środa, 15 sierpnia 2012

Upadek „Imperatore”


Adriano Leite Ribeiro przez lata walczył z depresją, nałogiem alkoholowym oraz otyłością. Teraz, dręczony przez kontuzje, przegrywa z własnym organizmem. Dotychczas, kiedy mozolnie wdrapywał się na szczyt i w końcu go osiągał, to w okamgnieniu tracił wszystko i lądował na samym dnie. Niedawno zaliczył upadek po, którym już się chyba nie podniesie. W marcu tego roku Corinthians Sao Paulo rozwiązało z nim kontrakt. Do dziś nie znalazł nowego klubu.

W latach świetności Adriano był prawdziwym postrachem bramkarzy. Ten umięśniony kolos, zadziwiał zwinnością, techniką oraz szybkością, a także wręcz niebywałą łatwością do zdobywania urodziwych goli. Jego znakiem firmowym stały się potężne uderzenia lewą nogą. Pewnego razu, w jednym z meczów Serie A, kopnął futbolówkę z taką siłą, że ta odbiwszy się od poprzeczki, wylądowała w pobliżu linii wyznaczającej środek boiska.

Do Italii trafił z etykietą gracza o rzadko spotykanym talencie. Kupiony przez Inter, następnie wypożyczony do Fiorentiny, a potem oddany na współwłasność do Parmy, włoskie boiska wziął szturmem. W sezonie 2003/2004, w jego zaledwie trzecim na Półwyspie Apenińskim, strzelił 23 bramki. Zyskał przydomek „Imperatore”, co znaczy „Cesarz”.

Szczyt formy i strzeleckich możliwości Adriano przypadł na lata 2003-2005. W 81 meczach zdobył 65 goli. Między lipcem 2004 a czerwcem 2005 pokonywał golkiperów rywali 40 razy. Został królem strzelców Copa America i Pucharu Konfederacji. Otrzymał nagrodę dla najlepszego zawodnika Pucharu Konfederacji. Wówczas caluteńki świat miał u swych stóp. Wówczas nikt nie sądził, że Brazylijczyk może tak błyskawicznie spaść z piedestału.

Pod koniec 2004 roku na zawał serca zmarł ojciec piłkarza – Almir. To wtedy w podświadomości Adriano zasiała się depresja, która z biegiem czasu wżerała się w jego umysł coraz intensywniej. Almir był dla syna kimś wyjątkowym. Nie tylko ojcem, lecz także inspiracją. Kimś – co wielokrotnie powtarzał – dla kogo poświęcał cały swój zapał oraz motywację, kimś kogo pragnął uszczęśliwiać grą i strzelanymi bramkami: „Mój ojciec zawsze mnie wspierał. Lubił patrzeć jak gram. Kiedy go straciłem, zaczęły się wszystkie moje problemy, również z alkoholem. Piłem dużo, bez ustanku i nie mogłem przestać”.

Adriano formę utrzymał jeszcze przez kilka miesięcy. Później było tylko gorzej. Popadł w głęboką depresję, zatracał się w nałogu alkoholowym, zagubił ochotę do treningów. W klubie widywano go coraz rzadziej. Coraz częściej za to odwiedzał nocne lokale.

Pierwszy nie wytrzymał ówczesny trener „Nerrazurrich” – Roberto Mancini. Posadził Brazylijczyka na ławce rezerwowych, gdyż ten omijał praktycznie każdą sesję treningową. Nie wytrzymał również Dunga, były selekcjoner Brazylii. Nie powołał zawodnika na sparing z Ekwadorem. Namawiał, by zmienił zachowanie i skupił się na futbolu.

„Imperatore” z kolei zapragnął powrotu do ojczyzny. Stwierdził: „Jeśli nie jesteś otoczony przez ludzi, którzy chcą dla ciebie jak najlepiej, możesz skończyć źle. Sukces i wszystko, co z nim związane nie zawsze przynoszą szczęście. Szczęście tkwi w małych rzeczach”. Massimo Moratti spełnił życzenie piłkarza, wypożyczając go do Coritnhians. Adriano wracał do rodzinnego kraju, aby pokonać własne demony.

W debiucie trafił do siatki dwukrotnie. Zaczął regularnie grać i zdobywać gole, lecz w pewnym momencie znowu pojawiły się problemy. W jednym z ligowych meczów uderzył głową gracza Santosu Domingosa i został zawieszony na dwa spotkania (choć groziła mu 18-miesięczna dyskwalifikacja). Spóźnił się na sesję treningową i opuścił ją przed czasem. Skłócił się z kolegami z drużyny, szkoleniowcami oraz działaczami. Decyzją prezesów brazylijskiego zespołu, Adriano jeszcze przed końcem okresu wypożyczenia wrócił do Włoch.

