piątek, 18 kwietnia 2014

Chłopak, który oszukał Twitter

Dominic Jones zjadł zęby na pracy skauta, obserwował mecze setkami, jeździł po całym kraju, do domu wracał późną nocą. Dodatkowo pisywał artykuły dla serwisu goal.com. Samuel Rhodes z kolei to dziennikarz-freelancer, który robił materiały dla najpopularniejszych tytułów prasowych Anglii. Z powodzeniem prowadził również profil na Twitterze, tam w ciągu kilku miesięcy dorobił się dwudziestu tysięcy obserwatorów. Ale Dominic i Samuel to jedna i ta sama osoba – to 17-latek, który zadrwił z piłkarskiego świata.

Fałszywa tożsamość

Sam Gardiner – zwykły chłopak, uczeń i mieszkaniec północnej dzielnicy Londynu Barnet, po godzinach wzięty redaktor sportowy, rozprawiający o taktyce i dyskutujący o ruchach transferowych m. in. z zawodnikami Wigan Athletic. Dzieciak, którego ojciec prowadzi własny biznes, a matka sprzedaje wyroby skórzane, uznanie zyskał dzięki swojemu wirtualnemu alter ego, wspomnianemu Samuelowi Rhodesowi.

Najpierw chciał być Dominickiem Jonesem, byłym futbolowym skautem i żurnalistą goal.com. Jego pierwsze alter ego zniknęło jednak dosyć szybko, bo jeden z prawdziwych współpracowników portalu poinformował o oszustwie. Młody Anglik, początkowo wystraszony rzekomym łamaniem prawa, nabrał werwy, gdy wyczytał, że tworzenie fikcyjnych kont nie jest przestępstwem.

Wobec tego niezrażony poprzednim niepowodzeniem, wyznaczył sobie następny cel - zdobyć 50 tysięcy followersów na Twitterze. Ponownie stworzył nieprawdziwy profil, a jako avatar posłużyło mu zdjęcie mężczyzny reklamującego biżuterię Origami Owl. Podpatrzył w jaki sposób swoimi kontami zarządzają najbardziej znani publicyści i zaczął robić karierę dziennikarza z własnej sypialni.

James Bond piłkarskiego Twittera

Na przestrzeni paru miesięcy dorobił się 20 tysięcy obserwatorów. Tak dużą popularność zawdzięczał informacjom transferowym, rzekomo dostarczanym z pierwszej ręki. Jego zdaniem wystarczyło trochę sprytu, szczypta wyobraźni i spora dawka wiedzy o europejskim futbolu: „Miałem formuły plotek transferowych, które zdawały się działać. Chelsea od dawna szuka nowego Didiera Drogby, United zaś pragnie znaleźć następcę Paula Scholesa, a Arsenal czyha na okazje. Wiedziałem, kto mógłby przejść do tych drużyn, ponieważ oglądam mnóstwo spotkań. I to dlatego tyle plotek coś w sobie miało. Odkryłem pewne trendy i wykreowałem rynek” – chwalił się w „The Guardian”.

Prawdę powiedziawszy Gardiner, czy raczej Rhodes, częściej chybił, niż trafiał w punkt. Donosił, że Arsenal jest bliski finalizacji transferu Gonzalo Higuaina, a Stevan Jovetić jest już na dobrej drodze do Londynu i „Kanonierów”. W zasadzie trafił raptem raz, lecz za to w samą dziesiątkę. Swoistym proroctwem okazała się wzmianka z listopada 2012 roku, że zgodnie ze słowami osoby związanej z Chelsea Roberto Di Matteo na dniach straci posadę. Tak też się stało – 24 godziny później.

„Miałem wyjątkowe szczęście” – tłumaczył, ale od tego właściwie wszystko się zaczęło. Rosnąca lawinowo popularność i znaczny kredyt zaufania, pozwoliły mu na dyskusje z zawodnikami Premier League. Z graczem Wigan, Jamesem McArturem rozmawiał o możliwych roszadach w klubie. Wówczas przyjaciel McArtura z zespołu Grant Holt zainteresowany był plotkami transferowymi na jego temat.

Młody Anglik tymczasem wszystkiego dokonywał z własnego pokoju, nie wychodząc nawet z domu. Chwalił się wywiadem z Yohanem Cabaye - pytania mieli wymyślać czytelnicy, a on na poczekaniu tworzył odpowiedzi. W jego wiadomości wierzyli profesjonalni reporterzy. Kiedy donosił, że Mohamed Salah leci do Liverpoolu, by dopiąć transakcję wartą 9 mln funtów, news natychmiast podchwyciła stacja telewizyjna Al Jazeera i przekazała dalej.

Ćwierkać każdy może

Gardiner oszukiwał piłkarski świat paroma uderzeniami w klawiaturę i kilkoma kliknięciami myszki. Po raz kolejny wpadł, gdy w jego historyjki kupiło przeszło 20 tysięcy ludzi i posiadał więcej fanów na Twitterze niż niejeden prawdziwy żurnalista. Został przyłapany przez współpracowników „Daily Telegraph”, to m. in. dla nich ponoć pisywał teksty, bo w rzeczywistości nikt taki tam nie pracował.  

„Chciałem zaistnieć, coś udowodnić. To frustrujące, że nikt ciebie nie słucha, tylko dlatego, że jesteś dzieciakiem. Kocham futbol, uwielbiam o nim rozmawiać i pragnąłem dzielić się moimi opiniami z jak najliczniejszym gronem osób” – wyjaśniał w wywiadzie z BBC.

Dla publicystów „Daily Telegraph” i graczy Wigan Athletic całe wydarzenie do dzisiaj budzi zakłopotanie, które potrafią zbywać jedynie milczeniem. To prawdopodobnie dlatego, że dali się wykiwać – nie tylko zresztą oni – dzieciakowi z godną pozazdroszczenia odwagą i wyobraźnią. Jeśli ktoś wygrał w tej sprawie, to z pewnością chłopak, który obecnie współpracuje z Yakatak Soccer, firmą tworzącą aplikacje piłkarskie na telefony, i prowadzi jej konto na Twitterze.


Może więc jest tak, jak pisał swego czasu na łamach „The Guardian” Barney Ronay – w dzisiejszych czasach każdy z nas jest dziennikarzem sportowym. Nawet kierowca autobusu jest dziennikarzem sportowym, tyle że kierującym autobus. Przykład Sama Gardinera chyba to potwierdza. On pierwsze dziennikarskie szlify zbierał przecież w swojej sypialni.

niedziela, 30 marca 2014

Najważniejsze derby świata?

Pojedynki Manchesteru United z Arsenalem wyglądają im na przyjęcia w ogrodzie klubu herbacianego, a derby Old Firm w Szkocji nazywają rywalizacją dwóch szkolnych drużyn. Dla nich nie ma życia bez derbów Buenos Aires, rywalizacja Boca Juniors z River Plate jest tam czymś równie naturalnym, co oddychanie. Przeciętnego argentyńskiego kibica zupełnie nie obchodzi to, co było przed - El Clásico i inne takie rzeczy – ani to, co będzie po – finał Ligi Mistrzów, mundial i pozostałe błahostki. Dla fana futbolu z Argentyny najistotniejsza noc w piłkarskim roku nastąpi dzisiaj – podczas El Superclásico.

Więcej niż mecz

Brytyjski tygodnik „The Observer” derby Buenos Aires umieścił na liście pięćdziesięciu rzeczy, które musisz zobaczyć przed śmiercią. Jonathan Wilson zaryzykował stwierdzenie, że spośród 190 rozgrywanych w pierwszej czy drugiej części sezonu spotkań, tak naprawdę liczy się tylko jeden – ten pomiędzy Riverem a Bocą.

