piątek, 21 stycznia 2011

Ocalić od zapomnienia: część 3

Niedawno pisałem, że w futbolu rzadko się zdarzało, aby wybitny piłkarz był równie wybitnym trenerem. Teraz zaś muszę napisać, że w całej historii sportu niewielu było równie utalentowanych ludzi, co Wacław Kuchar (być może nigdy w historii nie było tak niezwykłego sportowca). Z pewnością polska ziemia nigdy wcześniej, ani nigdy później nie zrodziła sportowca tak genialnego. Natomiast  Józef Hałys w książce „Polska piłka nożna” pisał, że był on w sporcie zjawiskiem fenomenalnym.


Człowiek orkiestra

Wacław Kuchar w swojej karierze uprawiał 15 dyscyplin sportu i w każdej osiągał niebywałe sukcesy. Był mistrzem Polski w: biegu na 800 m (1920,1921), biegu na 110 m przez płotki (1920), biegu na 400 m przez płotki (1923), skoku wzwyż (1921,1923), trójskoku (1921) oraz dziesięcioboju (1923,1924). Był także rekordzistą kraju w biegach na 800 m i 400 m przez płotki, skoku wzwyż, dziesięcioboju, sztafecie 4x400 m oraz sztafecie szwedzkiej. Jego rekordy lekkoatletyczne utrzymywały się bardzo długo: 177 cm w skoku wzwyż przez dziesięć lat, 2.02 min. na 800 metrów przez 6 lat.

Mając zaledwie 10 lat zajął drugie miejsce w mistrzostwach Lwowa w jeździe figurowej na lodzie, osiem lat z rzędu (1919-27) był mistrzem Polski w jeździe szybkiej, był mistrzem Polski w hokeju z Pogonią Lwów w 1933 roku i srebrnym medalistą Mistrzostw Europy z 1929 roku. Jego życiem jednak zawładnęła piłka nożna.

Fenomenalny piłkarz i wielki dżentelmen

Futbol był jego pasją. Przez 23 lata reprezentował barwy Pogoni Lwów, w której zadebiutował w wieku 14 lat, strzelając w pierwszym meczu 3 bramki! W całej zaś karierze zdobył ich 1065 w 1052 meczach! Był 4-krotnym mistrzem Polski w latach 1922, 1923, 1925 i 1926. Oprócz tego dwukrotnym królem strzelców (1922 – 21 goli, 1926 – 11 goli). W reprezentacji wystąpił 25 razy.

Kuchar był środkowym napastnikiem, choć w swej karierze grał prawie na wszystkich pozycjach. Zaczynał jako napastnik, potem był skrzydłowym, środkowym pomocnikiem, by kończyć jako prawy obrońca. Był piłkarzem szybkim, przebojowym, błyskotliwym, posiadającym znakomite uderzenie, do tego wytrzymałym i walecznym. Potrafił uderzyć niemal z każdej pozycji, a jego specjalnością były strzały z woleja.

Cechowała go duża pracowitość, każdej dyscyplinie poświęcał mnóstwo czasu, aż stawał się w niej absolutnie najlepszy. Narzucał sobie ostry reżim treningowy, nigdy nie palił, ani nie pił alkoholu. Jak sam mówił - Może to zabrzmi megalomańsko, ale nigdy, absolutnie nigdy nie czułem się sportem zmęczony. Owszem, bywały okresy, że miałem czegoś dosyć, ale natychmiast znajdowałem na to lekarstwo: z zapałem brałem się do innej dyscypliny. Trenowałem, startowałem w kilku dyscyplinach równocześnie, żyłem sportem, nigdy się nie nudziłem.

Poza tym zawsze grał w duchu fair-play, potrafił uszanować przeciwnika. W pierwszym międzypaństwowym meczu naszej reprezentacji (z Węgrami w 1921 roku), kiedy mijając bramkarza rywali, przypadkowo go uderzył, natychmiast - mimo, iż miał przed sobą tylko pustą bramkę – zatrzymał grę i pomógł mu wstać.

Po drugiej wojnie światowej

W 1945 roku Lwów stał się miastem Związku Radzieckiego. Mieszkająca tam ludność Polska została wysiedlona. Wacław Kuchar osiadł w Bytomiu i był współzałożycielem, a później trenerem Polonii Bytom. Klubu, który miał kontynuować tradycje Pogoni Lwów. W latach 1947-1950 był selekcjonerem. Nie odniósł z reprezentacją żadnych znaczących sukcesów, ale w powojennych latach poziom naszego piłkarstwa nie stał na zbyt wysokim poziomie. Następnie prowadził zespoły Legii i Polonii Warszawa. Ponadto zawodowo sędziował mecze piłkarskie i hokejowe oraz działał w PZPN.