W Interze pod wodzą Jose Mourinho dość niespodziewanie zanotował znakomity start. Wywalczył miejsce w podstawowej jedenastce, szybko osiągnął liczbę stu bramek zdobytych w swojej karierze na boiskach Italii. Były to jednak miłe złego początki. W kwietniu 2009 roku pofrunął na sparing z reprezentacją Brazylii. Do Mediolanu już nie powrócił. Przez prawie miesiąc nikt nie wiedział, gdzie przebywa i co robi. Zaniepokojony Mourinho wycedził: „To nie jest niezdyscyplinowanie lub żart, to o wiele bardziej poważna sprawa. Jedyne, co obecnie mogę zrobić – ze smutkiem, ale bez gniewu czy krytycyzmu – to nic. Musimy czekać i zobaczyć, jak to się wszystko skończy. Ale teraz martwię się o człowieka, nie o piłkarza”.

Adriano wreszcie przemówił. Ogłosił zakończenie kariery: „Na razie rezygnuję. Nie znajduję już żadnej radości w futbolu. Nie chcę już grać. Nie chcę wracać do Włoch, chcę mieszkać tu w Brazylii. Nie jestem chory. Pragnę tylko żyć w spokoju z moją rodziną w mojej ojczyźnie”. Piłka nożna straciła dla niego jakiekolwiek znaczenie. Porzucił Inter, twierdząc, że nie jest zadowolony z życia na północy Półwyspu Apenińskiego. Szczęścia postanowił szukać wśród dawnych  przyjaciół z rodzinnego miasta – Rio de Janeiro.

To właśnie w slumsach i na ulicach tego miasta się wychował. Dzieciństwo spędził w ubóstwie, uganiając się za futbolówką w dzielnicy – cieszącej się złą sławą – Vila Cruzeiro, gdzie wojny gangów, handel narkotykami, porwania oraz morderstwa były chlebem powszednim. Przyszły gwiazdor brazylijskiej piłki w wieku siedmiu lat widział strzelaninę i śmierć młodego człowieka. Trzy lata później jego ojciec został poważne ranny. Jedyną szansą ucieczki ze świata wypełnionego biedą i przemocą stał się futbol. Adriano wstąpił do akademii piłkarskiej Flamengo.

Po kilku latach Flamengo ponownie wyciągnęło do niego pomocną dłoń. Przygnieciony przez depresję oraz alkoholizm zawodnik powoli odżywał. Odzyskał wielką formę: ustrzelił m. in. dwa hat-tricki w lidze (w tym jeden przeciwko odwiecznemu rywalowi Fluminese), sięgnął po koronę króla strzelców i otrzymał nagrodę dla najlepszego gracza ligi. Przyczynił się do wywalczenia mistrzostwa, wrócił do reprezentacji. Na mundial w RPA jednak nie pojechał.

Latem 2010 roku przeszedł do Romy. Wtedy rozpoczęły się jego kłopoty z urazami. W ciągu siedmiu miesięcy na murawę wybiegł raptem pięć razy. Włodarze „Giallorossich” bardzo szybko rozwiązali z nim kontrakt. Adriano z powrotem trafił do Corinthians, lecz po dwóch tygodniach zerwał więzadła w kolanie. Kurował się przez pięć miesięcy. Dla Adriano było to stanowczo za długo.

W tym czasie uczęszczał do barów oraz pubów, z których za każdym razem wracał w stanie upojenia alkoholowego. Utracił prawo jazdy za prowadzenie samochodu pod wpływem wysokoprocentowych trunków. Wplątał się w niebezpieczne kontakty z dilerami. Policja zatrzymała go za rzekomy handel narkotykami. Parę dni później wypuściła, ponieważ nie posiadała dostatecznych dowodów. 24 grudnia 2011 roku był sprawdzą tragicznego wypadku - postrzelił przyjaciółkę, bawiąc się pistoletem ochroniarza.

Jak się wyleczył, to nie widywano go w klubie. Kiedy się pojawiał, nie mógł ćwiczyć, gdyż był pijany. Przytył, zatracił dawną sprawność i kondycję. Dostał areszt domowy, bo ważył sto kilo. Został poddany ścisłej diecie - miał jeść jedynie to, na co zezwolili mu lekarze. Musiał trenować trzy razy dziennie i kontrolować wagę.
Na niewiele się to zdało. Adriano w ciągu sezonu wystąpił w ledwie siedmiu spotkaniach. Według działaczów Corinthians opuścił 67 sesji treningowych. Ich cierpliwość wyczerpała się w momencie, gdy piłkarz trzy dni z rzędu zjawiał się w klubie w stanie upojenia alkoholowego. Zawodnik wylądował na bruku. Do dzisiaj nie znalazł nowego pracodawcy. Niedawny kolega z zespołu skonstatował: „Tylko szaleniec podpisałby z nim obecnie kontrakt”.

Historia Adriano to bezlitosne studium człowieka zniewolonego przez alkohol i depresję. W tej historii nie odnajdziemy pozytywnych przesłań, czy szczęśliwego zakończenia. Nie stwierdzimy, że Brazylijczyk nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i niedługo wróci silniejszy. To, bowiem, historia człowieka upadłego, który rozmienił swój talent na drobne i jako sportowiec już chyba nigdy się nie podniesie.