W ponad stuletnich dziejach rywalizacji grali ze sobą już 114 razy. O wyjątkowości ich pojedynków decydowali i decydują zawodnicy, trenerzy, sympatycy, ale także – a może przede wszystkim - historia i kontekst społeczny. Bo to nie tylko batalie dwóch zwaśnionych i największych w kraju ekip i to nie tylko zwykły mecz. To walka bogatych z biednymi, dla obu stron odwieczna walka dobrych ze złymi.

Wywodząca się z robotniczych okolic Buenos Aires Boca Juniors i zrodzone niegdyś w sąsiedniej dzielnicy, zaledwie 7 kilometrów dalej, lecz w pewnym momencie przeniesione do zamożniejszych rejonów River Plate, stąd przydomek „Los Millonarios”. To także wojna najpopularniejszych w państwie zespołów, którym według różnych szacunków kibicuje od 70 do 75% społeczeństwa.

Gorączka argentyńskich derbów

„Ja naprawdę nie mogę martwić się o reprezentację, gdyż moje myśli zaprzątają jedynie zmagania Riveru z Bocą” – miał powiedzieć jeden z miejscowych dziennikarzy reporterom „The Guardian”. O tym, że nie ma niczego ważniejszego pod słońcem od „El Superclásico” przekonywał również były gracz Riveru, Oscar Ahumada: „Na początku sezonu są wyłącznie dwa cele – wygrać superclásico i zdobyć tytuł mistrzowski”.

Jose Docato to sympatyk Boca Juniors, dla którego spotkania z „Los Millonarios” mają wartość wręcz mityczną: „U sąsiadów, w kawiarniach, w pracy zawsze rozmawiamy o Boce i Riverze. To absolutna konieczność” – mówił w wywiadzie dla „Washington Post”. Docato chodzi regularnie na mecze, mimo iż - jak opowiada – przez swój niski wzrost nie widzi wszystkiego, co się dzieje na murawie: „Widzę jedynie wtedy, gdy Boca atakuje bramkę rywala” – tłumaczy. Jeśli czegoś nie dojrzy, to podąża za głosem tłumu, dzięki czemu wie, kiedy przeklinać, a kiedy się cieszyć. Gdy zaś piłkę posiada River odpowiada: „To zbyt wiele, bym mógł to znieść”.

Z kolei zwolennik Riveru, Daniel Torrico, odpiera zarzuty przeciwników jakoby sympatycy „Millonarios” byli mniejszymi pasjonatami od kibiców Boca: „Odkąd się urodziłem, złożyłem obietnicę Riverowi i przenigdy go nie zawiodę. Nigdy nie będę nosił innej koszulki” – stwierdził  na łamach „Washington Post”.

Wściekłość i wrzask

Magazyn „World Soccer” pisał, że derby Buenos Aires nie mają porównania z niczym innym pod względem zawartego w nich ładunku temperamentu i dostarczanych emocji. BBC opisywało je jako „morze kolorowych, płynących flag, krzyki, śpiewy, taniec oraz niekończący się festiwal fajerwerków”.

Ale Superclásico posiada również brzydszą twarz, tę z grymasem bólu, zawiści, przypominającą przemoc, bójki i krew. Każdy taki pojedynek miałby osobną historię do opowiedzenia. Jak wtedy, w 1968 roku, gdy w trakcie derbów zginęło 71 osób. Jak rok temu, kiedy fan River Plate został pchnięty nożem w klatkę piersiową. I w tym samym roku, gdy jeden ze stewardów pilnujących porządku na obiekcie, który znalazł się na nieodpowiedniej dla siebie trybunie, został pobity do nieprzytomności przez próbujących wyładować na nim swoją frustrację fanatyków Boca.

Arena w ciągu takiego spotkania zamienia się w jeden wielki wrzask pasji i nienawiści. Miłośnicy obu klubów należą do najbardziej zatwardziałych i porywczych w kraju. Jonathan Wilson relacjonował na łamach „The Guardian”, że to coś kompletnie niecodziennego zobaczyć 60-latka, wspinającego się na ogrodzenie, tylko po to, aby mieć lepsze miejsce do wyzywania i szydzenia z przeciwników.

To dlatego stałym obrazkiem Superclásico są przyśpiewki, starcia, tłukący gdzie się da kibole, zniszczone samochody oraz sklepy. I przez to są one otoczone zawsze specjalnym kordonem bezpieczeństwa – tysiące funkcjonariuszy usiłuje dbać o spokój, a fani gospodarzy zanim wyjdą, muszą czekać, aż goście opuszczą stadion.

To wszystko zawierał w sobie pojedynek z zeszłego roku: mecz przerwany w drugiej połowie na 15 minut, gdyż kibice odpalili petardy i zaczęli nimi rzucać w piłkarzy oraz wspinać się na metalowe ogrodzenia zabezpieczające boisko; trener Riveru, Ramón Díaz, który został odesłany na trybuny; dwóch futbolistów, którzy otrzymali czerwone kartki i opuścili murawę. Ot, wizytówka może nie najlepszych i najważniejszych derbów na świecie, lecz z pewnością najbardziej zawziętych.

A kind of magic?

„Poziom futbolu pogorszył się tutaj w ciągu ostatniej dekady. Grze coraz bardziej brakuje jakości. Teraz zdecydowanie więcej jest walki i biegania niż wcześniej. I ta obawa przed przegraną - względy estetyczne nie są w ogóle istotne” – komentował przed kamerami BBC Maxi Rodriguez. I trudno się z nim nie zgodzić. Bo derby Buenos Aires, to już nie są derby dwóch ekip rozstawiających pozostałych rywali po kątach.

Aktualnie River i Boca nie rozdają kart w lidze – odpowiednio 5 i 12 pozycja w tabeli. Oba po mistrzostwo sięgały 65 razy, jednak w ostatnich latach zdarzyło się im to jedynie sześć razy, po trzy w aperturze i clausurze – dwóch niezależnych od siebie częściach ligowego sezonu. A niegdyś potrafiły zdominować rozgrywki, jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy w dziesięciu sezonach, dwudziestu jego częściach, osiemnastokrotnie zajmowały miejsce na podium.

Dawniej koszulki obu zespołów przywdziewały legendy pokroju Di Stéfano, Kempesa, Maradony czy Batistuty. Dzisiaj wartość rynkowa  - według wyliczeń transfermarkt.de - każdego z nich wynosi tyle, ile Legii i Lecha razem wziętych. Aktualnie występują tam albo podstarzali gracze, którzy próbowali zawojować Europę, albo utalentowani zawodnicy drugiego sortu, nie znajdujący się na pierwszych stronach notatników najbardziej wziętych agentów piłkarskich. Wraz z brakiem sukcesów oraz wielkich nazwisk ulotniła się gdzieś cała magia El Superclásico.

Tom Vickery, dziennikarz BBC Sport, zauważył, że miało to również związek z wyginięciem typowej dziesiątki – starodawnej już, eleganckiej w grze, doskonałej technicznie, która dyrygowała kolegami i organizowała ataki. Zamiast tego w obu drużynach występuje zazwyczaj dwóch centralnych pomocników, typowych rzemieślników, którym w głowie tylko bieganie i utrudnianie życia przeciwnikowi. To dlatego z Boca Juniors jeszcze niedawno żegnał się największy obecnie idol „niebiesko-żółtej” części Buenos Aires – Juan Román Riquelme.

Dzikość serca

Może i Superclásico po spadku oraz powrocie River Plate z drugoligowego piekła, a także chronicznej ostatnimi czasy słabości Boca Juniors wyblakły piłkarsko, to już nie jest rywalizacja o prymat w państwie, ale one nadal elektryzują i przyciągają miliony. Argentyński pisarz, Roberto Fontanarrosa, wywodzący się z dzielnicy Rosario i kibicujący lokalnemu klubowi Central, tak mówił o derbach: „Zwykłem pytać siebie: czemu tak się denerwuję, skoro dopinguję Rosario Central? Trudno nie być. Tam czuć elektryczny ładunek, dynamiczny ładunek energii – niezależnie od tego czy mecz jest dobry, zły lub zwyczajny”.

