lubię tej strony mojej natury. We mnie zawsze siedział doktor Jekyll i pan Hyde”.

Piękny umysł

Walijczyk nie był pierwszym i ostatnim, którego ocalił Peters, choć ten dawniej miał niewiele wspólnego ze światem sportu. Przez 12 lat pracował w zakładzie dla psychicznie chorych więźniów, a w 2001 roku pomagał policji w ujęciu seryjnego mordercy z Soham, Iana Huntley’a, tworząc jego profil psychologiczny. Potem podjął niezobowiązującą pracę na pół etatu z drużyną kolarską Team Sky. Współpraca szybko wypaliła, a Anglik obecnie to prawdziwe guru wśród sportowców.

Cyklista Chris Hoy, sześciokrotny triumfator igrzysk, mówił, że bez Petersa nie byłby w stanie zdobyć tylu medali, a cyklistka Victoria Pendleton - równie spektakularne osiągnięcia, co Hoy – określiła go najważniejszą osobą w jej karierze. „Mechanik mózgów” pracował nie tylko nad ich umysłami, pomagał jeszcze m. in. w wygraniu następnych dwóch mistrzostw świata snookerzyście Ronniemu O’Sullivanowi i wspierał reprezentację w rugby, gdy ta docierała do finału Pucharu Świata w 2007 roku. Do dzisiaj współpracuje z lekkoatletami oraz kolarzami i stoi na czele zaplecza psychologicznego brytyjskich sportowców. Od marca asystuje także Royowi Hodgsonowi, który już teraz nazwał go najistotniejszym członkiem sztabu szkoleniowego.

Nie brakuje ponadto głosów pełnych przekonania, że ten niepozorny psychiatra zrewolucjonizował tamtejszy sport. Jego książka pt. „Paradoks szympansa” na Wyspach błyskawicznie stała się bestsellerem, a nowatorska i uproszczona metoda z łatwością trafia do umysłów ludzi. Jej esencję w rozmowie z reporterami „The Mirror” zaprezentował Bradley Wiggins, zwycięzca Tour de France w 2012 roku: „Musisz trzymać swojego szympansa w klatce. Twój szympans to twoja sfera uczuciowa, a w sytuacjach stresujących trzeba reagować rozsądnie, nie można dać się ponieść emocjom”.

Jak wytrenować szympansa

Zdaniem Petersa mózg składa się z trzech części: racjonalnego człowieka, emocjonalnego szympansa i magazynującego wszystko komputera. Paradoks szympansa polega na tym, że jest on w każdym z nas i może być zarówno przyjacielem, jak i wrogiem, a chodzi o to, by lepiej go kontrolować oraz wykorzystywać – od tego m. in. zależy sukces w sporcie. Dla przykładu: Luis Suarez na boisku musi przede wszystkim trzymać nerwy na wodzy, tak by mógł skupić się jedynie na grze.

To jednak raptem jedna ze składowych słowa sukces, Anglik pisze, że równie kluczowe są: wyeliminowanie strachu przed porażką, który paraliżuje i nie pozwala wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności; wyłączenie irracjonalnych lęków i uprzedzeń oraz właściwe, pozytywne nastawienie. Ostrzega ponadto, by nie stawiać sobie celów, które są poza naszym zasięgiem. „Nie możesz powiedzieć, że chcesz być najlepszy na świecie, ponieważ nie masz wpływu na przeciwników. Ale możesz powiedzieć, że pragniesz stać się najlepszy jak to tylko możliwe i opracować plan, aby to osiągnąć” – wyjaśnia w „The Guardian”.

Tego wszystkiego uczy Peters. „Mechanik mózgów” zagląda do ludzkich głów, studiuje, grzebie w nich i sprawia, że zaczynają funkcjonować prawidłowo. W wywiadzie dla „Daily Telegraph” opisuje swoje niezmiernie proste metody – najpierw rozpoznanie, na sportowców patrzy w sposób całościowy, w ich mentalnej strukturze wyszukuje rys; później naprawia ich tok myślenia, identyfikuje bariery emocjonalne i pomaga je przezwyciężyć; na koniec zaś pokazuje problemy i drogi do ich rozwiązywania, uczy kontrolowania własnych emocji oraz działania pod presją.

Rodgers i Mózg

Jeśli przyjmiemy za oczywistą oczywistość, że piłka nożna to gra błędów, to etap rozpoznania Peters ma już dawno za sobą. Wszak na łamach „The Independent” opowiadał o swoim naczelnym celu w futbolu, który określił właśnie jako zapobieganie pomyłkom na murawie: „Zawodnicy robią na boisku błędy, a potem próbują je naprawić pod wpływem emocji, co skutkuje kolejnymi wpadkami”.


Brendan Rodgers z pewnością nadał Liverpoolowi nowe szaty, skroił je na miarę mistrzowskich aspiracji, lecz do trwałości materiału swoje trzy istotne grosze dorzucił doktor Steve Peters. Bez niego „The Reds” nie byliby tą pewną siebie drużyną, bijącą niejednokrotnie zespoły teoretycznie silniejsze. Paradoks tego sezonu polega jednak na tym, że kiedy tak pieczołowicie przygotowywali się, żeby nie popełnić jakiegokolwiek nieprzemyślanego ruchu, przytrafił się on im w najważniejszym z ważnych momentów. To paradoks za którym skrywa się szympans. 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Zjednoczeni przez 90 minut

„Śmierć jest tutaj sposobem życia” – mówił jeden z reprezentantów. Drugi opowiadał: „Wojna była wszystkim, co mieliśmy”. Sudan Południowy to najmłodsze państwo świata. O wolność walczył ponad pięćdziesiąt lat. Niecały rok po uzyskaniu samodzielności powstała tam piłkarska reprezentacja, również najmłodsza na planecie. Ale dzisiaj nie ma po niej już śladu.

Radość z wolności jest obecnie tylko dalekim, mglistym snem, bo Południowi Sudańczycy w nadzwyczaj krótkich dziejach swojego kraju zdążyli przeżyć wojnę domową, pozorne zawieszenie broni, a przed nimi widmo kolejnego krwawego sporu. Pokoju w sezonie zabijania starczyło raptem na jeden mecz.

Dzień z życia

9 czerwca 2011 roku był prawdopodobnie zwyklejszym dniem dla niemal całej ziemskiej populacji. Jednak nie dla Sudanu Południowego, który właśnie ogłaszał swoją niepodległość. To był pierwszy dzień, który rozjaśnił mroki jego przeszłości, ciągnącego się bez końca, najdłuższego konfliktu zbrojnego w Afryce. Skąpany we krwi od 1956 roku, prześladowany przez czystki etniczne oraz represje religijne, pogrzebał na swojej ziemi przeszło 2,5 miliona istnień. Dopiero rok 2011 przyniósł, jak się miało okazać, tylko chwilowe wytchnienie.

Późniejszy selekcjoner drużyny narodowej, Zoran Đorđević, na łamach „The China Post” tak opisywał atmosferę towarzyszącą obchodom niepodległości: „Gdy Sudan Południowy świętował swoją pierwszą rocznicę, wciąż wyczuwało się ból i smutek, ludzie nadal cierpieli, odczuwali tęsknotę za matkami, ojcami, siostrami czy braćmi, którzy zginęli”.