środa, 8 sierpnia 2012

Futbolowy sukces na krańcu świata


Setki palm kokosowych, porastających wybrzeża. Niebiańskie plaże oplatające niezliczoną ilość wysp, które tworzą pięć dużych archipelagów. Bujna roślinność, rafy koralowe, plantacje kawy i ananasów. Jesteśmy w Tahiti, największej - zamieszkałej przez niespełna 180 tysięcy mieszkańców - wyspy Polinezji Francuskiej. Turystycznym raju, przyciągającym podróżników naturą nienaruszoną przez cywilizację, zachwycającym pięknem niespotykanym na żadnym innym skrawku ziemi.

Wyspy, wspaniała przyroda i plaże, palmy oraz… futbol. Kraj znany w świecie głównie z turystyki, parę tygodni temu zdobył rozgłos dzięki piłkarskiej reprezentacji. Drużyna Tahiti awansowała do Pucharu Konfederacji i z pewnością będzie jego najbardziej egzotycznym uczestnikiem.

„To niewiarygodne, zupełnie niewiarygodne. Ta droga rozpoczęła się dwanaście lat temu i teraz w końcu osiągnęliśmy nasz cel. Jedziemy na Puchar Konfederacji” – stwierdził tuż po wygranym finale rozentuzjazmowany selekcjoner Tahiti, Eddy Etaeta.

W przyszłym roku naprzeciw największych futbolowych potęg stanie futbolowe kuriozum. Tak olbrzymiej anomalii w tej dyscyplinie nie widzieliśmy nigdy. Na poważany turniej, wypchany po brzegi uznanymi firmami i gwiazdami, pojedzie banda nieopierzonych, bezimiennych piłkarzy.

O tej niebywałej osobliwości zadecydowały czynniki mikroskopijne w piłkarskiej rzeczywistości. Tahiti wygrało Puchar Narodów Oceanii, który w skali globalnej nie ma jakiegokolwiek znaczenia. Co więcej, gdyby nie sensacyjny zwycięzca, nikt o pucharowych zmaganiach gdzieś na końcu świata, nawet by nie wspomniał.

W drodze po trofeum anonimowa reprezentacja z nieznanego zakątka globu pokonała zespoły równie anonimowe, plasujące się w rankingu FIFA między 141 a 173 miejscem, czyli Samoa, Vanuatu, Nową Kaledonię oraz Wyspy Salomona. Zanotowała skok o 41 pozycji i obecnie w klasyfikacji znajduje się na 138 miejscu, za sąsiadów mając Turkmenistan, Burundi, Nikaraguę czy Grenadę.

Nie byłoby sukcesu Tahiti, gdyby nie dwie nadzwyczaj sprzyjające i szczęśliwe okoliczności. Pierwsza to wycofanie się Australii z federacji Oceanii i przejście do federacji azjatyckiej. Druga to półfinałowa wpadka głównego pretendenta do pucharu - Nowej Zelandii (zaskakująca porażka z Nową Kaledonią). Tak oto, reprezentacja Tahiti stała się pierwszą obok Australii i Nowej Zelandii, która triumfowała w Pucharze Narodów Oceanii.

Na Puchar Konfederacji pofrunie, więc drużyna, która w gablocie z trofeami umieści dopiero pierwsze. Jeszcze osiem lat temu przegrywała, z kim tylko się dało. W rozgrywkach o czempionat Oceanii w 2004 roku w trzech meczach otrzymała od przeciwników aż 24 bramkowe ciosy, odpowiadając ledwie dwoma.

Na renomowany turniej w Brazylii dostała się ekipa, która na przestrzeni ośmiu lat rozegrała tylko trzy sparingi. Rywalizacji piłkarskiej doświadczyła jedynie w eliminacjach do mistrzostw świata i w pucharze narodów. Przerwa pomiędzy niektórymi pojedynkami międzypaństwowymi wynosiła do kilkunastu miesięcy. Zdarzały się lata, kiedy zawodnicy, reprezentując barwy narodowe, nie powąchali murawy przez okrąglutki rok, jak chociażby w 2005, 2006, 2008 czy 2009.

W szranki z tuzami piłki nożnej stanie kopciuszek w sensie dosłownym. Jeśli spróbujemy poszukać jakichkolwiek znaczących osiągnieć tamtejszego futbolu, to odnajdziemy zaledwie dwa. Uczestnictwo młodzieżowej reprezentacji w Mistrzostwach Świata do lat 20 w 2009 roku (gdzie ośmioma bramkami zlały ją Hiszpania i Wenezuela, a nieco łagodniejsza okazała się Nigeria, obdarowując egzotycznego rywala pięcioma golami) oraz finał Ligi Mistrzów Oceanii tahitańskiego klubu, AS Tefana, w niedawno zakończonym sezonie.

W brazylijskiej sambie weźmie udział drużyna, której trzon tworzą gracze ze wspomnianego młodzieżowego mundialu. O jej sile stanowi, co jest również ewenementem na skalę światową, rodzina Tehau. Bracia bliźniacy Lorenzo (strzelec hat-tricka w trzy minuty w boju z Samoa) i Alvin oraz starszy brat Jonathan, a także kuzyn Teoanui. Dali oni swojemu zespołowi trzynaście z dwudziestu goli zdobytych w pucharze narodów.

