niedziela, 22 lutego 2015

Uciekinierzy z Doniecka

Grają z dala od wschodniej części Ukrainy, bo przegoniła ich stamtąd wojenna zawierucha. Ich wybudowany za 250 milionów dolarów stadion został dwukrotnie zbombardowany. Stoi teraz opustoszały i doszczętnie zniszczony, w żaden sposób nie przypomina już areny piłkarskiej. Zespół wygnany ze swojego domu nadal jednak występuje w Lidze Mistrzów.

Dawno temu w Doniecku

„Usłyszałem potężny wybuch. Mecz trwał przez kolejne 20-30 sekund, zanim sędzia zorientował się, co się wydarzyło i zdjął zawodników. Przestałem komentować i poszedłem zobaczyć, co się stało. Zauważyłem uciekającego reportera telewizyjnego. Zapytałem się go, co się dzieje. Odpowiedział tylko, żebym nie wchodził do loży vipów, bo to zbyt straszny widok. Dostrzegłem Ravila Saffiulina, brata żony Bragina. Razem weszliśmy do loży. Kawałki ciał leżały dosłownie wszędzie. Saffiulin zauważył odcięte ramię i zegarek na nadgarstku, który należał do Achata” – relacjonował ukraiński dziennikarz Mark Lewitsky w rozmowie z Jonathanem Wilsonem.

Rinat Achmetow tymczasem siedział w aucie, utknął w korku i nie zdążył dojechać na obiekt. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że właśnie zaczyna się jego era w Szachtarze, prawej ręki zmarłego w zamachu bombowym Oleksandra Bragina, ówczesnego prezydenta klubu. To on wprowadził Achmetowa w świat futbolu. Ten nigdy ponoć nie spojrzałby na mecz piłki nożnej, gdyby nie jego szef. Po śmierci Bragina w 1995 roku, do której doprowadziły mafijne porachunki, najpierw zapanował nad mrocznym imperium swojego przyjaciela - określanego mianem celebryty światka podziemnego, trzęsącego całym obwodem donieckim – a potem, rok później, przejął władzę w klubie.

O niejasnych interesach Achmetowa niewiele tak naprawdę wiadomo, lecz dawne losy Szachtara to poplątanie futbolowej rzeczywistości z tą gangsterską, która w piłkarskiej lidze stała się wszechobecna. Drużyny służyły za ostoję dla zbrodniarzy i pralnie brudnych pieniędzy – w siedzibie Tawriji Symferopol urzędowała banda „Baszmaki” odpowiedzialna za przeszło pięćdziesiąt morderstw, a jej prezydenta skazano za podpalenie i używanie nielegalnej broni.

Ówczesne realia to więc pomieszanie boiskowej walki z bitwą o terytorium i wpływy, spotkań, goli i punktów z łapówkami, stadionowych okrzyków i dopingu z wyrokami śmierci, zamachami oraz zabójstwami. Zdaniem lokalnych ludzi, którzy opowiadali dziennikarzom o tamtejszej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych - lat tworzenia wielkich biznesów i robienia nie zawsze legalnych pieniędzy - w Doniecku nie było wówczas skrawka ziemi, który nie spłynąłby krwią. Tak samo zresztą jak dzisiaj.

Dziewięć tytułów mistrzowskich, dziewięć krajowych pucharów, sześć superpucharów i pięć ostatnich sezonów niepodzielnej hegemonii w lidze dalej, realia zmieniły się na tyle, że zespół dojrzewający w mafijnym otoczeniu musiał opuścić Donieck, po prostu uciec z własnego królestwa. Niegdysiejszego wroga-gangstera – Bragin przecież kilkakrotnie i cudem unikał zamachów na swoje życie – zastąpił dużo gorszy. Taki, który pozbawił drużynę domu – zrujnowany ośrodek treningowy, biura przejęte przez uzbrojonych separatystów - i być może panowania w ukraińskim futbolu klubowym.

Raj utracony

Być może następnego mistrzostwa nie będzie. Szachtar zajmuje obecnie drugie miejsce w lidze ze stratą pięciu punktów do Dynama Kijów. Wojna wypędziła ich z własnego obiektu i teraz wszystkie mecze rozgrywają na wyjeździe. Czasami pomieszkują w hotelach w Kijowie, niekiedy trenują w tamtejszych siłowniach. Gracze narzekają, że taka sytuacja nie jest normalna, że męczące jest wsiadanie na pokład samolotu co trzeci dzień. Pojedynki „u siebie” grają na oddalonym o setki kilometrów od Doniecka stadionie we Lwowie. Na ich spotkania w tym sezonie przychodzi średnio nieco ponad osiem tysięcy widzów, niemal czterokrotnie mniej niż w poprzednim.

Fani Szachtara praktycznie nie jeżdżą na mecze swojego klubu, gdyż nie wiedzą, czy dotrą na nie i powrócą w jednym kawałku. Spotkać można na nich jedynie kibiców z ultrasowskiej grupy, tych najbardziej zatwardziałych, podążających za ukochaną ekipą bez względu na wszystko. Pociągi na wschodzie Ukrainy nie kursują, a podróż autobusem wiążę się z licznymi kontrolami. 21-letni student, Władysław, który był na derbach Doniecka rozgrywanych w Kijowie, mówił reporterowi „Washington Post”, że nie wie, w jaki sposób wróci do domu. „Może złapię okazję w postaci czołgu” – odpowiadał z przekąsem.