W maju 2012 trafia w szeregi FIFA. Jeszcze tego samego roku debiutuje na arenie międzynarodowej remisem 2-2 z Ugandą. Zespół uformowany naprędce z ograniczonych zasobów, ponieważ południowcy występujący w klubach z północy nie otrzymywali zezwoleń, składał się z graczy, którzy stracili bliskich na wojnie. Reporterom „The Guardian” tłumaczyli, jak niewymuszoną przyjemność czerpali teraz z samych występów: „Gramy tutaj z miłości do piłki. To najlepsze medium łączące ludzi”. Według nich każde państwo potrzebuje reprezentacji. A ta rodziła się tam w prawdziwych bólach.

Wszyscy zaczynamy od zera

W Sudanie Południowym nie było niczego – prądu, dróg, budynków – i brakowało wszystkiego, tym bardziej tego, co niezbędne, by uprawiać futbol – obuwia, piłek, bramek i boisk. Przez lata wojny nikt nie śmiał nawet marzyć o grze w piłkę: „Po prostu się nie dało. Za bardzo baliśmy się, że zostaniemy zaatakowani” – opowiadał w audycji dla „Capital Sports FM” Moses Bush, 18-latek uczęszczający na ćwiczenia do akademii w stolicy, Jubie.

Tam też znajduje się jedyny w państwie stadion. Ale zdaniem selekcjonera Sudanu w sezonie 2009-2010, Anglika Stephena Constantine’a, tamtejsza murawa nie nadawała się do biegania: „Nie wiem, czy można to nazwać stadionem, a boisko przypomina raczej pole bez choćby źdźbła trawy” – opisywał w rozmowie z CNN. Wtedy pomocną rękę wyciągnęła korporacja z Chin wydobywająca w tym regionie ropę. To dzięki niej udało się doprowadzić murawę do stanu użyteczności.

Sudan Południowy musiał więc zaczynać od zera. Powołano nową federację futbolową, która od zera formowała ligę i organizowała rozgrywki, tworzyły się kluby i obiekty sportowe, narodowy jak już wspomniano wymagał gruntownego remontu, szkolono i rekrutowano sędziów, fizjoterapeutów, trenerów, a zawodników trzeba było szukać w okolicznych wioskach. Oliver Mori Benjamin, prezydent związku, w wywiadzie z  CNN mówił: „Zaczynamy od zera. Nie mamy nic w naszych rękach, startujemy tak jak nas Bóg stworzył”.

Trener od spraw beznadziejnych

W takiej rzeczywistości mógł sobie poradzić jedynie szkoleniowiec od spraw beznadziejnych. I tak do tej krainy przybył Zoran Đorđević. Trenerski obieżyświat, które przez trzy dekady swojej kariery odwiedził chyba każdą zapchloną piłkarską dziurę na globie, pracował w około trzydziestu zapomnianych przez Boga miejscach i zdobywał trofea tam, gdzie nawet diabeł bałby się powiedzieć dobranoc. Począwszy od Churchill Brothers, drużyny z Indii – pierwszy w ogóle obcokrajowiec zasiadający w Indiach na ławce trenerskiej – z którą sięgnął po tytuł mistrzowski, przez Bangladesz z którym pojechał na South Asian Games i wygrał pierwszy od jedenastu lat dla tego kraju złoty medal, po co najmniej trzynaście innych dziwnych reprezentacji typu Jemen, Kuwejt czy Filipiny.

Nazywany żartobliwie Brianem Cloughoviciem ze względu na swój niewyparzony język i krnąbrny charakter, to prawdziwy pasjonat – chyba odpowiedniejszym określeniem byłoby szaleniec – dla futbolu zdolny poświęcić absolutnie wszystko. Trenując bowiem Sudan Południowy, był szkoleniowcem, psychologiem, motywatorem, krzewicielem idei jedności i pokoju, skautem, działaczem, organizatorem i złotą rączką w jednym.

Aby szukać graczy, jeździł publicznym autobusem bądź łapał stopa i odwiedzał wioski, w dodatku bez jakiejkolwiek mapy drogowej, gdyż lokalni ludzie wyjaśniali mu, że to nie Europa i że tutaj nie ma po prostu mapy. Co więcej, siedzibami tamtejszych klubów okazywały się najczęściej baraki lub szopy, służące za szatnie, biura i sypialnie, gdzie można było jednocześnie rozgrzewać się przed meczem, odpoczywać po nim, myć, spać albo dyskutować o taktyce. Za boiska zaś uznawano piaszczyste coś, co w żaden sposób nie przypominało normalnej murawy.

Niezrażony dziwacznymi przeciwnościami losu lepił drużynę narodową i kiedy wyłapał już największych okolicznych zdolniachów, a zespół był gotowy do udziału w swoim pierwszym poważnym turnieju piłkarskim, CECAFA, na horyzoncie złożonym z samych problemów pojawił się jeszcze jeden, ten z rodzaju nierozwiązywalnych. Początkowe utarczki słowne Zorana z prezydentem federacji przerodziły się w kłótnie, a potem w coś zdecydowanie więcej. Na kilkanaście dni przed Pucharem CECAFA decyzją władz stadion zamknięto na cztery spusty, a ekipa musiał ćwiczyć na lokalnych klepiskach. Wzburzony selekcjoner w rozmowie z „Daily Mail” wygrażał: „To państwo sabotuje działania młodych ludzi, którzy posiadają wielkiego ducha i talent. To jest zwykłe przestępstwo”.

Wieczna wojna

A zaczęło się od ropy naftowej, której wydobycia Sudan Południowy zaprzestał ze względu na niekorzystny układ z północą. Gdy kurek zakręcono, w regionie którego dochód w 98% pochodzi z ropy, nie było pieniędzy na nic, tym bardziej na futbol. Takiego stanu rzeczy nie mógł pojąć Serb, który od dobrych paru miesięcy nie pobierał pensji, przeżył malarię, przeleżał w szpitalnym łóżku miesiąc i cały swój zapał nadal kierował wyłącznie na zespół oraz zbliżający się turniej.

Kiedy po godzinach negocjacji wyprosił w końcu u oficjeli sudańskiej federacji, żeby ci otworzyli obiekt, okazało się, że na boisku nie ma bramek. Te znajdowały się po drugiej stronie miasta. Kłopotów przysporzył również ich transport, gdyż pierwsza ciężarówka była za mała. Gdy wreszcie znalazła się większa, podczas przewozu bramki uszkodzono.

Wojna z szefem związku piłkarskiego nie miała końca, ten za żadne skarby nie chciał się zgodzić, by drużyna wzięła udział w rozgrywkach w Ugandzie. Đorđević sam osobiście wziął się za zbiórkę pieniędzy i organizację wyjazdu. Po godzinach sporów dopiął swego - ekipa pojechała na turniej. Zanim wybiegła po raz pierwszy na murawę, na miejscowym bazarze zaopatrzyła się w obuwie. Kiedy rywalizacja zaś dobiegła końca, stało się jasne, że nie ma biletów w drugą stronę dla niektórych kadrowiczów. Do akcji po raz kolejny wkroczył Serb.

Powrót do ojczyzny jego podopiecznych nie był jednak miły. Stadion ponownie zamknięto, a Đorđević po trzech porażkach bez choćby jednego strzelonego gola, stał się persona non grata w Sudanie Południowym. Wkrótce pożegnał się z posadą. I nie było to najgorsze, co kraj wówczas spotkało.