Sport miał we krwi, ojczyznę w sercu

Cała rodzina Kucharów była nadzwyczaj usportowiona, nic więc dziwnego, że od najmłodszych lat Wacław posiadał niesamowity zapał i zdolność do różnych dyscyplin. Tadeusz, najstarszy z braci był zawodnikiem Lechii oraz Pogoni Lwów, a także narciarzem, pływakiem, lekkoatletą. Karol był lekkoatletą, grał w piłkę wodną i nożną, natomiast Władysław był piłkarzem, tenisistą oraz wieloboistą. Z kolei ojciec Wacława był członkiem towarzystwa gimnastycznego „Sokół”, zaś matka fanatyczną zwolenniczką oraz finansową opiekunką Pogoni Lwów.

Tego niezwykłego sportowca wyróżniała jeszcze jedna rzecz. Miłość do ojczyzny. Był wielkim patriotą, oficerem Wojska Polskiego (doszedł do rangi kapitana). Został odznaczony Krzyżem Walecznych, Krzyżem Obrony Lwowa i Medalem Orląt za udział w obronie Lwowa i wojnie polsko-bolszewickiej.

Jak to możliwe by jeden człowiek zdziałał w sporcie tak wiele, jak to możliwe by uprawiał tak wiele dyscyplin i odnosił całe multum sukcesów, i wreszcie jak to możliwe by zrobił tyle dobrego dla Polski. Na koniec zatem posłuchajmy samego Mistrza - A swoją drogą, gdyby nie ta cotygodniowa dawka "życia", byłoby mi ciężko. Nie znoszę bowiem bezczynności, mazgajenia się…

Bibliografia
Hałys Józef, Polska Piłka Nożna, Kraków 1986, Krajowa Agencja Wydawnicza, s. 908-909.
Ołdakowski Marek, Najwszechstronniejszy, „Piłka Nożna”, 1974 r.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Sprzedane ambicje


Zimowe okienko transferowe w polskiej lidze trwa w najlepsze. Dotychczas dokonano wielu ciekawych, ale także kontrowersyjnych transferów. Niestety nie wiem co jest gorsze, czy to, że emocjonujemy się przede wszystkim sprzedażą naszych rodzimych „gwiazd” poza granice, czy też ich decyzjami o odejściu, które z wielu względów są co najmniej dziwne. Bowiem sprzedaży - Sławomira Peszki do będącego w strefie spadkowej FC Koeln oraz Kamila Grosickiego do anonimowego i walczącego o utrzymanie Sivassporu - nie można tłumaczyć w racjonalny sposób. Jakie zatem są powody takich, a nie innych wyborów, czym motywować decyzje o przejściach do drużyn o nikłych aspiracjach. Analizując te transfery można dostrzec więcej niewiadomych niż pewników. Dlatego warto tu podeprzeć się powiedzeniem,  że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W tym przypadku powiedzenie to należy traktować dosłownie.

Piłkarski minimalizm, „kasiasty” maksymalizm

Zastanówmy się najpierw, co bierze lub powinien brać pod uwagę wyróżniający się zawodnik, chcący zmienić klub. Przede wszystkim reputację i pozycję we współczesnej piłce zgłaszającego się zespołu. Ważne jest to, by drużyna posiadała pewną przyszłość oraz żeby zapewniła walkę o poważne cele (istotniejsze bynajmniej niż tylko obrona przed spadkiem do niższej ligi), a także miała solidną bazę treningową, pozwalającą piłkarzowi się rozwijać. Drugim czynnikiem jest reputacja i siła ligi, w której gra dany zespół. Kluczowe jest, by mecze ligowe i ciągła rywalizacja z silnymi przeciwnikami dawała porządne podstawy pod rozwój piłkarski. Trzecim zaś elementem jest ambicja samego gracza, która powinna przejawiać się nie tylko w stawianiu sobie wysokich celów, ale także w mozolnej pracy na treningach, stałym podnoszeniu umiejętności oraz walce o miejsce w podstawowej jedenastce. Kolejny powód to pieniądze. Mniej ważny od pozostałych, ale istotny m. in. dla poczucia wartości piłkarza, respektowania jego zdolności przez klub.

Niestety dla polskiego kopacza taka drabinka wartości piłkarskich ma zupełnie inną kolejność. W większości przypadków, a w szczególności wyżej wymienionych transferów, najważniejszym czynnikiem sprawczym są pieniądze. Powodem numer jeden przy dokonywanym wyborze są kilkakrotnie większe zarobki niż dotychczasowe. Jaką bowiem reputację mają Koeln i Sivasspor. Wiemy jedynie, że rozpaczliwie bronią się przed spadkiem. A jeżeli im ta sztuka się nie uda, to za pół roku Peszko i Grosicki będą zmuszeni szukać innych pracodawców. Owszem liga niemiecka i turecka są znacznie silniejsze od rodzimej ekstraklasy, ale kluby do których odchodzą są słabe pod względem sportowym.

Czy zatem odejście z mierzącej w mistrzostwo Jagielloni bądź, grającego w Lidze Europejskiej Lecha, do drużyn walczących o utrzymanie jest awansem sportowym. Niestety nie. Co gorsza, Grosickiemu lub Peszce można zarzucić piłkarski minimalizm. Bowiem zarówno awans sportowy jak i aspiracje tychże zawodników trzeba poddać w wątpliwość. Ich ambicja rośnie tylko i wyłącznie wraz ze wzrastającym kontraktem, a mentalny dobrobyt zakazuje przylotów do miejsc, w których współczynnik piłkarski góruje nad pieniężnym.