One wciąż kipią od emocji, intensywności i różnorodności doznań, często tych pozytywnych i negatywnych. Bo tam pasja i przemoc mieszają się i nie mogą bez siebie żyć. Tam jest miejsce na wszystko: finezyjną grę, boiskową walkę ocierającą się o brutalność, czerwone kartki, sędziowskie kontrowersje, spięcia przy linii bocznej, wściekłość i wrzask trybun, fanów skandujących i wyzywających od najgorszych drugą stronę, rozpacz i niewysłowiony zachwyt, łzy radości oraz smutku po upokarzającym koszmarze porażki.


Może więc chodzi o tę siłę wrażeń i te skrajności. Nimi derby Buenos Aires poczęstowałyby nas w sposób nieporównywalny do niczego innego na planecie. Pod tym względem, jeśli nawet zmizerniały piłkarsko, nie mają sobie równych i „The Sun” miało rację określając je najintensywniejszym sportowym doznaniem na kuli ziemskiej. Pod tym względem to najważniejsze derby na świecie - nie jakieś tam El Clásico, a El Superclásico.

wtorek, 25 marca 2014

Brazylijskie stadiony i tykający zegar

Duże opóźnienia w budowie stadionów, dodatkowe miliony na przyspieszenie robót, niepokój FIFA, totalny chaos organizacyjny, uspakajające słowa polityków i protesty na ulicach – mistrzostwa jeszcze się nie zaczęły, a Brazylia jest już nimi najwyraźniej zmęczona. Do mundialu mniej niż sto dni, przygotowania wkraczają w decydującą fazę, to ostatnia prosta, finisz, ale cały kraj zdaje się być wykończony. Jemu nie pomogłyby nawet motywujące nuty Vangelisa z „Rydwanów ognia”. Tymczasem zegar powolutku i nieubłaganie tyka - tik tak.

Mundial na dziewięć stadionów plus trzy

„Pracujemy w warunkach, gdzie cement nie jest jeszcze suchy. Wciąż musimy zainstalować rozwiązania IT dla mediów. Bez nich komunikacja na obiektach będzie najgorsza w historii mistrzostw. Aby tego dokonać, potrzebujemy co najmniej 90 dni” – stwierdził Jérôme Valcke w wywiadzie dla „The Guardian”. Następnie dodał: „To już sto dni do mundialu, a stadion w São Paulo nie jest jeszcze skończony i nie będzie do 15 maja. I jak wiecie, dwa inne – w Kurytybie oraz Manaus – również mają spore opóźnienia”.

FIFA chciała, żeby wszystkie areny zostały oddane do użytku najpóźniej do grudnia ubiegłego roku, tak by można było je przetestować w warunkach bojowych. Tymczasem 6 z 12 stawianych na mistrzostwa obiektów nie dotrzymało grudniowego terminu, przy trzech z nich ciągle się majstruje, a stadiony w São Paulo i Kurytybie ukończone zostaną na ostatnią chwilę. FIFA w pewnym momencie groziła nawet wkluczeniami.

W styczniu pogroziła Kurytybie odebraniem meczów i ich przeniesieniem. Valcke przed kamerami CNN mówił: „Nie da się organizować spotkań, jeśli nie ma się gotowego stadionu. To oczywiste”. Zaległości w budowie są tak znaczne, że ich wykonawcy nie mogą obiecać, czy zdążą na czas turnieju. Prace ponadto wstrzymał lokalny sędzia, według którego miejsce robót nie było należycie zabezpieczone.

Wznoszenie obiektu w Cuiabie przedłużył pożar, który spowodował większe zniszczenia niż się spodziewano. A wedle raportów ogień naruszył podobno całą konstrukcję. Roboty w São Paulo z kolei zatrzymał wypadek – w listopadzie zeszłego roku dźwig zawalił się na metalową konstrukcję podtrzymującą dach i uśmiercił dwie osoby. Pracownik zginął również przy wznoszeniu areny w Manaus, w samym sercu Amazonii, lecz tam akurat nic nie jest normalne.

Jaja w tropikach

Oficjalne otwarcie obiektu przekładano kilkakrotnie, a meczowi inauguracyjnemu – kiedy w końcu do niego doszło - daleko było do piłkarskiego święta. Pokazał on raczej skalę niedokończonych robót i mnogość problemów, z którymi przyjdzie się organizatorom zmierzyć.

Fani, którzy przyjrzeli się od wewnątrz cacku wzniesionemu pośród amazońskiej dżungli, opowiadali o przeciekającym dachu, niewykończonych ubikacjach oraz sprzedaży biletów na nieistniejące miejsca. Niektórzy nie dostali się na te istniejące, bo uniemożliwiały im to pozostawione na trybunach śmieci oraz gruz. Na arenie, która kosztowała 175 milionów funtów, o 40 milionów więcej niż pierwotnie zakładano, mają jeszcze jeden poważny kłopot – z trawą.

To doprawdy jedna z tych opowieści niesamowitych, w które nie chce się po prostu wierzyć. Nie chce się wierzyć, że w samym środku Amazonii nikt nie wziął pod uwagę trudnych warunków atmosferycznych. A przecież w regionie o tak wysokich temperaturach i dużej wilgotności powietrza utrzymanie murawy w odpowiednim stanie musi być nie lada wyzwaniem.

W istocie: stadion ledwie oddany do użytku, nie rozegrano na nim jeszcze żadnego poważnego spotkania, a trawy na płycie boiska już brakuje – jedno pole karne jest ponoć niemal zupełnie jej pozbawione. Roy Hodgson i Cesare Prandelli będą z pewnością zachwyceni.

W poszukiwaniu straconego czasu i pieniędzy

Kłopoty pojawiają się także na stadionach dawno wybudowanych. Niedawno zawaliła się część dachu na obiekcie w Belo Horizonte. Parę godzin przed ligowym pojedynkiem na boisku wylądowały odłamki metalowej konstrukcji, w dachu powstały dziury. Nie działa ponadto system odwadniający, a przecież Belo Horizonte ma gościć półfinalistów mundialu.

Kolejne zmartwienie to infrastruktura wokół aren, gdzie - jak relacjonują reporterzy BBC - wciąż krzątają się pracownicy, w pocie czoła m. in. układający chodniki oraz wykańczający trasy dojazdowe. W ogóle cała robota podobno wykonywana jest w ogromnym pośpiechu, nie zważając na szczegóły i wygląd – na stadionie w Natal dach zdobią widoczne gołym okiem otulina i izolacja. Rząd, żeby zdążyć ze wszystkim na czas, sypie gotówką na prawo i lewo. Pracę w Kurytybie przyspieszyć ma dodatkowe 16 milionów i napływ nowych robotników.

Stadiony to nie jedyny problem gospodarzy. Infrastruktura drogowa pozostawia ponoć wiele do życzenia i istnieją obawy, że podróżowanie po kraju w trakcie turnieju może stać się prawdziwym koszmarem. A obiecywany system szybkiego ruchu oraz zapowiadane modernizacje na kolei i lotniskach nie doszły do skutku.

Cztery największe porty lotnicze w Brazylii przyjmują obecnie więcej przyjezdnych niż są w stanie – to w São Paulo przyjęło w ubiegłym roku 36 milinów pasażerów, o 44% więcej niż powinno. Mówi się, że lotniska podczas mistrzostw nie będą mogły sobie pozwolić na dodatkowe przeloty. „Każdy, kto opowiada, że nie będzie problemów, kłamie” – stwierdził na łamach „The Independent” prezydent jednej z firm lotniczych, Jose Efromovich.