Czas zabijania

W grudniu ubiegłego roku Sudan Południowy wpadł w sidła następnej wojny domowej. Koszmar minionych lat powrócił. Łzy radości i szczęście z 2011 roku dwa lata później zastąpiło cierpienie i krew. Ludzie mieli marzenia, plany, pragnienie lepszego jutra – o tym wszystkim zawodnicy wspominali na każdym korku - a teraz nie mają jedzenia, wody, dachu nad głową, a ich życie sprowadza się jedynie do walki o przetrwanie. Z obietnic świetlanej przyszłości nie pozostało nic, a przecież Sudan Południowy posiada największe złoża ropy w Afryce.

Miliony głodujących, pozbawionych domów, emigrujących z ojczyzny i prześladowanych, setki tysięcy zamordowanych – zdaniem ekspertów obecny konflikt cofnął w rozwoju państwo o całą dekadę. Znowu działy się tam dantejskie sceny, według relacji świadków niejednokrotnie, aby ujść z życiem uciekali w głąb rzek, gdzie ukrywali się godzinami. Miasta niegdyś tętniące życiem zostały doszczętnie zniszczone i stały się osadami duchów.


Sudan Południowy w swej krótkiej historii wolności i paskudnie długich dziejach terroru przeżył już najwidoczniej chwile spokoju, był zjednoczony przez tyle, ile trwa jeden mecz – przez 90 minut. Teraz nastał tam czas zabijania.

piątek, 18 kwietnia 2014

Chłopak, który oszukał Twitter

Dominic Jones zjadł zęby na pracy skauta, obserwował mecze setkami, jeździł po całym kraju, do domu wracał późną nocą. Dodatkowo pisywał artykuły dla serwisu goal.com. Samuel Rhodes z kolei to dziennikarz-freelancer, który robił materiały dla najpopularniejszych tytułów prasowych Anglii. Z powodzeniem prowadził również profil na Twitterze, tam w ciągu kilku miesięcy dorobił się dwudziestu tysięcy obserwatorów. Ale Dominic i Samuel to jedna i ta sama osoba – to 17-latek, który zadrwił z piłkarskiego świata.

Fałszywa tożsamość

Sam Gardiner – zwykły chłopak, uczeń i mieszkaniec północnej dzielnicy Londynu Barnet, po godzinach wzięty redaktor sportowy, rozprawiający o taktyce i dyskutujący o ruchach transferowych m. in. z zawodnikami Wigan Athletic. Dzieciak, którego ojciec prowadzi własny biznes, a matka sprzedaje wyroby skórzane, uznanie zyskał dzięki swojemu wirtualnemu alter ego, wspomnianemu Samuelowi Rhodesowi.

Najpierw chciał być Dominickiem Jonesem, byłym futbolowym skautem i żurnalistą goal.com. Jego pierwsze alter ego zniknęło jednak dosyć szybko, bo jeden z prawdziwych współpracowników portalu poinformował o oszustwie. Młody Anglik, początkowo wystraszony rzekomym łamaniem prawa, nabrał werwy, gdy wyczytał, że tworzenie fikcyjnych kont nie jest przestępstwem.

Wobec tego niezrażony poprzednim niepowodzeniem, wyznaczył sobie następny cel - zdobyć 50 tysięcy followersów na Twitterze. Ponownie stworzył nieprawdziwy profil, a jako avatar posłużyło mu zdjęcie mężczyzny reklamującego biżuterię Origami Owl. Podpatrzył w jaki sposób swoimi kontami zarządzają najbardziej znani publicyści i zaczął robić karierę dziennikarza z własnej sypialni.

James Bond piłkarskiego Twittera

Na przestrzeni paru miesięcy dorobił się 20 tysięcy obserwatorów. Tak dużą popularność zawdzięczał informacjom transferowym, rzekomo dostarczanym z pierwszej ręki. Jego zdaniem wystarczyło trochę sprytu, szczypta wyobraźni i spora dawka wiedzy o europejskim futbolu: „Miałem formuły plotek transferowych, które zdawały się działać. Chelsea od dawna szuka nowego Didiera Drogby, United zaś pragnie znaleźć następcę Paula Scholesa, a Arsenal czyha na okazje. Wiedziałem, kto mógłby przejść do tych drużyn, ponieważ oglądam mnóstwo spotkań. I to dlatego tyle plotek coś w sobie miało. Odkryłem pewne trendy i wykreowałem rynek” – chwalił się w „The Guardian”.

Prawdę powiedziawszy Gardiner, czy raczej Rhodes, częściej chybił, niż trafiał w punkt. Donosił, że Arsenal jest bliski finalizacji transferu Gonzalo Higuaina, a Stevan Jovetić jest już na dobrej drodze do Londynu i „Kanonierów”. W zasadzie trafił raptem raz, lecz za to w samą dziesiątkę. Swoistym proroctwem okazała się wzmianka z listopada 2012 roku, że zgodnie ze słowami osoby związanej z Chelsea Roberto Di Matteo na dniach straci posadę. Tak też się stało – 24 godziny później.

„Miałem wyjątkowe szczęście” – tłumaczył, ale od tego właściwie wszystko się zaczęło. Rosnąca lawinowo popularność i znaczny kredyt zaufania, pozwoliły mu na dyskusje z zawodnikami Premier League. Z graczem Wigan, Jamesem McArturem rozmawiał o możliwych roszadach w klubie. Wówczas przyjaciel McArtura z zespołu Grant Holt zainteresowany był plotkami transferowymi na jego temat.

Młody Anglik tymczasem wszystkiego dokonywał z własnego pokoju, nie wychodząc nawet z domu. Chwalił się wywiadem z Yohanem Cabaye - pytania mieli wymyślać czytelnicy, a on na poczekaniu tworzył odpowiedzi. W jego wiadomości wierzyli profesjonalni reporterzy. Kiedy donosił, że Mohamed Salah leci do Liverpoolu, by dopiąć transakcję wartą 9 mln funtów, news natychmiast podchwyciła stacja telewizyjna Al Jazeera i przekazała dalej.

Ćwierkać każdy może

Gardiner oszukiwał piłkarski świat paroma uderzeniami w klawiaturę i kilkoma kliknięciami myszki. Po raz kolejny wpadł, gdy w jego historyjki kupiło przeszło 20 tysięcy ludzi i posiadał więcej fanów na Twitterze niż niejeden prawdziwy żurnalista. Został przyłapany przez współpracowników „Daily Telegraph”, to m. in. dla nich ponoć pisywał teksty, bo w rzeczywistości nikt taki tam nie pracował.  

„Chciałem zaistnieć, coś udowodnić. To frustrujące, że nikt ciebie nie słucha, tylko dlatego, że jesteś dzieciakiem. Kocham futbol, uwielbiam o nim rozmawiać i pragnąłem dzielić się moimi opiniami z jak najliczniejszym gronem osób” – wyjaśniał w wywiadzie z BBC.

Dla publicystów „Daily Telegraph” i graczy Wigan Athletic całe wydarzenie do dzisiaj budzi zakłopotanie, które potrafią zbywać jedynie milczeniem. To prawdopodobnie dlatego, że dali się wykiwać – nie tylko zresztą oni – dzieciakowi z godną pozazdroszczenia odwagą i wyobraźnią. Jeśli ktoś wygrał w tej sprawie, to z pewnością chłopak, który obecnie współpracuje z Yakatak Soccer, firmą tworzącą aplikacje piłkarskie na telefony, i prowadzi jej konto na Twitterze.