Patową sytuację dla zespołu, jego członków i sympatyków kreuje krwawy konflikt na wschodnich rubieżach kraju. Darijo Srna wyjaśniał żurnaliście z BBC, że każdego poranka włącza telewizor, aby usłyszeć wieści z frontu. Dmytro Czyhrynski z kolei stwierdził: „Kiedy ludzie umierają, to nie jest łatwe, by pracować dalej. Musimy zdać sobie sprawę, że nie ma ważniejszej rzeczy od ludzkiego życia”. 

Gdy w lipcu ubiegłego roku pięciu Brazylijczyków i jeden Argentyńczyk, przebywający wtedy na zgrupowaniu we Francji, odmówili wylotu na Ukrainę, to nie dlatego, że taki był ich kaprys, lecz dlatego, że niecałe 60 kilometrów od Doniecka zestrzelono malezyjski samolot, a kilkadziesiąt dalej trwały regularne walki. Lęk zadomowił się nie tylko w umysłach Ukraińców, zwykłych obywateli, ale także zajrzał prosto w oczy obcokrajowcom, gwiazdom tamtejszych ekip.

Bernarda – reprezentanta Brazylii, który pojechał na mundial - nie widziano wówczas w klubie przez trzy miesiące. Usilnie chciał z niego odejść w obawie o własne bezpieczeństwo. Do drużyny ostatecznie wrócił w połowie sierpnia, ale nie lada wyzwaniem dla Szachtara stało się zatrzymanie kluczowych zawodników. Okno transferowe, podczas którego nie odejdzie żaden z nich będzie sukcesem, każde okienko urasta więc do rangi „mission impossible”. 

Miasto wymarłe

„W tej chwili straciliśmy wszystko i tylko czas pokaże, czy będziemy w stanie się podźwignąć” – mówił w wywiadzie dla BBC Sport Siergiej Palkin, dyrektor generalny Szachtara. Donieck to obecnie miasto zbyt niebezpieczne dla klubów piłkarskich. Miasto duchów – sam obwód doniecki pochłonął przeszło dwa tysiące istnień, nikt nie wie, ilu uciekło – i ruina - zniszczeniu uległo około pięćdziesięciu ośrodków medycznych, prawie pięć tysięcy budynków, w tym setka szkół, wymaga natychmiastowej naprawy.

Straty szacuje się na półtora miliarda, nie ma tam bieżącej wody, gazu ani prądu. Szpitale nie otrzymują zaopatrzenia, brakuje lekarstw, sale operacyjne są puste, a lekarze, którzy pracują w strachu i pod presją nie do udźwignięcia, bezradni. Ranni bądź ci wykończeni nieustannym konfliktem dostają za małe porcje żywności, ponieważ tej po prostu brakuje. Od ponad pół roku nie otrzymują pensji. Nie ma pieniędzy, pracy, a przemysł upadł. Metropolia stoi na krawędzi klęski humanitarnej.

„Jedynie Bóg wie, ile czasu zajmie mentalny i materialny powrót z tego piekła. Ciężko uwierzyć, że dwa lata temu było tam Euro 2012, z tysiącami fanów chodzącymi po ulicach i noszącymi ukraińskie koszulki” – opowiadał na łamach „Washington Post” żurnalista sportowy z Mariupola, Alex Sereda. Dwa lata temu prawie milionowy Donieck tętnił życiem jak nigdy, miał swoje wielkie święto. Na ulicach można było spotkać sympatyków futbolu z niemal całej Europy. Teraz niemiecki reporter pisał na łamach „Der Spiegel”, że prędzej znajdziemy tam martwych ludzi.

Mandarynki

Publicyści „The Guardian” z kolei piszą, że pośród tych wszystkich potworności, jakie przynosi wojna i jakie nawiedziły metropolię, najgorsze dla miejscowych jest poczucie opuszczenia. „Gdzie są wszyscy? Gdzie dziennikarze? Gdzie jest międzynarodowa pomoc?” – pytają i dodają - „Ludzie umierają tutaj każdego dnia”. To najwidoczniej jeszcze jeden nic nieznaczący dramat w świecie pełnym takich dramatów.

Darijo Srna - jeden z nielicznych, który na własnej skórze odczuł piekło wojny i który wciąż nie traci nadziei, wspierając w akcjach humanitarnych potrzebujących - w wywiadzie dla magazynu „World Soccer” powiedział, że w dniu kiedy walki w Doniecku ustaną, gracze Szachtara polecą do swojego miasta i ucałują tamtejsze ulice.


Tytułowy bohater poruszającego filmu „Mandarynki”, który przyjął pod swój dach w Abchazji i zaopiekował się dwoma rannymi żołnierzami przeciwnych, walczących ze sobą zażarcie stron – Gruzina i Czeczeńca – dowiedziawszy się, że pierwszy z nich był aktorem, powiedział mu, że pewnego dnia pojedzie do Tbilisi, zobaczy jak gra i będzie go oklaskiwał wraz ze swoim dzisiejszym śmiertelnym wrogiem. Może któregoś pięknego i spokojnego dnia na odnowionej Donbass Arenie zgromadzeni kibice - zarówno Ukraińcy, jak i Rosjanie - będą oklaskiwać Srnę i jego przyjaciół. 

niedziela, 15 lutego 2015

Kraina lodu i futbolu

Grenlandia nie jest przyjemnym miejscem do życia. Ponad osiemdziesiąt procent kraju skuwa wieczny lód, a polarny klimat sprawia, że odechciewa się wszystkiego. Zimą, trwającą przez większą cześć roku, temperatura spada grubo poniżej zera. Jedyny w pełni ciepły miesiąc, kiedy niemal każdego dnia można zobaczyć kilka kresek na plusie, to czerwiec. W takich warunkach uprawianie futbolu wydaje się niemożliwe. Czyżby?