Miejscowy dostatek

Jakie są przyczyny tak minimalistycznego podejścia polskich piłkarzy do futbolu. Można powiedzieć, że wypadkową takiego podejścia jest ligowy dostatek. Zawodnicy grający w ekstraklasie zarabiają bardzo duże pieniądze. Często są to zarobki nieproporcjonalne do przedstawianych przez nich umiejętności. Powoduje to wszechobecne rozleniwienie. Bowiem polski kopacz trenujący raz dziennie, mający w roku 5 miesięcy wolnego, posiada wystarczające zdolności by zarabiać krocie. Dlaczego więc miałby nadstawiać głowy, harować na boisku, na treningach i walczyć tylko o cele piłkarskie. Co gorsza, w zespołach nie ma rywalizacji o miejsce w podstawowej jedenastce. Piłkarze są więc wręcz nieprzyzwyczajeni do uciążliwych treningów.

To polska liga kształtuje takich zawodników. Zawodników bez ambicji, woli walki o najwyższe cele, leniwych, którzy patrzą tylko na powiększające się konto w banku. Zaś wyróżniający się gracze, zaledwie po kilku dobrych spotkaniach, kilku dobrych kopnięciach, uderzeniach bądź podaniach, robią wielki szum, że oto zaczyna się ich triumfalny pochód na europejskie salony. Chwilę później mamy moment konsternacji, gdy zainteresowanych brak, a zgłaszają się drużyny, o których nikt nigdy wcześniej nie słyszał. Nic to złego i szkodliwego. Taka „gwiazda” zmienia wtedy priorytety. Tymczasowo przedkłada pieniądze nad dążenia sportowe. Na nieszczęście to „tymczasowo” wielokrotnie okazuje się tym na stałe.

Ciężkie jest życie polskiego piłkarza

Niestety tak jak wszystko w życiu i na świecie ma swój koniec, tak i kariera polskiego piłkarza kiedyś się kończy, tak i powszechny ligowy dobrobyt kiedyś również się skończy. Sygnałów kończącego się dostatku można doszukiwać się już teraz. Wyraźnie widać, że na Zachodzie poznano się na przereklamowanym, posiadającym mizerne umiejętności, polskim kopaczu. Obserwujemy coraz więcej powrotów do rodzimej ligi. W zimowym okienku transferowym zapowiada się na kilka „spektakularnych” przyjazdów, m. in. Wojciecha Kowalewskiego, Rafała Murawskiego, Bartłomieja Grzelaka, Marcina Kowalczyka, Kamila Kosowskiego bądź Adriana Sikory.

Z drugiej strony do polskiej ligi napływa coraz więcej obcokrajowców, którzy radzą sobie coraz śmielej i którzy jeszcze skuteczniej walczą o pozycje w podstawowych składach. Często zabierają miejsce Polakom, bowiem zazwyczaj trenują mocniej, a do tego prezentują już na samym początku większe rzemiosło piłkarskie.

Oj, ciężkie życie mają polscy piłkarze. Kariera jest krótka, więc już od samego początku muszą myśleć o przyszłości, bezpiecznej emeryturze. Jakby tego było mało za granicę nie tak łatwo już wyjechać, a w ekstraklasie trzeba mocniej trenować i walczyć o byt z jakimiś obcokrajowcami. To wszystko chyba zakrawa na jakiś międzynarodowy spisek.

piątek, 14 stycznia 2011

Ocalić od zapomnienia: część 2


W historii piłki nożnej rzadko się zdarzało, aby wybitny piłkarz po zakończeniu kariery był równie wybitnym trenerem. Polska jest chlubnym wyjątkiem od tej reguły, bowiem już w czasach międzywojennych doczekaliśmy się wspaniałego napastnika, który potem święcił największe triumfy jako selekcjoner drużyny narodowej.


 
Józef Kałuża - symbol Cracovii

Był jednym z najwybitniejszych piłkarzy polskich okresu międzywojennego. Największą gwiazdą Cracovii, w której grał 20 lat (1911-1931) i dla której w 408 meczach strzelił 465 bramek! Za jego czasów Cracovia zdobywała najważniejsze trofea – dwukrotnie była mistrzem Polski w latach 1921 oraz 1930. Zwłaszcza mistrzostwo zdobyte w 1921 roku było niezwykle cenne, gdyż był to pierwszy sezon rozgrywek piłkarskich zorganizowanych w nowo utworzonym państwie. Krakowska drużyna nie dała najmniejszych szans przeciwnikom, wygrywając siedem na osiem meczów i tylko jeden remisując. Najbardziej wartościową formacją był atak (dowodzony przez Kałużę - strzelił 9 bramek i został królem strzelców), który zdobył 31 bramek i w którym występowali tak znakomici napastnicy jak: Sperling, Kogut, Kotapka oraz Mielech.

