niedziela, 28 lipca 2013

Bébé fatalista

Dekadę temu nie miał niczego – rodziców, domu, przyszłości. Trzy lata temu cudowny zbieg okoliczności zgotował mu niezwykłą niespodziankę – trafił do Manchesteru United. Wówczas ziściło się jedno z tych marzeń niemożliwych do spełnienia. Raptem kilka dni wcześniej, niechciany już w klubie, musiał uciekać przed komornikami i ukrywać się w bagażniku auta swojego przyjaciela. Nie możemy jeszcze powiedzieć, że Bébé zupełnie zaprzepaścił życiową szansę. Jednak los, do niedawna dla niego tak łaskawy, ostatnio jakby sparszywiał i szykuje mu chyba tylko jeden, smutny koniec.

Impuls Fergusona

„Czasami trzeba kierować się instynktem i niekiedy działamy pod wpływem impulsu” – tłumaczył decyzję o ściągnięciu portugalskiego nastolatka do własnej drużyny Alex Ferguson. Przyznał, że na żywo w akcji widział go ledwie raz i, że oglądał jedynie zapisy wideo z jego gry.

W potężnej piłkarskiej machinie, jak Manchester, gdzie ryzyko wpadki i margines błędu eliminuje się do minimum, gdzie graczów obserwuje się godzinami, analizuje ich umiejętności i każdy, nawet najdrobniejszy ruch na boisku, gdzie dobiera się ich nie tylko pod względem talentu, ale także pod względem cech charakteru, kupno Portugalczyka i transakcja przeprowadzona w zaledwie tydzień powinna budzić największe zdziwienie. 

W istocie więc, transfer Bébé do angielskiego hegemona był niczym więcej niż tylko czystym przepadkiem, splotem nad wyraz szczęśliwych wydarzeń i okoliczności: obrotności Jorge Mendesa, który został agentem zawodnika na parę dni przed dopięciem transakcji; rekomendacji Carlosa Queiroza, który stał się głównym orędownikiem transferu; famy puszczonej w eter, jakoby młokosem interesowały się zespoły pokroju Realu Madryt; oraz naiwności samego Fergusona, sądzącego, że do rąk wpadł mu diament, który wystarczy oszlifować.

Kiedy menadżer ogłosił transfer i rozprawiał, że wydobył surowy materiał, wymagający tylko treningowego szlifu, wszyscy dziennikarze i kibice przecierali oczy ze zdumienia i zastanawiali, kim do cholery jest ten chłopak. Nie dało się znaleźć o nim, choćby wzmianki na Wikipedii, strony internetowe milczały, a jedynymi dostępnymi faktami z życiorysu człowieka, który właśnie wyważył drzwi do szatni United, były uczestnictwo w turnieju piłki ulicznej w Bośni i Hercegowinie oraz to, że na pięć tygodni przed transferem nadal zarejestrowany był w federacji portugalskiej, jako gracz trzecioligowca z Amadory. 

Marzenia i koszmary

„Jestem niesamowicie szczęśliwy. Pamiętam noce spędzone w mieście pod gołym niebem. Gdy spojrzę na to, co się wydarzyło, odnoszę wrażenie, że to sportowa wersja Kopciuszka” – opowiadał zszokowany splotem nadzwyczajnych zdarzeń Bébé. „To wygląda na bajkę, kiedy czytasz o jego historii” – mówił Alex Ferguson o młodzieńcu, który dekadę wcześniej martwił się o to, by nosić jakąkolwiek koszulkę, a lada moment miał przywdziewać strój „Czerwonych Diabłów”.

Dla gołowąsa, który kawał życia spędził w domu dziecka i na ulicach, gdzie uczył się futbolowego rzemiosła, przeprowadzka do Manchesteru mogła przypominać marzenie senne. Porzucony przez rodziców, do dwunastego roku życia wychowywany przez babcię, następnie decyzją sądu przeniesiony do instytucji charytatywnej Casa do Gaiato, zakasał rękawy i na betonowych kortach tenisowych – tam podobno doskonalił piłkarskie umiejętności - gonił swoje marzenia. 

Grywał w ulicznych rozgrywkach, ćwiczył w okolicznym młodzieżowym zespole, reprezentował drużyny bezdomnych. „Futbol może zmienić twoje życie” – przekonywał później na łamach gazet. Ta dyscyplina 
uwielbia takie historie i w jego przypadku odmieniła cały znany mu świat. 

Wprost z ulicy za 16 tysięcy funtów wylądował w trzecioligowej wtedy Estreli da Amadora, skąd chwilę potem przeniósł się do pierwszoligowej Vitórii de Guimarães i nim mrugnął oczami – wystąpił w sześciu 
sparingach, zdobył pięć bramek – przeszedł za ponad siedem milionów do jednej z najbardziej znanych na globie piłkarskich firm. Dwanaście tysięcy funtów zarabiane w ciągu roku w ekipie z Amadory, zamienił na dwanaście tysięcy otrzymywane w nowym klubie na przestrzeni tygodnia.

Wszystko do czasu przejścia do Manchesteru – momentalnie pokonywane szczeble kariery, sama transakcja i tempo w jakim to się rozegrało – było dla niego niczym sen. Kiedy jednak transakcję do United 
dopiął, idylla się skończyła i zupełnie niespodziewanie rozpoczęło się normalne życie. Od dzieciństwa gonił bez wytchnienia za swoimi marzeniami. Gdy je błyskawicznie i z dużą łatwością wyprzedził, te potem nieoczekiwanie zaczęły ścigać jego.

Odkąd trafił do Anglii, nie zachwycał. Zresztą trudno, żeby chłopak o tak marnej futbolowej edukacji, piłkarsko ukształtowany głównie na ulicach, miał nagle zawojować stadiony świata. Jorge Paixão, jego opiekun w Estreli wyjaśniał: „On jest owocem futbolu ulicznego. Aktualnie gracze od maleńkiego szkoleni są w klubach, on w ogóle tego nie posmakował. Uczył się gry wyłącznie na ulicach”. To raczej wina Fergusona i jego sztabu. Tym razem nos Szkota nie zadziałał odpowiednio (skądinąd nie po raz pierwszy). Bébé znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim dla siebie czasie.

W pierwszym sezonie wystąpił w siedmiu spotkaniach, na nikim nie zrobił wrażenia, można było zauważyć jak bardzo od kolegów odstaje. Później przyszło wypożyczenie do Besiktasu Stambuł, ciężka kontuzja i wielomiesięczny rozbrat z futbolem. Zwykłe życie zmieniło się w prawdziwy koszmar. Kiedy wrócił na wyspy, miejsca Manchesterze dla niego już nie było. Ferguson w mniej istotnych meczach chętniej stawiał na zawodników z młodzieżówki niż na niego. Portugalczyk nie łapał się nawet do podstawowej jedenastki drużyny U-21.

Bajka o zabarwieniu tragicznym

Tego lata nie pojechał na obóz z pierwszą kadrą do Australii, został w lokalnym ośrodku treningowym wraz z juniorami „Czerwonych Diabłów”. W kwietniu jawnie skrytykował własnego szkoleniowca, że ten nie traktował go poważnie. Szkot mógł sobie pomyśleć, że kupił - niechcianego obecnie - kota w worku, który w dodatku postanowił szczekać. 

Dni Bébé na Old Trafford są policzone. Rozpoczynał pięknie, wprost z ulicy wkraczał do wyśnionego świata gwiazd piłki kopanej, ale skończył marnie – najprawdopodobniej zadłużony w urzędzie skarbowym, chował się przed komornikami w bagażniku samochodowym. Jeżeli zatem chce ratować karierę, to nie ma wyjścia, powinien wyjechać z Anglii. 

Bébé do niedawna trzymał swój los w garści. Ostatnio zaczął mu się on jednak wymykać z rąk. Teraz, to parszywe fatum panuje nad nim niepodzielnie. Na tym polega właśnie jego fatalizm, że po raz kolejny musi się zdać na łaskę losu. A ten może nie być już tak łaskawy, jak niegdyś.

niedziela, 21 lipca 2013

Fanoreksja – futbol ósmą plagą świata

Zarażona jest już połowa ziemskiej populacji. Nieuleczalnie chorych przybywa, bo zaraza szerzy się w tempie szybszym niż prędkość światła. Na cholerstwo nie ma antidotum, kto raz posmakował piłkarskich emocji, cierpiał będzie do końca swych dni. Liczba futbolowych świrów rośnie, a psycholodzy powoli zaczynają mówić o nowej chorobie XXI wieku.
 
Rozmaite strony internetowe proponują wypełnianie ankiet, które miałyby określić poziom naszego uzależnienia. Na razie przypomina to zwykłą zabawę, a nie rzeczywiste badania, lecz lekarze nie mają wątpliwości – niebawem także i z piłkarskiego nałogu będziemy się leczyć.
 
Futbol jako choroba przenoszona niewiadomą drogą
 
Czy zagorzałe kibicowanie ukochanej drużynie można nazwać jedynie niczym nie wyróżniającym się zamiłowaniem, czy raczej obsesją bądź nawet zdrowotną dolegliwością? Jeśli zwariowane dopingowanie tej jednej jedynej nie raz, nie dwa powodowało silne bóle głowy, depresję i napady szału, to zdaniem dr Marka Griffithsa, profesora Uniwersytetu w Nottingham, nie da się tego określić inaczej niż chorobą.
 
Na łamach swojego bloga sugeruje, aby tę przypadłość nazwać roboczo - „fanoreksją”. Nie wiadomo czy termin ten wkrótce trafi do słowników psychologii i zadomowi się tam na dobre, nie jest pewne również – jak podkreśla Griffiths - czy osoby uzależnione od piłki rzeczywiście będą przychodzić po poradę do specjalisty i zwierzać się ze swych słabości, a w zdecydowanie bardziej drastycznych przypadkach się z nich kurować.
 
Akademickie dyskusje na temat maniakalnego wspierania swoich ulubionych zespołów trwają już od dawna. Przed niespełna dwiema dekadami dwóch naukowców zajęło się tą kwestią, spisując wnioski do jakich doszli w artykule o znamiennym tytule – „The West Ham Syndrome”.
 
Przebadali oni przeszło dwa tysiące entuzjastów londyńskiej ekipy. Okazało się, że dla prawie 60% miłość do „Młotów” zaczęła się w wieku 11 lat. Więcej niż połowa z nich odziedziczyła geny kibicowania po własnych rodzicach. Jedna trzecia zaś z WHU zaczęła sympatyzować ze względu na miejsce zamieszkania.