W kadrze znajduje się raptem jeden zawodnik, który posiada europejski staż - Nicolas Vallar (niegdyś występował w Montpellier). Niedługo być może w podstawowej jedenastce wybiegnie najbardziej znany piłkarz rodem z Tahiti, dawniej futbolista FC Nantes, OGC Nice, FC Lorient, AS Monaco, a dzisiaj AS Nancy – Marama Vahirua.

Kraj, w którym liczba zarejestrowanych graczy nie przekracza dziesięciu tysięcy, nadal może awansować na mundial. Jednak już w przyszłym roku Tahiti czeka przygoda życia. W skomercjalizowanej do cna dyscyplinie ciągle jest miejsce na niespodzianki. Piłka nożna wciąż nie wykorzystała wszystkich swoich scenariuszy. Tym razem zabrała nas w bajkową podróż na kraniec kuli ziemskiej. Można rzec, że zafundowała egzotyczny powiew świeżości.

Choć na przyszłorocznym turnieju Tahiti nie odegra większej roli, do ojczyzny wróci zapewne z bagażem pełnym straconych bramek, to dla piłkarzy będzie to sposobność do pokazania własnych umiejętności. Dla trenerów okazja do owocnych analiz taktycznych. Dla federacji szansa na dalszy rozwój tej dziedziny sportu w maleńkim państwie. Dla kibiców kosztowna i emocjonująca wyprawa do Brazylii. Lecz dla wszystkich Tahitańczyków zobaczenie ukochanej drużyny pośród najlepszych na globie będzie po prostu bezcenne.

piątek, 3 sierpnia 2012

Wizjoner


Truizmem będzie napisanie, że polskie zespoły w europejskich pucharach po raz kolejny dały ciała. Znacznie większym truizmem będzie obwieszczenie, że należało się tego spodziewać. To było więcej niż pewne. Niestety, niepowodzenia są wkalkulowane w naszą piłkarską marną rzeczywistość, kiedy tylko przychodzi mierzyć się z „silniejszymi” rywalami.

Oto Lecha Poznań i Śląsk Wrocław upokorzyły wszechpotężne drużyny z ligi szwedzkiej, która w rankingu UEFA sklasyfikowana jest jeszcze niżej, niż mizerna Ekstraklasa. IF Helsingborg oraz AIK Sztokholm nie pozwoliły, aby chociaż uwierzyć w możliwość uciułania punktu. Dwie przegrane 0:3 to kompletny blamaż. Porażkę Ruchu z zeszłorocznym uczestnikiem Ligi Mistrzów z łatwością dało się przewidzieć. Viktoria Pilzno bezproblemowo skruszyła mur chorzowski na stadionie przy ulicy Cichej, zwyciężając 2:0. Zbłaźniła się również Legia Warszawa, która cudem zachowała szanse na awans. Trafiła do siatki, gdy grała w osłabieniu, a pewni swego Austriacy z SV Ried widzieli siebie w dalszej rundzie.

Cztery pucharowe pojedynki z poważniejszymi przeciwnikami, cztery klęski, jedna strzelona bramka, dziesięć straconych. Mimo iż przyzwyczaiłem się – wieloletnim doświadczeniem – do kompromitujących niepowodzeń, to znowu na usta cisną się jedynie niezbyt górnolotne słowa, których nawet nie warto przytaczać. Ile to już razy można pisać, że polski futbol znajduje się na samiuteńkim dnie dna. Ileż razy można powtarzać, że rodzima piłka kopana nie tylko zastygła w letargu, lecz także uległa zupełnemu regresowi.

W tej ponurej rzeczywistości nie mamy, choćby, jednego klubu, który dawałby promyczek nadziei na przyszłość. Lepienie zespołu, cały ten proces twórczy odbywa się wyłącznie z myślą o natychmiastowym sukcesie. Brakuje dalekosiężnego planu na budowę drużyny, zdolnej wtargnąć do upragnionej Ligi Mistrzów. Pomysł pomysłem pogania, żadnego nie udaje się dopiąć do końca. Cierpliwości prezesom starcza na ledwie sezon. Nikt nie wykombinuje, że solą tej dyscypliny jest szkolenie młodzieży. Ani jeden pan i władca klubu nie zainwestuje pieniędzy i nie poczeka spokojnie, aż rozbłysną młodociane talenty.

A może to jedynie paplanina przyprawiona urojoną ideą, która i tak w tutejszym piłkarskim światku jest nie do zrealizowania. Polacy chyba rzeczywiście nie nadają się do uprawiania sportów wszelakich, co widzimy na turnieju olimpijskim, tym bardziej futbolu.

Może rację miał nasz narodowy wieszcz, trenerskie guru, specjalista rodem z epoki kamienia łupanego – Antek Piechniczek. On w swej proroczej mowie sprzed kilku tygodni ukazał prawdę objawioną do, której nie doszliby najwięksi myśliciele dzisiejszych czasów. Fatalne wyniki kopaczy są sprawką wrednych siatkarzy. Kiedy odnoszą seryjne triumfy – a najwyraźniej w najbliższych latach przestać nie zamierzają - to piłkarze jakichkolwiek szans, na choćby drobne sukcesiki po prostu nie mają. „Sukcesy piłkarzy i siatkarzy rozkładają się na zasadzie sinusoidy. Raz oni są wyżej, a my niżej, i czasem odwrotnie” – błysnął niezwykłą wręcz spostrzegawczością Piechniczek.