Kurtyna w górę

Im bliżej mundialu, tym nie tylko więcej pytań i znaków zapytania, im bliżej mundialu, tym coraz bardziej mogą tam go mieć po dziurki w nosie. Według sondażów jego organizacji sprzyja zaledwie 52% społeczeństwa. Ogólnonarodowe strajki to następna sprawa, która spędza sen z powiek FIFA oraz władz – dlatego zrezygnowano nawet z oficjalnych przemów w trakcie otwarcia. Ludzie protestują i są wściekli, ponieważ na mistrzostwa idą setki miliardów, zamiast na szkoły i szpitale. Na obiektach piłkarskich szerzy się wandalizm, a w niektóre rejony miast – mimo iż bezpieczeństwa ma pilnować 170 tysięcy przeszkolonych funkcjonariuszy – lepiej po prostu się nie zapuszczać.

Siedem lat – tyle czasu posiadała Brazylia na organizację mundialu, dopracowanie i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Ale tego ostatniego guzika dopiąć nie potrafią do tej pory, na kilkadziesiąt dni przed turniejem. Gospodarz przez te siedem lat przygotowań podążał bardzo wyboistą drogą, kłopot poganiał kłopot, awarie i usterki nie miały końca, aż sam Sepp Blatter modlił się publicznie do Boga oraz Allaha o to, aby nie wydarzyło się już nic nieprzewidzianego i niepożądanego.


Na ostatnią chwilę, ale ze wszystkim zdążymy – może i brazylijskie władze mają rację, przekonując, że nie ma się czym martwić, a na stadionach wykończonych za pięć dwunasta przeżyjemy kilka pięknych i niezapomnianych chwil, i w ogóle cały turniej będzie wielkim piłkarskim świętem. Nikt jednak nie chciałby porządkować sceny o takiej sile oddziaływania, w momencie kiedy kurtyna idzie w górę. A wiele wskazuje na to, że nie inaczej będzie w Brazylii.

wtorek, 18 marca 2014

Olympiakos zwęszył krew

Ich właścicielem jest magnat żeglugowy, niedawno oskarżony o wręczanie łapówek i ustawianie meczów. Ich trenerem jest jedna z piłkarskich legend Realu, która wypatrzyła w jego rezerwach 18-letniego wówczas Juana Matę. To grecki klub odmienny od pozostałych. Kryzys finansowy w ogóle się go nie ima, nie ma u siebie konkurencji, pierwsze skrzypce odgrywają w nim obcokrajowcy, a teraz pozostaje im jedynie dokonać egzekucji na Old Trafford.

Hegemon z Hellady

W sobotę zapewnił sobie tytuł mistrzowski – na pięć kolejek przed końcem rozgrywek, z 18-punktową przewagą nad wiceliderem. Na własnym podwórku to prawdziwy hegemon, w ostatnich osiemnastu sezonach ligę wygrywał szesnastokrotnie. W tym roku zwyciężył w 11 z 13 spotkań, tylko raz uznając wyższość rywali – porażka 1-2 z PAOK Saloniki na wyjeździe.

Na arenie europejskiej po dominacji w tamtejszej Superleague w ogóle nie ma śladu. Do ćwierćfinału Champions League ekipa z Pireusu dotarła jeden jedyny raz, przed wiekami, przed piętnastu laty. Ale z angielskimi drużynami na swoim stadionie przegrywa rzadko, ostatnio 11 wiosen temu. Przyzwyczaiła raczej swoich kibiców do wygranych, pokonując przeciwników z Anglii trzykrotnie z rzędu, lecz jej pojedynki na wyspach to już zupełnie inna historia. Poniosła porażki we wszystkich dotychczasowych meczach, tracąc dwadzieścia goli, zdobywając zaledwie trzy. Warto jednak wspomnieć, że w trzech ostatnich spotkaniach ani razu nie uległa różnicą trzech bramek.

„Czerwone Diabły” tymczasem zostały ograne przez grecki zespół w europejskich pucharach po raz pierwszy w swych dziejach. Uległy klubowi z rozgrywek zdławionych i wywróconych do góry nogami przez kryzys finansowy. To z tego powodu do drugiej ligi osunął się wieloletni potentat – AEK Ateny. Z takich samych pobudek swój upadek zaliczył kolejny zasłużony greckiej sceny futbolowej – Iraklis. United nie sprostało drużynie z ubożejącej z roku na rok i coraz mizerniejszej ligi, gdzie Olympiakos nie ma po prostu żadnej konkurencji.

Jego zwycięstwo sprzed dwóch tygodni jest tym bardziej zadziwiające, że w niedawnych okienkach transferowych raczej się osłabiał niż wzmacniał. Zimą stracił swoich dwóch kluczowych graczy – najskuteczniejszego strzelca Konstantinosa Mitroglou oraz błyskotliwego lewoskrzydłowego Vladimíra Weissa. Jeszcze wcześniej pozbył się solidnego obrońcy Vasilisa Torosidisa oraz etatowego obecnie napastnika Evertonu, Kevina Mirallasa.

Tych poważnych ubytków na boisku nie widać, gdyż na ich miejsce wskakują inni. Aktualnie jedną z największych rewelacji ekipy z Pireusu i jednym z jej najjaśniejszych punktów w starciu z United był wypożyczony z Arsenalu Joel Campbell. Zawodnik rokrocznie zsyłany na wypożyczenia do różnych lig, zachwycił Wengera ponoć tak bardzo, że ten po sezonie chce go mieć z powrotem w Londynie. A nad całą tą międzynarodową zgrają – jedynie siedmiu Greków w 26-osobowej kadrze – pieczę sprawuje Hiszpan Míchel.

Zemsta po latach

Legenda Realu, którego barw jako futbolista bronił przez czternaście lat. Legenda, która w trenerce do niedawna nie osiągnęła niczego wartego zapamiętania. Wyleciał po sezonie pracy z Rayo Vallecano. Wytrwał jeden rok jako opiekun rezerw „Królewskich”, które spuścił do niższej ligi. A trzeba podkreślić, że pod jego okiem dojrzewali w nich m. in. Juan Mata, Alvaro Negredo, Roberto Soldado oraz Javi Garcia. Czym zresztą Hiszpan chwali się do dziś: „Spadliśmy z ligi, ale 15 albo więcej piłkarzy robi obecnie kariery w dobrych klubach, niektórzy w Madrycie” – opowiadał na łamach „The Independent”.

Dłużej wytrzymał jedynie w Getafe, potem przyszedł epizod w Sevilli, a prawdziwe sukcesy odnosi dopiero teraz. Olympiakos doprowadził właśnie do drugiego tytułu mistrzowskiego, po drodze sięgnął jeszcze po krajowy puchar, lecz tamtejsi fani nigdy nie zapomną mu domowego triumfu nad Manchesterem.

To swego rodzaju paradoks, że Míchel przez tyle lat występów na boiskach nigdy nie rywalizował z angielskimi drużynami. Na jego najlepszy okres w karierze przypadło jednak wykluczenie z europejskich pucharów dla ekip z Anglii. Spotkał się za to z zespołem Alexa Fergusona i nie było to spotkanie przyjemne. W 1983 roku Real podejmował w finale Pucharze Zdobywców Pucharów szkockie Aberdeen i przegrał po dogrywce 1-2: „To był prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy go przekląłem. Już wtedy wygrywanie było dla niego czymś naturalnym" – wspominał Fergusona w wywiadzie dla „The Independent”.

Dziś może wychwalać pod niebiosa, to że Szkota w szatni United już nie ma, który do blamażu w Grecji po prostu by nie dopuścił, i czuć błogą satysfakcję z zemsty wymierzonej po latach. Manchester Sir Alexa a Manchester Moyesa to nie tylko dwa różne światy, to dwie bardzo odległe galaktyki. Co dziwniejsze, odnajdziemy w nich niemal identyczne elementy składowe, te same gwiazdy, lecz ich układ za czasów Fergusona był dla każdego związanego z „Czerwonymi Diabłami” dużo korzystniejszy. Wtedy w klubie działało niemal wszystko, aktualnie nie działa nic – począwszy od defensywy, przez utrzymanie się przy piłce i stosowanie pressingu, po same akcje ofensywne.