I choć przyczyny powstawania uzależnienia nadal są nie do końca wyjaśnione, to zdaniem psychologów da się wyróżnić kilkanaście objawów futbolowego nałogu.
 
Symptomy zarazy
 
Wspominany Dr Griffiths wskazał na blogu, że nie ma dla nas ratunku jeżeli: traktujemy piłkę jako najistotniejszą rzecz na świecie; myślimy oraz działamy, będąc pod wpływem tej dyscypliny; ogarniają nas zmiany nastroju, częstokroć zależne od zwycięstw bądź przegranych najdroższej nam drużyny; cały nasz zapał i chęć do działania wiążą się nierozerwalnie z losami zespołu.
 
Kiedy nieuleczalnie chory nie może z jakichś powodów śledzić poczynań swoich pupilów, staje się nerwowy, drażliwy, bardzo łatwo wyprowadzić go z równowagi. Taka osoba staje się wtedy konfliktowa, w złość wprawia go nawet najmniejsza błahostka. A przeprowadzane w tym czasie prace urastają do rangi katorżniczej męki. Dla delikwenta, który pragnie tylko oglądać spotkania swojego klubu, w nierozwiązywalne problemy przekształcają się inne, codzienne zadania. Narastająca wówczas irytacja jest wprost proporcjonalna do zmarnowanego na te niepotrzebne sprawy czasu.
 
Wedle Josha Klapowa, doktora wydziału psychologii na Uniwersytecie w Birmingham, do najbardziej typowych oznak futbolowej manii należą: rozmyślanie o piłce w trakcie wykonywania innych czynności, nadpobudliwe reagowanie na porażki ulubionej ekipy, napady szału, gdy gra zostanie, choćby na moment przerwana.
 
Nieustannie kołacząca i rozbijająca się po łbie myśl o futbolu, nie pozwalająca skupić się na niczym innym, nieubłaganie atakujące zewsząd refleksje na temat piłki, natarczywe rozważania o ukochanej drużynie, uczucie pustki w przerwach między sezonami, nerwowe oczekiwanie na mecze, to wszystko oznacza, że ktoś cierpi na doprawdy nieustępliwą dolegliwość – maksymalne sfiksowanie na punkcie piłki kopanej.
 
Świat zna przypadki ludzi beznadziejnie zanurzonych w futbolu po same uszy, którzy własne życie układają podług piłkarskich widowisk. Powszednie obowiązki schodzą podówczas na drugi plan, przybierają formę drobnostek i są organizowane tak, by nie przeszkadzały im w obserwowaniu spotkań. Naczelną dewizą staje się powiedzenie, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Żywot takich cierpiętników toczy się od meczu do meczu, od sezonu do sezonu. Kiedy w futbolowym świecie nie dzieje się nic, smutnieją, usychają i tracą siły witalne. Gdy zaś dzieje się za dużo, żyją w ciągłym napięciu emocjonalnym, które niekiedy okazuje się ponad ich siły.
 
Z nogą w głowie
 
Rok temu kulę ziemską obiegła informacja, że w Chinach pewien fanatyk futbolu wykończył się, bo oglądał bezustannie pojedynki Euro 2012. Po jedenastu nieprzespanych nocach, jego serce nie wytrzymało.
 

W niedalekich Indiach wielbiciel zespołu AC Mohun Bagan sprzedał swój dom, aby znaleźć odpowiednie środki pieniężne i przekonać do pozostania w drużynie jej największą gwiazdę - Jose Ramireza Barreto.
 
Wspomniany dr Griffiths opisywał przypadek kobiety, która rozwiodła się z mężem ze względu na jego przywiązanie do Chelsea Londyn. Na blogu przywoływał jej zwierzenia. Opowiadała ona, że ich wspólna sypialnia stała się świątynią Chelsea, że małżonek nie opuścił absolutnie żadnego spotkania „The Blues”, jeździł za klubem po Europie, wydawał oszczędności, narobił długów i został zwolniony z pracy, bo zawsze, kiedy występowała Chelsea, a on pracował, to natrętnie wydzwaniał po znajomych i wypytywał o wynik. W trakcie letniej przerwy stale był w ponurym nastroju i bez końca odtwarzał najlepsze dotychczasowe mecze ekipy z Londynu.
 
Daily Mail z kolei donosiło, że w środku ubiegłego sezonu zdesperowana żona, która nie mogła się dogadać ze swoim mężem - oczywiście piłkarskim szaleńcem - wywiesiła nad ruchliwą ulicą baner, oświadczający o rozwodzie. Cały problem sprowadzał się do nader łatwego dla niej, a niesamowicie trudnego dla niego wyboru – albo ona albo Aston Villa.
 
Alex Paz, miłośnik futbolu z Hiszpanii, prawie dwie dekady temu wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Mimo to przez te wszystkie lata nie opuścił, choćby jednego spotkania „La Furia Roja”. Na łamach magazynu „The Atlantic” tłumaczył: „Tu chodzi o tożsamość narodową. Hiszpanem czuję się jeszcze bardziej, gdy oglądam mecz reprezentacji”.
 
W podobnym tonie wypowiadał się jeden z fanów River Plate, który w wywiadzie dla lokalnej gazety stwierdził bez ogródek: „Mężczyzna może zmienić własne ubranie, dom, dziewczynę, a nawet seksualną orientację. Ale zmiana ukochanego klubu byłaby niewybaczalnym grzechem”.
 
Końca nie widać
 
Piłkę nożną uważa się współcześnie za najpopularniejszą dziedziną sportu. Jej królestwo wyceniane jest na 400 miliardów dolarów. Liczba graczy w porównaniu do lat osiemdziesiątych – 22 miliony zarejestrowanych zawodowców – wzrosła w krótkim czasie przeszło dziesięciokrotnie. Zgodnie z danymi sporządzonymi przez FIFA w 2007 roku na globie futbol uprawiało 265 milionów.
 
Finał Mistrzostw Świata z 2006 obejrzało 715 milionów widzów. Piłka nożna już wieki temu podbiła takie kontynenty jak Europa czy Ameryka Południowa. Ostatnimi czasy przebojem wdziera się do serc mieszkańców Azji i Ameryki Północnej. Mecze rozgrywanego obecnie Golden Cup - mistrzostwa północnej i środkowej Ameryki - przyciągają na trybuny nawet do 70 tysięcy kibiców.
 
Futbol dotarł już do 200 krajów świata. Niedługo na kuli ziemskiej nie będzie połaci ziemi nie skażonej pasją do tej dyscypliny. Powołując się na źródła Wikipedii, aktualnie na całej planecie interesuje się nią 3,5 miliarda ludzi. A jej popularność cały czas rośnie.

niedziela, 14 lipca 2013

Z Iranem nie ma żartów

Do tej pory globalny niepokój wzbudzali programem nuklearnym. Siali postrach wśród światowych mocarstw konstruowaną w pocie czoła bronią atomową. Ale od miesiąca mogą straszyć już zupełnie czymś innym. Następnego lata najadą brazylijskie stadiony reprezentacją dowodzoną przez wieloletniego asystenta Alexa Fergusona, byłego trenera Realu Madryt i Portugalii. Na pustyniach Bliskiego Wschodu wykluła się drużyna, która z powodzeniem może uczestniczyć w przyszłorocznej futbolowej sambie.
 
Irańska wiosna piłkarska
 
Noc 18 czerwca Irańczycy zapamiętają do końca życia. To właśnie wtedy podopieczni Carlosa Queiroza przypieczętowali awans na mundial. W grupie eliminacyjnej zajęli pierwsze miejsce, stracili raptem dwie bramki i dwukrotnie pokonali zawsze niebezpieczną Koreę Południową. Przeciętny obywatel tej azjatyckiej krainy, gdzie sympatyzowanie z futbolem ociera się o skrajny fanatyzm, po prostu nie mógł ukrywać szczęścia.
 
Stacje telewizyjne tuż po wywalczeniu przez zespół przepustek na mistrzostwa, pokazywały stolicę kraju, Teheran, którą ogarnęła istna piłkarska gorączka i zalała fala euforii. Tysiące fanów wyszło świętować na ulice, a w samym mieście nie znalazłoby się chyba domu nie przyozdobionego przez narodową flagę.
 
Rozentuzjazmowani kibice śpiewali i dzielili się radością m. in. na facebooku. Jeden z internautów napisał: „Myślę, że wszyscy umarliśmy i teraz jesteśmy w niebie”. Kolejny z sympatyków przed kamerami krzyczał: „Czuję się, jakby Bóg odpowiedział na nasze modlitwy”. Młody student w wywiadzie dla lokalnej stacji mówił: „Dwie wygrane w ciągu tygodnia dadzą ludziom to, czego potrzebują najbardziej, czyli nadzieję”.
 
Celebrowali oni podwójne zwycięstwo, bo parę dni wcześniej wybrali nowego prezydenta, który zastąpił przez osiem lat sprawującego autorytarne rządy Mahmouda Ahmadinejada. Ludzie wreszcie poczuli trochę swobody i mogli fetować w spokoju. Dotychczas w państwie panowały bowiem kompletnie odmienne reguły - obowiązywał ścisły zakaz publicznego świętowania. W czerwcu nikt jednak podekscytowanej gawiedzi uspakajać nie zamierzał.
 
Dyktator
 
Zgoła odmienne nastroje dominowały w 2009 roku. Okazało się, że drużyna narodowa nie pojedzie na południowoafrykański mundial, a masowe protesty przeciw niechcianemu, lecz mianowanemu na drugą kadencję, prezydentowi Ahmadinejadowi, doprowadziły do śmierci wielu niewinnych osób. Na areszt domowy skazani zostali ponadto jego najzacieklejsi polityczni rywale, m. in. Hossein Moussavi.
 
Ahmadinejad w ciągu swojej prezydentury dał się poznać od tej najgorszej strony. Jako dyktator, chełpiący się władzą totalną, do tego zagorzały zapaleniec piłkarski, którego częściej udawało się spotkać na stadionach niż na sali parlamentarnej.
 
Jego wpływ na futbol irański był znaczący. To on stał za zwolnieniem selekcjonera Ali Daei, którego wyrzucił po przekreślającej szanse na awans porażce z Arabią Saudyjską. Później odrzucił proponowanego na to stanowisko następcę i wskazał własnego kandydata. Swoje decyzje tłumaczył przed miejscowymi dziennikarzami: „Niestety, tę dyscyplinę dotknęły poważne problemy. Muszę interweniować, aby je wyeliminować”.
 