Jego wizjonerskie umiejętności najwidoczniej doceniły tęgie głowy z PZPN, przesuwając rozpoczęcie zmagań ligowych na drugą połowę sierpnia. Dlaczego polskie ekipy miałyby być lepiej przygotowane do bojów o europejskie puchary, odpowiednio wczesną inauguracją Ekstraklasy, skorą z góry wiadomo, że stoją na straconej pozycji. Przecież siatkarze prą właśnie po olimpijski medal.

wtorek, 31 lipca 2012

Zakazane imperium


Młody człowiek w baseballowej czapce wchodzi do zatłoczonej kawiarni. Wyglądem przypominający zwykłego klienta, siada przy stoliku i obserwuje pojedynek Euro 2012. W pewnym momencie odwraca się do innego klienta i oferuje mu zakład. Okazuje się, że jest pracownikiem nielegalnego zakładu bukmacherskiego, jakich tysiące w Singapurze. Szeregowym żołnierzem - zwanym „gońcem” - w potężnej armii przestępczej, która dzień w dzień przynosi miliony zysków.

„My po prostu siedzimy i udajemy, że oglądamy mecz. Ale tak naprawdę bierzemy zakład” – zwierza się posłaniec. Nikt nie ma wątpliwości. Tacy jak on są głównym źródłem epidemii szwindlowania spotkaniami piłkarskimi. Dla wielu z nich, biednych ludzi zamieszkujących maleńkie azjatyckie państwo, duże imprezy sportowe to szansa na sowity zarobek. Ryzykują, mimo iż żyją w kraju, gdzie obowiązuje drakońskie prawo. Już za zaśmiecanie, grozi krótkotrwała odsiadka oraz kara chłosty.

Zazwyczaj „gońcy” pracują w dwu lub trzyosobowych grupach. O swoich działaniach informują zwierzchników wyłącznie drogą telefoniczną. „Nie znam mojego szefa. Znam jedynie jego głos. Numer telefonu zmienia się codziennie” – mówi anonimowy posłaniec.

„Gońców” zatrudnia bukmacher. Zdaje raporty do „herszta”, który z kolei kontroluje kilka szemranych zakładów bukmacherskich, a także posiada bezpośrednie powiązania ze zorganizowanymi szajkami, nazywanymi syndykatami.

W samym Singapurze dokonuje się setek nieuczciwych operacji bukmacherskich. Przebieg operacji zawsze wygląda tak samo: wyławianie potencjalnych ofiar, nakłanianie do typowania i ściąganie długów. Z reguły firmy bukmacherskie funkcjonują w nocy, nie dłużej niż przez jeden tydzień. Po zebraniu wszelkich należności, niszczą całą dokumentację, zamykają interes i później ponownie zaczynają wszystko od nowa.

To jednak zaledwie pionki w mafijnym środowisku Azji. Pieniądze uzyskane z niedozwolonych zakładów, służą finansowaniu meczów w Afryce, Ameryce Południowej oraz Europie. Niezgodny z prawem proceder - napędzany przez wysyp internetowych witryn bukmacherskich, co oznacza możliwość obstawiania spotkań z niemal każdego zakątka kuli ziemskiej – został odkryty w dziesiątkach państw.

Na przestrzeni paru lat afery korupcyjne wybuchały w wielu regionach świata. W Chinach zatrzymano dwudziestu oficjeli i piłkarzy. Na prawie sześć lat więzienia skazano międzynarodowego arbitra – Lu Juna. W Korei Południowej zamknięto pięćdziesięciu siedmiu zawodników. Dziesięciu z nich otrzymało dożywotni zakaz stadionowy, a czterech popełniło samobójstwo. W Zimbabwe w skandal zamieszanych było osiemdziesiąt osób: kadrowiczów, trenerów oraz działaczów. Prezes związku piłkarskiego podał się do dymisji. Sparingi drużyny narodowej między 2007 a 2009 rokiem planowane były z myślą o oszustwie.

W Turcji z europejskich pucharów wykluczone zostały Fenerbahce oraz Besiktas, który musiał również zwrócić krajowy puchar. Na Węgrzech dyrektor drugoligowej ekipy skoczył z okna budynku, kiedy sześciu jego futbolistów aresztowano za manipulowanie wynikami. W Finlandii nieuczciwi bukmacherzy otoczyli pełną opieką klub z Rovaniemi, którego pojedynki ustawiano od przeszło trzech lat. Władze zawiesiły ponadto Tampere United, za przyjęcie prawie pół miliona łapówki od singapurskiej korporacji, związanej z tamtejszymi syndykatami przestępczymi.

Z biegiem czasu na wierzch wychodziły coraz plugawsze praktyki. We Włoszech bramkarz trzecioligowego Cremonese, aby wypełnić zobowiązania wobec gangsterów, podtruwał własnych kolegów. Na Bliskim Wschodzie Bahrajn zagrał z reprezentacją Togo, złożoną z amatorów, zebraną przez futbolowych oszustów. Nielegalny zakład bukmacherski zorganizował „mecz-widmo”, pomiędzy młodzieżowymi zespołami Turkmenistanu oraz Malediwów. Żadna z federacji o niczym nie wiedziała.

