poniedziałek, 7 lutego 2011

Nietuzinkowa aberracja


Analizując zimowe oraz ubiegłoroczne, letnie okienko transferowe w wykonaniu polskich drużyn można dojść do zatrważających wniosków. Budowanie klubów w Polsce wymyka się wszelkim europejskim standardom, a fantazja i pomysłowość prezesów przekracza wszystkie możliwe granice racjonalności. Wielokrotnie zastanawiałem się co tak naprawdę siedzi w głowach prezesów, dyrektorów różnej maści, czyli ludzi, którzy odpowiadają za konstruowanie zespołów.  Niestety ich wiedza na temat piłki nożnej jest albo niezwykle mała albo tak duża, że mogą oni sobie pozwolić na dawkę szaleństwa, której nie jest w stanie pojąć zwykły, przeciętny kibic. Na nieszczęście argumentów przemawiających za tym pierwszym stwierdzeniem jest więcej, a całokształt absurdalnego systemu tworzenia drużyn ogniskuje się w takich sferach jak: złe inwestycje, nieumiejętne zarządzanie oraz fatalna organizacja.

Złe inwestycje to przede wszystkim nietrafione transfery. A więc najbardziej rzucającym się w oczy absurdem jest to, że ściągamy w większości zagraniczny „szrot”, często kosztem młodych polskich zawodników. Kupujemy obcokrajowców na potęgę. Nieważne co prezentowali w poprzednich klubach, odpowiednio zareklamowani przez swojego menadżera, są okazją nie do pominięcia. Przykładem może służyć Legia Warszawa i jej wielomilionowe inwestycje w cudzoziemców, z których tylko kilku pokazało więcej niż mizerne umiejętności. Do całkowitych niewypałów można zaliczyć transfery: Cabrala, Mezengi, Antalovicia oraz Knezevicia. Paradoks polega na tym, że Legia, jako jeden z nielicznych polskich zespołów, posiada niezłą akademię młodzieżową. Tacy zawodnicy jak Borysiuk, Kucharczyk czy wypożyczony do ŁKS-u i robiący tam furorę Jakub Kosecki mogliby z powodzeniem występować w pierwszej jedenastce warszawskiej drużyny, przy jednoczesnym utrzymaniu obecnego poziomu piłkarskiego. Oczywiście zdarzają się takie rodzynki jak: Arboleda, Rudnevs. Stilic czy Choto, ale mam wrażenie, że więcej w tym przypadku i szczęścia niż zaplanowanych transferów.

Niestety „międzynarodowieje” nam ekstraklasa. W tej chwili w polskich klubach występuje już 137 obcokrajowców. Gorsze jednak jest to, że nie widać poprawy jakości gry. A najgorsze, że wszystkie zagraniczne gwiazdy grają kosztem młodych zawodników. Szkolenie młodzieży to drugi aspekt złego inwestowania. Rodzime zespoły w ogóle nie stawiają na futbolowych adeptów, gdyż jest to zwyczajnie nieopłacalne. Koszt wyszkolenia takiego gracza oraz ryzyko czy będzie on wystarczająco dobry na grę w pierwszym składzie, odstraszają. Oprócz tego w Polsce brakuje piłkarskich akademii, odpowiednich trenerów, boisk i ośrodków treningowych na europejskim poziomie. Dochodzi do takich absurdów, że po ligowych boiskach regularnie biega aż 9 zawodników, którzy nie ukończyli jeszcze 21 roku życia (Klich, Budziński, Jankowski, Sadlok, Sobiech, Borysiuk, Kucharczyk, Kupisz oraz Sandomierski). Nie zwracam tutaj uwagi na 22-letnich albo starszych piłkarzy, którzy w naszych realiach uchodzą jeszcze za talenty, a już dawno powinni to być gracze w pełni ukształtowani, z odpowiednim bagażem doświadczeń.