Tam, gdzie nie rośnie trawa

Na tej największej na świecie wyspie, o powierzchni siedmiokrotnie większej niż Polska, gdzie mieszka zaledwie tylu mniej więcej ludzi, co w Pruszkowie, istnieje 78 klubów, zrzeszających łącznie około czterech tysięcy graczy, z czego przeszło dwa tysiące poniżej osiemnastego roku życia. Pierwsza w ogóle drużyna powstała już w 1933 roku, ligę zorganizowano w 1958, a futbolowy związek powołano do życia w 1971.

Same rozgrywki ligowe to prawdziwy ewenement. Piłkę da się tam kopać raptem przez trzy miesiące. Kopać na piaszczystym czymś tylko z pozoru przypominającym boisko piłkarskie, bo trawa w Grenlandii nie rośnie, po prostu nie ma odpowiednich warunków, żeby mogła rosnąć naturalnie.

Napisać, że tamtejsza liga to prawdziwy ewenement, to zdecydowanie za mało. Wygląda to bowiem raczej na jakiś turniej regionalny, podczas którego współzawodniczą ze sobą zespoły z wiosek położonych najbliżej siebie. Dzieje się tak, gdyż w tym państwie nie ma w zasadzie dróg. Podróż z jednego końca wyspy na drugi jest praktycznie niewykonalna ze względu na koszt i czas. Toteż batalie „wewnątrz-wioskowe”, a niekiedy mieścin usytuowanych blisko siebie wyłaniają finalistów.

Dopiero wtedy można mówić o właściwej rywalizacji ligowej, trwającej zazwyczaj tydzień i organizowanej w jednym z miasteczek. Mimo tak wybitnie niesprzyjających okoliczności, sezony udaje się rozgrywać rokrocznie. W ostatnich siedmiu latach hegemonem, który sięgnął po tytuł mistrzowski pięciokrotnie, stał się klub o wdzięcznej nazwie B-67.

Niereprezentacyjna reprezentacja

Na tej ziemi, gdzie warunki są ledwo sprzyjające normalnej egzystencji, występuje sobie jeszcze reprezentacja. Niezrzeszona ani w FIFA, ani w żadnej innej federacji, nigdy nie biorąca udziału w kwalifikacjach do mundialu lub mistrzostw kontynentu, taka która ani razu nie zagrała choćby jednego oficjalnego meczu. Grywa sobie od czasu do czasu w nieuznawanych w świecie sparingach z Wyspami Owczymi czy Islandią. Okazjonalnie wystąpi przeciw równie egzotycznej ekipie jak Tybet.

Nie wie, co to poważne turnieje międzypaństwowe. Od 1989 roku walczy w osobliwym Island Games, osiągając największy sukces w 2013 roku, kiedy dotarła do finału i gdzie musiała uznać wyższość Bermudów. W 2006 roku poleciała do Cypru Północnego na rozgrywki zwane ELF Cup, równie wymyślne, co zespoły w nim uczestniczące. Wygrała z Gagauzją, autonomicznym regionem Mołdawii, 2-0, zremisowała z Zanzibarem 1-1 i przegrała z Kirgistanem 0-1. Udział w pierwszym i ostatnim takim turnieju zakończyła w fazie grupowej. W tym samym roku pojechała na rozgrywki państw niezrzeszonych przez FIFA i tam także nie zrobiła furory. Rywalizację skończyła na dwóch porażkach z Cyprem Północnym 0-1 oraz Zanzibarem 2-4.

To reprezentacja, która rzadko kiedy zwycięża – tylko 20 z 91 spotkań, z czego 64 przegrane – którą swego czasu prowadził sam Sepp Piontek i która ma poważne problemy, aby zorganizować treningi ze względu na koszty – przelot samolotem w jedną stronę waha się w granicach kilkuset funtów. To również futbolowa federacja, która niezmiennie od paru lat pragnie wstąpić w szeregi FIFA.

Tam, gdzie nie ma boisk

Zagraniczni gracze, jak niegdyś Robert Pirès, którzy sporadycznie odwiedzali wyspę i występowali tam w sparingach, za każdym razem podkreślali, że po gorszych boiskach nie biegali nigdy. W warunkach wiecznego lodu i srogich mrozów utrzymanie trawiastej murawy jest niemożliwe. Trudny klimat sprawia, że boiska są żwirowe i twarde. Każde kopnięcie bądź sprint wzbija tumany kurzu. Piłka na niezbyt równej nawierzchni ciągle płata figle. A wślizg lub upadek może być nieprzyjemny i groźny. Stąd zawodnicy zawsze biegają w getrach. Szatnie zaś wyglądają jak baraki zbite naprędce z desek. A za ławki dla kibiców służą najczęściej rozsiane w pobliżu klepisk skały.