Kałuża nie miał dobrych warunków fizycznych. Był średniego wzrostu, wątły […].Pomimo to był postrachem wszystkich bramkarzy. Bramki zdobywał dzięki niezwykłej celności strzałów, które oddawał z każdej pozycji, i dzięki fenomenalnej orientacji w sytuacjach podbramkowych. "Kałuża ma oczy dookoła koszulki" - mówiono.

Występował na pozycji środkowego napastnika. Tym co go wyróżniało na boisku to przede wszystkim niezwykła inteligencja i ponadprzeciętny zmysł taktyczny. Nieszablonowymi zagraniami potrafił wymanewrować nawet najlepszą obronę. Na boisku uwielbiał stosować kombinacyjne i skomplikowane akcje „koronkowe”. Doprowadził do perfekcji ataki rozgrywane w „trójkącie”, które polegały na szeregu szybkich i krótkich podań, wysuwaniu się na wolne pozycje, a zakończone celnym strzałem z najbliższej odległości. Takie rozgrywanie piłki określano „szkołą krakowską”.

Wybitny selekcjoner

Po zakończeniu kariery został dziennikarzem oraz działaczem piłkarskim, zaś w 1932 roku trenerem narodowej reprezentacji. Doprowadził ją do ogromnych sukcesów. Polska pod wodzą Kałuży w 1936 roku na Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie zajęła 4 miejsce. W pierwszej rundzie pokonała Węgry 3:0, w ćwierćfinale Wielką Brytanię 5:4. Niestety w półfinale uległa Austrii 1:3, zaś w meczu o brąz po zaciętym spotkaniu Polacy przegrali z Norwegią 2:3. Dwa lata później reprezentacja zadebiutowała na Mistrzostwach Świata, gdzie przegrała po dramatycznym meczu z Brazylią 5:6, ulegając dopiero w dogrywce.

Kałuża jako trener był nie tylko doskonałym taktykiem, ale posiadał także niesamowite rozeznanie w środowisku piłkarskim. Znał wartość każdego z zawodników grających w pierwszej lidze bądź niższych klasach. Miał niezwykłego „nosa piłkarskiego”. Świadczy o tym fakt rozpoczęcia przebudowy drużyny tuż po mundialu i oparciu jej na młodych, utalentowanych, ale nieznanych jeszcze piłkarzach jak: Boetcher, Twórz, Jabłoński I, Baran, Jaźnicki czy Cyganek. Nowa drużyna spisywała się z meczu na mecz lepiej i w sierpniu 1939 roku po koncertowej grze pokonała Węgrów 4:2, ówczesnych wicemistrzów świata.

Przeklęte fatum

Reprezentacja z roku na rok grała coraz lepiej, z roku na rok pojawiało się coraz więcej utalentowanych zawodników i być może w ciągu kilku następnych lat byłaby potęgą piłkarstwa europejskiego. Niestety II wojna światowa zniszczyła kariery wielu wspaniałym polskim sportowcom. Zniszczyła także to, co przez tyle lat budował trener Józef Kałuża.

W czasie okupacji jako jeden z nielicznych członków zarządu PZPN pozostał w Polsce. Odrzucił jednak propozycję zostania „szefem” krakowskiego piłkarstwa, podporządkowanego niemieckiej administracji. Poświęcił się wyłącznie szkolnictwu. Bardzo przeżywał, że bezwzględny wróg niszczył także wszystko to, co związane było ze sportem, pustosząc stadiony i skazując młodzież na bezczynność oraz konieczność grania na peryferiach miast. Mawiał – Młodzi niech sobie grają. Nam jednak nie wolno stwarzać pozorów, że życie sportowe w naszym podbitym przez najeźdźców kraju płynie normalnym trybem.

Zmarł w 1944 roku. Nie doczekał się oswobodzenia kraju.

Bibliografia
Hałys Józef, Polska Piłka Nożna, Kraków 1986, Krajowa Agencja Wydawnicza, s. 906-908.
Mielech Stanisław, Wspomnienie o Józefie Kałuży, Przegląd Sportowy, nr 4, 1946 r.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Wielkie firmy w odwrocie

Sytuacja Liverpoolu i Juventusu jest nie do pozazdroszczenia. Oba kluby coraz bardziej popadają w przeciętność. Oba w poprzednim sezonie zajmowały 7 miejsca i od dobrych kilkunastu miesięcy nie potrafią załapać formy i grać na odpowiednim dla nich poziomie, pozwalającym nawiązać do niedawnych, lepszych lat. Zarówno kibice Juventusu jak i Liverpoolu wierzyli, że ten sezon będzie dużo lepszy. Zmiany w zarządach, na ławce trenerskiej oraz transfery, wszystko wskazywało, że tak będzie.