Drużyny są fatalnie zarządzane, a ich organizacja pozostawia wiele do życzenia. Kadry trenerskie ograniczone są do minimum i nie uświadczymy tam żadnych fizjologów, psychologów czy inny fachowców z dziedziny treningu motorycznego, siłowego bądź fizycznego. Nikt nie potrafi przygotować zespołu do nowego sezonu, bowiem obozy przygotowawcze są zbyt krótkie. Niezwykłym „rodzimym zboczeniem” jest to, że polski kopacz wyraźnie słabszy od tych z innych krajów, trenuje tylko raz dziennie, 6 miesięcy w roku, rozgrywając około 30 spotkań w sezonie. W Europie natomiast normą jest 8-godzinny tryb pracy każdego piłkarza, który rozgrywa około 60 spotkań w sezonie, a wszystkie przerwy od treningów trwają maksymalnie miesiąc. Jak w takim razie chcemy dogonić Zachód, skoro zawodnik z Polski, od najmłodszych lat gorzej szkolony, trenuje i gra mniej. Gdzie tu sens, gdzie tu logika.

Prezesi klubów przyzwyczaili już nas do tego, że od wielu lat narzekają na finanse, które są rzekomo główną przeszkodą w rozwoju piłki, tak by nawiązywała ona, choć w niewielkim stopniu, do tej zachodnio-europejskiej. Niestety i ten argument jest wynikiem niesamowitej fantazji. Porównując płace zawodników Ekstraklasy i Serie A można zauważyć, że stać nas na 222 spośród 494 piłkarzy biegających po włoskich boiskach. Co więcej, co trzeci z tamtejszej ligi zarabia mniej niż najlepiej opłacani piłkarze polskiej ligi. O tym, że miejscowe drużyny są coraz zamożniejsze świadczy fakt, że od początku tego sezonu wydały na transfery 18 milionów euro, co jest absolutnym rekordem. Inwestują one przede wszystkim za granicą, ściągając wielkie „niby-gwiazdy”, zwracają uwagę kibiców i robią medialny szum, czym skutecznie napędzają futbolową koniunkturę. Dlaczego więc czekamy już 15 lat na występy naszego  zespołu w Lidze Mistrzów, skoro zagraniczne kluby, posiadające o wiele mniejszy budżet (wystarczył by jedynie do utrzymania w Ekstraklasie) były w stanie do tych rozgrywek awansować, jak chociażby BATE Borysow czy Maccabi Haifa.

Wraz z rosnącym kapitałem rośnie powszechny, miejski dobrobyt (o czym już pisałem –  Sprzedane ambicje), a także wyobraźnia prezesów, żądających często za wyróżniających się polskich zawodników bajońskich sum. Stale polepsza się także infrastruktura, już niedługo będziemy mieli jedne z najpiękniejszych i najnowocześniejszych stadionów w Europie. Oczywiście trzeba się z tego cieszyć, ale nadzwyczaj frapującą sprawą jest to, czy wznoszeniu tak okazałych aren towarzyszy budowanie o wiele ważniejszych dla przyszłości piłkarstwa polskiego ośrodków treningowych, boisk ze sztuczną i podgrzewaną nawierzchnią, czy wielofunkcyjnych hal sportowych. Co bowiem drużynom dadzą same stadiony, których koszt utrzymania będzie znacznie przekraczał ich budżety. Kto w końcu za kilka lat będzie na nich grał skoro już teraz nie potrafimy szkolić młodzieży i w ogóle nie dostrzegamy takiego problemu.

Aby zrozumieć wszystkie fantazmaty włodarzy klubów w Polsce trzeba wielu godzin analiz, bowiem nawet kibicom posiadającym najlepszą wyobraźnię ciężko jest zrozumieć sens większości decyzji. Gorzej, że owe fantazmaty wielokrotnie nie mają nic wspólnego z futbolem i z europejskimi standardami tworzenia zespołów. Dlatego zalecam wszystkim prezesom polskich drużyn oglądanie jako filmu instruktażowego bajki „Bob budowniczy”. Tytułowy bohater zawsze potrafił wszystko zbudować poprawnie, wedle własnego uznania. Może zatem będzie to odpowiedni wzór dla osób zarządzających naszymi klubami, może wyciągną z tego fantastycznego świata jakieś wnioski skoro z normalnego nie potrafią. Wracając zaś do rzeczywistości można powiedzieć, że z  budowaniem drużyn jest jak z budowaniem autostrad w naszym zacnym kraju. Albo ich nie ma, albo wymagają stałego remontu. Natomiast obecnie utarło się powiedzenie, że „jadąc dziurą natrafiłem na kawałek asfaltu”, które świetnie opisuje stan dróg. Powiedzenie to można sparafrazować tak, by oddawało obecny stan rodzimego piłkarstwa i wówczas  będzie brzmieć - oglądając polską kopaninę i uświadczając polskiego bagienka, natrafiamy czasami zupełnie przypadkowo na kawałek futbolu.