Jednak we wspomnianym 2009 roku grunt zaczął mu się osuwać spod nóg. Czarę goryczy przelało zatrzymanie Moussaviego. To wtedy strajki społeczeństwa przedarły się na obiekty sportowe. Podczas meczu eliminacyjnego do mistrzostw 2010 z Korę Południową zawodnicy Iranu założyli zielone opaski na znak poparcia dla przetrzymywanego działacza. Ci, którzy opaski nosili, zostali przez głowę państwa dożywotnio zdyskwalifikowani. Sprzeciwili się wówczas najsłynniejsi gracze: Mehdi Mahdavikia, Vahid Hashemian oraz Ali Karimi. Żadnego prezydent nie oszczędził. Jedynie ten ostatni powrócił niedawno do łask. Doświadczonego pomocnika odkurzył Carlos Queiroz.
 
Tymczasem federacja stanowczo zaprzeczyła i odcięła się od spekulacji, jakoby to ona zdecydowała o zawieszeniu zawodników. W kraju, gdzie futbol otoczony jest swoistym kultem, nie brakuje gotowych na wszystko fanatyków. Z nimi liczy się nawet sam parlament, jak bowiem informowało WikiLeaks: „irańskie władze mają pełną świadomość, że przegrane reprezentacji mogą prowadzić do lokalnych zamieszek”.
 
Nic nie może bardziej rozsierdzić tamtejszych kibiców niż niepowodzenia ich ukochanej drużyny. Ten piłkarski ekstremizm od dawien dawna stara się wykorzystać rząd. W trakcie kontrowersyjnych wyborów prezydenckich sprzed czterech lat, które zdaniem wielu sfałszowano, WikiLeaks donosiło: „W obliczu ogromnej rzeszy fanów, piłka nożna w Iranie stała się silnie upolityczniona”.
 
W okowach polityki
 
W Iranie futbol i polityka są nierozłączne. Wszystkich pierwszoligowców łączy ścisła symbioza z rządem bądź instytucjami państwowymi. Rah Ahan kontrolują stacje kolejowe, Naft Tehran znajduje się w posiadaniu koncernu naftowego, właścicielem Tractor Sazi jest firma produkująca sprzęt rolniczy, a FC Malavanem kieruje marynarka wojenna. W pozostałych palce maczają parlamentarzyści lub członkowie „Revolutionary Guard”, jednego z oddziału sił zbrojnych, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo wewnętrzne.
 
Dzięki takim powiązaniom miejscowe ekipy zapewniają swym graczom wysokie wynagrodzenie, sięgające 800 tysięcy dolarów na rok. W rejonie, gdzie średnia roczna zarobków wynosi niecałe cztery tysiące, to olbrzymia suma pieniędzy.
 
Od woli zwierzchników uzależniony jest budżet danego klubu na określony sezon. Drużyny będące pod totalną kontrolą władz, nie muszą płacić wysokich rachunków i odprowadzać sowitych kwot przy transferach własnych graczy. Każdemu z zespołów zakazuje się współpracy z prywatnymi stacjami telewizyjnymi. Tylko dwa kluby należą do samodzielnych przedsiębiorstw. Grają one w drugiej lidze i pod względem finansowym nie potrafią sprostać, tym będącym w rękach państwa.
 
Szefów federacji nie zatrudnia się, ale wybiera, nie na podstawie sportowych kryteriów, lecz na podstawie stosunków i bliskości relacji z rządem. Przewodniczących związku piłkarskiego mianuje się najczęściej spośród wojskowych i do dziś ich nominacje mają wymiar silnie polityczny.
 
Cały Iran przesiąknął polityką, a manifestacje polityczne są obecne wszędzie. Politykierstwo jego obywatele mają najwidoczniej we krwi, negatywnie odbierane na świecie, w kraju zyskuje aplauz. W 2007 roku Ashkan Dejagah, Irańczyk z urodzenia, grający wtedy w młodzieżówce Niemiec do lat 20, odmówił występu przeciwko Izraelowi, największemu obok Stanów Zjednoczonych wrogowi jego rodzinnych stron. Dejagah zyskał uznanie w ojczyźnie i otworzył sobie furtkę do tamtejszej reprezentacji, jednocześnie zamykając drogę do dalszej kariery w kadrze niemieckiej.
 
To nie jest sport dla kobiet
 
Polityka to nie jedyna dziedzina życia w Iranie tak ściśle powiązana z futbolem, swoje trzy grosze wtrąca tam także religia. Zgodnie z wytycznymi islamu płeć piękna nie może oglądać widowisk piłkarskich. Z tego też powodu kobiety nie mogły przywitać swoich bohaterów na oficjalnej imprezie, zorganizowanej w połowie czerwca, związanej z ich powrotem z Korei do kraju. W maju tego roku grupa dziewcząt przebrana za chłopców została aresztowana tuż przed stadionem, bo chciała wejść na trybuny, żeby obejrzeć mecz.
 
Swego czasu głośno było o wykluczeniu kobiecej drużyny futbolowej z Igrzysk Olimpijskich w Londynie, ponieważ FIFA nie wyraziła zgody na stroje, w jakich piłkarki występowały. Swoje spotkania muszą one rozgrywać w strojach obowiązujących kobiety w tej azjatyckiej krainie na co dzień – dres i nakrycie głowy, zakrywające włosy.
 
Te religijne zalecenia zakorzeniły się tak mocno w podświadomości bliskowschodniej ludności, że kiedy Ahmadinejad zniósł zakaz oglądania meczów przez płeć piękną, natychmiast swój stanowczy sprzeciw wyraził ajatollah Ali Khamenei. Prezydent-dyktator musiał w końcu ustąpić. Być może nowomianowana głowa państwa, Hassan Rouhani, podejmie kolejną próbę wycofania zakazu. Wszak w Iranie wieje aktualnie nowy, świeży wiatr zmian. Duża w tym również zasługa ekipy Carlosa Queiroza.
 
Irańsko-portugalska mieszanka wybuchowa
 
Efekty jego pracy z reprezentacją są błyskawiczne. Portugalski szkoleniowiec uszczelnił defensywę – w rundzie finałowej kwalifikacji w ośmiu spotkaniach zespół stracił zaledwie dwie bramki; nadał mu taktycznej ogłady i dyscypliny; narzucił rządy twardej ręki – wyrzucił z kadry dwóch zawodników za nieodpowiednie zachowanie; zmienił mentalność swoich podopiecznych – zabrał ich do najuboższej dzielnicy Teheranu, gdzie grali i rozdawali autografy biednym dzieciom, wyzwalając w nich patriotyczne emocje i jednocześnie przypominając skąd pochodzą.
 
W Iranie wszyscy liczą na to, że graczom uda się powtórzyć 1998 rok i przywieźć do ojczyzny trzypunktową zdobycz. Zwycięstwo z USA jest do tej pory jedynym mundialowym triumfem, chociaż próbowano tej sztuki dokonać na trzech mistrzostwach. W obecnym zespole nie ma jednak równie znanych, jak podówczas nazwisk. W podstawowej jedenastce nie występują już zawodnicy pokroju Karima Bagheri, Mehdi Mahdavikii, Khodadada Azizi czy Ali Daei. Większość z nich reprezentuje lokalne kluby, a jedynie trzech biega po europejskich boiskach.
 
Drużyna narodowa na mundial jedzie zatem z jedną myślą – by pokazać światu, że Iran to nie tylko broń nuklearna. Choć sam Queiroz nie obraziłby się, gdyby jego tykająca futbolowa bomba, przeprowadziła kontrolowaną eksplozję właśnie na brazylijskich boiskach.

niedziela, 7 lipca 2013

Kanarki ćwierkają: wszystko za futbol

Chłopiec od urodzenia pozbawiony stóp robi karierę jako piłkarz i wyjeżdża na obóz treningowy FC Barcelony. „Gdyby nie piłka nożna byłbym już trupem” – mówi z pełnym przekonaniem Max, gangster, niedawno przywódca mafijnej szajki. Futbol w Brazylii jest wszystkim: płomienną pasją, miłością od pierwszego wejrzenia, wysublimowaną religią, odtrutką na ponurą rzeczywistość, może być nawet środkiem wykorzystywanym w terapii niczym lekarstwo.
 
Z psychologiem na boisko
 
Max dzięki piłce stał się człowiekiem odrodzonym. „Wcześniej nie czułem żadnych emocji. Byłem martwy w środku niczym maszyna. Nanko uratował mi życie” – opowiada w wywiadzie dla BBC Sport.
 
Był baronem narkotykowym, panem i władcą w jednej z dzielnic nędzy, decydował o losach ludzi, o tym, kto ma żyć, a kto umrzeć. Zaczął kierować bandą mając kilkanaście lat. Jako boss dożył dwudziestu paru lat. W gangsterskich realiach favel to poważny wiek, niewielu się to udaje.
 
Max uciekł ze swojego rejonu, kiedy władze rozpoczęły jego pacyfikację. Trafił do fundacji IBISS. Założona przed ponad dwiema dekadami przez holenderskiego psychiatrę Nanko van Buurena ma wyciągać dzieci z przestępczego bagna.
 
Van Buuren przed kamerami BBC tłumaczy, że futbolu używa po to, aby odmienić życia młodzieńców zaplątanych w kradzieże, rozboje i morderstwa: „Zajmujemy się byłymi szefami i członkami gangów. Uczymy, jak sobie radzić, np. szkoląc chłopców gry w piłkę”. Chwali się, że uratował cztery tysiące dzieci z 68 prowincji. Jego zdaniem to właśnie futbol, jak nic innego w tym zdegenerowanym środowisku, daje nadzieję na lepsze jutro.
 
Ucieczka z „miasta Boga”
 
Lokalny dziennikarz Lito Cavalcanti w serwisie BBC pisze: „To jedyny sposób na wyjście z mizerii. Niższe klasy nie posiadają szkół. Żyją w favelach, gdzie rządzą niepodzielnie dealerzy. Sport to jedyny ratunek”.
 
Kto oglądał słynny film, ukazujący brutalną rzeczywistość favel - „Miasto Boga” - ten zdaje sobie sprawę, jak trudno się z nich wyrwać. Wstrząsający obraz przedstawia bohaterów, których celem nadrzędnym jest ucieczka ze świata permanentnej wojny do świata spokojnego i dostatniego życia. Ale ta z pozoru łatwa czynność okazuje się niemożliwa do zrealizowania.
 
W najbiedniejszych regionach nie ma wody bieżącej, elektryczności, ścieków i żadnej higieny, usługi publiczne czy policja po prostu nie istnieją. Rodzice zniechęcają własne pociechy do uczęszczania do szkół, bo gdy nauczą się czytać i pisać, to nie będą już traktowane jak swoje.
 