Może więc jest tak, jak pisał swego czasu na łamach „The Guardian” Barney Ronay – w dzisiejszych czasach każdy z nas jest dziennikarzem sportowym. Nawet kierowca autobusu jest dziennikarzem sportowym, tyle że kierującym autobus. Przykład Sama Gardinera chyba to potwierdza. On pierwsze dziennikarskie szlify zbierał przecież w swojej sypialni.

niedziela, 30 marca 2014

Najważniejsze derby świata?

Pojedynki Manchesteru United z Arsenalem wyglądają im na przyjęcia w ogrodzie klubu herbacianego, a derby Old Firm w Szkocji nazywają rywalizacją dwóch szkolnych drużyn. Dla nich nie ma życia bez derbów Buenos Aires, rywalizacja Boca Juniors z River Plate jest tam czymś równie naturalnym, co oddychanie. Przeciętnego argentyńskiego kibica zupełnie nie obchodzi to, co było przed - El Clásico i inne takie rzeczy – ani to, co będzie po – finał Ligi Mistrzów, mundial i pozostałe błahostki. Dla fana futbolu z Argentyny najistotniejsza noc w piłkarskim roku nastąpi dzisiaj – podczas El Superclásico.

Więcej niż mecz

Brytyjski tygodnik „The Observer” derby Buenos Aires umieścił na liście pięćdziesięciu rzeczy, które musisz zobaczyć przed śmiercią. Jonathan Wilson zaryzykował stwierdzenie, że spośród 190 rozgrywanych w pierwszej czy drugiej części sezonu spotkań, tak naprawdę liczy się tylko jeden – ten pomiędzy Riverem a Bocą.

W ponad stuletnich dziejach rywalizacji grali ze sobą już 114 razy. O wyjątkowości ich pojedynków decydowali i decydują zawodnicy, trenerzy, sympatycy, ale także – a może przede wszystkim - historia i kontekst społeczny. Bo to nie tylko batalie dwóch zwaśnionych i największych w kraju ekip i to nie tylko zwykły mecz. To walka bogatych z biednymi, dla obu stron odwieczna walka dobrych ze złymi.

Wywodząca się z robotniczych okolic Buenos Aires Boca Juniors i zrodzone niegdyś w sąsiedniej dzielnicy, zaledwie 7 kilometrów dalej, lecz w pewnym momencie przeniesione do zamożniejszych rejonów River Plate, stąd przydomek „Los Millonarios”. To także wojna najpopularniejszych w państwie zespołów, którym według różnych szacunków kibicuje od 70 do 75% społeczeństwa.

Gorączka argentyńskich derbów

„Ja naprawdę nie mogę martwić się o reprezentację, gdyż moje myśli zaprzątają jedynie zmagania Riveru z Bocą” – miał powiedzieć jeden z miejscowych dziennikarzy reporterom „The Guardian”. O tym, że nie ma niczego ważniejszego pod słońcem od „El Superclásico” przekonywał również były gracz Riveru, Oscar Ahumada: „Na początku sezonu są wyłącznie dwa cele – wygrać superclásico i zdobyć tytuł mistrzowski”.

Jose Docato to sympatyk Boca Juniors, dla którego spotkania z „Los Millonarios” mają wartość wręcz mityczną: „U sąsiadów, w kawiarniach, w pracy zawsze rozmawiamy o Boce i Riverze. To absolutna konieczność” – mówił w wywiadzie dla „Washington Post”. Docato chodzi regularnie na mecze, mimo iż - jak opowiada – przez swój niski wzrost nie widzi wszystkiego, co się dzieje na murawie: „Widzę jedynie wtedy, gdy Boca atakuje bramkę rywala” – tłumaczy. Jeśli czegoś nie dojrzy, to podąża za głosem tłumu, dzięki czemu wie, kiedy przeklinać, a kiedy się cieszyć. Gdy zaś piłkę posiada River odpowiada: „To zbyt wiele, bym mógł to znieść”.

Z kolei zwolennik Riveru, Daniel Torrico, odpiera zarzuty przeciwników jakoby sympatycy „Millonarios” byli mniejszymi pasjonatami od kibiców Boca: „Odkąd się urodziłem, złożyłem obietnicę Riverowi i przenigdy go nie zawiodę. Nigdy nie będę nosił innej koszulki” – stwierdził  na łamach „Washington Post”.

Wściekłość i wrzask

Magazyn „World Soccer” pisał, że derby Buenos Aires nie mają porównania z niczym innym pod względem zawartego w nich ładunku temperamentu i dostarczanych emocji. BBC opisywało je jako „morze kolorowych, płynących flag, krzyki, śpiewy, taniec oraz niekończący się festiwal fajerwerków”.

Ale Superclásico posiada również brzydszą twarz, tę z grymasem bólu, zawiści, przypominającą przemoc, bójki i krew. Każdy taki pojedynek miałby osobną historię do opowiedzenia. Jak wtedy, w 1968 roku, gdy w trakcie derbów zginęło 71 osób. Jak rok temu, kiedy fan River Plate został pchnięty nożem w klatkę piersiową. I w tym samym roku, gdy jeden ze stewardów pilnujących porządku na obiekcie, który znalazł się na nieodpowiedniej dla siebie trybunie, został pobity do nieprzytomności przez próbujących wyładować na nim swoją frustrację fanatyków Boca.

Arena w ciągu takiego spotkania zamienia się w jeden wielki wrzask pasji i nienawiści. Miłośnicy obu klubów należą do najbardziej zatwardziałych i porywczych w kraju. Jonathan Wilson relacjonował na łamach „The Guardian”, że to coś kompletnie niecodziennego zobaczyć 60-latka, wspinającego się na ogrodzenie, tylko po to, aby mieć lepsze miejsce do wyzywania i szydzenia z przeciwników.

To dlatego stałym obrazkiem Superclásico są przyśpiewki, starcia, tłukący gdzie się da kibole, zniszczone samochody oraz sklepy. I przez to są one otoczone zawsze specjalnym kordonem bezpieczeństwa – tysiące funkcjonariuszy usiłuje dbać o spokój, a fani gospodarzy zanim wyjdą, muszą czekać, aż goście opuszczą stadion.

To wszystko zawierał w sobie pojedynek z zeszłego roku: mecz przerwany w drugiej połowie na 15 minut, gdyż kibice odpalili petardy i zaczęli nimi rzucać w piłkarzy oraz wspinać się na metalowe ogrodzenia zabezpieczające boisko; trener Riveru, Ramón Díaz, który został odesłany na trybuny; dwóch futbolistów, którzy otrzymali czerwone kartki i opuścili murawę. Ot, wizytówka może nie najlepszych i najważniejszych derbów na świecie, lecz z pewnością najbardziej zawziętych.

A kind of magic?

„Poziom futbolu pogorszył się tutaj w ciągu ostatniej dekady. Grze coraz bardziej brakuje jakości. Teraz zdecydowanie więcej jest walki i biegania niż wcześniej. I ta obawa przed przegraną - względy estetyczne nie są w ogóle istotne” – komentował przed kamerami BBC Maxi Rodriguez. I trudno się z nim nie zgodzić. Bo derby Buenos Aires, to już nie są derby dwóch ekip rozstawiających pozostałych rywali po kątach.