wtorek, 1 lutego 2011

„Piłkarza tanio kupię”


A.D. 2024, 31 stycznia, godzina 23:25 – zawodnik XY przechodzi za rekordową sumę 600 milionów funtów do Manchesteru City. Od samego rana trwała zażarta walka pomiędzy Queens Park Rangers a „The Citizens” o wyżej wymienionego piłkarza. Licytacja zaczęła się od 450 milionów.

23:54 – XY jednak w QPR. W ostatniej chwili drużyna z Londynu przebiła ofertę Manchesteru. Zawodnik przechodzi za 620 milionów, podpisując 4-letni kontakt na mocy, którego będzie zarabiał milion funtów tygodniowo (nieoficjalnie mówiło się, że od samego początku XY wolał propozycję Queens Park, gdyż oferowali mu większe pieniądze). Skrywaną pasją gracza jest kolekcjonowanie luksusowych jachtów, a więc teraz z jeszcze większym zaangażowaniem będzie mógł się na niej skupić.  

Całe szczęście to tylko koszmar senny. Wróćmy zatem do świata żywych, do teraźniejszości, do roku 2011. Wczoraj zakończyło się zimowe okienko transferowe. Ostatni dzień tegoż okienka był istnym trzęsieniem ziemi. Dokonano wielu spektakularnych i milionowych transferów, z czego większość oczywiście miała miejsce w Anglii. Fernando Torres przeszedł do Chelsea za 50 milionów funtów, David Luiz także do Chelsea za 21, zaś Liverpool w miejsce Hiszpana kupił Andrew Carolla za 35 milionów. Dodać do tego należy wcześniejsze, równie widowiskowe transfery, jak chociażby Edina Dzeko do Manchesteru City – 27 mln, Luisa Suareza do Liverpoolu – 22 mln, czy Darrena Benta do Aston Villi za 24 miliony. A co się działo w pozostałej części Europy ? Cisza. Było kilka ważniejszych transferów, jak Affelay’a do Barcelony, Adebayora do Realu, Van Bommela oraz Emanuelsona do Milanu, ale pod względem finansowym nawiązywać mogły jedynie Paziniego (do Interu, 13 milionów euro) bądź Luiza Gustava (do Bayernu, 15 milionów).

Ogółem w tym okienku transferowym w Premiership wydano ok. 230 milionów euro, natomiast w pozostałych 4 najsilniejszych ligach (Primera Divison, Serie A, Bundesliga, Ligue 1) nie wydano nawet połowy tej kwoty - 87 milionów euro. To już stało się regułą, że największe pieniądze od kilku lat na futbol przeznacza się w Anglii. W letnim okienku na transfery wydano 368 milionów, natomiast w drugiej pod tym względem Primera Divison, przelano tylko 238. Pozostałe ligi nie dobrnęły nawet do połowy tej kwoty: Serie A – 173, Ligue 1 – 132, Bundesliga – 90. Zatem czy jest ktoś w stanie konkurować z rozpasanym do cna angielskim molochem ? Chyba jedynie Real i Barcelona są w jakimś stopniu konkurencyjne pod względem finansowym dla angielskiej ligi. Wobec tego jakie są przyczyny tak dużego bogactwa „wyspiarzy".

