piątek, 7 września 2012

Przyszłość będzie belgijska ?



Belgia to kraj słynący z czekolady, gofrów, piwa, komiksowego bohatera Tintina oraz detektywa serii książek kryminalnych Herkulesa Poirota. W piłkarskim świecie to państwo schowane wśród potęg, jak Holandia, Francja i Niemcy. Wkrótce jednak Belgia może wyjść z cienia sąsiadujących kolosów futbolu. W tej krainie obrodziło w nadzwyczajnie zdolnych zawodników.

Niespodziewany wysyp talentów przydarzył się trochę ponad 10-milionowemu krajowi, którego reprezentacja nie pojawiła się na wielkiej imprezie od dziesięciu lat. Belgowie ostatnimi czasy podbijają Stary Kontynent: Vincent Kompany został wybrany najlepszym graczem Premiership ubiegłego sezonu, Eden Hazard jako dziecię oczarował Francuzów i zebrał wszelkie możliwe wyróżnienia Ligue 1, Kevin Mirallas sięgnął po koronę króla strzelców w lidze greckiej, a Nicolas Lombaerts zasłużył na miano najwartościowszego obcokrajowca w rozgrywkach rosyjskich.

Belgowie najechali zwłaszcza Premier League, zalewając tamtejsze boiska piłkarskimi perełkami, które już dzisiaj rozstrzygają o losach swoich klubów. Hazard brał udział przy wszystkich dotychczasowych golach, zdobytych przez Chelsea Londyn w lidze. Kompany to kapitan Manchesteru City, mogący pochwalić się ponad 80 procentową skutecznością odbiorów. Thomas Vermaelen w pierwszych miesiącach w Arsenalu wyrósł na lidera formacji defensywnej, wytypowany następnie do jedenastki roku. Marouane Fellaini decyduje o obliczu Evertonu, gdzie nie ma piłkarza, który w ciągu sezonu przebiegłby większy dystans (209 km) oraz częściej wykonywałby podania (821) i wślizgi (87).

Futbolistów rodem z Belgii w angielskich ekipach jest teraz więcej niż Argentyńczyków i Niemców. Do Anglii trafili Jan Vertonghen oraz Mirallas. Na swoją reputację sukcesywnie pracuje Moussa Dembele (jeden z najbardziej pożądanych zawodników tegorocznego okienka transferowego). O miejsce w składach walczą Kevin De Bruyne i Dedryck Boyata. Nieco w cieniu pozostaje Romelu Lukaku, fenomen z Brukseli, który bramkarzy rodzinnych muraw straszył już jako 16-letni brzdąc. Kilkanaście miesięcy później debiutował w drużynie narodowej, zasmakował goli w Lidze Mistrzów i wygrał klasyfikację Jupiler League na najskuteczniejszego strzelca.

Kluby z Premiership wypatrując utalentowanych juniorów w pierwszej kolejności zaglądają do Belgii. Nawiązują współpracę z tamtejszymi zespołami, jak Arsenal z KSK Beveren, czy Chelsea z Racingiem Genk. „The Blues” w perspektywicznych młokosów z południowych Niderlandów zainwestowała 80 milionów euro. A na celowniku wyspiarskich ekip znaleźli się następni, m. in. Siebie Schrijvers i Dennis Praet.

Równie dobrą renomą Belgowie cieszą się w caluteńkiej Europie. Axel Witsel był niedawno bohaterem głośnego transferu do Zenitu Sankt Petersburg, opiewającego na 40 milionów. Thibout Courtois błyskawicznie wywalczył miejsce w bramce Atletico Madryt, w debiutanckim sezonie zachowując aż 22 razy czyste konto. Steven Defour, po ciężkiej kontuzji, wraca do dawnej sprawności w FC Porto. Jeszcze w barwach Standardu Liege przykuwał uwagę sławnych trenerów, w szczególności Alexa Fergusona. Gdy złamał nogę, szkocki menadżer życzył mu szybkiego powrotu do zdrowia, wyraził podziw dla jego umiejętności i obiecał obserwację dalszych postępów.

To jeszcze nie koniec. Europejskie boiska szturmują kolejne dzieciaki z państwa Beneluksu. Jordan Lukaku oraz Thorgan Hazard w dorosłym futbolu stawiają dopiero pierwsze kroki, lecz już zapracowali na opinię piłkarzy o niezwykłych zdolnościach, porównywalnych do starszych braci. Toby Alderweid z kolei został uznany najbardziej obiecującym zawodnikiem Ajaxu.

Co zadziwiające, poza półfinałem Mistrzostw Europy do lat 17 w 2007 roku, próżno szukać jakichkolwiek znaczących osiągnięć tej „złotej belgijskiej generacji” na młodzieżowych turniejach rangi mistrzowskiej. Skąd zatem w tak maleńkim regionie, tak ogromne zagęszczenie piłkarskich talentów ?