Niestety sympatycy tych zespołów przeliczyli się i to bardzo. Liverpool zajmuje dopiero 12 miejsce, kompromitując się porażkami z takimi zespołami jak: Blackpool czy Wolverhampton, przegrywając u siebie kolejno 1-2 i 0-1. Doprowadziło to do zwolnienia Roy’a Hodgsona (jego następcą został tymczasowo Kenny Dalglish). Sytuacja w Juventusie wydawała się dużo lepsza. Mimo, iż odpadli w fatalnym stylu z Ligi Europejskiej – 6 meczów, 6 remisów – to dobra gra w Serie A dawała nawet nadzieje na mistrzostwo (przez pewien czas zajmowali 2 miejsce). Niestety, nowy rok brutalnie rozwiał marzenia o „scudetto”. Włoska drużyna doznała dwóch kompromitujących porażek, najpierw z Parmą na własnym boisku 1-4, potem z Napoli 0-3. W efekcie spadli na 6 pozycję i coraz bardziej muszą się martwić o to, by zająć miejsce premiowane udziałem w pucharach.

Czy jesteśmy zatem świadkami nowych tendencji w piłce włoskiej i angielskiej ? Czy nastąpiła zmiana sił, a wyżej wymienione kluby na dłuższe lata będą typowymi średniakami ? Jakie są przyczyny tak długiego kryzysu ? Można powiedzieć, że odpowiedź jest bardzo prosta - złe zarządzanie. Liverpool i Juventus to obecnie chyba najgorzej zarządzane drużyny w Europie. Widoczne jest to przede wszystkim w zupełnie nietrafionej polityce transferowej.

Przy obecnej konkurencji na rynku transferowym, zażartej walce pomiędzy klubami i milionami wydawanymi na młodych, utalentowanych zawodników, polityka angielskiego i włoskiego klubu opierająca się na dużych oszczędnościach i nabywaniu piłkarzy tylko poprzez nadarzające się okazje jest zupełnie chybiona. Na miejsce klasowych i doświadczonych zawodników ściągani są o wiele słabsi, by nie rzec przeciętni. Wystarczy spojrzeć: Liverpool w miejsce Mascherano kupił Raula Meirelesa, natomiast Juventus sprzedaż Diego tłumaczył wydaniem zbyt dużej ilości pieniędzy na transfery (patrz: Martinez kupiony za 12 mln euro). Kolejna sprawa to zupełnie nieudane transfery, tzw. „niewypały”, których zakup wiązał się z ogromnymi kosztami. W Liverpoolu do tego miana pretendują bądź pretendowali: Alberto Riera, Ryan Babel, Alberto Aquilani, Andrea Dossena, Jermaine Pennant. W Juventusie sytuacja wygląda podobnie. O bezsensownym kupowaniu przeciętnych zawodników świadczy chociażby fakt, że w zeszłorocznym letnim okienku transferowym przyszło aż 12 zawodników, z czego niewielu tak naprawdę się sprawdziło. Do nieudanych zakupów można zaliczyć: Marco Motte, Jorge Martineza, Aramanda Traore, Leandro Rinaudo oraz Davide Lanzafame.

Kolejnym aspektem złego zarządzania są nieodpowiednie zmiany na stanowisku trenerskim. O ile odejście, skłóconego z zarządem, Beniteza było czymś naturalnym, o tyle zatrudnienie w jego miejsce Roya Hodgsona było nieporozumieniem (świetnie sobie poradził z Fulham, ale za to zupełnie nie radził sobie w prowadzeniu dużych klubów jak np. Inter). Jeszcze gorzej wyglądało to w Turynie od czasów zwolnienia Ranieriego. Najpierw powierzono drużynę całkowicie niedoświadczonemu Ferrarze, a potem zastąpiono go jeszcze gorszym Zaccheronim. Teraz zaś piecze sprawuje Del Neri, który także nie uchodzi za wybitnego fachowca.

Odmiennie sprawa wygląda, jeśli chodzi o właścicieli klubów. Liverpool, do niedawna pogrążony w długach, szukał nowego. W końcu go znalazł (New England Sports Ventures), ale nie wiadomo czy nowy inwestor bardziej będzie chciał wyłożyć gotówkę, czy raczej będą go interesowały zyski, jakie klub może przynieść. Z kolei Juventus może być spokojniejszy. Od kilkudziesięciu lat należy do rodziny Agnellich, której to jest oczkiem w głowie. Teraz zaś na fotel prezydenta powrócił sam członek rodziny - Andrea Agnelli - co odebrano we Włoszech jako dobry znak i szansę na powrót lepszych czasów.

Ciężko powiedzieć, aby angielski oraz włoski klub (jeden z nielicznych, który nie przynosi strat) miały kłopoty finansowe bądź zbyt mały budżet. Jednak faktem jest, iż oba dążą do obniżania kontraktów zawodników, aby koszt utrzymania drużyny był jak najmniejszy. Z jednej strony jest to dobre działanie, gdyż w niedługim czasie zespoły będą samowystarczalne pod względem finansowym i nie będą potrzebowały możnego właściciela. Z drugiej strony obniżenie stawek rodzi problem konkurencyjności na rynku transferowym. W dzisiejszych czasach miłość zawodnika można sobie zaskarbić jedynie poprzez wysoki kontrakt. Wybór wielokrotnie odbywa się na zasadzie kto lepiej zapłaci, na dalszym zaś planie pozostaje reputacja klubu.