Aktualnie River i Boca nie rozdają kart w lidze – odpowiednio 5 i 12 pozycja w tabeli. Oba po mistrzostwo sięgały 65 razy, jednak w ostatnich latach zdarzyło się im to jedynie sześć razy, po trzy w aperturze i clausurze – dwóch niezależnych od siebie częściach ligowego sezonu. A niegdyś potrafiły zdominować rozgrywki, jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy w dziesięciu sezonach, dwudziestu jego częściach, osiemnastokrotnie zajmowały miejsce na podium.

Dawniej koszulki obu zespołów przywdziewały legendy pokroju Di Stéfano, Kempesa, Maradony czy Batistuty. Dzisiaj wartość rynkowa  - według wyliczeń transfermarkt.de - każdego z nich wynosi tyle, ile Legii i Lecha razem wziętych. Aktualnie występują tam albo podstarzali gracze, którzy próbowali zawojować Europę, albo utalentowani zawodnicy drugiego sortu, nie znajdujący się na pierwszych stronach notatników najbardziej wziętych agentów piłkarskich. Wraz z brakiem sukcesów oraz wielkich nazwisk ulotniła się gdzieś cała magia El Superclásico.

Tom Vickery, dziennikarz BBC Sport, zauważył, że miało to również związek z wyginięciem typowej dziesiątki – starodawnej już, eleganckiej w grze, doskonałej technicznie, która dyrygowała kolegami i organizowała ataki. Zamiast tego w obu drużynach występuje zazwyczaj dwóch centralnych pomocników, typowych rzemieślników, którym w głowie tylko bieganie i utrudnianie życia przeciwnikowi. To dlatego z Boca Juniors jeszcze niedawno żegnał się największy obecnie idol „niebiesko-żółtej” części Buenos Aires – Juan Román Riquelme.

Dzikość serca

Może i Superclásico po spadku oraz powrocie River Plate z drugoligowego piekła, a także chronicznej ostatnimi czasy słabości Boca Juniors wyblakły piłkarsko, to już nie jest rywalizacja o prymat w państwie, ale one nadal elektryzują i przyciągają miliony. Argentyński pisarz, Roberto Fontanarrosa, wywodzący się z dzielnicy Rosario i kibicujący lokalnemu klubowi Central, tak mówił o derbach: „Zwykłem pytać siebie: czemu tak się denerwuję, skoro dopinguję Rosario Central? Trudno nie być. Tam czuć elektryczny ładunek, dynamiczny ładunek energii – niezależnie od tego czy mecz jest dobry, zły lub zwyczajny”.

One wciąż kipią od emocji, intensywności i różnorodności doznań, często tych pozytywnych i negatywnych. Bo tam pasja i przemoc mieszają się i nie mogą bez siebie żyć. Tam jest miejsce na wszystko: finezyjną grę, boiskową walkę ocierającą się o brutalność, czerwone kartki, sędziowskie kontrowersje, spięcia przy linii bocznej, wściekłość i wrzask trybun, fanów skandujących i wyzywających od najgorszych drugą stronę, rozpacz i niewysłowiony zachwyt, łzy radości oraz smutku po upokarzającym koszmarze porażki.


Może więc chodzi o tę siłę wrażeń i te skrajności. Nimi derby Buenos Aires poczęstowałyby nas w sposób nieporównywalny do niczego innego na planecie. Pod tym względem, jeśli nawet zmizerniały piłkarsko, nie mają sobie równych i „The Sun” miało rację określając je najintensywniejszym sportowym doznaniem na kuli ziemskiej. Pod tym względem to najważniejsze derby na świecie - nie jakieś tam El Clásico, a El Superclásico.

wtorek, 25 marca 2014

Brazylijskie stadiony i tykający zegar

Duże opóźnienia w budowie stadionów, dodatkowe miliony na przyspieszenie robót, niepokój FIFA, totalny chaos organizacyjny, uspakajające słowa polityków i protesty na ulicach – mistrzostwa jeszcze się nie zaczęły, a Brazylia jest już nimi najwyraźniej zmęczona. Do mundialu mniej niż sto dni, przygotowania wkraczają w decydującą fazę, to ostatnia prosta, finisz, ale cały kraj zdaje się być wykończony. Jemu nie pomogłyby nawet motywujące nuty Vangelisa z „Rydwanów ognia”. Tymczasem zegar powolutku i nieubłaganie tyka - tik tak.

Mundial na dziewięć stadionów plus trzy

„Pracujemy w warunkach, gdzie cement nie jest jeszcze suchy. Wciąż musimy zainstalować rozwiązania IT dla mediów. Bez nich komunikacja na obiektach będzie najgorsza w historii mistrzostw. Aby tego dokonać, potrzebujemy co najmniej 90 dni” – stwierdził Jérôme Valcke w wywiadzie dla „The Guardian”. Następnie dodał: „To już sto dni do mundialu, a stadion w São Paulo nie jest jeszcze skończony i nie będzie do 15 maja. I jak wiecie, dwa inne – w Kurytybie oraz Manaus – również mają spore opóźnienia”.

FIFA chciała, żeby wszystkie areny zostały oddane do użytku najpóźniej do grudnia ubiegłego roku, tak by można było je przetestować w warunkach bojowych. Tymczasem 6 z 12 stawianych na mistrzostwa obiektów nie dotrzymało grudniowego terminu, przy trzech z nich ciągle się majstruje, a stadiony w São Paulo i Kurytybie ukończone zostaną na ostatnią chwilę. FIFA w pewnym momencie groziła nawet wkluczeniami.

W styczniu pogroziła Kurytybie odebraniem meczów i ich przeniesieniem. Valcke przed kamerami CNN mówił: „Nie da się organizować spotkań, jeśli nie ma się gotowego stadionu. To oczywiste”. Zaległości w budowie są tak znaczne, że ich wykonawcy nie mogą obiecać, czy zdążą na czas turnieju. Prace ponadto wstrzymał lokalny sędzia, według którego miejsce robót nie było należycie zabezpieczone.

Wznoszenie obiektu w Cuiabie przedłużył pożar, który spowodował większe zniszczenia niż się spodziewano. A wedle raportów ogień naruszył podobno całą konstrukcję. Roboty w São Paulo z kolei zatrzymał wypadek – w listopadzie zeszłego roku dźwig zawalił się na metalową konstrukcję podtrzymującą dach i uśmiercił dwie osoby. Pracownik zginął również przy wznoszeniu areny w Manaus, w samym sercu Amazonii, lecz tam akurat nic nie jest normalne.

Jaja w tropikach

Oficjalne otwarcie obiektu przekładano kilkakrotnie, a meczowi inauguracyjnemu – kiedy w końcu do niego doszło - daleko było do piłkarskiego święta. Pokazał on raczej skalę niedokończonych robót i mnogość problemów, z którymi przyjdzie się organizatorom zmierzyć.

Fani, którzy przyjrzeli się od wewnątrz cacku wzniesionemu pośród amazońskiej dżungli, opowiadali o przeciekającym dachu, niewykończonych ubikacjach oraz sprzedaży biletów na nieistniejące miejsca. Niektórzy nie dostali się na te istniejące, bo uniemożliwiały im to pozostawione na trybunach śmieci oraz gruz. Na arenie, która kosztowała 175 milionów funtów, o 40 milionów więcej niż pierwotnie zakładano, mają jeszcze jeden poważny kłopot – z trawą.