Obecne bogactwo futbolowe Belgii jest pokłosiem decyzji i działań podjętych przez tamtejsze kluby przed kilkoma laty. W niezbyt majętnej lidze drużyny, aby zachować płynność finansową musiały postawić na szkolenie młodzieży. Ich głównym źródłem utrzymania stały się dochody uzyskane ze sprzedaży nastoletnich gwiazd. Anderlecht Bruksela, Standard i Genk na rozwój akademii piłkarskich przeznaczyły duże sumy pieniędzy. W Liege za 18 mln euro wybudowano nowoczesną akademię, zawierającą pełnowymiarowe boiska trawiaste i ze sztuczną nawierzchnią, kryte sale treningowe, siłownie, sypialnie, trzydzieści pokoi hotelowych oraz 800-osobowy stadion do codziennego użytku.

Zespoły wprowadziły własną filozofię nauczania futbolowego rzemiosła. Spod ich rąk wychodzą juniorzy świadomi taktycznych zawiłości tej dyscypliny. Piłkarskie szkółki uczą adeptów, jak mają efektywnie poruszać się po murawie, czytać grę i przewidywać ruchy przeciwników. Zajęto się także wyszkoleniem trenerów oraz skautów, by ci mogli zwracać uwagę na odpowiednie elementy i wyławiać właściwych piłkarzy.

Możliwości każdego z nich ocenia się nie wcześniej niż przed 14 rokiem życia (w Anglii jest to np. 6-7 lat). Co więcej, chłopcy, którzy rozwijają się wolniej, nie są natychmiast eliminowani z systemu szkolenia, lecz otrzymują dodatkowe godziny ćwiczeń i zajęć taktycznych, gdyż jak przekonuje kierownik jednej ze szkółek: „trudno oszacować wartość juniorów w tak młodym wieku. Czasami im później zaczną treningi, tym są lepsi”.

Tamtejsza piłka nożna czerpie ponadto pełnymi garściami z napływu imigrantów. Wielkie belgijskie aglomeracje tworzą multikulturowy zlepek nacji ze wszystkich stron świata. W samej Brukseli prawie 40 procent populacji ma obce korzenie.

Nie bez znaczenia pozostaje kwestia kolonijnej przeszłość Belgii. Gdyby nie dziedzictwo afrykańskie nie byłoby w reprezentacji znacznej części jej podstawowych zawodników. Afrykański rodowód mają, m. in. Lukaku (Kongo), Fellaini (Maroko), Dembele (Mali), Chadli (Maroko) oraz Kompany (Kongo).

Wielu piłkarzy z Czarnego Lądu chętnie emigruje do Belgii, a potem rozjeżdża się po całym kontynencie. Wystarczy wspomnieć Emmanuela Eboue, Yaya Toure, Cheika Tiote, Petera Odemwingie, Josepha Yobo albo Gervinho. Tylko tam przyznawana jest futbolowa nagroda - „Ebony Shoe”- dla najlepszych graczy afrykańskiego pochodzenia, występujących w Jupiler League.

W tym wyjątkowym i wydawać, by się mogło idealnie od jakiegoś czasu funkcjonującym belgijskim futbolowym mikroświecie, pojawiła się skaza. Reprezentacja, wypchana po brzegi szatni piekielnie utalentowanymi zawodnikami, do tej pory nie zagrała na żadnym znaczącym turnieju. Kwalifikacje do mundialu 2010 i Euro 2012 kończyły się kompromitacjami. Drużyna narodowa poniosła klęskę z Hiszpanią 0:5, przegrywała z Armenią oraz Bośnią i Hercegowiną, remisowała Luksemburgiem i Azerbejdżanem.

Można powiedzieć, że to brak doświadczenia i ogrania. Odmiennego zdania jest wieloletni doktor kadry, Marc Goossens, który stwierdził: „Mentalność niektórych graczy jest opłakana. Często zachowują się niedopuszczalnie, a w takich warunkach nie da się normalnie pracować. To są pseudo-gwiazdy, postępują niczym zdziecinniałe snoby". Ktoś inny dorzucił: „Szatnię podzielono na klany. Przychodzą nowi piłkarze i gardzą wszystkimi dookoła”.

Znane są historie, kiedy zawodnicy prosili o zwolnienia lekarskie i poświadczenie kontuzji, byle tylko nie ćwiczyć, a zamiast tego imprezować; kiedy kadrowicze bez opamiętania oddawali się szaleństwom w nocnych lokalach nawet na kilka godzin przed meczami eliminacyjnymi; kiedy nie chcieli wyruszyć na trening, gdyż ich rzeczy osobiste nie były przenoszone w torbach ekskluzywnych firm.