Grenlandczycy mierzą się zatem z elementarnymi problemami – gdzie grać, z kim i czym, jak zapewnić transport? W autonomicznym regionie Danii dyskutuje się teraz nad tworzeniem sztucznych muraw oraz budowaniem wielkich hal na wzór Islandii, gdzie dałoby się grać przez okrągły rok. W 2009 roku w Qaqortoq oddano do użytku pierwsze boisko ze sztuczną nawierzchnią. W tym roku powstało pierwsze pełnowymiarowe. Jedyny stadion i funkcjonalna hala znajdują się w stolicy Nuuk.

To z powodu nierozwiązywalnych kłopotów komunikacyjnych – dróg jest tyle, co kot napłakał, raptem 15 kilometrów, wszystkie zaczynają się i kończą w stolicy – braku boisk oraz w pełni profesjonalnej drużyny narodowej, FIFA nie chce przyjąć Grenlandii w swe szeregi. Oni sami zaś twierdzą, że członkostwa nie chcą, pragną tylko pozwolenia na rozgrywanie oficjalnych meczów. Marzą, że któregoś dnia zawitają do nich ekipy pokroju Niemiec, Francji czy Hiszpanii, bo dla nich futbol to coś więcej niż zwykła gra.

Piłkarska gorączka w krainie zimy

To nie tylko sport narodowy, wszyscy tam mają bzika na punkcie tej dyscypliny. Regularnie kopie co dziesiąty mieszkaniec tego 56-tysięcznego państwa. Ludzie dla nieodpłatnych występów w reprezentacji rzucają pracę. Boiska, które boisk nie przypominają, istnieją w każdej wiosce, nawet tej położonej daleko w głąb koła podbiegunowego, i zawsze zajmują centralne miejsce. To swoiste centrum rozrywki Grenlandczyków. Na te piaszczyste klepiska patrzą z szacunkiem, są one otoczone swego rodzaju kultem.

Spotkania najpopularniejszej tam Premier League oglądają dziesiątkami, przez długie zimowe wieczory nie odrywają oczu od telewizorów. Dziennikarze odwiedzający kraj wspominają, że z kim by nie porozmawiali, to po pięciu minutach rozmowa dotyczy już wyłącznie piłki. Przyjezdnych Polaków potrafią się zapytać o Zbigniewa Bońka i Grzegorza Latę. Noszą koszulki ulubionych klubów, cieszą się, kiedy ich ulubieńcy zwyciężają i nie kryją się z tym na ulicach. W stolicy można ponoć usłyszeć radosne okrzyki i klaksony samochodowe, gdy ich faworyci wygrywają tytuł.

Pomimo ciężkich warunków klimatycznych - sezon można rozgrywać od końca moja do połowy września - starają się uganiać za futbolówką o każdej porze roku, zarówno w te letnie, jak i mroźne dni. Nieistotne staje się wówczas to, czy pole do gry całe jest zaśnieżone lub oblodzone, mawiają bowiem, że wystarczy trochę cieplejszych ubrań i pomarańczowa piłka. W mieście Nuussuaq, na północy wyspy, grają nawet w zimową odmianę tej dziedziny sportu – organizują turniej na lodzie morskim.

Za garść piłkarskich chwil

Futbol jest tam wszystkim: płomienną pasją, wielką frajdą, zwykłą codziennością, odtrutką na nieprzyjazną rzeczywistość i ponurą zimową aurę. Dla piłkarza-amatora, parającego się na co dzień czymś zupełnie innym, podróż do oddalonej o setki kilometrów wioski, zaledwie dla paru piłkarskich chwil, może trwać tydzień w jedną stronę. Może być trudna i niebezpieczna. Nie brakowało przypadków, że zawodnicy nie wracali do swoich domów.

Tak jak to miało miejsce w sierpniu 2004 roku, gdy podczas drogi powrotnej ze spotkania zniknęło trzech graczy. Dosłownie zapadło się pod wszechobecny lód, jakikolwiek słuch o nich zaginął, a ciągnące się tygodniami poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów. Ich ciała odkryto dopiero niecały rok później. Zbłądzili, a ich łódź utknęła na jednej z mniejszych, niezamieszkanych wysp. Na niej zbudowali prowizoryczne schronienie z dryfującego w pobliżu drewna i ułożyli napis SOS. Zmarli z głodu albo przez mordercze mrozy. A wszystko z powodu niewinnego meczu, w Grenlandii tylko i aż meczu.


W tej krainie lodu i futbolu nawet dawne legendy przesiąknięte są tą dyscypliną. Jedna z nich mówi, że kiedy na bezchmurnym niebie zobaczysz zorzę polarną, to znak, że swój pojedynek toczą duchy, które jako piłki używają czaszki morsa. A zorze występują tam przez okrągły rok.

piątek, 6 lutego 2015

Złamana kariera Salvadora Cabañasa

O godzinie piątej nad ranem w klubie nocnym „Bar Bar” rozległ się strzał. Salvador Cabañas leżał we krwi. Czy gdyby reprezentant i lider Paragwaju wiedział, że na sześć miesięcy przed mundialem zostanie postrzelony, unikałby lokalu niczym ognia? Czy gdyby wiedział, że ta feralna noc na zawsze odmieni jego życie, nie wdałby się w wyglądającą początkowo na niewinną sprzeczkę?

„Pomyśl ostatnie życzenie, ponieważ za chwilę umrzesz” – powiedział i przystawił piłkarzowi pistolet do głowy. Cabañas stwierdził, że nie zamierza zginąć, a jemu w dodatku trzęsą się ręce. Napastnik odpowiedział, że wcale tak nie jest i rzucił: „Wyobrażasz sobie różne rzeczy, bo zaraz umrzesz”. Paragwajczyk zdążył tylko odrzec – „Na co czekasz” – gdy padł strzał.