Anouk Piket, dyrektorka i założycielka instytucji charytatywnej Dutch Caramundo, w audycji w radiu Netherlands Worldwide opowiada: „Tam nie ma szkół, pracy ani perspektyw na przyszłość, a dzieci pozbawione są jakiejkolwiek formy zabawy i rozrywki. Mieszkańcy próbują handlu narkotykami, przyłączają się do zbrodniczych band”.
 
Z pomocą przychodzą organizacje typu Caramundo. To dzięki niej w kilku dzielnicach wyremontowano baseny i boiska. To ona dostarcza do tych rejonów futbolówki, obuwie sportowe i sprzęt. Fundacja uwagę skupia zwłaszcza na Rio de Janeiro, lecz potrzebujących jest znacznie więcej. To zaledwie kropla w ocenie potrzeb.
 
Inna z instytucji, wspomniana wcześniej IBISS, wspiera projekt „Favela street”. Skierowany do ubogiej społeczności i organizujący rozgrywki piłkarskie, przez co wielu młodzieńców zamiast na przesiąkniętych przemocą i przestępstwami ulicach pojawi się na murawach, swoistych oazach spokoju, miejscach, gdzie liczy się wyłącznie futbol.
 
Philip Veldhuis, pomysłodawca projektu „Favela street”, na łamach portalu sportanddev.org, przekonuje, że w dzielnicach nędzy dzieci w wieku 11-12 lat wstępują do gangów, a więcej niż 80% z nich nie dożyje dwudziestki. Szansą na zmianę posępnego losu jest piłka nożna. W tamtejszych realiach wybór życiowej drogi sprowadza się w zasadzie do dwóch możliwości: albo ktoś będzie strzelał gole na boisku albo będzie strzelał do ludzi.
 
Z ulicy na stadiony świata
 
Tylko tam wprost z ulicy można trafić na treningi profesjonalnego klubu. Jedynie tam uliczne zmagania przyciągają rzesze nastolatków i są rozgrywane na tak dużą skalę. Ich wyobraźnię pobudza, chociażby historia Adriano. Najsłynniejszego w ostatnich latach gracza, pomijając fatalne zakończenie jego futbolowej przygody, który wyrwał się z jednej z najniebezpieczniejszych favel – Vila Cruzeiro - i zrobił wielką karierę.
 
Na zmagania tego typu tłumnie przybywają nie tylko chłopcy, ale także wysłannicy z najbardziej renomowanych brazylijskich drużyn. Jeżdżą oni po turniejach organizowanych w dzielnicach nędzy - zwanych Favela Cup - i wyławiają utalentowanych juniorów.
 
Mecze odbywające się pomiędzy najbiedniejszymi favelami, są bowiem idealnym miejscem do wynajdywania uzdolnionych młodzieńców. Dla nich to największe z marzeń – zostać dostrzeżonym przez skauta, podpisać kontrakt z klubem i zostawić za sobą biedę, codzienną walkę o przetrwanie na rzecz dostatku i bezpieczeństwa.
 
Alan, napastnik Mata Machado, przed kamerami BBC zwierza się: „Są dni, kiedy jemy jedynie ryż i banany. Dzień w dzień musimy pokonywać mnóstwo trudności. Trenuję ciężko, żeby zostać zawodnikiem i pomóc kiedyś mojej rodzinie”.
 
Favela Cup rokrocznie przyciąga około ośmiuset małolatów bez przyszłości. Wszyscy pragną jednego – stać się drugim Ronaldo, Ronaldinho bądź Neymarem. Andre Zava, trener jednej z uczestniczących w rozgrywkach ekip, w tym samym reportażu kontynuuje: „Na turnieju naprawdę możesz zostać wypatrzonym przez skauta i otrzymać szansę, by stać się profesjonalnym graczem”.
 
Szkoleniowcy amatorskich zespołów podtrzymują, że wśród widzów często da się dostrzec wysłanników z Vasco, Botafogo czy Fluminese. W ubiegłym roku z takiego turnieju do samego Flamengo Rio de Janeiro trafił obrońca Anderson Basilio. Właśnie takie historie rozpalają umysły i przyciągają niczym magnes młodych ludzi, którzy doskonale wiedzą, że to na boisku droga od zera do bohatera może być prostsza i szybsza niż w jakiejkolwiek innej dziedzinie życia przeciętnego Brazylijczyka.
 
Futbol bez granic
 
Jaka więc przyszłość w kraju kawy może czekać chłopca, który urodził się z wrodzonym zniekształceniem stóp? Wyłącznie piłkarska. Gabriel Muniz nie ma łatwo. Żeby móc w miarę swobodnie się poruszać, codziennie rano wkłada kończyny protetyczne. Prawdziwe życie odzyskuje dopiero na murawie. Zdejmuje protezy i gra z dzieciakami jak równy z równym. Na pierwszy rzut oka nawet nie widać, że nie ma stóp.
 
Na szkolnych turniejach często bywa najlepszy. Nosi opaskę kapitańską swojej drużyny, zdobywa najwięcej bramek, dostaje medale i wyróżnienia. Gabriel niezliczoną liczbę godzin spędza na ćwiczeniach, aby stale podnosić własne umiejętności. Był już na tyle dobry, że lokalna telewizja TV Globo wyemitowała o nim krótki program sportowy. Wystarczyło to, by jego życie odmieniło się na zawsze i nabrało zawrotnego tempa. Wypatrzony przez skautów, został następnie ściągnięty do szkółki Barcelony, zwanej Saquarema, w Rio de Janeiro.
 
Z dnia na dzień chłopak radził sobie coraz śmielej. Wkrótce stał się jednym z najlepszych w akademii. Nikt nie mógł uwierzyć, że młodzieniec z takimi ograniczeniami fizycznymi może, tak wspaniale dryblować, biegać, podawać i uderzać. Jego niezwykła historia i nieprawdopodobne zdolności spowodowały, że otrzymał zaproszenie na treningi Barcelony. I spełnił najskrytsze z marzeń - spotkał się ze swoim idolem, Lionelem Messim.
 
Opium dla mas
 
W Brazylii piłka nożna zyskuje zupełnie inny wymiar. Nie na darmo określa się ją ojczyzną futbolu. To dyscyplina sportu, która wieki temu rozkochała w sobie Brazylijczyków i na wieki zawładnęła ich sercami. Ona przysłania wszystko inne, a obywatele tego państwa nie widzą świata poza małą, wypełnioną powietrzem kulą.
 
Na forach internetowych łatwo natknąć się na wypowiedzi zszokowanych obcokrajowców, którzy pracują bądź pracowali w południowoamerykańskiej krainie. Zdumienie sięga zenitu, gdy występują „Canarinhos”. Caluteńki kraj podobno momentalnie zamiera, wstrzymuje oddech i nie liczy się z niczym. Ludzie nie idą do pracy, nie zbiera się nawet parlament, a na ulicach nie spotka się żywej duszy. Brazylijczycy oddają się swej pasji całym sobą, zapominają wówczas o troskach i szarości dnia codziennego. Uciekają z ponurej rzeczywistości w świat fantazji, gdzie jego piękno sprowadza się do jednego – do ilości strzelonych goli.
 
W kraju kawy futbolówkę kopie się na okrągło i gdziekolwiek się da: na boiskach, w parkach, na ulicach i plażach. Carlos Alberto Parreira, dawniej selekcjoner reprezentacji, obecnie członek sztabu Scolariego, mawia: „Cała Brazylia gra w piłkę”. Tam mają niespotykanego nigdzie indziej bzika na punkcie tej dyscypliny. On towarzyszy im przy porannej kawie, przy spacerze z psem, w pracy za biurkiem, w restauracjach i pubach, w tramwajach i autobusach, dosłownie w każdym zakątku państwa.
 
„Piłka nożna w naszym kraju jest jak religia. Wszyscy ciągle rozmawiają tylko o jednym. To nas różni od Starego Kontynentu. Tuż po mundialach Europejczycy zaczynają myśleć o biznesie i o normalnym życiu. Tu oddychamy futbolem 24 godziny na dobę” – mówi dla serwisu BBC Carlos Alberto Torres, kapitan reprezentacji, która sięgnęła po mistrzostwo świata w 1970 roku.
 
Ale Brazylia to również państwo, gdzie stężenie uzdolnionych juniorów na metr kwadratowy jest największe. Kiedy zespół Anglii przyjechał pod koniec maja na sparing z „Canarinhos”, jego zawodnicy odwiedzili pobliskie hotelowi plaże. Na nich oczywiście za piłką uganiała się chmara chłopców. Theo Walcott widząc, co też tamtejsi młodzieńcy wyczyniają z futbolówką, stwierdził na łamach „The Guardian”: „Na plaży dzieci pokazywały nam triki, których nie potrafimy zrobić”.
 
Kraj krwawi?
 
Brazylijczycy od pokoleń ubóstwiają futbol. To on łączył i jednoczył kraj. Sprawiał, że kontrasty społeczne stawały się jakby mniej widoczne. Gdy w 1950 roku ukochana reprezentacja przegrywała walkę o tytuł mistrza świata, każdy bez wyjątku płakał. Ostatnio jednak nastąpił rozłam. W trakcie Pucharu Konfederacji Brazylia chyba po raz pierwszy nie była w pełni zjednoczona. Z jednej strony rozentuzjazmowany tłum na stadionach, z drugiej protesty, strajki, strzelaniny w miastach.
 
Jeśli jednak cokolwiek może uzdrowić albo, chociaż nieznacznie poprawić nastroje społeczne, to jest to zdecydowanie piłka nożna. Tam naprawdę myślą, że ziemia kręci się wokół futbolówki, nie wokół słońca. Tylko tam powiedzenie, że piłka nożna, to coś więcej niż zwykła gra, że to coś ważniejszego niż sprawa życia i śmierci, nabiera literalnego znaczenia.

czwartek, 27 czerwca 2013

Kanarki ćwierkają: liga piękna i bogata

Gdy reszta kraju więdnie w korupcyjnym i gangsterskim uścisku, piłkarska liga rozkwita w najlepsze. Rozgrywki z roku na rok pięknieją, bo kluby stają się coraz zamożniejsze, już tak łatwo nie wypuszczają ze swoich rąk najbardziej utalentowanych graczy, a po tamtejszych murawach biega znacznie więcej uznanych w futbolowym świecie nazwisk niż w latach  poprzednich.
 