Belgia to, jak na razie chaotyczna, wieloetniczna zbieranina niedojrzałych gwiazdorów, porozrzucanych po całej Europie. Grupa skrajnych indywidualistów, którzy nie rozumieją się nawzajem, bo na zgrupowania przyjeżdżają ludzie całkiem sobie obcy. Opuszczają kraj zazwyczaj jeszcze w chłopięcym wieku – Lukaku, Mirallas i Hazard nie mieli 18 lat – przez co piłkarsko i mentalnie zostają ukształtowani w odmiennym otoczeniu i kulturze.

Jeśli jednak w dalszym ciągu będą pokonywać przeciwności losu i problemy z taką łatwością, z jaką opanowują europejskie murawy, to przyszłość nie może być inna niż belgijska.

poniedziałek, 3 września 2012

BATE Borysów – przykład ze Wschodu



W 2008 roku wtargnęli niespodziewanie do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Mieli zagrać kilka meczów, pozwiedzać Stary Kontynent, rodakom dać bezprecedensową okazję do radości, a znudzonym - powtarzalnością rywalizacji w europejskich pucharach – wyższym sferom egzotyczny powiew nowości.

Tymczasem w następnych latach piłkarze z Borysowa elitarne rozgrywki Champions League zaczęli odwiedzać coraz częściej, zabawiając się wśród futbolowej arystokracji nadspodziewanie zuchwale. Remisowali z Juventusem Turyn, AC Milanem, Paris Saint-Germian, Anderlechtem Bruksela, Zenitem Sankt Petersburg oraz Dynamem Kijów. Rozprawiali się z Evertonem, AZ Alkmaarem i Villarrealem.

BATE od pięciu sezonów – wliczając bieżący - rokrocznie gościło w fazach grupowych Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. Z dawnego Bloku Wschodniego taką samą regularnością może pochwalić się jedynie Szachtar Donieck. Inne opływające w bogactwa firmy z Rosji i Ukrainy w porównaniu do białoruskiej drużyny do europejskich pucharów zaglądały tylko okazjonalnie.

A przecież mówimy o zespole, który pierwszy raz do Champions League wepchnął się jako finansowy autsajder, z budżetem wynoszącym ledwie 1,5 mln euro. Który debiutując w tym pucharze znajdował się na najniższej pozycji i miał najniższy współczynnik w rankingu UEFA spośród wszystkich dotychczasowych debiutantów. Mówimy o ekipie, na którą z wyższością patrzyło nawet Levski Sofia. Bułgarzy jadąc do Borysowa na rewanżowy pojedynek eliminacji do LM z lekceważeniem nazwali przeciwników „robotniczym klubem ze sztucznego państwa”.

Jakby tego było mało, to Białorusinów do Ligi Mistrzów wprowadził trenerski młokos nad młokosy, najmłodszy szkoleniowiec w dziejach tego turnieju, który zasiadł na ławce w rundzie grupowej, 31-letni wówczas Victor Gonczarenko. Nim objął pierwszą kadrę, sprawował pieczę wyłącznie nad jej rezerwami. Od momentu, gdy został głównodowodzącym w Borysowie, sięgnął po cztery tytuły mistrzowskie, puchar oraz dwa superpuchary Białorusi.

BATE to w ogóle na własnym podwórku niezwyciężona forteca. Mistrzostwa od sześciu sezonów kolekcjonuje seryjnie. Na przestrzeni 14 lat na miejscu niższym niż drugie uplasował się raptem dwukrotnie. To również zespół ze skromną historią. Założony w 1973 roku, jako reprezentant zakładu robotniczego (BATE to akronim od słów „Borisov Works of Automobile and Tractor Electric Equipment”, co oznacza – „Borysowski Zakład Samochodowy i Traktorowych Urządzeń Elektrycznych”), szybko piął się po ligowych szczeblach. W 1976 triumfował w białoruskiej lidze ZSRR. W rozgrywkach zwyciężał jeszcze dwa razy, jednak w 1981 został rozwiązany.

Reaktywacja nastąpiła w nowej rzeczywistości – w niepodległej Białorusi. Wskrzeszone w 1996 roku BATE wystartowało w trzeciej lidze, a dwie wiosny później było w pierwszej. Startując w najwyższej klasie rozgrywkowej zajęło drugą pozycję. W następnym sezonie nie miało sobie równych, w cuglach zdobyło mistrzostwo, notując jedną porażkę.

Protoplastą pierwszych sukcesów zespołu był Yuri Puntus. Do Borysowa przybył z odległej rosyjskiej wyspy, położonej gdzieś na końcu świata. Pomagał tam w prowadzeniu drużyny z małej rybackiej wioski o nazwie Rybak Starodupskoye. Samodzielnie dowodził jedynie drugoligowcem z Rosji, który istniał zaledwie pięć lat. Nikłe doświadczenie nie przeszkodziło w wygraniu ligi.