Piętno śmierci

„Cały czas żałuję, że poszedłem do tamtego klubu” – mówił kilka lat później w wywiadzie dla BBC Sport. W rozmowach z dziennikarzami wracał wielokrotnie do wydarzeń, które można by wziąć za sceny rodem z jakiegoś filmu gangsterskiego, a nie za zwykłą rzeczywistość.

Pięć lat temu, 25 stycznia 2010 roku, Cabañas przebywał wraz z żoną w znanym w mieście Meksyk lokalu „Bar Bar”. Odwiedzali go słynni ludzie – gwiazdy kina, telewizji i estrady. Tym razem jednak pojawił się w nim handlarz narkotyków Jose Jorge Balderas, zwany „JJ”. Zaglądał tam od dawna. Tego wieczoru siedział przy stoliku obok ofiary. Kamery zarejestrowały, a pracownicy zauważyli, jak przyjechał do baru swoim czarnym Dodgem wraz z eskortującymi go srebrnym Seatem i beżowym Nissanem. Zaobserwowano również, jak Balderas wchodzi do toalety tuż za paragwajskim zawodnikiem, a po paru minutach wychodzi z niej w pośpiechu i odjeżdża.

Powody, dla których chciał zastrzelić Bogu ducha winnego gracza, nie są do końca jasne. Cabañas relacjonował potem, że od samego początku wrogo do niego nastawiony mężczyzna wytykał mu, że okrada Meksykanów i uważa się za nie wiadomo kogo, że trzymał wymierzoną w niego broń przez blisko dziesięć minut. Mający powiązania z najgroźniejszymi meksykańskimi gangami przestępca, został aresztowany następnego roku.

Gwiazdor Club América tymczasem do szpitala jechał w stanie krytycznym, zawieszony gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Utrzymywał, że rozmawiał z samym Bogiem. Kiedy dojechali, był już świadomy. Nic nie pamiętał i pytał wciąż, gdzie się znalazł, dlaczego go tutaj przywieźli i co się z nim stało. 

Z kulą w głowie

„Doznał tak ciężkiego urazu, że większość by go nie przeżyła” – miał potem powiedzieć agencji informacyjnej AFP jeden z medyków, Augustin Cassacia. Lekarze przeprowadzili niezwykle skomplikowaną operację. Musieli najpierw wycięli część czaszki, aby zmniejszyć ciśnienie spowodowane obrzękiem mózgu, a następnie wyjąć kulę.

„Nie wyciągnęliśmy pocisku z głowy pacjenta, gdyż znajduje się on w miejscu, z którego wydobycie mogłoby wyrządzić znaczne szkody. Zatrzymaliśmy krwawienie i usunęliśmy skrzepy. Stan Salvadora Cabañasa jest ciężki, lecz stabilny” – objaśniał mediom doktor Francesco Martinez, nadzorujący cały zabieg. Po czym dodał: „Piłkarz cierpi na niebezpieczny uraz głowy. Nie możemy zagwarantować, że jego życie nie jest zagrożone. Pozostaje świadomy, ma natomiast problemy z sercem, które staramy się ustabilizować”.

Neurochirurg Carlos Codas, uczestniczący w operacji, orzekł wkrótce, że to prawdziwy cud. Cud, że po tym co się wydarzyło, jeszcze żyje. Przeżył nieprawdopodobnym zrządzeniem losu, bo zabrakło dosłownie milimetrów i pocisk naruszyłby istotne obszary mózgu. Nie daliby rady wtedy go odratować.

Paragwajczyk jednak, z kulą w głowie, przetrwał, ale już nigdy miał nie wrócić do wyczynowego uprawiania sportu. Rokowania były gorsze niż ponure. Lekarze powtarzali ciągle, że ich celem było utrzymanie pacjenta przy życiu. Czekała go ponadto trudna, mozolna, prawdopodobnie ciągnąca się latami rehabilitacja, która mogła nie przynieść żadnych rezultatów.

Wyścig z czasem

Kiedy leżał w szpitalu, opowiadał przyjaciołom z Club América, którzy go odwiedzali, że musi zdążyć na obóz przygotowawczy i sparing Paragwaju przed mundialem. Rodrigo Iñigo mówił wówczas: „Byłem smutny. Cabañas nie zdawał sobie sprawy z tego, jak poważna jest jego kontuzja”.

Ten jednak robił błyskawiczne postępy. Zaskakiwał wszystkich, gdy po tygodniu od zdarzenia potrafił wysławiać się w miarę normalnie. Kilkanaście dni później mógł chodzić, jeździć na rowerze i wykonywać pierwsze ćwiczenia. Został przeniesiony z oddziału intensywnej terapii do centrum neurorehabilitacji. Po cichu wciąż marzył o zwykłych treningach, obsesją stał się wyjazd z kadrą na mistrzostwa do RPA.

Tymczasem po kolejnych parunastu tygodniach jego forma ciągle była daleka od ideału. „On wie, że nazywa się Salvador Cabañas. Wie, że jest piłkarzem i ma dwóch synów. Choć rozpoznaje rodziców i nazywa ich po imieniu, to w dalszym ciągu pozostaje zdezorientowany. Nie umie wyjaśnić, co się z nim dokładnie stało. Nie potrafi zapamiętać, co robił wczoraj lub jadł na śniadanie. Jego neurologiczny powrót do pełnej sprawności może potrwać rok, dwa, a nawet trzy lata” – lekarze nie pozostawiali mu złudzeń, tłumacząc prasie, że zawodnik cierpi na niepokojące zaniki pamięci.