To doprawdy jedna z tych opowieści niesamowitych, w które nie chce się po prostu wierzyć. Nie chce się wierzyć, że w samym środku Amazonii nikt nie wziął pod uwagę trudnych warunków atmosferycznych. A przecież w regionie o tak wysokich temperaturach i dużej wilgotności powietrza utrzymanie murawy w odpowiednim stanie musi być nie lada wyzwaniem.

W istocie: stadion ledwie oddany do użytku, nie rozegrano na nim jeszcze żadnego poważnego spotkania, a trawy na płycie boiska już brakuje – jedno pole karne jest ponoć niemal zupełnie jej pozbawione. Roy Hodgson i Cesare Prandelli będą z pewnością zachwyceni.

W poszukiwaniu straconego czasu i pieniędzy

Kłopoty pojawiają się także na stadionach dawno wybudowanych. Niedawno zawaliła się część dachu na obiekcie w Belo Horizonte. Parę godzin przed ligowym pojedynkiem na boisku wylądowały odłamki metalowej konstrukcji, w dachu powstały dziury. Nie działa ponadto system odwadniający, a przecież Belo Horizonte ma gościć półfinalistów mundialu.

Kolejne zmartwienie to infrastruktura wokół aren, gdzie - jak relacjonują reporterzy BBC - wciąż krzątają się pracownicy, w pocie czoła m. in. układający chodniki oraz wykańczający trasy dojazdowe. W ogóle cała robota podobno wykonywana jest w ogromnym pośpiechu, nie zważając na szczegóły i wygląd – na stadionie w Natal dach zdobią widoczne gołym okiem otulina i izolacja. Rząd, żeby zdążyć ze wszystkim na czas, sypie gotówką na prawo i lewo. Pracę w Kurytybie przyspieszyć ma dodatkowe 16 milionów i napływ nowych robotników.

Stadiony to nie jedyny problem gospodarzy. Infrastruktura drogowa pozostawia ponoć wiele do życzenia i istnieją obawy, że podróżowanie po kraju w trakcie turnieju może stać się prawdziwym koszmarem. A obiecywany system szybkiego ruchu oraz zapowiadane modernizacje na kolei i lotniskach nie doszły do skutku.

Cztery największe porty lotnicze w Brazylii przyjmują obecnie więcej przyjezdnych niż są w stanie – to w São Paulo przyjęło w ubiegłym roku 36 milinów pasażerów, o 44% więcej niż powinno. Mówi się, że lotniska podczas mistrzostw nie będą mogły sobie pozwolić na dodatkowe przeloty. „Każdy, kto opowiada, że nie będzie problemów, kłamie” – stwierdził na łamach „The Independent” prezydent jednej z firm lotniczych, Jose Efromovich.

Kurtyna w górę

Im bliżej mundialu, tym nie tylko więcej pytań i znaków zapytania, im bliżej mundialu, tym coraz bardziej mogą tam go mieć po dziurki w nosie. Według sondażów jego organizacji sprzyja zaledwie 52% społeczeństwa. Ogólnonarodowe strajki to następna sprawa, która spędza sen z powiek FIFA oraz władz – dlatego zrezygnowano nawet z oficjalnych przemów w trakcie otwarcia. Ludzie protestują i są wściekli, ponieważ na mistrzostwa idą setki miliardów, zamiast na szkoły i szpitale. Na obiektach piłkarskich szerzy się wandalizm, a w niektóre rejony miast – mimo iż bezpieczeństwa ma pilnować 170 tysięcy przeszkolonych funkcjonariuszy – lepiej po prostu się nie zapuszczać.

Siedem lat – tyle czasu posiadała Brazylia na organizację mundialu, dopracowanie i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Ale tego ostatniego guzika dopiąć nie potrafią do tej pory, na kilkadziesiąt dni przed turniejem. Gospodarz przez te siedem lat przygotowań podążał bardzo wyboistą drogą, kłopot poganiał kłopot, awarie i usterki nie miały końca, aż sam Sepp Blatter modlił się publicznie do Boga oraz Allaha o to, aby nie wydarzyło się już nic nieprzewidzianego i niepożądanego.


Na ostatnią chwilę, ale ze wszystkim zdążymy – może i brazylijskie władze mają rację, przekonując, że nie ma się czym martwić, a na stadionach wykończonych za pięć dwunasta przeżyjemy kilka pięknych i niezapomnianych chwil, i w ogóle cały turniej będzie wielkim piłkarskim świętem. Nikt jednak nie chciałby porządkować sceny o takiej sile oddziaływania, w momencie kiedy kurtyna idzie w górę. A wiele wskazuje na to, że nie inaczej będzie w Brazylii.

wtorek, 18 marca 2014

Olympiakos zwęszył krew

Ich właścicielem jest magnat żeglugowy, niedawno oskarżony o wręczanie łapówek i ustawianie meczów. Ich trenerem jest jedna z piłkarskich legend Realu, która wypatrzyła w jego rezerwach 18-letniego wówczas Juana Matę. To grecki klub odmienny od pozostałych. Kryzys finansowy w ogóle się go nie ima, nie ma u siebie konkurencji, pierwsze skrzypce odgrywają w nim obcokrajowcy, a teraz pozostaje im jedynie dokonać egzekucji na Old Trafford.

Hegemon z Hellady

W sobotę zapewnił sobie tytuł mistrzowski – na pięć kolejek przed końcem rozgrywek, z 18-punktową przewagą nad wiceliderem. Na własnym podwórku to prawdziwy hegemon, w ostatnich osiemnastu sezonach ligę wygrywał szesnastokrotnie. W tym roku zwyciężył w 11 z 13 spotkań, tylko raz uznając wyższość rywali – porażka 1-2 z PAOK Saloniki na wyjeździe.

Na arenie europejskiej po dominacji w tamtejszej Superleague w ogóle nie ma śladu. Do ćwierćfinału Champions League ekipa z Pireusu dotarła jeden jedyny raz, przed wiekami, przed piętnastu laty. Ale z angielskimi drużynami na swoim stadionie przegrywa rzadko, ostatnio 11 wiosen temu. Przyzwyczaiła raczej swoich kibiców do wygranych, pokonując przeciwników z Anglii trzykrotnie z rzędu, lecz jej pojedynki na wyspach to już zupełnie inna historia. Poniosła porażki we wszystkich dotychczasowych meczach, tracąc dwadzieścia goli, zdobywając zaledwie trzy. Warto jednak wspomnieć, że w trzech ostatnich spotkaniach ani razu nie uległa różnicą trzech bramek.

„Czerwone Diabły” tymczasem zostały ograne przez grecki zespół w europejskich pucharach po raz pierwszy w swych dziejach. Uległy klubowi z rozgrywek zdławionych i wywróconych do góry nogami przez kryzys finansowy. To z tego powodu do drugiej ligi osunął się wieloletni potentat – AEK Ateny. Z takich samych pobudek swój upadek zaliczył kolejny zasłużony greckiej sceny futbolowej – Iraklis. United nie sprostało drużynie z ubożejącej z roku na rok i coraz mizerniejszej ligi, gdzie Olympiakos nie ma po prostu żadnej konkurencji.