Transfery Ronaldinho do Flamengo, Deco do Fluminese czy Pato do Corinthians nikogo teraz w Brazylii nie dziwią. Do kraju kawy zajeżdżają nawet gwiazdorzy holenderscy i urugwajscy. Swoją przystań odnaleźli tam Clarence Seedorf oraz Diego Forlán. A w kolejce czekają Kaká oraz Robinho. Potężniejąca Campeonato Brasileiro na rok przed mistrzostwami to chlubny wyjątek na tle mafijnych konszachtów, podejrzanych interesów i infrastrukturalnych wpadek przyszłorocznego gospodarza mundialu.
 
Ziemia obiecana
 
Dotychczas brazylijska liga była głównie dostarczycielem młodocianych perełek do Europy. I choć nadal jest największym eksporterem zawodników na Stary Kontynent, to ostatnio pewna tendencja zmienia się zupełnie - z Brazylii nie wypływa już zdecydowanie więcej piłkarzy niż do niej napływa.
 
Do ojczyzny przylatują reprezentanci osławieni grą w renomowanych europejskich firmach. Mało tego, w rodzinne strony przybywają oni jeszcze w sile wieku. Ronaldinho wybierając ofertę Flamengo na karku miał trzydziestkę. U Pato w dowodzie widniały 23 wiosny, kiedy przechodził do ekipy z Sao Paulo. Luis Fabiano wracał, gdy zainteresowani jego usługami byli m. in. Tottenham Hotspur i AC Milan.
 
Rozpędzająca się liga, która w najbliższym czasie ani myśli, by wyhamować, przyciąga atrakcyjnych graczy. A gwiazdy wykreowane na własnych boiskach nie kwapią się, żeby kraj w niedalekiej przyszłości opuścić.
 

Znamiennym przykładem, że z Campeonato Brasileiro nie da się już wyciągnąć uzdolnionego juniora za czapkę gruszek, jest Neymar. Od przeszło trzech lat figurował on w notesach największych futbolowego świata. I dopiero teraz, po trzech sezonach zachwycającej gry dla Santosu, odchodzi do FC Barcelony za rekordową sumę 57 milionów.
 
Nie tak dawno temu niemal każdy wybijający się ponad przeciętność zawodnik błyskawicznie wyjeżdżał za chlebem za granicę. To zwłaszcza wyśnione, zamożne i potężne pod względem piłkarskim państwa z Europy, dawały im możliwość spełniania swoich ambicji i zarobienia godziwych pieniędzy. Trend jeszcze chwilę temu tak silny i charakterystyczny dla tamtych ziem, powoli zaczął się odwracać. Dziś zrobił obrót o pełne 180 stopni.
 
Coraz bogatsze ekipy kuszą coraz bardziej znane nazwiska, które z kolei przed telewizory (niekoniecznie na trybuny) przyciągają coraz większe rzesze kibiców. Sponsorzy oraz telewizja nie szczędzą grosza i płacą coraz hojniej. A drużyny zwiększają dominację na kontynencie i renomę rozgrywek na kuli ziemskiej.
 
Brazylijskie eldorado
 
Od ośmiu sezonów dochodzą do finału Copa Libertadores. Przez magazyn „World Soccer” Campeonato Brasileiro została określoną piątą najlepszą ligą na globie. W ubiegłym roku pierwszoligowe zespoły odnotowały łączny przychód w wysokości 650 milionów euro, co pozwoliło wywindować brazylijską Serie A na szóstą pozycję na świecie. I ciągle pnie się ona w górę. Wkrótce najprawdopodobniej dogoni i wyprzedzi francuską Ligue 1. A parę lat wcześniej przynosiła ona mniejszy zysk niż angielska druga liga.
 
Kluby z kraju kawy w obecnym sezonie w wydatkach na nowych graczy po raz pierwszy przekroczyły barierę 100 milionów euro. Dochód najpopularniejszego w Brazylii zespołu – Corinthians – sięga 80 mln euro na rok, co daje mu miejsce w pięćdziesiątce najbardziej dochodowych drużyn na planecie.
 
O olbrzymich przychodach decydują rekordowe umowy sponsorskie. Nike na konto ekipy z Sao Paulo przelało około 150 mln dolarów - to najwyższy kontrakt sponsorski w dziejach brazylijskiego futbolu. Od innego przedsiębiorstwa, Caixa, za reklamę na koszulkach otrzyma 15 mln dolarów na rok. Jedynie siedem klubów z Premier League może pochwalić się lepszą umową.
 
Rozgrywki nie opływałaby w dostatek, gdyby nie rozwój kraju. Ligę z państwem łączy ścisła współzależność. Dziennikarze „The Times” wskazują, że za jej rosnącą potęgą stoi właśnie postęp ekonomiczny i gospodarczy oraz wzmacniająca się waluta. A brazylijski real stale się umacnia. BBC zauważyło, że na przestrzeni poprzednich trzech lat aprecjacja tej waluty wyniosła 11% względem funta brytyjskiego i 35% względem euro. W ciągu dekady real zbliżył się do euro tak bardzo, że tamtejsze zespoły nie mają już problemów, aby wypłacać zawodnikom wynagrodzenie niemal równe europejskim standardom.
 
Ćwiartkę piłkarza kupię
 
Innym ściśle związanym z dobrobytem ligi i specyficznym elementem południowoamerykańskiej piłkarskiej rzeczywistości jest „third-party ownership”. To właściwy latynoskim państwom sposób finansowania transferów i kontraktów graczy przez osoby trzecie, najczęściej agencje bądź prywatnych biznesmenów.
 
Proceder niechciany na Starym Kontynencie, zdelegalizowany m. in. we francuskiej Ligue 1 czy polskiej Ekstraklasie, w Brazylii stawowi integralną częścią futbolu, dającą wymierne korzyści. Tam korzystają na tym wszyscy: kluby, których normalnie nie stać, by utalentowanym młodzianom zapewnić odpowiednie pensje; piłkarze, którzy pobierają wynagrodzenia porównywalne do europejskich; oraz inwestorzy czerpiący zyski przy potencjalnych transakcjach. Dzisiaj, aż 90% futbolistów biegających po boiskach Campeonato Brasileiro w jakimś stopniu uzależniona jest od osób trzecich.
 
Korporacje takie jak Media Sport Investment lub Traffic Group wykupują procentowy udział w zawodnikach, opłacają ich kontrakty i czerpią profity ze sprzedaży. Umowę Ronaldinho w 80% pokrywa właśnie agencja Traffic. Neymar tylko w 55% należał do Santosu, 45% zaś znajdowało się w rękach dwóch firm – DIS Esporte i TEISA. Spółka DIS posiada również 45% praw do kolejnego reprezentanta Brazylii, Ganso. Podobnych przykładów można by mnożyć w nieskończoność.
 
W 2005 roku firma Traffic Group zaszła jeszcze dalej. Założyła drużynę Desportivo Brasil, która wyławia najzdolniejszych chłopców, kształci, a przede wszystkim nabywa do nich prawa, po czym odsprzedaje, cały czas zachowując udziały. W 2008 roku z Desportivo współpracę nawiązał Manchester United, który ma możliwość pierwokupu wyróżniających się graczy.
 
Moralna strona tego rodzaju powiązań i inwestycji budzi ogromne zastrzeżenia. Nie brakuje ortodoksyjnych głosów, określających takie działania mianem „niewolnictwa XXI wieku”. W istocie, jak niewolnik poczuł się Carlos Alberto, którego z Fluminese do Werderu Brema wytransferowała grupa MSI. Na łamach portalu inbedwithmaradona.com żalił się: „Moi właściciele chcą czegoś, czego ja nie chcę. Pragnę zostać we Fluminese”. Zawodnik musiał spełnić wolę agencji, bo to do niej przeważnie należy ostatnie słowo. W Niemczech spędził raptem kilka miesięcy, występując w zaledwie dwóch meczach.
 
Nie wszystko złoto, co się świeci
 
W tym, wydawać by się mogło, idealnym i niczym niezmąconym futbolowym świecie, nie brakuje jednak skazy. Choć rozgrywki majętne i wypchane prawdziwymi gwiazdami, to żaden stadion nie wypełnia się w całości. Fani nie idą ławą do piłkarskich świątyń, ponieważ ceny biletów są iście kosmiczne, największe na kuli ziemskiej. Na przestrzeni dekady wzrosły one o 300%. Zazwyczaj wahają się w przedziale 20-150 euro. A żeby obejrzeć futbolową sambę najwyższych lotów trzeba zapłacić minimum 50 euro.
 
Stąd frekwencja na obiektach nie jest najlepsza. Ligowe zmagania w zeszłym roku przyciągały na stadiony średnio 13 tysięcy widzów na spotkanie. Tyle samo, co w Australii. Na taki stan rzeczy wpływ miały nie tylko ceny wejściówek, ale również niedopracowany system ligi. W Brazylii piłkę kopie się na okrągło. Dosłownie na okrągło. W styczniu zaczynają się mistrzostwa stanowe, które trwają do maja. W maju zaś rozpoczyna się sezon zasadniczy, który ciągnie się, aż do końca grudnia.
 
Przebieg rozgrywek, tydzień w tydzień po brzegi wypchanych meczami, utrudniają w dodatku przygotowania do mundialu. W bieżącym sezonie kalendarz spotkań przypomina ser szwajcarski podziurawiony sparingami reprezentacji oraz Pucharem Konfederacji. A sytuacji nie poprawiają wciąż budowane obiekty i usprawniana infrastruktura.
 
Liga wizytówką kraju
 
Pieniądze uzyskane z biletów stanowią raptem 15% budżetów klubów. W niespełna dwustu milionowym państwie jedynie 350 tysięcy ludzi posiada klubowe karty członkowskie (odpowiednik karnetów sezonowych). Mimo tych problemów, w obliczu korupcyjnych praktyk w piłkarskiej federacji, dzielnicach nędzy przepełnionych biedotą i przemocą oraz nieudolnie wznoszonymi stadionami, tamtejszą ligę obok reprezentacji można uznać za prawdziwą wizytówkę kraju.
 
To ponadto nieliczna z dziedzin futbolowej Brazylii, która na nadchodzących mistrzostwach rzeczywiście skorzysta. Brakuje bowiem tylko, żeby ligę piękną i bogatą oglądała większa ilość widzów zebranych na trybunach. A to zapewnić mogą supernowoczesne obiekty szykowane na przyszłoroczny mundial.

wtorek, 18 czerwca 2013

Kanarki ćwierkają: mistrzowski bajzel

Zawalony dach, podtopione szatnie, zalane loże, stadion-kuriozum w centrum Amazonii, zatłoczone lotniska, zakorkowane miasta, niezrealizowane obietnice i poczucie wszechobecnego bałaganu - jeśli uważaliście, że przygotowania Polski do Euro 2012 częściej przypominały kabaret, to wyobraźcie sobie, że i pod tym względem Brazylia nas przebiła. Tam poprzeczkę absurdu podnieśli znacznie wyżej.
 