Sprawa wygląda niezmiernie prosto. Niemal wszystkie kluby są w rękach możnych szejków, bogaczy bądź wielkich korporacji, które nie szczędzą grosza (chlubnym wyjątkiem pozostaje Arsenal Londyn, którego finanse od wielu lat przedstawiają się wzorowo i który potrafi stworzyć konkurencyjną dla innych jedenastkę za niewielkie pieniądze – 47 milionów). Sumując zaś cały kapitał tychże bogaczy wyjdzie skromna kwota 53 miliardów funtów! Żeby lepiej zobrazować ogrom tego kapitału posłużę się przykładem. Jeżeli rozdać by tę całą kwotę wśród mieszkańców Warszawy, to każdy z nich dostałby około 150 tysięcy złotych! Natomiast z wielką niecierpliwością oczekuje chwili kiedy do Premiership awansuje Queens Park Rangers, którego właściciel posiada 17 miliardów. Wówczas finansowe zasoby angielskiej ligi wzrosną do, bagatela, 70 milardów!

Nic więc dziwnego, że tamtejszy rynek szaleje. Konkurencja jest ogromna, a bitwa o dobrego zawodnika jeszcze większa. Często bitwa ta przeradza się w chęć zakupu za wszelką cenę, byle tylko przeciwnik został w pokonanym polu. W tym wypadku dochodzi do takich absurdów, że za co najwyżej niezłego piłkarza jakim jest Darren Bent, Aston Villa płaci aż 24 miliony funtów.

Natomiast aktualny dobrobyt i zbyt duży potencjał finansowy Premier League ma bardzo zły wpływ na całe środowisko piłkarskie, którego efekty i skutki mogą być widoczne już niedługo. Wiąże się to przede wszystkim z coraz większymi stawkami za zawodników. Już teraz za niektórych z nich zespoły żądają horrendalnych pieniędzy, zupełnie nieadekwatnych do poziomu umiejętności danego piłkarza. Wraz z rosnącymi stawkami za transfery, rosną stawki kontraktowe. Gracze zarabiają olbrzymią kasę, która tworzy nadmierny dostatek, futbolową rozlazłość i chęć zmiany barw klubowych tylko i wyłącznie wtedy,  kiedy zgłasza się możniejszy pracodawca, oferujący większe pieniądze. Słowem, łatwiej kupić miłość gracza, niż rozkochać go prestiżem i aspiracjami walki o najwyższe cele. Kolejna sprawa to zadłużenie drużyn. Ich właściciele wielokrotnie kończą sezony na minusie, powiększając tylko deficyt. Nic to złego, wystarczy wziąć bezterminową pożyczkę z banku, a w zamian za reklamę długi zostaną pokryte.

Wszystko to doprowadzi z czasem do przeciążenia rynku, przesadnego przepychu, a w efekcie znudzenia potencjalnego kibica. Wówczas nastąpi odwrót, kryzys i porzucenie klubów przez rozkapryszonych i szukających zabawy szejków czy bogaczy (czego sobie i wam życzę). Inną możliwością wyhamowania absurdalnej rozrywki mogą być reformy Platiniego, m. in. system 5+6 (w każdej drużynie będzie mogło grać jedynie 5 obcokrajowców) oraz „financial fair play” (od sezonu 2014/2015 zespoły nie będą mogły wydawać więcej niż zarabiają).

Jeżeli zaś obie możliwości nie dojdą do skutku, wtedy czeka nas pokaz niedorzeczności rodem z czarnych komedii. Tyle, że - inaczej niż w tych filmach – wszystko będzie brane na poważnie. Futbol dawno już wyginie z angielskich boisk, a każdy mecz stanie się produktem medialnym, który w erze postępującego konsumpcjonizmu będzie odbierany tylko i wyłącznie w kategoriach pieniężnych. Wspomniany wcześniej senny koszmar może stać się przerażającą, postapokaliptyczną realnością, gdzie piłkarska brać bardziej będzie się emocjonować transferami gwiazd oraz ich kontraktami niż rywalizacją czysto sportową. Narodzi się nowe, technokratyczne - pędzące za karierą, pieniądzem i postępem cywilizacyjnym - środowisko, które zaprowadzi tę dyscyplinę sportu do najbardziej odległych i najmroczniejszych zakątków skomercjalizowanego świata.