Dziś BATE to społeczny fenomen. Nie tylko pierwszy białoruski klub, który awansował do Ligi Mistrzów, lecz także pierwszy, który podniósł poziom piłki nożnej w kraju do rangi zjawiska masowego. Zdaniem tamtejszych ekspertów dzięki piłkarzom z Borysowa zainteresowanie futbolem wzrosło wielokrotnie. Ich sukcesy otworzyły umysły Białorusinów na tę dyscyplinę. Mecze ekipy Gonczarenki ogląda więcej widzów niż spotkania reprezentacji. Po bilety ustawiają się tysiące ludzi, kolejki do kas zazwyczaj sięgają kilkuset metrów. O wejściówki ciężko, a u „koników” cena dochodzi do 200 dolarów.

BATE powinno zatem stanowić doskonałą ilustrację dla polskich prezesów, jak wzorowo kierować zespołem i uzyskiwać tak znakomite wyniki. Władze drużyny prowadzą oszczędną politykę transferową. Odkąd zaczęli notorycznie gościć wśród europejskiej elity, na transfery przeznaczyli 2,7 miliona euro (sama Legia w sezonie 2010/2011 na nowe nabytki roztrwoniła prawie 3,5 mln). W trakcie ostatniego okienka transferowego nie wydali na wzmocnienia nawet złamanego grosza.

W Borysowie stawia się przede wszystkim na rodaków. Kiedy ekipa rozpoczynała pierwszą przygodę w LM, w kadrze znajdowało się raptem paru Rosjan. W ciągu pięciu lat przez zespół przewinęło się ledwie 12 obcokrajowców, a obecnie jest ich dwóch. W podstawowej jedenastce regularnie wybiega na murawę dziesięciu Białorusinów. Swój sukces klub opiera na piłkarskiej akademii, z której pochodzą tak znani zawodnicy, jak: Aleksandr Hleb czy Vitali Kutuzov. Aktualnie dziewięciu graczy występuje w różnych sekcjach młodzieżowych, a dziewięciu kolejnych w pierwszej reprezentacji.   

Chętnie pouczamy naszego wschodniego sąsiada jak żyć, czerpać radość i wolność z demokracji. Białoruś natomiast może nas nauczyć jak grać w piłkę klubową. Jeszcze parę wiosen temu BATE klepało biedę. Budżet drużyny w przeliczeniu na złotówki wynosił siedem milionów. Teraz jego kapitał sięga kilkunastu milionów euro. W klasyfikacji UEFA cały czas pnie się w górę, zajmuje już 68 miejsce, za sąsiadów mając Borussię Dortmund oraz Lazio Rzym. Dla naszej piłki kopanej to bolesny przykład, jak niewielkim kosztem można osiągnąć naprawdę wiele.

środa, 29 sierpnia 2012

Piłkarskie rewolucje, czyli baseball, matematyka i drybling Messiego



Suche dane, skrupulatne analizy statystyczne, ciągi liczbowe i rachunki prawdopodobieństwa, słupki oraz wykresy określające potencjał zawodników – sabermetria to nauka, która na zawsze odmieniła baseball. Czy futbol czeka analogiczna rewolucja ? Czy piłka nożna może stać się dyscypliną naukową podobną do matematyki ?

Zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku. Sensacyjne wieści obiegły cały kraj. Oto jedna z najuboższych drużyn w baseballowej lidze wspięła się na wyżyny, notując niespotykane nigdy wcześniej pasmo dwudziestu zwycięstw z rzędu. W konferencji wschodniej nie miała sobie równych, rekordowo wygrywając 103 pojedynki. Później, sukces powtórzyła jeszcze trzykrotnie, za każdym razem wdrapywała się i odpadała w play-offach.

Tym samym na wytwornych baseballowych salonach na dobre zagościła biedota, wprowadzona nań przez łachmaniarza, skupującego odpady po okazyjnej cenie z okolicznych klubów. Billy Beane uchodził w owym czasie za największego ekscentryka tej dziedziny sportu. Jego metody budziły powszechne zdziwienie i znacznie odbiegały od tych, stosowanych przez bossów innych ekip.

Beane rozpoczął pracę w Oakland, od wyrzucenia skautów, tłumacząc następnie, że nie dostrzegali w graczach tego, co najcenniejsze. Wyprzedał baseballistów uznawanych za najlepszych i najwartościowszych. W zamian ściągał tych o opinii najgorszej. Baseballowych niedołęgów, figurujących w pozostałych zespołach jako typowe zapchajdziury. Z tą beznadziejną bandą, ku zaskoczeniu wszystkich, zaczął seryjnie zwyciężać mecze.