Na rok przed mundialem FIFA nie jest pewna niczego, lecz brazylijski rząd przekonuje, że ze wszystkim zdąży na czas. Przyszłoroczny gospodarz mistrzostw ciągle ma poważne kłopoty ze stadionami oraz infrastrukturą sportową w ogóle i nadal musi mierzyć się z problemami logistycznymi oraz kwestiami zapewnienia bezpieczeństwa.
 
Spokojnie, to tylko awaria
 
Oficjalne otwarcie Maracany przekładano dwukrotnie. Wizytówka kraju kawy, legendarna futbolowa świątynia pochłonęła największe pieniądze i miała być w pełni gotowa już pod koniec ubiegłego roku. Ale trudności występują tam nieprzerwanie, a jedna usterka popędza drugą.
 
Najpierw wystąpiły komplikacje z kanalizacją, która została wykonana w tak nieudolny sposób, że ścieki zalewały szatnie, kiedy w łazienkach odkręcano prysznice. Na obiekcie ponadto dochodziło do częstych podtopień murawy, bo odpowiednio nie działał system drenażu. Gdy udało się pokonać jedną przeszkodę, momentalnie pojawiała się druga. A zegar cały czas tykał.
 
Arena modernizowana od przeszło trzech lat, na której przebudowę spożytkowano ponad 500 milionów dolarów, i którą po mundialu czeka kolejny remont, na miesiąc przed oficjalną inauguracją w dalszym ciągu nie była w stu procentach wykończona.
 
Magazyn „The Week” informował, że kilkanaście dni przed meczem z Anglią ta piłkarska mekka wymagała znacznych poprawek: nierówna i podziurawiona podłoga, porozrzucane wszędzie kawałki metalu, chodniki leżące przy boisku, niesprawna winda oraz zalane loże vipowskie. Pracownicy w pocie czoła wykańczali mury, montowali brakujące krzesełka, a bramki i kasy biletowe nie funkcjonowały.
 
BBC Sport pisało, że tuż przed sparingiem na obiekt wciąż zwożono tony żelbetonu i stali, a mnóstwo ciężarówek z materiałami budowlanymi stało w gigantycznym korku. Dziennik „The Times” z kolei donosił, że trzy dobry przed spotkaniem roboty na stadionie trwały w najlepsze.
 
Nie najlepszy obrót sprawy przybierały również na pozostałych arenach. Nieco ponad dwa tygodnie przed Pucharem Konfederacji na Fonte Nova w Salvador da Bahia, goszczącym uczestników obecnie rozgrywanego turnieju, zawaliła się część dachu. Administrator obiektu przed kamerami BBC Sport tłumaczył usterkę silnymi ulewami i błędem w wykonaniu: „W trakcie instalacji dachu kawałek membrany został wygięty, co spowodowało, że woda w tym miejscu zbierała się niebezpiecznie”.
 
Przed turniejem retuszu potrzebował także futbolowy teatr położony w stolicy kraju, gdzie niedokończone były niektóre z korytarzy oraz sala konferencyjna. W ogóle, jedynie dwa z sześciu wytypowanych na Puchar Konfederacji stadionów otwarto w porze wyznaczonej przez FIFA.
 
Pałace z piasku
 
Jeszcze w maju międzynarodowa organizacja piłkarska wyrażała poważne obawy, dotyczące budowy połowy z szykowanych na mundial obiektów. Odnosiły się one głównie do tych nieużywanych podczas Pucharu Konfederacji. Sekretarz generalny FIFA, Jérôme Valcke, ostrzegał: „Ostateczny termin na oddanie stadionów do użytku to koniec grudnia. Nie będzie żadnych kompromisów”.
 
Tymczasem, im bliżej wskazanego terminu, tym niepokój coraz mocniej narasta. Stawianie futbolowej świątyni w Porto Alegre wydłużono o 269 dni, ponieważ wykonawca nie mógł dojść do porozumienia z przyszłym właścicielem Estádio Beira-Rio, klubem SC Internacional. Montaż dwudziestu tysięcy krzesełek na Estádio do Morumbi w Sao Paulo został wstrzymany, ponieważ Bank Narodowy nie wypłacił obiecanych dwustu milionów pożyczki.
 
Obecnie tylko pięć aren jest gotowych w stu procentach. Budowa zaś trzech z dwunastu – w Manaus, Natal oraz Cuiabá – stoi w miejscu. Obiekt w tym ostatnim mieście, to zresztą jeden z absurdów sprezentowanych przez, najwidoczniej śmiertelnie znudzonych, polityków. Miasto usytuowane w środkowej części kraju, bez reprezentanta w pierwszej czy drugiej lidze piłkarskiej, będzie gościć przyszłorocznych uczestników mistrzostw.
 
Inne kuriozum to arena wznoszona w Manaus, około dwumilionowej metropolii, położonej w samym sercu Amazonii. To miasto odcięte od cywilizacji, otoczone bezkresnym morzem zieleni i lasów, rozciągającym się na długości sześciuset mil. Tam burze tropikalne podobno powodują przeciążenia w sieci, a komputery, zamrażarki i klimatyzacje po prostu wysiadają. Wedle lokalnych dziennikarzy sezonowe deszcze mogą z boiska piłkarskiego zrobić basen.
 
Obiekt wznoszony w Manaus już teraz pożarł ogromne pokłady wysiłku i pieniędzy, o czym informował „The Guardian”. W pobliżu nie ma żadnej wytwórni stali, toteż sprowadzano ją z Portugalii. Sześć tysięcy siedemset ton stali załadowanej na trzy statki, płynęło z drugiego końca świata, po to, by futbolowy teatr mógł w ogóle powstać. Kłopoty zaczęły się wtedy, gdy do Brazylii dotarły tylko dwa okręty. To nie wszystko, drogą morską - ze Stanów Zjednoczonych i z Chin - trzeba było również sprowadzać ciężkie dźwigi.
 
Po mundialu, 43-tysięczny stadion będzie należał do tamtejszego klubu, Nacional, występującego w czwartej lidze, na którego mecze przychodzi średnio 600 widzów. Dotychczas, rekordową publiczność udało mu się przyciągnąć w pojedynku pucharowym z FC Coritibą – na spotkanie przybyło wtedy przeszło trzy tysiące kibiców.
 
Infrastrukturalny bałagan
 
Stadiony to nie jedyne zmartwienie Brazylii. Drugim - niemniej ważnym - jest infrastruktura, która zdaniem mediów ciągle znajduje się w opłakanym stanie: lotniska są zatłoczone i brudne, nie ma wystarczającej liczby miejsc hotelowych i parkingowych, żeby ugościć zawrotną rzeszę fanów, jaka przyjedzie do kraju w trakcie mistrzostw.
 
Nie lepiej jest z transportem i komunikacją miejską. Korki w największych metropoliach osiągają nawet dwadzieścia kilometrów długości. Państwo nie robi praktycznie nic, aby sytuację poprawić. Nowoczesne linie metra, które miały powstać, okazały się wyłącznie pustymi obietnicami. Według raportów lokalnych gazet władze wywiązały się raptem z 20% obiecanych projektów.
 
W Rio de Janeiro władze porzuciły ambitne plany stworzenia podziemnej kolei na rzecz korytarzy autobusowych. W Recife wejście do metra wciąż remontują, a drogi dojazdowe do stadionu w Fortalezie nadal są niewykończone. W innym mieście-gospodarzu, Cuiabá, kłótnie radnych opóźniły budowę nowego systemu oświetleniowego dla pojazdów kolejowych. W Sao Paulo duży niepokój wzbudza zakwaterowanie, bo w mieście brakuje hoteli i pensjonatów.
 
Sporo mówi się o tym, że Brazylia nie dopina swoich inwestycji w porach określonych przez FIFA, bezpieczeństwa jako takiego podczas robót po prostu nie ma (było kilka wypadków śmiertelnych), a państwo nie radzi sobie z przeludnionymi dzielnicami nędzy. Działania podjęte w favelach budzą zgorszenie na świecie.
 
Chleba i igrzysk
 
Brazylijskie służby porządkowe siłą usuwają, przy pomocy pałek i gazu, rdzenną ludność, zamieszkującą tereny w okolicy stadionów bądź atrakcyjne dla różnych inwestycji. Przymusowe przesiedlenia to ciemna strona przygotowań do mundialu. Rząd jednak zapewnia, że to czynności niezbędne, aby kraj przysposobić do zbliżającej się imprezy.
 
Tysiące biednych osób otrzymuje nakazy eksmisji. Dostają odgórne polecenia bez możliwości konsultacji czy protestu, a rekompensaty, które otrzymują za wyburzone mieszkania, często są zbyt małe, by móc przenieść się gdzie indziej.
 
Na zgliszczach ich domów stawia się nowoczesne centra handlowe oraz parki rozrywki. Dotychczasowe budynki zostały zniszczone i ustępują miejsca barom oraz restauracjom. Cel nadrzędny to stworzenie miast czystych i przyjaznych dla turystów, pozbawionych odstraszającej biedoty.
 
W Rio de Janeiro metr po metrze wyburzana jest favela do Metrô, usytuowana w sąsiedztwie Maracany. To część wielomilionowego projektu. Do czasu mistrzostw powstanie tam olbrzymi parking oraz sieć sklepów i kin.
 
W styczniu ubiegłego roku w faveli Pinierinho w Sao Paulo doszło do regularnych walk pomiędzy jej mieszkańcami a uzbrojoną policją. Pięć tysięcy ludzi walczyło o swoje mieszkania z dwoma tysiącami oficerów przy pomocy domowej roboty broni. Z całego miasta wysiedlono już około pięćdziesięciu tysięcy ludzi.
 
Patrick Wilcken, pracownik Amnesty International, od sześciu lat zajmujący się Brazylią, na łamach „The Guardian” opowiada, że tych, którzy odmówili wyprowadzki, usunięto siłą: „Robotnicy przychodzili, demolowali i zostawiali po sobie gruz. Uszkadzając sąsiednie budynki, niszczyli przewody i rurociągi, tak żeby nie było prądu oraz wody, co skutecznie uniemożliwiało dalszy pobyt w domach”.
 