Głośny w ostatnich miesiącach skandal korupcyjny w Italii, zwany „Calcioscommesse” bądź „Scommessopoli”, zbiera coraz szersze żniwo. W aferę zaplątani są znani piłkarze: Domenico Criscito (wyrzucony z kadry w trakcie przygotowań do Euro 2012), Stefano Mauri (Lazio Rzym), Cristiano Doni (Atalanta Bergamo) czy Giuseppe Signori (dawny, trzykrotny król strzelców Serie A). Wśród podejrzanych wymienia się nawet nazwiska Conte, Pepe oraz Bonucciego.

Prokurator prowadzący sprawę, Roberto Di Martino, stwierdził: „Na górze organizacji fałszującej wyniki, stoją ludzie z Singapuru, którzy instruują swoich partnerów, w jaki sposób wpływać na rezultaty spotkań”. Do tej pory nie wiadomo jak daleko sięga korupcyjny biznes i jak dużą w tym rolę odgrywają azjatyckie syndykaty. Na Półwyspie Apenińskim doszło do tego, że jakikolwiek przejaw zwykłej, ludzkiej uczciwości jest przejawem niesłychanie osobliwym. Na przykład: Simone Farina, gracz drugoligowego Gubbio, w nagrodę za odmowę przyjęcia łapówki, dostał powołanie na zgrupowanie drużyny narodowej.

Włoska policja wykazała nie tylko ścisłe powiązania afery z singapurskimi siatkami przestępczymi, lecz także wydała nakaz dziewiętnastu aresztowań, m. in. dla członków gangów bułgarskich, współpracujących z domniemanym bossem azjatyckiej bandy – Dan Tan Seet Engiem.

Człowiek, który w mafijnym piłkarskim podziemiu uchodzi za autorytet, manipulował meczami Seria A oraz Serie B od 2008 roku, do dziś nie został schwytany. Podobno podróżuje po świecie z walizką wypchaną forsą, w wybranym mieście przebywa przez zaledwie parę godzin, a potem frunie do następnego. Zeznania, potwierdzające przywódczą pozycję Dan Tana, przekazał jeden z jego najbliższych współpracowników – zatrzymany w ubiegłym roku – Wilson Raj Perumal.

Perumal sfałszował setki meczów na pięciu kontynentach. Podporządkowywał sobie nie tylko pojedynczych zawodników czy arbitrów. On kontrolował caluteńkie piłkarskie związki, począwszy od graczy, przez trenerów, działaczów, aż po samych szefów. Rzekomo reprezentując kampanie Footy Media lub Football4U jako promotor, przygotowujący spotkania towarzyskie, podpisywał kontrakty z federacjami, wyszukiwał rywali i dobierał obsadę sędziowską.

By natomiast ustawić pojedynek potrzebował jeszcze piłkarzy oraz szkoleniowców. Perumal oferował, więc za sprzedanie sparingu około pięciu tysięcy dolarów. Dla ubogich futbolistów z Afryki bądź z Ameryki Środkowej taka suma oznaczała majątek za, który mogli wyżywić własne rodziny.

Według Chrisa Eatona, do niedawna kierownika działu ochrony FIFA, kryminalne przedsiębiorstwa szukają przede wszystkim mało znaczących piłkarzy z biednych państw. To tam kiepsko opłacani zawodnicy oraz arbitrzy są bardziej podatni na przekupstwo. Gangsterzy – niczym skauci – penetrują ponadto regionalne młodzieżowe turnieje i wypatrują graczy najbardziej utalentowanych. Nawiązują kontakt z ich rodzicami, obiecują rozwój oraz świetlaną przyszłość. Tak oto wplątują nieświadomych ludzi w korupcyjne tryby.

Eaton - przez 12 lat pracownik Interpolu, który na dochodzenie określane mianem „Last bet” i utworzenie specjalnej jednostki wykrywającej krętactwa piłkarskie otrzymał od FIFA czterdzieści milionów dolarów - azjatyckie syndykaty opisuje jako: „luźną przestępczość zorganizowaną. Przedsiębiorczych złodziei, wykorzystujących sieć, działającą globalnie”. Dodaje, że: „takich jak Wilson Raj Perumal w Singapurze jest więcej. On jest raptem jednym z uczniów, którzy ukończyli akademię ustawiania futbolowych konfrontacji w swojej ojczyźnie. Kryminaliści związani z nielegalnymi zakładami bukmacherskimi fachu uczą się na miejscu. Dopiero potem wyjeżdżają do odległych krajów”.

Odmiennego zdania jest Declan Hill, kanadyjski dziennikarz, autor książki „The Fix: Organized Crime and Soccer”, który stwierdził, że dzięki rozwiniętej technologii szwindlowanie spotkaniami stało się niezwykle proste i praktycznie niewykrywalne: „W Azji istnieją szajki manipulujące meczami od prawie dwudziestu lat, zrzeszające piłkarzy, sędziów i oficjeli w tysiącach. Lecz społeczeństwo musi nauczyć się trzech słów: każdy może oszukiwać. Banda graczy jakiegoś drugoligowca, niezadowolona z zarobków, może ustawić pojedynek”.