Wszelkie niepowodzenia Liverpoolu i Juventusu można sprowadzić do jednego wniosku – nieumiejętne zarządzanie. Przejawia się to przede wszystkim w złych zmianach na stanowiskach trenerskich, złych transferach oraz nadmiernym oszczędzaniu. Sprawa jednak wydaje się prosta tylko w teorii, w praktyce zaś oba kluby głęboko tkwią w kryzysie i tylko szybkie, drastyczne oraz gruntowne, a zarazem przemyślane zmiany mogą przywrócić im dawny blask. W przeciwnym razie czekają ich długie lata marazmu i przeciętności.

czwartek, 6 stycznia 2011

Ocalić od zapomnienia: część 1


Będzie to cykl sylwetek zapomnianych już zawodników bądź trenerów. Ludzi ci tworzyli podstawy pod współczesną piłkę nożną, zatem należy im się pamięć oraz szacunek. A więc celem tego cyklu będzie upamiętnienie dokonań tych wybitnych osobistości piłki nożnej.

Piłkarz wyklęty

„To chyba jedyny piłkarz na świecie, który zdobywał więcej bramek niż miał szans” – Fritz Walter.


Kiedy strzelił 4 bramki Brazylii na Mistrzostwach Świata w 1938 roku był na ustach całego świata. Zaś na ustach wszystkich Polaków był tyle razy, że można by o tym napisać osobny artykuł. Sławę zyskiwał m. in. po strzeleniu 3 bramek w meczu z Węgrami w 1939 roku (ówczesnymi wicemistrzami świata) bądź po zdobyciu 10 bramek w meczu przeciwko Unionowi-Touring Łódź. W czasach Polski ludowej ogłoszony zdrajcą (za grę dla reprezentacji Niemiec) i skazany na zapomnienie. Dzisiaj już nikt o nim nie pamięta, a był to najlepszy piłkarz, grający w Polsce przedwojennej. Tuż przed wybuchem wojny być może nawet najlepszy na świecie. O kim mowa, o Erneście Wilimowski, geniuszu futbolu, którego wspaniałą karierę przerwała II wojna światowa.

Legenda Ruchu Chorzów

Do Ruchu Chorzów przeszedł z niemieckiego 1. FC Kattowitz w 1934 roku w wieku niespełna 18 lat. Już w debiucie, grając przeciwko Cracovii zaliczył dwie asysty. W całym zaś sezonie strzelił 32 bramki, zdobywając koronę króla strzelców i walnie przyczyniając się do wygrania ligi przez Chorzowian. Następne sezony to kolejne wspaniałe występy Wilimowskiego (może z wyjątkiem 1935 roku, kiedy większą część sezonu pauzował z powodu kontuzji, rozgrywając tylko siedem meczów). W 1936 roku z 18 trafieniami został po raz drugi królem strzelców. Jednak apogeum formy osiągnął w 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny – w 14 meczach zdobył 26 bramek. Ogółem dla Ruchu strzelił 112 bramek w 86 meczach!

Występował na pozycji lewego łącznika, czyli był zawodnikiem grającym między pomocą a atakiem (skrzydłowy, cofnięty napastnik). Dysponował świetną szybkością oraz znakomitą skutecznością, ale tym co go najbardziej wyróżniało to wręcz nieziemski drybling. Mijał zawodników jak tyczki, często z uśmiechem na twarzy. Nie posiadając dobrego i silnego uderzenia zmuszony był niejednokrotnie do „wbiegania z piłką” do bramki rywala. Dla Wilimowskiego nie było w tym nic trudnego. Regularnie ośmieszał nie tylko defensorów, ale także samych bramkarzy.

Geniusz piłki światowej

Po raz pierwszy w reprezentacji wystąpił w meczu z Danią mając 17 lat i 332 dni, tym samym stał się najmłodszym debiutantem w historii polskiej piłki. W reprezentacji rozegrał 22 mecze strzelając 21 bramek. Do historii przeszły w szczególności jego dwa, wspomniane wyżej, mecze. Na Mistrzostwach Świata z Brazylią (zdobył 4 bramki, Polska przegrała po dogrywce 5:6) oraz z Węgrami tuż przed wybuchem wojny (hat-trick, zwycięstwo 4:2). Wówczas był niekwestionowaną gwiazdą piłki światowej. Po pamiętnym meczu na Mistrzostwach Świata, jego gra tak się spodobała brazylijskim działaczom, że ci chcieli kupić go od zaraz (zawodnik podpisał nawet wstępny kontrakt, ale w całą sprawę wmieszał się PZPN, zakazując transferu). Polska w składzie z Wilimowskim uchodziła także za faworyta kolejnych mistrzostw, mających się odbyć w 1942 roku.

Wielki piłkarz, słaby człowiek

Wilimowski, oprócz wielkiego talentu piłkarskiego, miał także swoje słabości. Z zamiłowaniem oddawał się różnym zabawom. W przedwojennej Polsce krążyły pogłoski, że nawet dzień przed meczem „Ezi” wypijał litry alkoholu, zaś noc spędzał w towarzystwie kobiet.