Straszna to wizja, ale jeżeli już teraz granice rozsądku dawno zostały przekroczone, to można zadać pytanie, czy to wszystko kiedyś się skończy ? Raczej nie. Na świecie nie brakuje zamożnych ludzi, chcących się pobawić angielską piłką. Być może za kilka lat wszystkie drużyny z Premiership będą w rękach najbogatszych ludzi na świecie. Wtedy tamtejsza liga przemieni się w targowisko próżności i przepychu. Czy zatem możliwa jest choć chwila normalności w tym futbolowym świecie ?

sobota, 29 stycznia 2011

Ocalić od zapomnienia: część 4

„Nikt nie wymaga od was samych zwycięstw. Czasem i przegrać przychodzi. Ale każdy ma prawo żądać od was ambitnej i nieustępliwej walki. Nie dopuśćcie do tego, aby ludzie uznali was za niegodnych... podania ręki.” – Henryk Reyman


Piłkarze dotychczas przedstawiani w tym cyklu byli legendami swoich klubów, jednymi z najlepszych w historii Ruchu Chorzów, Cracovii Kraków oraz Pogoni Lwów. W tej części będzie o zawodniku, który stał się symbolem Wisły Kraków, o gwieździe przedwojennej Polski piłkarskiej – Henryku Reymanie.

Bombardier z Krakowa

W Wiśle Kraków spędził 20 lat, zdobywając 129 bramek w 151 meczach. Słynął ze znakomitej skuteczności - średnia 0,85 bramki na mecz, 10-krotnie ustrzelił hat-tricka. Do niego należy także rekord w ilości zdobytych bramek w jednym sezonie – 37 w 23 meczach. Dokonał tego w 1927 roku, wówczas przeżywał apogeum formy. W następnym sezonie ponownie sięgnął po koronę króla strzelców z 30 bramkami na koncie. W tych latach Wisła plasowała się dwukrotnie na pierwszym miejscu, a wkład Reymana w zdobywane mistrzostwa był niepodważalny.

Był środkowym napastnikiem, którego wyróżniała niesamowita ambicja, wola walki, a także precyzja strzałów. Strzelał każdą częścią ciała, z każdej pozycji. Zdobył ogromną ilość bramek z rzutów wolnych oraz karnych. Jego uderzenia były niezwykle silne, a przy tym doskonałe pod względem technicznym. Z jego największymi boiskowymi zaletami (ambitna gra oraz strzał z dystansu) wiążą się dwie anegdoty.

Pierwsza odnosi się do spotkania Wisły z rumuńskim Fulgerul. Reyman zdobył 4 bramki, w tym jedną z woleja. Strzał był tak silny, że bramkarz przeciwnika wpadł z piłką do bramki, po czym stracił przytomność na kilka minut. Druga anegdota dotyczy nadzwyczajnej ambicji zawodnika, ale także jego przywiązania i oddania do ukochanych barw klubowych. Na trzy dni przed meczem derbowym z Cracovią miał jeszcze nogę w gipsie. Postanowił jednak zdjąć opatrunek i zagrać w arcyważnym pojedynku. Pierwsza połowa w wykonaniu Wisły była fatalna. Przegrywali 1:5. W przerwie spotkania Reyman miał powiedzieć do swoich klubowych kolegów - Kto z was nie czuje się na siłach, aby w drugiej połowie meczu wydać z siebie wszystkie siły dla zmazania hańby, jaka w tej chwili wisi nad nami - to niech lepiej nie wychodzi na boisko. (...) Nikt nie wymaga od was samych zwycięstw. Czasem i przegrać przychodzi. Ale każdy ma prawo żądać od was ambitnej i nieustępliwej walki. Nie dopuśćcie do tego, aby ludzie uznali was za niegodnych... podania ręki.

W drugiej połowie odmieniona „Biała Gwiazda” doprowadziła do remisu 5:5, sam Reyman zaś zdobył 4 bramki. Po meczu tak mówił - Postanowiliśmy grać do upadłego. Walczyliśmy jak lwy, dochodziło się do każdej piłki, nie czułem bólu... wyrównaliśmy. Natomiast swoim kolegom powiedział, że uratowali honor Wisły Kraków.