Domek z kart

W całym tym wachlarzu błędów Moyesa i wad obecnego Manchesteru najbardziej zdumiewający jest bałagan, jaki prezentują jego zawodnicy na murawie i ich zadziwiająca wręcz nieporadność. Coś, co nie miałoby racji bytu za czasów Szkota. Teraz zaś, za panowania Moyesa, kibice nie poznają swojej drużyny.

To uderzające, jak United zmienił się w ciągu tych kilkunastu miesięcy, odkąd za sterami nie ma Sir Alexa. Rok temu, w połowie lutego, plasowali się na pierwszej pozycji w lidze z dwunastopunktową przewagą na wiceliderem, awansowali do ćwierćfinału FA Cup rozbijając Fulham i wywieźli remis z Santiago BernabéuDziś, przeżywają sezon o jakim chcieliby, jak najszybciej zapomnieć.

A przecież porównując kadry z ubiegłego i aktualnego sezonu, dostrzeglibyśmy ledwo namacalne zmiany. Bawiąc się w grę „znajdź różnicę”, wskazalibyśmy na raptem trzy nazwiska – wyciągniętego z rezerw Januzaja, sprowadzonego latem Fellainiego oraz kupionego zimą Matę. Szukając zaś różnic w postawie i sposobie gry Manchesteru obu menedżerów, ujrzelibyśmy kompletnie dwa odmienne zespoły.

Sympatycy raz po raz przeżywają koszmary, jakich nigdy za panowania Szkota nie doświadczyli. Pierwsza od 1984 roku porażka ze Stoke, pierwsza w historii przegrana na własnym stadionie ze Swansea, Newcastle, które zdobyło tam trzy punkty, a wcześniej dokonało tego przed czterdziestu laty, Everton z kolei przed dwudziestu, a West Bromwich ostatni raz w 1978 – „Czerwone Diabły” Moyesa biją niechlubny rekord za niechlubnym rekordem. W dodatku za każdym razem prezentują fatalny styl, tylko jeden celny strzał w Pireusie, który nie pozostawia żadnych złudzeń i jakichkolwiek nadziei.


W świecie Franka Underwooda, głównego bohatera znakomitego „House of cards”, panuje tylko jedna zasada – poluj lub bądź upolowanym. Manchester w bieżącym sezonie zgubił gdzieś tożsamość myśliwego i doprowadził do niespodziewanej zamiany miejsc – myśliwy stał się ofiarą. I któż mógłby pomyśleć, że na polowanie wybiorą się nawet gospodarze w Pireusie. Olympiakos zwęszył już krew i nie pozostaje mu nic innego, jak tylko uśmiercenie ofiary. 

niedziela, 9 marca 2014

Z Pakistanu do finału Ligi Mistrzów

Każdego roku biorą udział w finale Ligi Mistrzów, odwiedziły niemal wszystkie mundiale oraz Mistrzostwa Europy, towarzyszą również najlepszym na Starym Kontynencie ligom. Albo inaczej – bez nich nie odbyłby się żaden finał Champions League, narażone na szwank byłyby Mistrzostwa Świata oraz Euro, nie byłoby zmagań na Starym Kontynencie. Bez piłek z Pakistanu nie byłoby prawdopodobnie niczego.

To mało znaczące na mapie świata państwo, dla którego nie znalazłoby się miejsca nawet na drugim planie filmu gorszego niż klasy B, w wielkim świecie futbolu, co może wydawać się zupełnie nieprawdopodobne, odgrywa rolę pierwszoplanową. Pakistan to największy eksporter ręcznie szytych piłek. To 70% globalnej produkcji futbolówek. To tam produkuje się ich najwięcej na planecie, prawie sto tysięcy pracowników szyje rokrocznie od 40 do 60 milionów piłek, wartych łącznie 210 milionów dolarów.

Bajka o okrągłej piłce

Światowym centrum wytwarzania futbolówek jest niespełna trzystutysięczny Sialkot, miasto na pograniczu pakistańsko-indyjskim. Miejsce, gdzie przed latami, w czasach gdy należało do będących pod panowaniem Wielkiej Brytanii Indii, zrodziła się legenda. Legenda, która głosi, że wszystko zaczęło się od pewnego szewca imieniem Syed Sahib – dziś jedna z ulic miasteczka nazwana jest jego imieniem i nazwiskiem.

A może zaczęło się od pewnego Brytyjczyka? Żołnierza stacjonującego w Sialkot, który podczas gry w piłkę, co obok krykieta stanowiło jedyną formę rozrywki, przebił niechcący futbolówkę. Od tego wydarzenia rozpoczęły się poszukiwania człowieka zdolnego uratować szmaciankę. Żołnierz natrafił w końcu na szewca, który zajął się naprawą kuli napompowanej powietrzem i przywróceniem jej pierwotnego, okrągłego kształtu.

Kiedy mu się to udało, nie mógł się opędzić od Brytyjczyków uganiających się za tą cholerną szmacianką. W tym czasie szewc nie tylko reperował w pocie czoła obiekty pożądania przybyszy, ale także studiował ponoć godzinami strukturę kuli wypełnionej powietrzem. Używając lokalnej skóry, nici, drutów oraz swoich szewskich umiejętności postanowił stworzyć replikę.

Po wielu próbach, kiedy uznał wreszcie, że oto stworzył możliwie najokrąglejszą futbolówkę, a dalsze majstrowanie przy niej byłoby jak z powstałymi nieco później utworami Beatlesów, czyli jak z poprawianiem konstrukcji koła, i kiedy stwierdził, że to, co stworzył jest dobre, zaczął wyrób własnych rąk sprzedawać. I tak bajka przerodziła się w biznes. Biznes przez duże B.

Okrągłe imperium

70 milionów futbolówek sprzedawanych rokrocznie, zaspokojenie potrzeb niemal całego świata – w latach dziewięćdziesiątych, w latach świetności, Pakistan był prawdziwym imperium produkującym piłki. I jak każde imperium ma swój mityczny początek, tak posiada również swoje ciemne strony. W tej niezwykłej opowieści odnajdziemy niestety rozdziały mroczne.

Nie byłoby bowiem mocarstwa, gdyby nie praca wykonywana przez dzieci. To ich rękami zbudowano pakistańską potęgę końca ubiegłego wieku. Przy wyrobie futbolówek, sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin dziennie, w liczbie dwunastu milionów, zasuwali chłopcy nie mający jeszcze dziesięciu lat. W piękne, słoneczne dni nikt tam nie uganiał się za piłkami, tam się je wytwarzało.

Dopiero ogólnoświatowe larum podniesione przez najbardziej wpływowe organizacje ochrony praw człowieka pozwoliło problem wyeliminować. Nie bez znaczenia był również wpływ potężnych koncernów typu Nike czy Adidas, które właśnie w Pakistanie posiadają swoje fabryki i które obawiały się o swój wizerunek – obrzydliwie bogatych korporacji wykorzystujących klepiące biedę dzieci. Od wtedy następował także powolny zmierzch pakistańskiej potęgi. Ale skandal związany z wykorzystywaniem nieletnich nie był jego podstawową przyczyną.

Wojna światów

Na boisku ich rywalizacja nie miałaby jakiegokolwiek znaczenia, lecz poza nim między Pakistanem a Chinami od kilku lat poważnie iskrzy. Zaciekłej walce o prymat w produkcji futbolówek nie ma końca. Do 2000 roku ci pierwsi wyrabiali 75% procent wszystkich piłek na globie, co czyniło ich jednocześnie największym dostawcą, światowym liderem. Dzisiaj to już zdecydowanie mniej, jakieś 40% procent, głównie z powodu konkurencji w postaci wspomnianych Chin lub Indii i Tajlandii.