Sekretem triumfów Oakland była sabermetria (nauka, która rozwija się od lat siedemdziesiątych i usiłuje za pomocą matematycznych wyliczeń wydobyć szczegółowe i uniwersalne dane o baseballu). Beane odrzucił to, co tkwiło w tej dyscyplinie od zarania dziejów, czyli przesądy, wyczucie oraz instynkt i zawierzył czystej nauce – analizom statystycznym.

Do współpracy namówił Paula DePodestę, absolwenta Harvardu, ekonomistę z wykształcenia. Obaj stworzyli filozofię prowadzenia drużyny, która na stałe weszła do leksykonu tej dziedziny sportu, określana mianem – „Moneyball”. Główne jej założenie to ocena wartości zawodników na podstawie statystyk. Beane i DePodesta wykorzystywali analizy statystyczne, by wyławiać graczy niedocenianych, lecz, których osiągnięcia mierzone w liczbach mówiły coś zgoła odmiennego.

Metody stosowane w Oakland wkrótce rozlały się na inne zespoły. Od tego momentu wszyscy zaczęli zatrudniać armie matematyków oraz analityków. Baseball w niczym nie przypominał już dyscypliny do niedawna opartej w dużej mierze na szczęściu oraz intuicji.

Do dziś w piłkarskim świecie z filozofii „Moneyball” próbowało skorzystać wiele klubów, lecz na dłuższą metę sprawdzała się ona tylko w tych mniejszych, gdzie aspiracje najczęściej nie przekraczały batalii o utrzymanie w lidze albo walki o europejskie puchary.

Wzorowym przykładem jest Stoke City, które kupuje piłkarzy, posiadających konkretne cechy, potrzebne do realizowania ustalonej taktyki. Stoke swoją grę opiera na sile oraz stałych fragmentach (najwięcej bramek zdobywa z rzutów wolnych oraz rożnych). Dlatego właśnie w jego szeregach prym wiodą zawodnicy wysocy - Peter Crouch, Robert Huth - a także gracze szybcy, z dobrym dośrodkowaniem, jak Jermain Pennant.

Doskonałą pracę, zgodną ze strategią urzeczywistnianą przez baseballowe ekipy, wykonują również kluby pokroju: Newcastle United (podstawowa jedenastka nie kosztowała więcej niż 50 milionów euro), Evertonu (pomimo niewielkiego budżetu od paru lat plasują się w górnych rejonach tabeli), czy z sezonu na sezon skazywanego na pożarcie West Bromwich Albion.

To jednak, co tak skutecznie sprawdza się w małych lub średnich klubach, nie daje oczekiwanych rezultatów w renomowanych firmach. Kiedy John W. Henry - właściciel Boston Red Sox, które dwukrotnie triumfowało w Major League Baseball dzięki założeniom „Moneyball” – przejmował w październiku 2010 roku FC Liverpool, zapragnął przeszczepić te same idee na grunt angielski.

Amerykanin mianował na stanowisko dyrektora sportowego Damiena Comolliego, wielkiego entuzjastę analiz statystycznych, dawnego współpracownika Wengera oraz bliskiego przyjaciela Beane’a. Człowieka słynącego z kontrowersyjnej przeszłości. Wszędzie tam, gdzie trafiał, wzbudzał jedynie niechęć u trenerów oraz działaczów. Będąc w Tottenhamie, sprzeczał się o transfery z ówczesnym menadżerem Martinem Jolem. Z Saint Ettien uciekał, bo popadł w konflikt z prezesami.

Francuz niepowodzenia we wdrażaniu systemu „Moneyball” wyjaśniał antypatią środowiska piłkarskiego, mocno zakorzenionego w konserwatywno-tradycjonalistycznym myśleniu. W Liverpoolu dostał, więc wolną rękę. Wszyscy mieli podporządkować się jego słowu. Tymczasem skutki działań nowego dyrektora były opłakane. Zespół dwa sezony z rzędu grał poniżej oczekiwań i zajmował kolejno 6 i 8 miejsce. Choć Comolli wzorował się na analizach statystycznych, to większość transferów okazała się zupełnymi niewypałami. W błoto wyrzucił 78 milionów funtów.

Do drużyny sprowadził piłkarzy, którzy wedle statystyk potrafili kreować skuteczne akcje ofensywne z niemal każdego fragmentu boiska. Stewart Downing w Aston Villi szczycił się 24 procentową skutecznością dośrodkowań, zaliczył dziewięć asyst. W „The Reds” na 122 dośrodkowania raptem jedno było na wagę gola. Charliego Adama z kolei za czasów występów w Blackpool okrzyknięto najgroźniejszym wykonawcą stałych fragmentów. U nowego pracodawcy zapomniał o tej umiejętności.

Kreatywną i błyskotliwą mieszankę Comolli uzupełnił potężnie zbudowanym snajperem – Andy Carrollem. Ten jeszcze do niedawna zimnokrwisty snajper, przechodząc do Liverpoolu kompletnie zatracił swój instynkt. Przez prawie dwa lata, trafił do siatki ledwie pięciokrotnie.