Singapurskie zakazane imperium rośnie w siłę. Internetowe organizacje przestępcze rozkwitają błyskawicznie. Wykorzystują wyłącznie technologię oraz centra telefoniczne, pracują w małych i tymczasowych grupach. Dzięki mobilności i elastyczności są trudne do wykrycia. Bez szerokiej transgranicznej współpracy państw oraz programu ochrony świadków, ich wyeliminowanie nie będzie możliwe. Jeśli ktoś wsiąknął do podziemia, nie chce zeznawać w obawie o rodzinę.

Praktyki stosowane w Singapurze, rozlewają się na okoliczne rejony, gdzie szemrany biznes nie ma żadnych hamulców. W Malezji władze aresztowały około stu osób. Akcja policyjna objęła pięć luksusowych, kamerowanych i strzeżonych przez ochronę zakładów bukmacherskich. W Indonezji tamtejsi bonzowie zajmują całe, ufortyfikowane wyspy, ze wszelkimi możliwymi rozrywkami i udogodnieniami, z miejscami dostępnymi jedynie dla prywatnych łodzi.

Najpopularniejsza dyscyplina sportowa na globie stała się również dyscypliną najbardziej skorumpowaną. Dochodzenia trwają w 25 krajach i na tym zapewne nie koniec. Dawniej manipulowano rezultatami nieistotnych gier w nic nie znaczących ligach. Ledwie wczoraj hańbą okrywały się niewielkie pierwszoligowe kluby. Obecnie proceder szwindlowania meczami rozprzestrzenia się coraz bardziej i wdziera do renomowanych lig, jak np. włoska Serie A.

Już teraz azjatyckie syndykaty w ciągu tygodnia obracają gotówką w wysokości dwóch miliardów dolarów. A to dopiero początek. W piłkarski rynek zamierzają wpompować kolejne miliardy.

niedziela, 22 lipca 2012

Stomilu Olsztyn powrót ze świata umarłych


Mało jest drużyn piłkarskich w Polsce, których losy są tak burzliwe. Zespołów, które na przestrzeni zaledwie kilkunastu lat przebyły drogę z piekła wprost do nieba, by chwilę później osunąć się z powrotem do piekła, a dziś ponownie pukać do bram raju. Stomil Olsztyn to klub unikalny nie tylko ze względu na swoją historię. To klub unikalny również ze względu na kibiców, piłkarzy, trenerów, całe futbolowe środowisko Warmii i Mazur.

Po dziewięciu latach przerwy, wraca do pierwszej ligi. Jedynie krok dzieli ekipę z Olsztyna od nawiązania do najpiękniejszego okresu – drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych.

Lata dziewięćdziesiąte w dziejach zespołu to były lata barwne i szalone. W 1994 awans do pierwszej ligi obserwował tłum, wypełniający stadion po same brzegi. Tuż po ostatnim wygranym pojedynku na murawę wjechały Fiaty 126p, stanowiące nagrodę dla kopaczy. Euforia i entuzjazm zdawały się nie mieć końca. Ojcem sukcesu obwołany został legendarny dla Stomilu szkoleniowiec, Bogusław Kaczmarek. W ciągu czterech sezonów pracy wprowadził na piłkarskie salony - można rzec - plebejski klub z przez niewielu znanej mieściny. Jego siłę oparł na zawodnikach wyłowionych z okolicznych boisk. Wychował ponadto reprezentantów Polski, ściągniętych z A-klasy: Sylwestra Czereszewskiego oraz Tomasza Sokołowskiego.
Nieprzerwanie przez osiem kolejnych sezonów Stomil bił się o punkty w najwyższej klasie rozgrywkowej. Był wtedy oczkiem w głowie każdego mieszkańca Olsztyna, każdy żył meczami ukochanej drużyny. Frekwencja na trybunach nie spadała poniżej 10 tysięcy, a konfrontację z Legią wiosną 1995 obejrzało rekordowe 16 tys. widzów. 

Biedny klub, który wiązał się z graczami na zasadzie umowy o dzieło, aby odprowadzać jak najmniejsze składki do ZUS, zadziwiał kraj głównie zaangażowaniem i atmosferą. Asystent Kaczmarka, Józef Łobocki, tak przywoływał tamte czasy: „Człowiek miał wrażenie, że wszystkim w Olsztynie zależy na drużynie. My też się nie oszczędzaliśmy z trenerem Kaczmarkiem. Siedzieliśmy na stadionie od rana do wieczora. Sprawdzaliśmy wszystko, niemal i to, jak trawa rośnie”.

Już w drugim sezonie pobytu w pierwszej lidze (obecnie Ekstraklasa) ekipa, pod wodzą Ryszarda Polaka, zajęła najwyższe w swej historii miejsce w tabeli – szóste. Wówczas o jej sile stanowili wspominani reprezentanci – Czereszewski oraz Sokołowski. Wsparci dodatkowo takimi solidnymi zawodnikami, jak Jacek Płuciennik, Arkadiusz Klimek czy Rafał Kaczmarczyk.