Jego zwycięstwo sprzed dwóch tygodni jest tym bardziej zadziwiające, że w niedawnych okienkach transferowych raczej się osłabiał niż wzmacniał. Zimą stracił swoich dwóch kluczowych graczy – najskuteczniejszego strzelca Konstantinosa Mitroglou oraz błyskotliwego lewoskrzydłowego Vladimíra Weissa. Jeszcze wcześniej pozbył się solidnego obrońcy Vasilisa Torosidisa oraz etatowego obecnie napastnika Evertonu, Kevina Mirallasa.

Tych poważnych ubytków na boisku nie widać, gdyż na ich miejsce wskakują inni. Aktualnie jedną z największych rewelacji ekipy z Pireusu i jednym z jej najjaśniejszych punktów w starciu z United był wypożyczony z Arsenalu Joel Campbell. Zawodnik rokrocznie zsyłany na wypożyczenia do różnych lig, zachwycił Wengera ponoć tak bardzo, że ten po sezonie chce go mieć z powrotem w Londynie. A nad całą tą międzynarodową zgrają – jedynie siedmiu Greków w 26-osobowej kadrze – pieczę sprawuje Hiszpan Míchel.

Zemsta po latach

Legenda Realu, którego barw jako futbolista bronił przez czternaście lat. Legenda, która w trenerce do niedawna nie osiągnęła niczego wartego zapamiętania. Wyleciał po sezonie pracy z Rayo Vallecano. Wytrwał jeden rok jako opiekun rezerw „Królewskich”, które spuścił do niższej ligi. A trzeba podkreślić, że pod jego okiem dojrzewali w nich m. in. Juan Mata, Alvaro Negredo, Roberto Soldado oraz Javi Garcia. Czym zresztą Hiszpan chwali się do dziś: „Spadliśmy z ligi, ale 15 albo więcej piłkarzy robi obecnie kariery w dobrych klubach, niektórzy w Madrycie” – opowiadał na łamach „The Independent”.

Dłużej wytrzymał jedynie w Getafe, potem przyszedł epizod w Sevilli, a prawdziwe sukcesy odnosi dopiero teraz. Olympiakos doprowadził właśnie do drugiego tytułu mistrzowskiego, po drodze sięgnął jeszcze po krajowy puchar, lecz tamtejsi fani nigdy nie zapomną mu domowego triumfu nad Manchesterem.

To swego rodzaju paradoks, że Míchel przez tyle lat występów na boiskach nigdy nie rywalizował z angielskimi drużynami. Na jego najlepszy okres w karierze przypadło jednak wykluczenie z europejskich pucharów dla ekip z Anglii. Spotkał się za to z zespołem Alexa Fergusona i nie było to spotkanie przyjemne. W 1983 roku Real podejmował w finale Pucharze Zdobywców Pucharów szkockie Aberdeen i przegrał po dogrywce 1-2: „To był prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy go przekląłem. Już wtedy wygrywanie było dla niego czymś naturalnym" – wspominał Fergusona w wywiadzie dla „The Independent”.

Dziś może wychwalać pod niebiosa, to że Szkota w szatni United już nie ma, który do blamażu w Grecji po prostu by nie dopuścił, i czuć błogą satysfakcję z zemsty wymierzonej po latach. Manchester Sir Alexa a Manchester Moyesa to nie tylko dwa różne światy, to dwie bardzo odległe galaktyki. Co dziwniejsze, odnajdziemy w nich niemal identyczne elementy składowe, te same gwiazdy, lecz ich układ za czasów Fergusona był dla każdego związanego z „Czerwonymi Diabłami” dużo korzystniejszy. Wtedy w klubie działało niemal wszystko, aktualnie nie działa nic – począwszy od defensywy, przez utrzymanie się przy piłce i stosowanie pressingu, po same akcje ofensywne.

Domek z kart

W całym tym wachlarzu błędów Moyesa i wad obecnego Manchesteru najbardziej zdumiewający jest bałagan, jaki prezentują jego zawodnicy na murawie i ich zadziwiająca wręcz nieporadność. Coś, co nie miałoby racji bytu za czasów Szkota. Teraz zaś, za panowania Moyesa, kibice nie poznają swojej drużyny.

To uderzające, jak United zmienił się w ciągu tych kilkunastu miesięcy, odkąd za sterami nie ma Sir Alexa. Rok temu, w połowie lutego, plasowali się na pierwszej pozycji w lidze z dwunastopunktową przewagą na wiceliderem, awansowali do ćwierćfinału FA Cup rozbijając Fulham i wywieźli remis z Santiago Bernabéu. Dziś, przeżywają sezon o jakim chcieliby, jak najszybciej zapomnieć.

A przecież porównując kadry z ubiegłego i aktualnego sezonu, dostrzeglibyśmy ledwo namacalne zmiany. Bawiąc się w grę „znajdź różnicę”, wskazalibyśmy na raptem trzy nazwiska – wyciągniętego z rezerw Januzaja, sprowadzonego latem Fellainiego oraz kupionego zimą Matę. Szukając zaś różnic w postawie i sposobie gry Manchesteru obu menedżerów, ujrzelibyśmy kompletnie dwa odmienne zespoły.

Sympatycy raz po raz przeżywają koszmary, jakich nigdy za panowania Szkota nie doświadczyli. Pierwsza od 1984 roku porażka ze Stoke, pierwsza w historii przegrana na własnym stadionie ze Swansea, Newcastle, które zdobyło tam trzy punkty, a wcześniej dokonało tego przed czterdziestu laty, Everton z kolei przed dwudziestu, a West Bromwich ostatni raz w 1978 – „Czerwone Diabły” Moyesa biją niechlubny rekord za niechlubnym rekordem. W dodatku za każdym razem prezentują fatalny styl, tylko jeden celny strzał w Pireusie, który nie pozostawia żadnych złudzeń i jakichkolwiek nadziei.


W świecie Franka Underwooda, głównego bohatera znakomitego „House of cards”, panuje tylko jedna zasada – poluj lub bądź upolowanym. Manchester w bieżącym sezonie zgubił gdzieś tożsamość myśliwego i doprowadził do niespodziewanej zamiany miejsc – myśliwy stał się ofiarą. I któż mógłby pomyśleć, że na polowanie wybiorą się nawet gospodarze w Pireusie. Olympiakos zwęszył już krew i nie pozostaje mu nic innego, jak tylko uśmiercenie ofiary. 

niedziela, 9 marca 2014

Z Pakistanu do finału Ligi Mistrzów

Każdego roku biorą udział w finale Ligi Mistrzów, odwiedziły niemal wszystkie mundiale oraz Mistrzostwa Europy, towarzyszą również najlepszym na Starym Kontynencie ligom. Albo inaczej – bez nich nie odbyłby się żaden finał Champions League, narażone na szwank byłyby Mistrzostwa Świata oraz Euro, nie byłoby zmagań na Starym Kontynencie. Bez piłek z Pakistanu nie byłoby prawdopodobnie niczego.

To mało znaczące na mapie świata państwo, dla którego nie znalazłoby się miejsca nawet na drugim planie filmu gorszego niż klasy B, w wielkim świecie futbolu, co może wydawać się zupełnie nieprawdopodobne, odgrywa rolę pierwszoplanową. Pakistan to największy eksporter ręcznie szytych piłek. To 70% globalnej produkcji futbolówek. To tam produkuje się ich najwięcej na planecie, prawie sto tysięcy pracowników szyje rokrocznie od 40 do 60 milionów piłek, wartych łącznie 210 milionów dolarów.