Przykłady można mnożyć w nieskończoność i dowodzić, że próby systematyzacji futbolu nie mają jakiegokolwiek sensu. Tych wszystkich nieudanych operacji nie można jednak odczytywać jako ogólnej i totalnej porażki systemu „Moneyball”. Tak naprawdę menadżerowie błądzą w gęstej mgle liczb oraz statystyk. Alex Ferguson nie pozbyłby się Jaapa Stama, gdyby odpowiednio zinterpretował dane. Nie byłoby największej transferowej wpadki Realu Madryt, sprzedaży Calude’a Makele, gdyby ktoś posłużył się analizą statystyczną.

Rewolucja Beane’a polegała na tym, że on znalazł statystki najbardziej relewantne i potrafił je odpowiednio zinterpretować. Sztuczka polega zatem na tym, aby równie istotne statystyki znaleźć w futbolu i umieć je wykorzystać.

Odwiecznym problemem pozostaje charakter piłki nożnej, jej płynność oraz nieprzewidywalność. Baseball jest dyscypliną wybitnie zespołową, bardziej zorganizowaną. Bazuje na powtarzających się sekwencjach, a czynny udział w grze bierze zazwyczaj jedynie dwóch baseballistów. Futbol z kolei opiera się często na indywidualnych akacjach poszczególnych piłkarzy. Na murawie zróżnicowanie zadań jest przeogromne. Drużyny prezentują odmienny styl, posiadają inne wady i zalety. Inaczej gra się w Premiership, inaczej w Primera Division, a jeszcze inaczej w Serie A.

Nie oznacza to jednak, że rewolucja pokroju „Moneyball” nie jest możliwa w piłce kopanej. Pojedyncze niepowodzenia analiz statystycznych nie dają pewności, że takie analizy nigdy nie przyniosą sukcesu. Ziarno zostało zasiane i obecnie kiełkuje, tworząc zupełnie odrębną naukę na wzór baseballowej sabermetrii. Kluby nieustannie dążą do tego, by odkryć swoisty algorytm do zwyciężania.

Niegdyś przyglądano się ilość przebiegniętych kilometrów i to jak duży obszar boiska gracz zakryje. Współcześnie śledzi się z jaką prędkością zawodnik biega oraz, w których sektorach jest najefektywniejszy. Rozróżnia się normalne bieganie od sprintów, zwykłe podania od podań kluczowych, które otwierają drogę do bramki.

Manchester City zatrudnił rzeszę matematyków oraz analityków. Mają rejestrować każdy sprint, podanie, strzał, dotknięcie futbolówki, a nawet każdy najmniejszy ruch nie tylko zawodników pierwszego zespołu, lecz także sekcji młodzieżowych od lat 9 do lat 21, a oprócz tego wszystkich piłkarzy zebranych w Premiership.

Obrońcy „The Citizens” przed meczami poświęcają piętnaście minut na analizę swoich poprzednich występów. Obserwują straty piłki, odbiory, wślizgi, współpracę z innymi formacjami. Zawodnicy już 24 godziny po spotkaniu mogą przestudiować interesujące ich elementy gry. W zależności od pozycji mogą spojrzeć jak wspierali defensywę, w których sektorach boiska dokonali największej ilości przechwytów. Mają możliwość oceny strzałów, pojedynków jeden na jeden, rajdów, wspomagania ataków lub powrotów pod własną bramkę.

Według wielu rewolucja statystyczna futbolu dopiero się zaczyna. Arsene Wenger wraz z koncernem paliwowym Castrol stworzył program, który wylicza, czy dzięki konkretnym umiejętnościom gracza (drybling, uderzenie, celność podań) w danym sektorze boiska w trakcie akcji ofensywnej rośnie bądź maleje prawdopodobieństwo zdobycia gola. Monitoruje ponadto wydolność piłkarzy, szybkość reakcji, podejmowanie decyzji w określonych minutach potyczki. Firmy takie jak Opta oraz Prozone przygotowały złożone aplikacje, które rozbierają konfrontacje na czynniki pierwsze. Dzielą spotkania na tysiące incydentów i kilkaset rozmaitych zachowań futbolistów.