Sialkot przegrywa ze zmechanizowaną i nowoczesną rzeczywistością. Chińczycy w ciągu roku produkują więcej, stawiając zwłaszcza na masówki, szmacianki niskiej jakości tworzone przez maszyny. Choć i na turniejach rangi mistrzowskiej chińskie piłki zdążyły zaznaczyć już swoje miejsce.

Na mundialu w 2006 roku po raz pierwszy nie użyto futbolówek z Pakistanu, a na zmaganiach w RPA zagościła chińska Jabulani. Nie zebrała pochlebnych opinii, dzięki czemu do łask powrócił Sialkot i pakistańskie wytwórnie. Syndromem powrotu starych czasów były Igrzyska Olimpijskie w Londynie, a ich potwierdzeniem będzie czerwcowy turniej w Brazylii, w trakcie którego ujrzymy pakistańskie piłki.

Made in Pakistan

Może i przegrywają z supernowoczesnymi fabrykami konkurencji, lecz nie można napisać, że Pakistan to relikt przeszłości. To wciąż wyroby wysokiej jakości i silna marka, która ulega stopniowym przemianom.

Ręczne szycie powoli zastępują maszyny operowane przez ludzi. Futbolówki poddawane są komputerowym testom, w czasie których sprawdza się czy ich kształt jest odpowiedni, a powierzchnia wystarczająco śliska, bada się ich wytrzymałość na uszkodzenia zewnętrzne, temperaturę i promieniowanie. Specjalne urządzenie do kopania poddaje je trzem tysiącom prób.

W ogóle cały tamtejszy legendarny świat produkcji piłek ulega skomputeryzowaniu i czerpie korzyści z powszechnej globalizacji. Jeśli w Sialkot jeździ się lepszymi samochodami i po lepszych drogach niż w innych częściach państwa, to głównie dzięki płomiennej pasji milionów. Jeżeli w mieście ludzie zarabiają dwa razy tyle, ile wynosi średnia krajowa, to dzięki ręcznie szytym futbolówkom sprzedawanym Adidasowi za cenę od pięciu do dziesięciu dolarów. Aby dodatkowo usprawnić handel, mieścina wybudowała własne lotnisko, tak by przedstawiciele sportowych marek mogli latać bezpośrednio do miejscowości i z niej transportować towar samolotami.

I stanie się koniec

Zadziwiająca jest droga jaką pokonuje taka futbolówka. Od nici i rąk pracowników, przez magazyny i pakistańskich pośredników, tysiące kilometrów w powietrzu, po sklepy renomowanych firm, a czasami nawet po finał Ligi Mistrzów. Zadziwiające jest również to, że globalnym gigantem w wyrobie piłek stał się Pakistan. Miejsce, gdzie ubóstwia się krykiet, gdzie nie ma profesjonalnej ligi piłkarskiej, a samo zainteresowanie futbolem niemal zupełnie nie istnieje. Tak naprawdę nikt nie potrzebuje tam piłek, bo tych się po prostu nie używa. I choć wszystko kręci się tam wokół nich, to nie wokół samego futbolu.


Albert Einstein zawyrokował, że jeśli na ziemi zabrakłoby pszczół, to kres ludzkości nastąpiłby w ciągu góra czterech lat. Trudno o podobne prognozy w wypadku, gdyby Pakistan nawiedził jakiś kataklizm i przestałby on zupełnie produkować piłki. Ale dużo łatwiej zauważyć, jak wiele zależy od tego niewiele znaczącej w świecie futbolu kraju.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Terek Grozny powstały z ruin

Przeżyło dwie wojny oraz niezliczoną ilość zamachów bombowych, przez kilkanaście lat permanentnie niszczone i niemal zrównane z ziemią, w 2003 roku dochowało się niechlubnego tytułu najbardziej zrujnowanego miasta na planecie. Dziś Grozny to już zupełnie inne miejsce, to jak bilet do innego świata. A w parze ze wskrzeszaniem z martwych całej krainy, szło także stawianie na nogi piłkarskiego klubu.

Soczi nie była pierwsza i jedyna na odległym Kaukazie. Putin nie zaczął stawiać swojego sportowo-infrastrukturalnego imperium od gospodarza tegorocznych Zimowych Igrzysk Olimpijskich i na nim z pewnością nie poprzestanie, kiedy za pasem mundial w Rosji. W nieodległej Machaczkale wielomilionowa futbolowa inwestycja jednak upadła, gdy z finansowania wycofał się Sulejman Kerimow. To, co nie powiodło się w Dagestanie, na razie udaje się w pobliskiej Czeczenii, w Groznym. Tam, tak jak w Soczi wioska olimpijska, miasto powstało niemal od podstaw. I identycznie - od zera - budowano również Terek.

Feniks Putina

Wojny z Rosją doszczętne zniszczyły Czeczenię, a samo Grozny znajdowało się w stanie agonalnym. Terek zaś na początku lat dziewięćdziesiątych zmuszony był do znalezienia bezpieczniejszego regionu niż swój macierzysty. Mecze „u siebie” rozgrywał więc na stadionie w oddalonym od prawie 300 kilometrów Piatigorsku. Kiedy w 1994 roku Jelcyn zarządził inwazję na zbuntowany obszar, koniec zdawał się bliski. W następnym roku piłkarskie życie zakończył klub.

Niespodziewany powrót do świata żywych nastąpił już sześć wiosen później. Podobnie zresztą jak całej krainy. Od momentu ugody z Putinem, który umieścił tam prorosyjskiego prezydenta, Achmata Kadyrowa, rozpoczęła się odbudowa Groznego i Tereku. Miasto piękniało w oczach, ale drużyna przeżywała wzloty i upadki.

Na przestrzeni paru lat Grozny stało się metropolią odrodzoną, z luksusowymi apartamentowcami i wieżowcami sięgającymi nieba, z wybudowanymi na nowo sklepami, eleganckimi restauracjami, odnowionymi parkami, odrestaurowanymi kamienicami i osiedlami, z kilometrami nowiuteńkich dróg i nowoczesnymi mostami. Terek w tym czasie dwukrotnie awansował do pierwszej ligi, raz zaznał goryczy spadku, lecz obecnie jest na fali wznoszącej. Z sezonu na sezon pnie się coraz wyżej w tabeli, a od 2011 roku gra na nowym, trzydziestotysięcznym obiekcie.

Tego procesu stopniowej rekonstrukcji stolicy Czeczenii i zespołu nie zakłócił nawet udany zamach na Achmata Kadyrowa - w 2004 roku zginął na stadionie podczas obchodów - bo schedę po nim przejął jego syn, Ramzan, który kontynuuje dzieło zapoczątkowane przez ojca. Jeszcze tego samego roku Terek świętował swój największy jak do tej pory sukces piłkarski – zdobycie Pucharu Rosji. Po raz pierwszy dokonała tego drużyna spoza pierwszej ligi, w finale pokonując Krylię Sowietow 1:0, chociaż wielu do dziś twierdzi, że triumf ekipy z Groznego był podarunkiem od władz. W samej Czeczenii sukcesu nie świętowano hucznie, gdyż doskonale wiedziano o koneksjach z Moskwą.

Nie byłoby bowiem ponownych narodzin miasta i osiągnięć drużyny, gdyby nie dotacje od parlamentu - podobno każdego roku z państwowej skarbnicy trafiają tam miliardy. To Putin doprowadził do sfinansowała budowy obiektu. To dzięki wsparciu rządu Terek mógł pozwolić sobie na zatrudnienie Ruuda Gullita, pobierającego dwumilionową gażę. Grozny i Terek powstały z popiołów niczym feniks, ale trzeba wiedzieć, że to feniks, którego w garści trzyma Putin.

Grozny nie taki groźny?