Niecałe cztery miesiące po zabiegu zaczął kopać futbolówkę w argentyńskiej klinice w Buenos Aires. Poczynił gigantyczne postępy, lecz umiejętności motoryczne nadal wymagały poprawy: „Naprawdę widać ogromny progres. Na przykład - teraz jest w stanie podać na lewo i prawo, a w początkowej fazie ćwiczeń okazywało się to dla niego zbyt trudne” – zauważał wtedy i podkreślał doktor Lisandro Olmos. Aż przyszedł cios – dla Cabañasa zabrakło miejsca w kadrze na turniej w Afryce.

Niezłomny

Nie załamał się, nie zaczął rozczulać nad swoją sytuacją i użalać na perfidny los. Nieustannie trenował. Ćwiczył z paragwajskim mistrzem Libertad i reprezentacją. Nagroda przyszła 14 kwietnia 2012 roku, dwa lata, dwa miesiące i dwadzieścia dni po tym straszliwym wypadku. Piłkarskie zmartwychwstanie – w końcu wybiegł na murawę w oficjalnym spotkaniu. Z kulą w głowie, na przekór wszystkim i wszystkiemu, wrócił.

Pierwsze kroki na boisku i sprint, walka o piłkę, pierwsze przyjęcie, podanie i strzał, każdy cenny oddech, jedno uderzenia serca za drugim, błogie uczucie zmęczenia – to wszystko musiało być dla niego na wagę złota. Podczas wywiadu z BBC Sport mówił wówczas: „Biorąc pod uwagę to, co się ze mną stało i mój powrót? Przecież nikt sobie tego nie wyobrażał”.

Zdobył nagłówki lokalnych gazet, media zachwycały się jego drogą wprost z objęć śmierci na boisko. Artykuły wypełniały słowa uderzające w optymistyczne i motywujące tony. Jednemu z miejscowych dzienników wyjaśniał: „Jestem piłkarzem. Muszę więc grać w piłkę. Na pewno nie rozważałem rezygnacji z futbolu, ponieważ to moja praca. Zawsze myślałem o powrocie i nie przestałem w to wierzyć”. Kiedy został postrzelony, lekarze uznali, że nie założy ponownie klubowej koszulki: „Powiedzieli mi, że to po prostu niemożliwe. Odpowiedziałem, że się mylą. Stwierdziłem, że wrócę. Nigdy w siebie nie zwątpiłem”.

Wszyscy rozpływali się nad historią Paragwajczyka, nad jego niezłomnością i hartem ducha, ale w tej urzekającej opowieści nie zabrakło bardziej przyziemnych, zwyczajnie smutnych faktów. „Prawdę powiedziawszy jest tutaj z przyczyn ludzkich, a nie piłkarskich. Chcemy, aby stale się rozwijał i poprawiał, ale nie jest już tym Salvdorem, co wcześniej. Zaczynając z nami treningi ledwo mógł poruszać lewą ręką i nogą, tracił również orientację na murawie” – opowiadał w rozmowie z reporterem BBC Rolando Chilavert, trener Cabañasa w ekipie 12 de Octubre.

(Bez) przebaczenia

Powrót okazał się trudniejszy niż myślał. Gracz, który zajrzał śmierci prosto w oczy, zaliczył tylko niewiele warte epizody w nic nieznaczących zespołach z zapomnianych przez Boga mieścin. We wspomnianym trzecioligowcu z rodzinnego miasta – 12 de Octubre – zagrał w zaledwie czternastu niepełnych spotkaniach. Potem znalazł się w drugoligowym General Caballero, tam nie zaliczył żadnej minuty, i powtórnie w Octubre. Znowu nie wystąpił choćby w jednym meczu. Rzecznik prasowy klubu mówił wtedy przed kamerami, że Salvador był zupełnie bez formy fizycznej, że postanowili go wykluczyć z rozgrywek, pozwolili natomiast brać mu udział w treningach.

Niegdyś król strzelców ligi chilijskiej i meksykańskiej, dwukrotny król strzelców Copa Libertadores, najlepszy gracz Paragwaju i Ameryki Południowej w 2007 roku, najskuteczniejszy strzelec reprezentacji w eliminacjach do mundialu w RPA, który lada chwila miał posmakować gry w Premier League, kilka wiosen później pałętał się po najbardziej zapchlonych futbolowych dziurach.

Dalsza kariera stanęła pod dużym znakiem zapytania, a Cabañas otrzymywał ciosy zewsząd. Żona, kiedy jeszcze leżał półprzytomny na łóżku szpitalnym, wytoczyła mu proces rozwodowy. Były agent położył łapę na kontach bankowych. Sam z sarkazmem na ustach komentował, że nawet jego prawnik przeszedł do drużyny przeciwnika.

W ciągu paru lat stracił wszystko: zawodową karierę, żonę, dzieci - nie widuje ich, nie może ich odwiedzać - pieniądze i dom. Club América nie wypłacił mu obiecanego odszkodowania, nawet ludzie, ci którzy dawniej podawali mu rękę, o nim zapomnieli. Pozostała tylko kula w głowie. Niczym przekleństwo jednej nocy, która zmieniła całe jego życie. Hiszpańskiemu dziennikowi „Marca” powiedział jednak: „Wybaczyłem osobie, która mnie postrzeliła”.