Niespełniony w reprezentacji

W reprezentacji rozegrał tylko 10 meczów, strzelając 5 bramek. Niestety trafił na czasy kiedy narodowa drużyna zaczynała się dopiero powoli budować. Poza tym miał bardzo dużą konkurencję na pozycji środkowego napastnika w osobach Józefa Kałuży i Wacława Kuchara.

Po wojnie natomiast był dwukrotnie selekcjonerem reprezentacji. Pierwszy raz, nie odnosząc żadnych sukcesów, w 1948 roku, drugi raz w latach 1956-1958. Wówczas Polska wygrała w pamiętnym meczu z ZSRR w Chorzowie w 1957 roku, 2:1 (mecz w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata, około 100 tys. ludzi na stadionie i dwie bramki Gerarda Cieślika).

Nieustępliwy wojak

W parze z jego ambicją i klubowym oddaniem, szło poświęcenie i wielki patriotyzm. Reyman walczył w I wojnie światowej, wojnie polsko-bolszewickiej, w powstaniach śląskich, uczestniczył w kampanii wrześniowej, został ranny w bitwie pod Bzurą. W latach międzywojennych robił karierę w wojsku, będąc najpierw kapitanem, później majorem i pułkownikiem. Pracując w odległych od Krakowa miastach, pozostał wierny barwom Wisły, przyjeżdżając na jej mecze nawet z najdalszych zakątków Polski.

Taki już miał charakter. Wielki patriota, do tego ambitny i waleczny zawodnik, który swoim pasjom poświęcił całe życie.

piątek, 21 stycznia 2011

Ocalić od zapomnienia: część 3

Niedawno pisałem, że w futbolu rzadko się zdarzało, aby wybitny piłkarz był równie wybitnym trenerem. Teraz zaś muszę napisać, że w całej historii sportu niewielu było równie utalentowanych ludzi, co Wacław Kuchar (być może nigdy w historii nie było tak niezwykłego sportowca). Z pewnością polska ziemia nigdy wcześniej, ani nigdy później nie zrodziła sportowca tak genialnego. Natomiast  Józef Hałys w książce „Polska piłka nożna” pisał, że był on w sporcie zjawiskiem fenomenalnym.


Człowiek orkiestra

Wacław Kuchar w swojej karierze uprawiał 15 dyscyplin sportu i w każdej osiągał niebywałe sukcesy. Był mistrzem Polski w: biegu na 800 m (1920,1921), biegu na 110 m przez płotki (1920), biegu na 400 m przez płotki (1923), skoku wzwyż (1921,1923), trójskoku (1921) oraz dziesięcioboju (1923,1924). Był także rekordzistą kraju w biegach na 800 m i 400 m przez płotki, skoku wzwyż, dziesięcioboju, sztafecie 4x400 m oraz sztafecie szwedzkiej. Jego rekordy lekkoatletyczne utrzymywały się bardzo długo: 177 cm w skoku wzwyż przez dziesięć lat, 2.02 min. na 800 metrów przez 6 lat.

Mając zaledwie 10 lat zajął drugie miejsce w mistrzostwach Lwowa w jeździe figurowej na lodzie, osiem lat z rzędu (1919-27) był mistrzem Polski w jeździe szybkiej, był mistrzem Polski w hokeju z Pogonią Lwów w 1933 roku i srebrnym medalistą Mistrzostw Europy z 1929 roku. Jego życiem jednak zawładnęła piłka nożna.

Fenomenalny piłkarz i wielki dżentelmen

Futbol był jego pasją. Przez 23 lata reprezentował barwy Pogoni Lwów, w której zadebiutował w wieku 14 lat, strzelając w pierwszym meczu 3 bramki! W całej zaś karierze zdobył ich 1065 w 1052 meczach! Był 4-krotnym mistrzem Polski w latach 1922, 1923, 1925 i 1926. Oprócz tego dwukrotnym królem strzelców (1922 – 21 goli, 1926 – 11 goli). W reprezentacji wystąpił 25 razy.