Niektórzy są święcie przekonani, że Terek w najbliższym czasie, choćby nie wiadomo jak słaby piłkarsko, nie spadnie z ligi, ponieważ taka jest wola dwóch osób pociągających za sznurki – głowy państwa i Kadyrowa. A klub, futbol i w ogóle sport pełnią centralną rolę w odświeżonym wizerunku regionu. Jego prezydent przed kamerami BBC mówił: „W Europie piszą, że jestem zły, że generalnie cała Rosja jest zła i że nie ma tutaj normalnego życia, lecz teraz udowadniamy, że w milionowej republice rozwijamy sport, edukację i kulturę. Budujemy uczciwą przyszłość”.

Jemu tak bardzo zależy na futbolu, że niedawno zaprosił do Groznego reprezentację Brazylii, która w 2002 roku wygrała mistrzostwa w Korei Południowej i Japonii. W pokazowym spotkaniu naprzeciwko niej stanął zespół posiadający w składzie Lothara Matthäusa oraz samego Ramzana w roli kapitana. Zgodnie z jego słowami głównym celem widowiska było zademonstrowanie, że Czeczeńcy są pokojowym narodem, a ich terytorium wolne od przemocy.

Te słowa odbiegają jednak nieco od rzeczywistości. Czeczenia to ciągle nie jest w pełni bezpieczna kraina, a Grozny może przypominać metropolię wyjętą wprost z orwellowskiej wizji przyszłości, gdzie wszystkiego, 24 godziny na dobę, pilnuje oko kamery. Zawodnicy Tereku miasto odwiedzają jedynie w dniu meczów i nigdy nie wychodzą poza hotel oraz stadion. Na co dzień trenują w oddalonym o 200 kilometrów ośrodku treningowym w Kisłowodzku.

Nad wszystkim pieczę sprawuje wspomniany Kadyrow, dla którego Terek jest oczkiem w głowie i miejscem, w którym upust znajdują jego najśmielsze ambicje. Wielokrotnie głosił, że chce uczynić z niego najlepszy klub w kraju i Europie, pragnie, aby stał się drugą Chelsea. Ale rezultatów wielkich planów póki co w ogóle nie widać. Zatrudnienie Gullita okazało się pomyłką, a w zespole wciąż brakuje rozpoznawalnych w świecie piłkarskim nazwisk, na niczym spełzły m. in. próby zakontraktowania Diego Forlána.

Dr Jekyll i pan Hyde

Za rozwój ekipy i całego regionu odpowiada człowiek będący niegdyś rebeliantem. Zaciekły przeciwnik Rosji w pewnym momencie zmienił jednak strony konfliktu i zamiast dalej walczyć z rywalem, zaczął z nim wspólnie w Czeczenii władać. Teraz to do niego w republice należy ostatnie słowo i tylko on posiada zdolność zamiany słów w czyny.

O dobro drużyny dba osoba budząca duże kontrowersje. Według jego nieprzyjaciół publicznie przybiera maskę i dopiero za kulisami władzy pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Dobroczyńcą zespołu jest człowiek przez międzynarodowe organizacje humanitarne oskarżony o korupcję i stosowanie tortur względem separatystów, a przez brytyjski wywiad uważany za mordercę politycznych oponentów - w trakcie jego rządów bez śladu zniknęło już przeszło trzy tysiące ludzi. Nawet wśród części rodaków ma nienajlepszą opinię, ponoć widzą w nim kapitalistę uległego Moskwie, truchlejącego na samą myśl o gniewie Putina.

W swoim królestwie rządzi jednak twardą ręką: decyduje o tym, jak mają się ubierać kobiety; organizuje regularne obławy na partyzantów; lokalną ludność podporządkował sobie za pomocą specjalnych oddziałów policji; żeby utrzymać mieszkańców w ryzach posłuszeństwa serwuje im co jakiś czas drastyczne materiały z torturowania bojowników.

Klub wspiera osoba, której plakaty w mieście można spotkać na każdym kroku, której wybudowany za 50 milionów dolarów pałac to jedna z najpilniej strzeżonych fortec na globie, nad której bezpieczeństwem czuwają jednostki antyterrorystyczne OMON, a po ulicach porusza się wyłącznie w towarzystwie uzbrojonego po zęby konwoju i której bogactwa są wręcz niewyobrażalne - posiada m. in. flotę aut wartą 2 miliony dolarów, pozłacaną broń oraz prywatne zoo.

Futbol to stan umysłu

I to wszystko, o dziwo, doskonale wpisuje się w plan Putina. Jonathan Wilson na łamach „The Guardian” pisał o działaniach prezydenta Rosji, który zachęcał oligarchów do inwestowania w kluby piłkarskie, choćby znajdowały się one na drugim krańcu ojczyzny, a na czym w szerszym kontekście miało zyskać państwo i społeczeństwo. Zamysłem ściśle z tym powiązanym była decentralizacja samego futbolu, która miała z kolei sprawić, żeby rozwój kraju dokonywał się na całej jego szerokości i długości.

Patrząc na obecny układ sił w rosyjskich rozgrywkach, możemy powiedzieć, że jego plan się powiódł. Monopol moskiewskich ekip, które w ciągu 21 sezonów piętnastokrotnie wygrywały ligę, został zniesiony. W ostatnich sześciu latach po tytuł mistrzowski pięć razy sięgały zespoły spoza stolicy. Przyglądając się zaś piłkarskiej mapie Rosji, zobaczylibyśmy drużyny porozrzucane po całym państwie - od Moskwy, przez położony na północy Petersburg, wysunięte najdalej na wschód Perm i Jekaterynburg, po południowe rubieże Kaukazu z Machaczkałą i Groznym.


A Terek w tej całej politycznej układance Putina zajmuje miejsce szczególne. To za jego i Kadyrowa sprawą załatwiono pokój oraz równowagę w Czeczenii. Terek to klub powstały z ruin z woli władz i na ich użytek. Zresztą futbol w Rosji jest właściwie czymś zdecydowanie więcej niż tylko zwykłą rozrywką i czystą przyjemnością, by nie napisać za Billem Shanklym, że czymś ważniejszym niż sprawa życia i śmierci. 

wtorek, 18 lutego 2014

Pewnej lutowej nocy w Lidze Mistrzów

Po raz pierwszy i ostatni w finale Ligi Mistrzów naprzeciw siebie stanęły ekipy z Portugalii i Francji, chyba pierwszy i ostatni raz zdarzyło się, że w turnieju tej rangi faworyci masowo umierali, a półfinał rozgrywek obsadziły zespoły do tego w ogóle nietypowane. Jeśli dotychczas futbolowy świat trząsł się w posadach, to najczęściej za sprawą pojedynczych klubów lub spotkań. Ale to, co wydarzyło się wiosną 2004 roku, nie można nazwać inaczej jak trzęsieniem z prawdziwego zdarzenia, wywracającym wszystko dookoła do góry nogami i obracającym piłkarską hierarchię w perzynę. A zaczęło się od pewnej lutowej nocy.

Mourinho zabił Manchester

Jest taki obrazek z tego meczu, który na zawsze wrył się w pamięć – biegnącego triumfalnie do swoich podopiecznych Jose Mourinho. Trenera zjawiskowego, którego zrodził poprzedni usiany sukcesami sezon z FC Porto, a wieczór w Manchesterze potwierdził tylko jego klasę. To wtedy Portugalczyk stawał się „The Special One”.

Jest również jedna akcja rozstrzygająca losy pojedynku, która na stałe będzie się z nim kojarzyć – rzut wolny w doliczonym czasie gry, koszmarny błąd Tima Howarda i Costinha pakujący piłkę do siatki. Jorge Costa, wówczas kapitan drużyny, po latach wspominał w rozmowie z BBC: „Kiedy Costinha strzelił gola, to oszalałem. Mourinho też oszalał, każdy z nas oszalał”.