Do annałów polskiej piłki klubowej przeszły dramatyczne boje Stomilu z Legią (remis 3:3, mimo dwubramkowej straty na dwadzieścia minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego) oraz zwycięstwa po 1:0 z ówczesnymi mistrzami: Widzewem i ŁKS-em.

Największe kłopoty zespołu zaczęły się – paradoksalnie - w momencie, kiedy posiadał on zamożnego sponsora. Przedsiębiorstwo Halex w zamian za inwestycje nabyło prawa do piłkarzy. Gracze otrzymywali bajońskie kontrakty, m. in. Cezary Kucharski, kupiony z Legii, zarabiający 200 tys. dolarów rocznie. Problemy pojawiły się wraz z pogarszającą się sytuacją finansową spółki. Zobowiązania wobec futbolistów rosły, a klub popadał w coraz większe zadłużenie. Z finansowania wycofała się ponadto fabryka opon. Francuska firma Michelin, która przejęła zakład, nie chciała inwestować w drużynę. To był symboliczny początek końca.

Szerokim echem odbił się transfer Zbigniewa Małkowskiego do Feyenoordu Rotterdam. Oficjalnie transakcja opiewała na sumę 350 tysięcy marek. Nieoficjalnie Stomil zainkasował prawie milion, z czego 400 tys. nielegalnie przewieziono przez granicę. Zawodnicy i trenerzy podzielili kwotę między siebie, a pieniądze dostarczył podobno jeden z senatorów, posługując się paszportem dyplomatycznym. Wielu tłumaczyło, że to jedyna szansa na  ratunek. Szansa, która i tak okazał się tylko gwoździem do trumny.

W 2002 zespół spadł do drugiej ligi. W następnym roku zleciał z hukiem jeszcze niżej i ogłosił upadłość. Nie miał pieniędzy (debet wynoszący ok. 9 mln złotych), boiska, nie dysponował odpowiednią ilością graczy. Najgorsza dla sympatyków była jednak zmiana nazwy, spowodowana bankructwem. Stomil zniknął z futbolowej mapy Polski. Przemianowany najpierw na OKP Warmia i Mazury, a potem na OKS 1945 Olsztyn, sezon 2005/2006 spędził w 4 lidze.

Raptem pięć lat wystarczyło, by klub sięgnął dna. Przez ten okres fanów drużyny spotkało sporo najpaskudniejszych rzeczy. Każdy kolejny rok wydawał się gorszy i boleśniejszy od poprzedniego. Dawne wspaniałe czasy mogli wyłącznie wspominać z rozrzewnieniem, udawać się w sentymentalną podróż do wydarzeń, które z biegiem lat w ich pamięci zacierały się coraz bardziej, aż w końcu przybrały postać pięknego, niewyraźnego snu.

Kibice, mimo to nie poddawali się. Usiłowali przywrócić poprzednią nazwę, pragnęli również powrotu sportowego. W 2005 założyli zespół Stomilowcy. W 2007 w ramach protestu nie wyszli na pierwszą połowę spotkania z Motorem Lubawa. Rozsyłali dziesiątki maili do różnych instytucji. Utworzyli stronę internetową, gdzie każdy mógł wyrazić opinię na temat szyldu ekipy. Władze klubu pozostawały natomiast nieugięte. Włodarze nie chcieli dawnej nazwy, bo obawiali się odziedziczenia długów.

Pięć wiosen, żeby stoczyć się na dno i tyle samo, aby się z niego wydobyć. Jedyny pierwszoligowiec z Warmii i Mazur dziś wszystko, co najgorsze ma już za sobą. Niebawem zagra na zapleczu Ekstraklasy. W tym roku powrócił do nazwy, z której zasłynął w całym kraju, bo zadłużenie uległo przedawnieniu (zgodnie z prawem trzeba było czekać dziesięć lat).
Ożył stary Stomil, zmartwychwstał stary herb z kormoranem na pierwszym planie i wraca wielka piłka do Olsztyna. Przed klubem piekielnie ciężkie zadanie. Jako jeden z najuboższych w lidze skazywany jest na zażartą batalią o utrzymanie. Swoją siłę ponownie, jak za dawnych lat, opiera na piłkarzach z okolic. Fani wierzą, że niedługo objawią się talenty na miarę Czereszewskiego i Sokołowskiego. A sam szkoleniowiec, Zbigniew Kaczmarek, przekonuje: „Nie potrzeba nam gwiazd spoza Warmii i Mazur, bo tylko dzięki ciężkiej pracy możemy coś osiągnąć”.

Czas pokaże, czy podróż Stomilu Olsztyn ze świata umarłych, w odróżnieniu od mitycznej wędrówki Orfeusza z Hadesu, będzie miała swój szczęśliwy finał. W popapranym polskim piłkarskim świcie możliwe jest dosłownie wszystko. Nawet to, że drużyna jednego dnia przygotowuje się walki w Ekstraklasie, a następnego budzi się w B-klasie.