Oczami wyobraźni możemy zatem namalować sobie futurystyczny piłkarski świat, gdzie za dobór taktyki oraz zawodników odpowiadać będą najtęższe analityczne mózgi, sterowane przez supernowoczesne komputery, gromadzące miliardy danych i statystyk, przeprowadzające miliony najbardziej skomplikowanych operacji liczbowych. Jednak nawet w dalekiej przyszłości niezmiennym pytaniem bez odpowiedzi pozostanie - czy będą w stanie poradzić sobie z przebłyskami geniuszu największych futbolowych wirtuozów. Dziś najlepsze algorytmy i analizy statystyczne dadzą w łeb, kiedy np. Lionel Messi zechce przedryblować caluteńką obronę.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zatopiona „Żółta Łódź Podwodna”


Piłka ustawiona na jedenastym metrze. Oczy wszystkich skupione na piłkarzu, futbolówce oraz bramkarzu. W tym krótkim momencie czas spowolnił, atmosfera zgęstniała, napięcie rosło z każdym uderzeniem serca. Jedno uderzenie serca – rozbieg. Drugie uderzenie serca – strzał. Trzecie uderzenie serca – piłka zmierzająca w stronę bramki. Czwarte uderzenie serca – koniec marzeń o finale Ligi Mistrzów.

Wieczór 25 kwietnia 2006 roku kibice Villarreal zapamiętali na zawsze. Wówczas ich ukochana drużyna toczyła rewanżowy bój z Arsenalem Londyn (w pierwszym spotkaniu było 1:0 dla Arsenalu). Sympatykom zgromadzonym na stadionie „El Madrigal” szczególnie wryła się w pamięć 90 minuta pojedynku. To wtedy do rzutu karnego podchodził Juan Roman Riquelme - lider zespołu, największy jego gwiazdor. Nie wytrzymał presji, uderzył słabo, a Jens Lehmann z łatwością wyłapał futbolówkę. Argentyńczyk nie wykorzystał doskonałej okazji do przedłużenia szans na awans o chociaż dogrywkę.
Sześć lat później fani klubu przeżyli prawdziwy koszmar. W ostatniej kolejce Primera Division w ciągu zaledwie czterech minut dwie torpedy wystrzelone przez Radamela Falcao i Raula Tamudo zatopiły „Żółtą Łodzią Podwodną”. Falcao dał zwycięstwo Atletico Madryt w meczu z Villarreal. Tamudo dał wygraną nad Grenadą i utrzymanie w lidze Rayo Vallecano. Nadwątlona „Żółta Łódź Podwodna” parę dni temu wpłynęła na drugoligowe mielizny i będzie po nich dryfować, przez co najmniej rok.

Dla ekipy z Vila-real – małej mieściny położonej nad Morzem Śródziemnym, którą ciężko znaleźć na mapie – to nie pierwszyzna. Przez ponad siedemdziesiąt lat swego istnienia zespół tułał się po boiskach najniższych klas rozgrywkowych. Wszystko zmieniło się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, wraz z przybyciem nowego właściciela - Fernando Roiga. Ten potentat ceramiczny przejął klub bez historii, z zadłużeniem i obiektem piłkarskim, liczącym niespełna cztery tysiące miejsc. Wystarczyło jednak ledwie kilka wiosen, by anonimowa drużyna zdobyła sławę w całej Hiszpanii.

Roig budował Villarreal od podstaw. „Żółta Łódź Podwodna” założona została wprawdzie w 1923 roku, ale dopiero w 1998 wypłynęła po raz pierwszy na szerokie pierwszoligowe wody. 

Nowy prezes nie tylko sprowadzał coraz lepszych graczy, lecz także zajął się rozwojem infrastruktury oraz zaplecza pierwszej kadry. Kupił 70 tysięcy metrów kwadratowych ziem, które niegdyś były gajem pomarańczowym i zainwestował 42 miliony euro, by stworzyć tam akademię piłkarską (obecnie ma tyle samo młodzieżowych sekcji, co szkółki Realu i Barcelony). Powołał do życia drużynę rezerw, która trzy sezony z rzędu spędziła w Segunda Divison. Zmodernizował stadion, który od tej chwili mógł zmieścić połowę mieszkańców 50-tysięcznego miasteczka.

Wzorowo prowadzony zespół, nie szastający na prawo i lewo kasą, generujący rokrocznie zyski, nie posiadający zadłużenia, odprowadzający podatki, wypłacający pieniądze piłkarzom zawsze na czas, zyskał podziw i uznanie w całym kraju. Receptą na sukces stały się przemyślane i w większości trafne inwestycje.

Villarreal znakomicie odnajdywało się na rynku transferowym. Wyławiało za niewielkie sumy zawodników niechcianych w innych ekipach, którzy potem wyrastali na prawdziwe gwiazdy futbolu, jak np.: Diego Forlan, Juan Roman Riquelme czy Giuseppe Rossi. Doskonale działająca sieć skautingowa wyłapywała utalentowanych futbolistów za bezcen: Martin Caceres (kupiony za niecały milion euro, sprzedany za ponad 16 milionów), Jose Enrique (wzięty bezpłatnie, wytransferowany za prawie 9 mln), Diego Godin (sprowadzony za 800 tysięcy euro, opchnięty za  8 mln) lub Belletti (przybył za darmo, wyfrunął do Barcelony za 6 mln). Kadrę uzupełniali zazwyczaj gracze ściągani za darmo (Robert Pires, Joan Capdevilla) oraz wychowankowie (Santi Cazorla, Bruno Soriano, Marco Ruben).