A niedowierzający wszystkiemu Alex Ferguson na pomeczowej konferencji opowiadał: „W życiu przeżywasz różne wstrząsy, lecz ja na ten nie byłem przygotowany”. Z zafrasowaną miną odpowiadał także na pytania o bramkę Paula Scholesa w 45 minucie -  prawidłową, choć nieuznaną przez arbitra - ucinając krótko: „Taki jest futbol”.

Menadżer „Czerwonych Diabłów” po raz kolejny na własnej skórze odczuł jego nieprzewidywalność. Bo to była prawdziwa noc cudów – doskonałe otwarcie dla Machesteru, anulowany gol i przesądzające trafienie Portugalczyka. Swoje piękne chwile przeżywało wtedy również Deportivo La Coruña, które wyeliminowało finalistę poprzedniej edycji – Juventus Turyn. Ale dla nich cuda dopiero się zaczynały.

Irureta na pielgrzymce

Przed rewanżowym spotkaniem obiecywał w wywiadach, że jeśli Deportivo awansuje do dalszej rundy, to wybierze się w ponad 50-kilometrową pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Nikt, absolutnie nikt, nie spodziewał się, że Hiszpan obietnicy będzie musiał dotrzymać. Bo sytuacja była gorzej niż beznadziejna – przegrana 1-4 w Mediolanie, naprzeciwko obrońcy trofeum, z wypchaną po brzegi gwiazdami i legendami kadrą. Nic dziwnego więc, że bukmacherzy wyceniali szanse hiszpańskiej ekipy na 50 do 1. Nic dziwnego, gdyż takiej różnicy bramkowej nie udało się wówczas odrobić nikomu w tych elitarnych rozgrywkach od ładnych kilkunastu lat.

I nic dziwnego, że Irureta określił potem wygraną 4-0 mianem cudu. Jeżeli pojedynek pomiędzy Manchesterem United a FC Porto zapamiętamy głównie dzięki epizodom, to wieczór na El Riazor powinien nam utkwić w pamięci w całości. Deportivo rozegrało popisową partię, a przecież po drugiej stronie boiska biegali Maldini, Nesta, Stam, Cafu, Gattuso, Pirlo, Seedorf, Kaka, Szewczenko i Inzaghi.

Wstrząsające to mało powiedziane, gdyż niemożliwego dokonał zespół, który parę lat wcześniej gnił w drugiej lidze, a na tak wysokim szczeblu tego pucharu znalazł się raptem po raz trzeci w swych dziejach. Rozentuzjazmowany Irureta na pomeczowej konferencji nie stronił od superlatyw: „To sensacja. Dokonaliśmy cudu. To wspaniała noc dla klubu, historyczny moment. Jesteśmy bohaterami”.

Ćwierćfinały Ligi Mistrzów 2003/2004 miały jeszcze jednego hiszpańskiego bohatera. On jednak robiły rzeczy niebywałe na południu Francji, w drużynie, która Deportivo w fazie grupowej rozgromiła 8-3.

Morientes pogrąża Real

To tam Fernando zyskał nowe życie. Niechciany w Madrycie, gdzie Perez nie widział dla niego miejsca w swojej wielomilionowej i galaktycznej wizji klubu, w Monaco nabrał blasku i rozbłysnął na jedną z najjaśniejszych gwiazd tamtej edycji Champions League – z dziewięcioma trafieniami został jej królem strzelców - jaśniejszej niż cała ówczesna gwiazdorska zgraja Realu.

Sam zainteresowany w mediach podkreślał, że nie chodzi tutaj o zemstę, lecz „Królewskim” zaaplikował dwie kluczowe bramki. To były zresztą kuriozalne boje. Real kontrolował losy pojedynku przez większość czasu, po domowym zwycięstwie 4-2 i objęciu prowadzenia w Monaco w 36 minucie, awans powinien stać się formalnością. Tymczasem gol strzelony w doliczonej minucie pierwszej połowy dał francuskiemu zespołowi nadzieję, na fali której zdobyli dwie następne bramki i wydarli awans z rąk Zidana, Ronaldo, Figo i spółki.

Po spotkaniu Didier Deschamps znalazł się w niebie i z niego roztaczał piękne wizje, że niemożliwe nie istnieje i że można osiągnąć wszystko, jeśli tylko się tego wystarczająco pragnie. W piekle zaś znalazł się Carlos Queiroz, który na łamach dziennika „El Pais” stwierdził dosadnie: „W życiu są tylko dwa podobne do siebie miejsca – piekło oraz futbol”.

Na górze i na dole zawitał także pewien Włoch, jeden z większych antybohaterów tej pamiętnej wiosny. Później zjawił się jeszcze w czyśćcu Abramowicza, gdzie został osądzony przez mości panującego Rosjanina jako element zbyteczny w jego piłkarskiej układance.

Claudio fatalista

Do raju gracze Chelsea trafili, gdy wyeliminowali w ćwierćfinale Arsenal Londyn i po raz pierwszy dotarli do półfinału Ligi Mistrzów. Ale na ziemie szybko sprowadzili ich zawodnicy Monaco, a potem strącili wprost do piekielnych czeluści. Głównym winowajcą niepowodzenia londyńskiej ekipy okrzyknięto Claudio Ranieriego.

To jego osobliwe zmiany doprowadziły do totalnej katastrofy we Francji. Przy stanie 1-1 i grze w przewadze od 53 minuty Włoch tak bardzo zapragnął wygrać, że za prawego obrońcę, Mario Melchiota, wstawił dodatkowego napastnika, Jimmy’ego Floyda Hasselbainka, a później za pomocnika Scotta Parkera, wprowadził niedoświadczonego, centralnego defensora Roberta Hutha, któremu rozkazał występować w roli prawego obrońcy. I Ranieri uzyskał efekt inny od zamierzonego – zamiast wielkiego zwycięstwa, była wstydliwa porażka.

Gwoździem do trumny ówczesnego menadżera „The Blues” stał się rewanż, gdzie pozwolił odżyć rywalom mimo dwubramkowej przewagi. Na konferencjach Włoch zarzekał się, że chciał jak najlepiej, ale Abramowiczowi takie tłumaczenia nie wystarczyły. Człowiek, który z miejsca wyłożył na drużynę 170 milionów euro i ściągnął graczy pokroju Hernána Crespo, Claude’a Makelele czy Juana Sebastiana Veróna, oczekiwał jednego – triumfu w Lidze Mistrzów.

Najbogatsza w półfinałowym zestawieniu Chelsea uległa o wiele biedniejszemu Monaco. A Rosjanin poleciał do Portugalii negocjować kontrakt z Jose Mourinho. Portugalczyk w przedfinałowych wypowiedziach zaprzeczał, lecz wszyscy domyślali się, że jest po słowie z właścicielem angielskiego klubu. Co potem okazało się prawdą, gdyż kilka dni po finale z Londynu wyfrunął Ranieri, na wyspy z kolei leciał „The Special One”.

Wiosna cudów

To kolejny ewenement – do triumfu w Lidze Mistrzów prowadził trener, który w finałowym boju nie był już tak naprawdę trenerem swojej ekipy. Tej wiosny cudów, które zaczęły się od pewnej lutowej nocy, nic jednak nie było normalne. Wielcy, choć na ten jeden krótki moment zamarli, nie dzielili i rządzili w piłkarskiej Europie, stali się zupełnie bezradni.


Nie zdarzyło się to już nigdy później. Ani razu od sezonu 2003/2004 w finale Champions League nie zobaczyliśmy drużyny z Portugalii lub Francji, każdy następny finał to pojedynek zespołów z Anglii, Hiszpanii, Włoch oraz Niemiec. Czy nadchodząca wiosna przyniesie nam ożywczy powiew świeżości w postaci bezprecedensowych niespodzianek? Czy istnieje jakikolwiek cień szansy na powtórkę z rozrywki?