Julio Cesar Condaque, działacz i aktywista, w wywiadzie dla „The Guardian” podkreśla, że to tylko początek i zaledwie wierzchołek góry lodowej: „Pomiędzy 2011 a 2014 rokiem w całym państwie półtora miliona rodzin zostanie przeniesiona ze swoich czterech kątów”.
 
Końcowe odliczanie
 
Batalia ludzi o własne domostwa na rok przed mundialem nie jest dla kraju w ogóle istotna. Swoją batalię o zupełnie innym wymiarze toczy rząd, który za wszelką cenę chce zdążyć z inwestycjami na mundial. W obliczu milionów, którymi operują, losy najbiedniejszych nie mają jakiegokolwiek znaczenia. Budowa stadionów w Brazylii już teraz kosztuje trzy razy więcej niż obiekty wzniesione w RPA. Szwajcarski bank inwestycyjny wyliczył, że piłkarskie areny pochłonęły o jakieś 30% więcej pieniędzy niż początkowo ustalono. A nadal nie wiadomo, czy wszystkie na czas mistrzostw zostaną ukończone.

wtorek, 11 czerwca 2013

Kanarki ćwierkają: góra kręci lody

Brazylia to obecnie szósta potęga gospodarcza świata, ale to również potężna, samonapędzająca się korupcyjna machina. Im bliżej turnieju, tym korupcyjna spirala rozkręca się coraz bardziej. Tam skorumpowani wydają się wszyscy, łapówkarz łapówkarza łapówkarzem pogania, a korupcja sięga samych szczytów władz. Od burzliwych wydarzeń przyszłoroczny gospodarz mundialu trzęsie się w posadach. 
 
Pierwszy poważny wstrząs nastąpił w 2011 roku. W obliczu korupcyjnych zarzutów do dymisji podał się ówczesny minister sportu, Orlando Silva. Do istnego trzęsienia ziemi doszło rok temu. Po nieco ponad dwóch dekadach prezydentury w futbolowej federacji z urzędu zrezygnował Ricardo Teixeira. On jednak ma znacznie więcej grzechów na sumieniu niż były minister. Jego poczynania nie ograniczały się jedynie do łapówkarskich praktyk, ale obejmowały także pranie pieniędzy, defraudacje czy oszustwa podatkowe.
 
W sieci powiązań
 
Teixeira stał się prawdziwym mistrzem w swoim skrzętnie skrywanym fachu. Jak nikt inny potrafił dbać o kontakty i wpływy. To dzięki nim za jego rządów związek stał się wiodącym graczem w piłkarskim świecie. Swego czasu mówiło się nawet, że Brazylijczyk przejmie schedę po Blatterze. Przez szmat czasu w pocie czoła tkał, więc swoją pajęczynę powiązań, lecz służyły mu one najczęściej do przestępczych zabiegów. Po drugiej, ciemnej stronie futbolu czuł się niczym ryba w wodzie, a dwie najważniejsze postaci z jego działaczowskiej kariery, Joao Havelange'a oraz Sandro Rosella, łączyły z nim głównie szemrane interesy.
 
Z pierwszym w latach dziewięćdziesiątych pracował nad intratnym biznesem z nieistniejącą dziś firmą ISL. W zmian za milionowe łapówki udzielili temu szwajcarskiemu przedsiębiorstwu praw do transmisji mistrzostw z 2002 i 2006 roku. Dopiero jednak dochodzenie senatu wykazało przestępstwa, które obaj popełnili. Żeby wszystko było trudniejsze do wykrycia, Teixeira otrzymywał gotówkę od korporacji z Liechtensteinu Sanud, współdziałającej z ISL. Dopiero niedawno stacji telewizyjnej BBC udało się dotrzeć do dokumentów poświadczających matactwa eksprezydenta federacji.
 
Z drugim łączy go wieloletnia zażyłość i podejrzane konszachty: przelewy dużych sum pieniędzy - na konto córki Brazylijczyka obecny zwierzchnik FC Barcelony przelał ponad milion funtów; nabywanie praw marketingowych za zawyżone kwoty czy fikcyjne umowy. O tym wszystkim informował dziennik „The Economist”, który posiadał kopie umów zawieranych między Teixierą a Hiszpanem.
 
W 1999 roku Rosell został dyrektorem oddziału Nike w Brazylii i nawiązał współpracę ze związkiem, podpisując 10-letni kontrakt opiewający na sumę 300 milionów. Transakcję pod lupę wzięła specjalna komisja powołana przez parlament i dowiodła wielu nieprawidłowości. Prokuraturze przekazano czternaście zarzutów złamania prawa przy jej uzgadnianiu, które następnie zupełnie niespodziewanie wycofano. Nike stwierdziła, że umowa była w pełni legalna.
 
W 2008 roku boss katalońskiej ekipy założył firmę Ailanto, która kilka miesięcy później od związku dostała cztery miliony dolarów na organizację sparingu z Portugalią. Część kasy nigdy jednak nie została przeznaczona na spotkanie, a szefa brazylijskiej federacji oskarżono o sprzeniewierzenie środków. Sprawa toczy się właśnie w sądzie, prokuratura posądza obie strony o niejasne procedury samego porozumienia, fałszowanie dokumentów i brak uprawnień przedsiębiorstwa do promocji futbolowych meczów.
 
Teixeira od dawien dawna nie miał dobrej opinii w ojczyźnie, a mimo to wielokrotnie udawało mu się uciekać spod szponów sprawiedliwości. Przetrwał 2001 rok, kiedy kongres opublikował druzgocący raport na temat jego rządów, który ukazywał go w najgorszym możliwym świetle, nazywając wprost jego prezydenturę „administracyjną katastrofą”.
 
Sekretarz generalny komisji, poseł Geraldo Alhoff, oskarżył w owym czasie zarząd federacji, w tym Teixeirę, o nielegalne przyznawanie sobie wysokich pensji i luksusowe życie na koszt związku. Według informacji podawanych przez dziennik „The Guardian” Brazylijczyk na jednej 4-dniowej podróży do Nowego Jorku wyłożył ponad tysiąc dolarów na przejazdy limuzyną, a kolejne 12 tysięcy wydał w restauracjach.
 
Teixeira tymczasem trwał na stanowisku cały i zdrowy, za każdym razem odpierał ataki i wywijał się spod topora sprawiedliwości. Ale ostatnio protesty kibiców wobec nowych, prasowych rewelacji niebezpiecznie narastały. Niezadowolenie rosło, a kiedy na jaw wyszły milionowe krętactwa, których się dopuścił - nie miał wyjścia - musiał w końcu ustąpić.
 
Senator niezłomny
 
Z takiego obrotu zdarzeń zadowolenia nie krył Romario, niegdyś napastnik reprezentacji, teraz senator, naczelny krytyk i wielki przeciwnik obecnych władz w brazylijskiej piłce. Tuż po dymisji Teixery na łamach „The Daily Nation” stwierdził bez ogródek: „Dziś możemy świętować. Usuwamy raka z brazylijskiego futbolu”.
 
Szczęście Romario okazało się przedwczesne, gdy wygrał jedną bitwę, toczyć musi następną. Schedę po Teixeirze przejął jego dotychczasowy zastępca José Maria Marin, wcale nie lepszy od poprzednika, na sumieniu mający równie podejrzane uczynki.
 
Gwiazda „Canarinhos” sprzed lat rozpoczęła, więc kolejny atak. W kwietniu Romario złożył petycję do federacji piłkarskiej, aby Marina odwołać. Z mroków przeszłości wydobyto bowiem wstydliwe fakty z jego życia. W latach siedemdziesiątych był deputowanym frakcji Arena, która popierała ówczesny reżim militarny. W 1975 roku potępił program o lewicowym charakterze, emitowany na stacji TV Cultura oraz nawoływał do przedsięwzięcia zdecydowanych kroków wobec dziennikarza i dyrektora owej stacji - Vladimira Herzoga. Dwa tygodnie później został on aresztowany i zamordowany. Potem Marin publicznie chwalił postępowania Sérgio Fleury, oskarżonego o torturowanie i znęcanie się nad ludźmi, a także zamieszanego w śmierć Herzoga.
 
Rok temu z kolei kamera zarejestrowała, jak Marin w trakcie ceremonii wręczania nagród dla mistrzów Brazylii U-18, wkłada jeden ze złotych medali do własnej kieszeni. W wywiadzie dla telewizji ESPN Soccer tłumaczył potem zmieszany: „To była zwykła uprzejmość ze strony lokalnych władz”. 
 
Korupcyjne pobojowisko
 
Romario w dalszym ciągu wzywa do prześwietlenia związku pod względem nieuczciwych działań. Doskonale wie, że samo odejście Teixeiry niczego nie załatwi. Wie, że nadal pracują tam osoby o niejasnej przeszłości, lecz jego krucjata przeciwko nieprawości i niesprawiedliwości przypomina jedynie walkę z wiatrakami.
 
Mataczą politycy - pięciu na siedmiu ministrów, którzy odeszli z rządu w obliczu korupcyjnych zarzutów w ciągu dwóch ubiegłych lat, maczało palce przy projektach związanych ze zbliżającym się mundialem. Oszukują konsorcja - spółka Delta odpowiedzialna za budowę infrastruktury na mistrzostwa, w tym m. in. renowację Maracany, ponoć regularnie dopuszczała się nieprawidłowości. Niedawno w ogniu krytyki znalazł się nawet eksprezydent Brazylii, Luiz Inácio Lula da Silva. Kiedy w 2002 roku był wybierany na głowę państwa solennie zarzekał się, że wypleni z niego korupcję. Dziś z jego obietnic nie pozostało nic.
 
W międzynarodowym rankingu oceniającym kraje pod względem transparentności i praworządności, Brazylia uplasowała się na odległej 69 pozycji, na jednakowym miejscu, co RPA i Macedonia. Dla przeciętnego Brazylijczyka nie ma to jednak jakiegokolwiek znaczenia. Najważniejsze, że piłkarska reprezentacja raczej nigdy nie upadnie tak nisko.

czwartek, 6 czerwca 2013

Kanarki ćwierkają: gangsterom depresja nie grozi

W kraju kawy gotuje się nie tylko kawa. Gotuje się również w głowach przedstawicieli futbolowej federacji. Kradzieże, porwania, rozboje, handel narkotykami i bronią, czy wreszcie nędza slumsów oraz ulic kontrastująca z bogatymi rejonami – problemów wciąż nie ubywa, a włodarze nad tym chaosem próbują zapanować. Na dwanaście miesięcy przed mundialem Brazylia prawie w niczym nie przypomina gospodarza przyszłorocznego turnieju.
 