Skłonność do imprezowania miała przykre skutki. Po jednej z „libacji” (po zwycięskim spotkaniu 1:0 z Wisłą w Krakowie) Ruch doznał wstydliwej porażki w towarzyskim meczu z 2-ligową wówczas Cracovią 0:9. Władze piłkarskie zmuszone były wyciągnąć surowe konsekwencje wobec piłkarzy, a największym poszkodowanym został Wilimowski. Ukarany 6-tygodniową dyskwalifikacją nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie w 1936 roku. Na turnieju „Biało-Czerwoni” zajęli 4 miejsce, ale po powrocie panował niedosyt. Z gwiazdą Ruchu wynik z pewnością byłby korzystniejszy.

Zdrajca ?

II wojna światowa odcisnęła swoje tragiczne piętno na wszystkich Polakach. Dotyczy to także Ernesta Wilimowskiego, który zapewne pod karą śmierci zmuszony został do podpisania Volkslisty. W 1940 roku wyjechał w głąb Niemiec by reprezentować tamtejsze kluby (m. in. Chemnitz, TSV Monachium, Kaiserslautern). Grał także w reprezentacji, strzelając 13 bramek w 8 meczach. Po wojnie, mając 38 lat, prezentował się na tyle dobrze, że był brany jeszcze pod uwagę przy powołaniach na Mistrzostwa Świata w 1954 roku. Ostatecznie nie został powołany, a Niemcy zdobyli puchar. Po zakończeniu kariery osiadł na stałe w Karlsruhe, nigdy nie odwiedzając dawnej ojczyzny.

W Polsce natomiast komunistyczne władze okrzyknęły go zdrajcą, niegodnym kraju. Cenzura usuwała wszelki notki oraz artykuły na jego temat, skutecznie niszcząc jego legendę. Dzisiaj nikt już nie pamięta o wybitnym zawodniku, który brylował na polskich i światowych boiskach. Bardzo to krzywdząca i niesprawiedliwa postawa. Ten niekwestionowany geniusz zrobił tyle dobrego dla polskiego futbolu, że z pewnością zasługuje na pamięć i szacunek. Jego niezwykłą karierę zahamowały fatalne losy ludzkości i nie nam oceniać, czyli osobom nie znającym realiów tamtych czasów, jego decyzji o kontynuowaniu kariery i reprezentowaniu „najeźdźcy”. Sam określał siebie jako „Górnoślązaka”, uważając piłkę nożną za coś najważniejszego w życiu. Niech tak więc pozostanie.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Wirtuozi na wymarciu


Czy zastanawialiście się kiedyś w jakim kierunku podąży piłka ? Czy pragmatyzm gry i możliwie jak największe wyeliminowanie przypadku z meczów piłkarskich weźmie górę nad nieszablonowymi i nieobliczalnymi akcjami indywidualnymi poszczególnych zawodników ? Czy zatem niedługo będziemy świadkami ostatniego z pokoleń „geniuszów” futbolu ? Czy w przyszłości będzie jeszcze miejsce dla „wirtuozów” ?

Będzie to próba przedstawienia jednej z możliwości rozwoju piłki nożnej, ale analiza tylko jego jednego aspektu – indywidualności, w przyszłości piłki nożnej. Kluczem do wszelkich tego typu dywagacji są  zmiany, przeobrażenia taktyczne i nowe trendy jakie w futbolu się pojawiają oraz ich rozwój. Oto one:

Po pierwsze, dynamika gry. Współcześnie atak przeprowadzany jest natychmiast po odbiorze piłki. Zespoły mają opracowane schematy jak się zachowywać po przechwycie w danym sektorze gry, do kogo i w jaki sposób zagrać piłkę (szybkie i krótkie podania bądź długi przerzut).

Po drugie, pressing. Obecnie w pressingu udział bierze cały zespół. Tworzy w ten sposób, tzw. „kompakt”, którego celem jest możliwie najdokładniejsze zawężenie gry poparte wzajemną asekuracją. Taki „kompakt” kieruje często poczynaniami przeciwnika, czyli zawodnicy tak się ustawiają i tak zawężają poszczególne sektory, aby rozgrywanie było możliwe tylko w tych strefach w których chce broniąca drużyna. Najczęściej są to boczne sektory boiska, z reguły bezpieczniejsze niż środkowe.

Po trzecie, gra zespołowa. Dużo większy nacisk kładzie się na grę zespołową aniżeli na indywidualne popisy „gwiazd”. Przykładem niech tu będzie Hiszpania, która unika jak ognia pojedynków jeden na jeden, kiedy nie ma odpowiedniej asekuracji, kiedy wie, że strata piłki może skończyć się groźną kontrą. Konstruują akcje poprzez niezliczoną ilość podań oraz wymienność pozycji. Taki system gry zaczynają powielać inne zespoły, eliminując do minimum rajdy i szarże zawodników.