Kuchar był środkowym napastnikiem, choć w swej karierze grał prawie na wszystkich pozycjach. Zaczynał jako napastnik, potem był skrzydłowym, środkowym pomocnikiem, by kończyć jako prawy obrońca. Był piłkarzem szybkim, przebojowym, błyskotliwym, posiadającym znakomite uderzenie, do tego wytrzymałym i walecznym. Potrafił uderzyć niemal z każdej pozycji, a jego specjalnością były strzały z woleja.

Cechowała go duża pracowitość, każdej dyscyplinie poświęcał mnóstwo czasu, aż stawał się w niej absolutnie najlepszy. Narzucał sobie ostry reżim treningowy, nigdy nie palił, ani nie pił alkoholu. Jak sam mówił - Może to zabrzmi megalomańsko, ale nigdy, absolutnie nigdy nie czułem się sportem zmęczony. Owszem, bywały okresy, że miałem czegoś dosyć, ale natychmiast znajdowałem na to lekarstwo: z zapałem brałem się do innej dyscypliny. Trenowałem, startowałem w kilku dyscyplinach równocześnie, żyłem sportem, nigdy się nie nudziłem.

Poza tym zawsze grał w duchu fair-play, potrafił uszanować przeciwnika. W pierwszym międzypaństwowym meczu naszej reprezentacji (z Węgrami w 1921 roku), kiedy mijając bramkarza rywali, przypadkowo go uderzył, natychmiast - mimo, iż miał przed sobą tylko pustą bramkę – zatrzymał grę i pomógł mu wstać.

Po drugiej wojnie światowej

W 1945 roku Lwów stał się miastem Związku Radzieckiego. Mieszkająca tam ludność Polska została wysiedlona. Wacław Kuchar osiadł w Bytomiu i był współzałożycielem, a później trenerem Polonii Bytom. Klubu, który miał kontynuować tradycje Pogoni Lwów. W latach 1947-1950 był selekcjonerem. Nie odniósł z reprezentacją żadnych znaczących sukcesów, ale w powojennych latach poziom naszego piłkarstwa nie stał na zbyt wysokim poziomie. Następnie prowadził zespoły Legii i Polonii Warszawa. Ponadto zawodowo sędziował mecze piłkarskie i hokejowe oraz działał w PZPN.

Sport miał we krwi, ojczyznę w sercu

Cała rodzina Kucharów była nadzwyczaj usportowiona, nic więc dziwnego, że od najmłodszych lat Wacław posiadał niesamowity zapał i zdolność do różnych dyscyplin. Tadeusz, najstarszy z braci był zawodnikiem Lechii oraz Pogoni Lwów, a także narciarzem, pływakiem, lekkoatletą. Karol był lekkoatletą, grał w piłkę wodną i nożną, natomiast Władysław był piłkarzem, tenisistą oraz wieloboistą. Z kolei ojciec Wacława był członkiem towarzystwa gimnastycznego „Sokół”, zaś matka fanatyczną zwolenniczką oraz finansową opiekunką Pogoni Lwów.

Tego niezwykłego sportowca wyróżniała jeszcze jedna rzecz. Miłość do ojczyzny. Był wielkim patriotą, oficerem Wojska Polskiego (doszedł do rangi kapitana). Został odznaczony Krzyżem Walecznych, Krzyżem Obrony Lwowa i Medalem Orląt za udział w obronie Lwowa i wojnie polsko-bolszewickiej.

Jak to możliwe by jeden człowiek zdziałał w sporcie tak wiele, jak to możliwe by uprawiał tak wiele dyscyplin i odnosił całe multum sukcesów, i wreszcie jak to możliwe by zrobił tyle dobrego dla Polski. Na koniec zatem posłuchajmy samego Mistrza - A swoją drogą, gdyby nie ta cotygodniowa dawka "życia", byłoby mi ciężko. Nie znoszę bowiem bezczynności, mazgajenia się…

Bibliografia
Hałys Józef, Polska Piłka Nożna, Kraków 1986, Krajowa Agencja Wydawnicza, s. 908-909.
Ołdakowski Marek, Najwszechstronniejszy, „Piłka Nożna”, 1974 r.