W kwietniu gracz Vasco da Gama, Bernardo, został uprowadzony. Torturowany i postrzelony, odzyskał w końcu wolność. Trzy lata temu bramkarz Bruno Fernandes zlecił morderstwo swojej dziewczyny, której ciałem następnie nakarmiono psy. Teraz usłyszał wyrok skazujący na 22 lata więzienia. W 2009 gang zestrzelił policyjny helikopter, a rok wcześniej władze za pomocą policji i wojska uzbrojonego w czołgi rozpoczęły inwazję na najgroźniejsze dzielnice miast. Brazylii nadal daleko do oazy spokoju i bezpieczeństwa.
 
Intratny biznes
 
W ubiegłym dziesięcioleciu porwania przybrały postać prawdziwej plagi. W samym 2005 roku w ciągu pięciu miesięcy uprowadzono bliskich pięciu piłkarzy. Najbardziej znanemu spośród nich, Robinho, zabrali matkę. Bandyci przeskoczyli przez płot, wtargnęli na jej posiadłość i na oczach zebranych na rodzinnym grillu znajomych siłą ją uprowadzili. Zawodnikowi wysyłali później filmy wideo, ukazujące jak obcinają jej włosy i grożą śmiercią. Przestraszony gracz zapłacił gangsterom okup.
 
Dotychczas każda tego typu historia kończyła się szczęśliwie, ale porywacze zazwyczaj dopinali swego – otrzymywali wysoki haracz. Porywanie członków rodziny sławnych piłkarzy w pewnym momencie stało się modne i zyskowne. Do napaści najczęściej bowiem dochodziło wtedy, gdy zawodnik znajdował się u progu wielkiej kariery i – co istotniejsze dla porywaczy – ogromnych pieniędzy. Tak było w przypadku Robinho. Jego matkę uprowadzili, kiedy ten dopinał transfer do Realu Madryt. Siostrę Ricardo Oliveiry porwali, gdy ten lada chwila miał przejść do AC Milanu.
 
Doszło do tego, że wpływowi biznesmeni lub dyrektorzy firm podróżowali wyłącznie helikopterami, a znani sportowcy oraz ich rodziny przemieszczali się tylko pod opieką wynajętych ochroniarzy. W 2005 roku między styczniem a wrześniem odnotowano łącznie 83 porwania.
 
„W Rio, podobnie jak w Sao Paulo porwania są naprawdę niepokojącą rzeczą dla futbolistów. To nie pierwszy taki przypadek, wcześniej również napadali na bliskich piłkarzy bądź na ich samych” – tak po uprowadzeniu matki Robinho obrazował sytuację w swoim kraju dla „The Independent” dziennikarz Angelo Herrera.
 
Dalej w artykule szef policji Alberto Corazza podkreślał: „Ludzie, którzy osiągnęli szybki sukces, powinni być niesamowicie uważni, aby uniknąć tego rodzaju nieprzyjemności”.
 
Z biegiem lat ponury trend zdawał się wygasać. Coraz rzadziej słyszało się o uprowadzeniach. Teraz jednak demony nieodległej jeszcze przeszłości powracają. Dwie wiosny temu somalijski gracz Botafogo chciał oszukać klub, aranżując własne porwanie. W ubiegłym roku władzom nie było już do śmiechu. Wśród uprowadzonych znalazła się siostra Hulka. Tej wiosny wciąż nie milkną echa głośnego porwania zawodnika Vasco da Gama, Bernardo.
 
Południowy wschód Brazylii to nadal bardzo niebezpieczny region. Wraz z rozwojem ekonomicznym i gospodarczym następuje rozkwit przestępczości. Wedle statystyk w samym Sao Paulo średnio, co dwa dni porywana jest jedna osoba. Tam mrok zapanował nad dniem, tam mrocznych uczynków nie ukrywa się przed światłem dziennym.
 
Jak na wojnie
 
W położonym na wschodzie Brazylii mieście Salvador, będącym jednym z gospodarzy przyszłego mundialu, rabunki i zabójstwa w biały dzień są czymś powszechnym. Szajki rządzą niepodzielnie w slumsach i najbiedniejszych dzielnicach, nawet dzieci noszą broń, a wskaźnik morderstw wzrósł tam niedawno o 250%. Służby porządkowe ciągle walczą o przejęcie kontroli nad miastem. 
 
Salvador nie jest jednak jedynym niechlubnym wyjątkiem. Rokrocznie, na ulicach brazylijskich metropolii ginie w strzelaninach od 35 do 40 tysięcy ludzi. W zeszłym roku w państwie odnotowano największą liczbę zabójstw dokonanych bronią na kuli ziemskiej – przeszło 34 tysiące. Dla porównania: w drugiej na tej liście Kolumbii liczba morderstw była trzykrotnie mniejsza – około 12 tysięcy.
 
Magazyn „Vice” przedstawia inne zatrważające dane. W latach 1978-2000 na ulicach Rio de Janeiro zginęło więcej osób niż w całej Kolumbii. Ale ponure statystyki ostatnio tylko się pogarszały, a liczba ofiar rosła. Gangi infiltrowały rząd, policja i wojsko handlowały z nimi bronią, a szefowie komisariatów odchodzili w niesławie, bo na jaw wychodziły ich konszachty z najbardziej wpływowymi bossami ciemnego półświatka.
 
Specjalne oddziały policji, zajmujące się porwaniami, po ulicach najniebezpieczniejszych rejonów miast podróżowały pod przykrywką. Dowódca jednego z nich, w groźne strefy zapuszczający się starą karetką pogotowia, w wywiadzie dla stacji BBC World News, tłumaczył: „Jeśli bandyci odkryją, że jesteś gliniarzem, zabiją cię. Tam jest jak na wojnie”.
 
Kiedy w 2009 członkowie gangu zestrzelili helikopter, cierpliwość stracił rząd. Zainicjował operację o nazwie Unidade de Policia Pacificadora, w skrócie UPP, której celem było zaprowadzenie porządku w fawelach – dzielnice nędzy – położonych najbliżej stadionów przy użyciu służb mundurowych i uzbrojonego po zęby wojska. Do dzielnic wjechały czołgi i wozy pancerne, a domy przeszukiwano bez potrzeby nakazów.
 
Prawo i pięść
 
Pierwszą taką operację przeprowadzono w faweli Santa Marta w Botafogo. By spacyfikować jedną z najrozleglejszych fawel Rio de Janeiro – Rocinha – władze musiały wysłać około trzech tysięcy żołnierzy. Do tej pory udało się przejąć kontrolę nad 33 dzielnicami, a ładu pilnować ma w nich 8 tysięcy funkcjonariuszów.
 
Kapitan Marcio Rocha, sprawujący pieczę nad jedną z takich akcji, w wywiadzie dla dziennika „The Herald” chwalił decyzje rządu i stwierdził, że zmiany w rejonie, w którym działał, były diametralne: „Przedtem, dochodziło tam do regularnych walk o władzę. Szajki mordowały ludzi, którzy się im sprzeciwili”. Dalej wyjaśniał, że policjanci handlowali z gangsterami, brali od nich łapówki i dopuszczali się zabójstw, mordując średnio tysiąc osób na rok. W ostatnich latach jednak służby porządkowe interweniowały znacznie rzadziej. Zmalała również liczba zabitych.
 
W tym samym tekście Jailson de Souza, właściciel sklepu w Rio de Janeiro, relacjonuje: „Gangi sprawiały olbrzymie kłopoty. Zaczynały wychodzić poza własne terytorium, napadały na banki, porywały, atakowały nawet opancerzone pojazdy. Ludzie przestali czuć się bezpiecznie. Takie ekscesy przynosiły olbrzymie straty. A jeśli Rio chciało być metropolią globalną, to musiało nad tym zapanować”.
 
W 2010 w Rio de Janerio 34 osoby zostały ranne od pocisków. W roku poprzednim rannych było sześć razy więcej. W artykule z „The Herald” mieszkańcy regionów objętych programem opowiadają, że ich życie stało się nieco spokojniejsze. Mogą już posyłać swoje dzieci do szkoły bez specjalnej opieki. Nie muszą się martwić, że zginą gdzieś przypadkiem w strzelaninie.
 
Z drugiej strony wielu naocznych świadków wskazuje na nieudolność służb mundurowych i wojska. W tekście z magazynu „Vice” możemy przeczytać, że w 2011 roku w samym Rio de Janeiro z rąk policji zginęło 560 osób.
 
Z kolei Międzynarodowe Centrum Prawne Ochrony Praw Człowieka zarzuca Brazylii czystki socjalne. Na przestrzeni piętnastu miesięcy na ulicach miast umarło prawie dwustu bezdomnych. Zdaniem organizacji to działania tamtejszego rządu, mające na celu poprawę wizerunku przed nadciągającymi Mistrzostwami Świata. Podejrzenia budzi przede wszystkim sposób w jaki umierały ofiary, które w większości zostały spalone przez nieznanych sprawców.

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj
 
Na wszelkie głosy sprzeciwu głuche pozostają brazylijskie władze, które przed zbliżającym się Pucharem Konfederacji zmobilizowały 25 tysięcy żołnierzy. Ich zadaniem będzie patrolowanie obszaru wielkości 16 tysięcy kilometrów - granicy państwa na całej jej długości. Akcja o nazwie „Agata 7” rozpocznie się wraz z początkiem turnieju, czyli 15 czerwca.
 
To nie pierwszy taki manewr rządu, lecz pierwszy mający zapewnić bezpieczeństwo w trakcie tak dużej imprezy. Nie możemy, więc być pewni, że władze na czas przyszłorocznych mistrzostw zaprowadzą idealny i niczym niezmącony porządek. Nie możemy być pewni czy metoda prawa i pięści poskutkuje na tyle, że podczas mundialu ważniejsze będzie piękno piłkarskiej samby niż rabunki czy krwawe strzelaniny.
 
Dużo trudniej bowiem zapanować nad społecznym niepokojem, kiedy młodzież, pozbawioną jakiekolwiek perspektyw na lepsze jutro, pozostawia się samej sobie. Jeden z młodzieńców parę lat temu w wywiadzie dla stacji telewizyjnej BBC World News opowiadał: „Pewnego dnia budzisz się i postanawiasz zrobić coś ze swoim życiem. Zaczynasz, więc od kradzieży i porwań”. Lepszej okazji do wyjścia z nędzy, jak podczas nadchodzącego dużymi krokami mundialu, po prostu nie będą mieć. Nieważne, czy legalną czy nielegalną drogą. Im oraz gangsterom depresja, zatem nie grozi.