Po czwarte, przemyślana gra ofensywna. Tak jak już wcześniej wspominałem, obecnie każdy zespół ma opracowane dokładne schematy rozgrywania akcji ofensywnych w konkretnych sytuacjach. Wszystko to jest ćwiczone na treningach, aby w trakcie meczu można było zastosować dany wariant jak najszybciej i najdokładniej. Charakterystyczne jest również to, że drużyna unika „ryzykownych” akcji. Aby zaatakować większą ilością piłkarzy najpierw odpowiednio się ustawia i asekuruje (chyba, że niekorzystny wynik zmusza do ryzykownych akcji).

Po piąte, gra bez piłki. Ważnym aspektem jest mobilność zespołu. To by zawodnik posiadający piłkę miał jak najwięcej opcji bezpiecznego jej zagrania. Cała drużyna w trakcie meczu tworzy rozmaite figury geometryczne, aby możliwości rozgrywania były jak najlepsze. Co za tym idzie, w tej chwili zanika powoli podział na pozycje. Przede wszystkim w ataku panuje duża płynność i wymienność.

Po szóste, stałe fragmenty gry. Coraz większą rolę ogrywają rzuty rożne i rzuty wolne. Zasada jest taka, aby unikać fauli w niebezpiecznych strefach, gdyż doskonale przygotowane schematy rozgrywania stałych fragmentów gry są niezwykle niebezpieczne. Zarówno drużyna atakująca jak i broniąca się ma dokładne zadania dla poszczególnych zawodników, które mają wykonać w trakcie rozgrywania rzutu rożnego bądź wolnego.

Oczywiście są to podstawowe zmiany i trendy, ale dzięki nim można już stwierdzić, że współczesny futbol stawia w coraz większym stopniu na pragmatyzm. Teraz bardziej od ładnej i ofensywnej gry liczy się wynik. Aby go osiągnąć trzeba możliwie najdokładniej wyeliminować ryzyko i przypadek. A więc indywidualne akcje nie są już tak pożądane. W zespołach nie ma tzw. „wolnych elektronów”, czyli zawodników, którzy wykonywali na boisku tylko to, co najlepiej potrafili. Każdy piłkarz ma zarówno zadania ofensywne jak i defensywne. Każdy bierze udział zarówno w ataku jak i obronie.

Wszystkie ataki konstruowane są według schematów, które preferują piłkę zespołową - wymienność pozycji i wzajemną asekurację. Wybitnym indywidualnościom coraz trudniej jest minąć kilku rywali, gdyż doskonała gra obronna i zawężenie pola dają mniej miejsca i czasu na skuteczne szarże. Początkujący adepci od najmłodszych lat wtajemniczani są w arkana taktyczne. Wyszkolenie techniczne zarówno obrońców jak i pomocników czy napastników stoi na jeszcze wyższym poziomie. Odrabianie strat jest o wiele trudniejsze (podczas Mistrzostw Świata w 2010 roku w 46 z 64 meczów wygrywał zespół, który pierwszy strzelał bramkę), dlatego eliminuje się dryblingi w niebezpiecznych sektorach. To wszystko tworzy niekorzystną sytuację dla „wirtuozów” piłki, których indywidualne, nietuzinkowe umiejętności tłamszone są na rzecz wymogów gry zespołowej i asekuracyjnej.

Mówiąc zaś o wybitnych indywidualnościach futbolu wyraźnie widać, że ich ubywa. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu co rusz pojawiał się wspaniały drybler, geniusz, np. Pele, Garrincha, Di Stefano, Puskas, Best, Cruyff, Platini, Zico, Socrates, Maradona itd. Wymieniać by można długo. Obecnie, lista ta jest dużo uboższa – Zidane, Messi, Ronaldo, Henry, Giggs, Del Piero. Jeszcze krótsza jest lista młodych, utalentowanych zawodników zdolnych do nadzwyczajnych akcji (Pastore, Neymar, Sanchez). Przyczyny tkwią nie tylko w nowych tendencjach taktycznych, ale także w komercjalizacji piłki nożnej. Z jednej strony jej wymogiem i pożywką są efektowne pojedynki pełne indywidualnych popisów. Z drugiej zaś, „gwiazdami” stają się piłkarze coraz młodsi, którzy zarabiają miliony. Potem im się już zwyczajnie nie chce. Nie przykładają się do treningów, tworzą problemy wewnątrz zespołów, często swoim już „zepsutym” charakterem. Jest to drugi, obok zmian taktycznych, czynnik, który prowadzi do znikania wirtuozów w piłce.

Zatem, czy w przyszłości uświadczymy jeszcze jakichś zawodników obdarzonych niezwykłymi zdolnościami, których akcje będą wzbudzać zachwyt ? Być może tak. W piłce nożnej zawsze rodzi się ktoś, kto wyprzedza daną epokę, a więc nie straszne mu są różnego rodzaju zawiłości taktyczne. Jednak najważniejsze trendy we współczesnej piłce i ich rozwój mogą skutecznie wyeliminować tę odrobinę magii towarzyszącą zawsze, gdy oglądamy kogoś wybitnego. Być może już za parę lat bardziej będziemy się zachwycać akcjami zespołowymi, gdyż indywidualne dawno wypadną z powszechnego obiegu, bo zabraknie po prostu „wirtuozów” futbolu.