Bajka o okrągłej piłce

Światowym centrum wytwarzania futbolówek jest niespełna trzystutysięczny Sialkot, miasto na pograniczu pakistańsko-indyjskim. Miejsce, gdzie przed latami, w czasach gdy należało do będących pod panowaniem Wielkiej Brytanii Indii, zrodziła się legenda. Legenda, która głosi, że wszystko zaczęło się od pewnego szewca imieniem Syed Sahib – dziś jedna z ulic miasteczka nazwana jest jego imieniem i nazwiskiem.

A może zaczęło się od pewnego Brytyjczyka? Żołnierza stacjonującego w Sialkot, który podczas gry w piłkę, co obok krykieta stanowiło jedyną formę rozrywki, przebił niechcący futbolówkę. Od tego wydarzenia rozpoczęły się poszukiwania człowieka zdolnego uratować szmaciankę. Żołnierz natrafił w końcu na szewca, który zajął się naprawą kuli napompowanej powietrzem i przywróceniem jej pierwotnego, okrągłego kształtu.

Kiedy mu się to udało, nie mógł się opędzić od Brytyjczyków uganiających się za tą cholerną szmacianką. W tym czasie szewc nie tylko reperował w pocie czoła obiekty pożądania przybyszy, ale także studiował ponoć godzinami strukturę kuli wypełnionej powietrzem. Używając lokalnej skóry, nici, drutów oraz swoich szewskich umiejętności postanowił stworzyć replikę.

Po wielu próbach, kiedy uznał wreszcie, że oto stworzył możliwie najokrąglejszą futbolówkę, a dalsze majstrowanie przy niej byłoby jak z powstałymi nieco później utworami Beatlesów, czyli jak z poprawianiem konstrukcji koła, i kiedy stwierdził, że to, co stworzył jest dobre, zaczął wyrób własnych rąk sprzedawać. I tak bajka przerodziła się w biznes. Biznes przez duże B.

Okrągłe imperium

70 milionów futbolówek sprzedawanych rokrocznie, zaspokojenie potrzeb niemal całego świata – w latach dziewięćdziesiątych, w latach świetności, Pakistan był prawdziwym imperium produkującym piłki. I jak każde imperium ma swój mityczny początek, tak posiada również swoje ciemne strony. W tej niezwykłej opowieści odnajdziemy niestety rozdziały mroczne.

Nie byłoby bowiem mocarstwa, gdyby nie praca wykonywana przez dzieci. To ich rękami zbudowano pakistańską potęgę końca ubiegłego wieku. Przy wyrobie futbolówek, sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin dziennie, w liczbie dwunastu milionów, zasuwali chłopcy nie mający jeszcze dziesięciu lat. W piękne, słoneczne dni nikt tam nie uganiał się za piłkami, tam się je wytwarzało.

Dopiero ogólnoświatowe larum podniesione przez najbardziej wpływowe organizacje ochrony praw człowieka pozwoliło problem wyeliminować. Nie bez znaczenia był również wpływ potężnych koncernów typu Nike czy Adidas, które właśnie w Pakistanie posiadają swoje fabryki i które obawiały się o swój wizerunek – obrzydliwie bogatych korporacji wykorzystujących klepiące biedę dzieci. Od wtedy następował także powolny zmierzch pakistańskiej potęgi. Ale skandal związany z wykorzystywaniem nieletnich nie był jego podstawową przyczyną.

Wojna światów

Na boisku ich rywalizacja nie miałaby jakiegokolwiek znaczenia, lecz poza nim między Pakistanem a Chinami od kilku lat poważnie iskrzy. Zaciekłej walce o prymat w produkcji futbolówek nie ma końca. Do 2000 roku ci pierwsi wyrabiali 75% procent wszystkich piłek na globie, co czyniło ich jednocześnie największym dostawcą, światowym liderem. Dzisiaj to już zdecydowanie mniej, jakieś 40% procent, głównie z powodu konkurencji w postaci wspomnianych Chin lub Indii i Tajlandii.

Sialkot przegrywa ze zmechanizowaną i nowoczesną rzeczywistością. Chińczycy w ciągu roku produkują więcej, stawiając zwłaszcza na masówki, szmacianki niskiej jakości tworzone przez maszyny. Choć i na turniejach rangi mistrzowskiej chińskie piłki zdążyły zaznaczyć już swoje miejsce.

Na mundialu w 2006 roku po raz pierwszy nie użyto futbolówek z Pakistanu, a na zmaganiach w RPA zagościła chińska Jabulani. Nie zebrała pochlebnych opinii, dzięki czemu do łask powrócił Sialkot i pakistańskie wytwórnie. Syndromem powrotu starych czasów były Igrzyska Olimpijskie w Londynie, a ich potwierdzeniem będzie czerwcowy turniej w Brazylii, w trakcie którego ujrzymy pakistańskie piłki.

Made in Pakistan

Może i przegrywają z supernowoczesnymi fabrykami konkurencji, lecz nie można napisać, że Pakistan to relikt przeszłości. To wciąż wyroby wysokiej jakości i silna marka, która ulega stopniowym przemianom.

Ręczne szycie powoli zastępują maszyny operowane przez ludzi. Futbolówki poddawane są komputerowym testom, w czasie których sprawdza się czy ich kształt jest odpowiedni, a powierzchnia wystarczająco śliska, bada się ich wytrzymałość na uszkodzenia zewnętrzne, temperaturę i promieniowanie. Specjalne urządzenie do kopania poddaje je trzem tysiącom prób.

W ogóle cały tamtejszy legendarny świat produkcji piłek ulega skomputeryzowaniu i czerpie korzyści z powszechnej globalizacji. Jeśli w Sialkot jeździ się lepszymi samochodami i po lepszych drogach niż w innych częściach państwa, to głównie dzięki płomiennej pasji milionów. Jeżeli w mieście ludzie zarabiają dwa razy tyle, ile wynosi średnia krajowa, to dzięki ręcznie szytym futbolówkom sprzedawanym Adidasowi za cenę od pięciu do dziesięciu dolarów. Aby dodatkowo usprawnić handel, mieścina wybudowała własne lotnisko, tak by przedstawiciele sportowych marek mogli latać bezpośrednio do miejscowości i z niej transportować towar samolotami.

I stanie się koniec

Zadziwiająca jest droga jaką pokonuje taka futbolówka. Od nici i rąk pracowników, przez magazyny i pakistańskich pośredników, tysiące kilometrów w powietrzu, po sklepy renomowanych firm, a czasami nawet po finał Ligi Mistrzów. Zadziwiające jest również to, że globalnym gigantem w wyrobie piłek stał się Pakistan. Miejsce, gdzie ubóstwia się krykiet, gdzie nie ma profesjonalnej ligi piłkarskiej, a samo zainteresowanie futbolem niemal zupełnie nie istnieje. Tak naprawdę nikt nie potrzebuje tam piłek, bo tych się po prostu nie używa. I choć wszystko kręci się tam wokół nich, to nie wokół samego futbolu.


Albert Einstein zawyrokował, że jeśli na ziemi zabrakłoby pszczół, to kres ludzkości nastąpiłby w ciągu góra czterech lat. Trudno o podobne prognozy w wypadku, gdyby Pakistan nawiedził jakiś kataklizm i przestałby on zupełnie produkować piłki. Ale dużo łatwiej zauważyć, jak wiele zależy od tego niewiele znaczącej w świecie futbolu kraju.