Silna i konkurencyjna ekipa, stworzona za grosze, najbardziej znaczące triumfy święciła w latach panowania Chilijskiego szkoleniowca – Manuela Pellegriniego. To wtedy „Żółta Łódź Podwodna” zatapiała kolejnych rywali na własnym podwórku, sięgając po trzecie miejsce w 2005 i wicemistrzostwo w 2008. Jako jedyna na przestrzeni ośmiu poprzednich lat złamała patent Barcelony i Realu na dwie pierwsze pozycje w lidze.

Zbierała również skalpy z europejskich aren, zapędzając się aż do wspomnianego półfinału Ligi Mistrzów (drugie najmniejsze miasteczko, obok Monte Carlo, mające reprezentanta na tym szczeblu Champions League) oraz półfinałów Pucharu UEFA i Ligi Europy z sezonów 2003/2004 oraz 20010/2011.

Problemy Villarreal zaczęły się wraz z kłopotami finansowymi właściciela. Z klubu odchodzili ludzie, którzy współtworzyli jego największe sukcesy – Forlan, Riquelme, Pellegrini. Jednak jeszcze ponad rok temu zespół zdołał zająć czwarte miejsce, doczłapał się do półfinału Ligi Europy, a później, jesienią odwiedził boiska Starego Kontynentu w Lidze Mistrzów. Tegoroczną wiosną zaś przywitał prowincjonalne murawy zaplecza La Liga.
Przyczyn tak szokującej zapaści było wiele, a wszelkie nieszczęścia nękające klub, sprzysięgły się w tym jednym, ostatnim sezonie. Dwóch ciężkich kontuzji doznał najgroźniejszy snajper – Giuseppe Rossi. Fatalną formę strzelecką prezentowali pozostali napastnicy - Nilmar i Ruben zdobyli razem tylko trzynaście goli w trakcie caluteńkiego sezonu. Roig stracił nosa do transferów. Lidera i najbardziej kreatywnego piłkarza, Cazorlę, zastąpił słabym Jonathanem De Guzmanem. Obronę osłabiły sprzedaże Capdevilly oraz Godina. Transferowym niewypałem okazał się Cristian Zapata.

„Żółtą Łódź Podwodną” niszczyły sztormy sprokurowane przez działaczów. W ciągu kilkunastu miesięcy trenerów wyrzucali trzykrotnie. Juan Garrido na ławce wytrzymał do końca grudnia 2011, jego następca – Jose Molina – wytrwał zaledwie trzy miesiące, a w półtora miesiąca dzieła zniszczenia dokonał – Miguel Angel Lotina. Trener, który do upadku doprowadził trzy inne hiszpańskie kluby. Zrzucił z ligi: Celtę Vigo (2004), Real Sociedad (2007) oraz Deportivo La Corunę (2011).

Wszystkie te trudności nagromadziły się w ostatnim sezonie. Na wzburzonym morzu drużynie zabrakło również szczęścia. O spadku zadecydował jeden punkt. Punkt, który zawodnicy mogli wyszarpać w przedostatniej kolejce z Valencią, tracąc bramkę w końcowych sekundach meczu. Punkt, który gracze byli w stanie uciułać w kluczowych pojedynkach z Realem Sociedad (gol Veli w 87 minucie) oraz Racingiem Santander (trafienie Lautaro Costy w 93 minucie). Punkt, który należało zdobyć w marcowych bojach z Getafe i Levante, przegranych w doliczonym czasie gry.

Zespół zbyt mocny na spadek - dysponujący piłkarzami formatu: Zapaty, Rossiego, Nilmara, Marcheny czy Marcosa Senny – opuścił ligę, bo rozstrzygnęły o tym dwie bramki strzelone w cztery minuty.

Pech nie opuszcza Villarreal do dziś. Niedawno na zawał serca zmarł Manuel Preciado, dzień po tym jak został mianowany bossem drużyny. Przyszłość rysuje się w czarnych barwach: mniejsze wpływy z telewizji i od sponsorów, cięcia w budżecie, wyprzedaż zawodników (odeszło już ośmiu graczy z podstawowej jedenastki).

Bogowie futbolu w istocie muszą być szaleni i złośliwi, że tak bezczelnie zabawiają się losem hiszpańskiej ekipy. Ekipy, która przez osiem lat podbijała europejskie areny, a w jednej sekundzie straciła wszystko. Teraz „Żółta Łódź Podwodna” dryfuje po mieliznach przeciętności. Lecz bogowie futbolu w swym szaleństwie mogą ją wyprowadzić na szerokie wody szybciej niż nam się zdaje.