Złamany

Dziennikarze, którzy w ostatnim czasie z nim dyskutowali, pisali o niesamowitej aurze optymizmu jaką roztacza, o zrelaksowanej postawie i uśmiechu na twarzy. Zdaniem żurnalisty „Reutersa” tylko jego oczy skrywają smutek, jakiś wewnętrzny żal po tym co miał kiedyś i co nastąpiło później.

Cabañas w styczniu 2014 roku ogłosił koniec przygody z piłką. Wrócił wiosną tego samego roku i podpisał trzymiesięczny kontrakt z brazylijskim czwartoligowcem z Sao Paolo. Nie wystąpił w żadnym spotkaniu. Ponownie zawiesił buty na kołku. W czerwcu pragnął spróbować jeszcze raz – z Independiente Caballero - lecz pod koniec sierpnia zrezygnował ostatecznie. Stwierdził, że nie jest w stanie utrzymać rytmu meczowego, odkąd cztery lata temu uległ wypadkowi.


Dziś pracuje wraz z rodzicami. Wiąże koniec z końcem wstając każdego dnia o czwartej rano i rozwożąc chleb. O futbolu nie chce już słyszeć. Mecze ogląda jedynie w telewizji.

sobota, 31 stycznia 2015

Czerwony diabeł

Widownia raczej nie przepada za bohaterami jednowymiarowymi, czystymi niczym łza, bez żadnej skazy. Tłum uwielbia za to postaci wielowymiarowe, w których jest jednocześnie coś dobrego i złego. Charakternych, buntowniczych, zawsze idących pod prąd i mających coś do powiedzenia. W jednej chwili potrafiących szczerze zachwycić, a w następnej brutalnie sprowadzić na ziemię. Takich, jakim był Eric Cantona.

„Widzę, że świat staje się jednolity. Każdy musi być taki sam. Lubię ludzi, którzy są inni”

Cała jego kariera to gra, w zasadzie zabawa z widzem. Roy Keane opowiadał, że kiedy Cantona wybiegał na Old Trafford, to tak jakby należał tylko do niego. Mecze sprowadzał do teatru jednego aktora. Wychodził na boisko i robił show. Z charakterystycznie postawionym kołnierzykiem uwodził zgromadzonych sympatyków spektakularnymi golami, nieprzeciętnymi asystami albo dryblingami i wykreowanymi akcjami noszącymi często znamiona geniuszu.

Było w nim coś z prawdziwego artysty, niezliczoną ilość spotkań wzniósł na poziom niezapomnianych spektaklów. Nawet w sposobie w jaki celebrował zdobywanie bramek, było w nim coś z gwiazdora ekranu – wystarczy wspomnieć trafienie z Sunderlandem w ostatnim jego sezonie, kiedy obracał się wokół trybun z rozłożonymi rękoma, pokazując że to on tworzy to przedstawienie. A trybuny skandowały „Ohh! Ahh! Cantona!”.

To tylko jedna z odegranych przez niego scen. Grał swoją sztukę również wtedy, gdy kopał i wyzywał rywali oraz arbitrów, kiedy sprowokowany zaatakował kibica w trakcie pojedynku z Crystal Palace, czy podczas konferencji, gdy mówił o kutrze rybackim, mewach i sardynkach, a cała Anglia przez kolejne miesiące roztrząsała słowa zawodnika, doszukując się sensu w czymś, co sensu nie miało. Trzeba podkreślić, że w tym futbolowym fenomenie siedziała bestia, nieraz poskromiona, nieraz wolna i niepohamowana, niczym doktor Jekyll poza boiskiem i pan Hyde na murawie.

„Kiedy mewy podążają za kutrem rybackim, robią to dlatego, ponieważ myślą, że sardynki zostaną wyrzucone do morza”

O dwóch twarzach Cantony wspominała prasa. Z jednej strony nieznającego dobrze języka, cichego i spokojnego obcokrajowca, z drugiej pyskatego rzezimieszka, co to nie uznaje żadnych reguł i jest ponad nimi. Ferguson odrzucał prośby dziennikarzy o wywiad z gwiazdorem Manchesteru, odpowiadając z nutką frustracji: „Mam szczęście, jeśli odezwie się do mnie”. W tej wypowiedzi niezmiernie łatwo jednak dostrzec ziarno drugiego, znacznie bliższego prawdy, znaczenia. Szkot zakazywał Francuzowi rozmów z mediami z obawy, że ten coś chlapnie niepotrzebnie i zrobi się z tego afera.

Sir Alex nie próbował utemperować butnego zawodnika, po prostu się z nim dogadywał. Wiedział, że na murawie jest zdolny do wszystkiego, że może go zaskoczyć pozytywnie – dając drużynie błyskotliwość i kreatywność – albo negatywnie – pakując się w kłótnie z sędzią bądź przeciwnikiem, ewentualnie zwyczajnie go kopiąc i otrzymując upomnienie. „Król Eryk”, jak nazwali go fani w Manchesterze, pokazywał, jak niewiele dzieli geniusza od szaleńca.

Cantona był dopiero czwartym wyborem menedżera „Czerwonych Diabłów”, który jesienią 1992 poszukiwał napastnika. Na Wyspy przylatywał z łatką gracza nietuzinkowego, aczkolwiek trudnego w prowadzeniu, nieugiętego, porywczego buntownika, chadzającego wyłącznie własnymi ścieżkami. Wybuchowy charakter i czupurność nie pomagały Francuzowi w karierze. Zanim przybył do ojczyzny futbolu kluby zmieniał sześciokrotnie, w żadnym - nie biorąc pod uwagę jego pierwszego zespołu Auxerre - nie wytrzymał dłużej niż sezon.

„Kto boi się rzucić kostką, nigdy nie wyrzuci szóstki”

Potrafił okładać pięściami kolegów z drużyny lub rzucać w nich korkami, kiedy ci krytykowali jego występy bądź sobie z niego żartowali. Umiał w trakcie meczu charytatywnego wykopać piłkę w tłum kibiców, rozerwać własną koszulkę i cisnąć nią o ziemię na znak dezaprobaty, wynikającej z decyzji trenera o ściągnięciu go z boiska. Potrafił przed kamerami złajać ówczesnego selekcjonera, Henri Michela, za to, że ten nie powołał go do reprezentacji na sparing z Czechosłowacją, mówiąc o nim, że jest najbardziej niekompetentnym szkoleniowcem jakiego zna, wartym tyle, co „worek gówna”.

Zmieniał kluby niczym rękawiczki i gdziekolwiek wylądował, po kilku tygodniach mieli go dość. W Montpellier połowa zespołu głosowała za wyrzuceniem go z ekipy. Nie znosił arbitrów, co jak tłumaczył reporterowi ESPN, zaczęło się za młodu, gdy sędzia obrabował jego i przyjaciół w trakcie finału młodzieżowych mistrzostw kraju. Później umiał rzucić w jednego z nich piłką. A komisji dyscyplinarnej, każdemu z jej członków, powiedzieć prosto w twarz, że jest idiotą. Zawieszono go wówczas na trzy miesiące, a Cantona ogłosił zakończenie kariery. Wypoczywał na plaży, malował, słuchał muzyki, grał z synkiem. Do powrotu namówił go Michel Platini - który uważał się za jedynego rozumiejącego Erica w pełni - oraz jego psychoanalityk, doradzający mu wyjazd za granicę.
Jako zawodnik dojrzał dopiero w Manchesterze. Wcześniej nie chcieli go w Sheffield United oraz Liverpoolu, a w Leeds spędził jeden, mistrzowski sezon. Odchodził skłócony z menedżerem Howardem Wilkinsonem. Twierdził, że preferuje futbol przestarzały. Dopiero na Old Trafford rozwinął skrzydła. Trafił do nowocześnie, szybko i ofensywnie grającej ekipy. Dostał swobodę na boisku i mógł czarować widzów.

„Nie gram przeciwko określonej drużynie. Gram przeciwko idei przegrywania”

I oczarował wszystkich. „Czerwonym Diabłom” dał pierwszy od 1967 roku tytuł mistrzowski. W następnych sezonach dorzucił kolejne trzy oraz dwa Puchary Anglii i trzy Tarcze Dobroczynności. Stał się pierwszym obcokrajowcem, który otrzymał nagrodę dla gracza roku ligi angielskiej. To w głównej mierze dzięki niemu Manchester United rozpoczął lata dominacji, zaczął erę jednego z najbogatszych, najpotężniejszych i najbardziej medialnych klubów na planecie. A Cantona przerodził się w pierwszą ikoną tego odrodzonego klubu. Tego wszystkiego dokonał człowiek kupiony za nieco ponad milion funtów.

Skrzydła, które mu tak urosły w „Teatrze Marzeń”, zyskały jednak również drugą, inną i nieco mniej pożądaną formę diabelskich. Dwuznaczna natura Francuza dawała ponownie o sobie znać. Mógł być natchnionym geniuszem, prowadzącym swój zespół do kolejnych trofeów - dziś umieszczanym przez fanów na samym szczycie panteonu jego największych dotychczasowych gwiazd - ale czasami zstępował na ziemię. Wówczas zmieniał się w ordynarnego oprycha.

Obrażał i znieważał sędziów oraz rywali, odgrażał się i oddawał kopniakami w zamian za szturchnięcia. Opluł sympatyka Leeds United. W spotkaniu FA Cup ze Swindon w 1994 roku walcząc o piłkę, nadepną na żebra leżącego już przeciwnika, za co wyleciał z murawy i został wykluczony na trzy mecze. Parę dni później dostał czerwoną kartkę w pojedynku z Arsenalem. Jego karę rozszerzono do pięciu gier.

„Nie uderzyłem go wystarczająco mocno. Powinienem uderzyć go mocniej”

Wszelkie granice przekroczył, atakując kibica ciosem rodem z kung-fu podczas pamiętnego wieczoru na Selhurst Park. Znalazł się w samym centrum burzy, prasa nazywała go „francuskim bękartem”, stał się czymś w rodzaju wroga publicznego numer jeden. Nic sobie z tego jednak nie robił. Gdy skazano go na dwa tygodnie odsiadki – potem karę zmieniono na 120 godzin prac społecznych – rozdawał z uśmiechem na twarzy autografy, a siedząc już w celi w towarzystwie swojego agenta, wcinał żarcie z McDonaldsa.

Niewspółmiernie z jego nieokiełznanym łobuzerstwem szła inteligencja oraz wszechstronność. Jakbyśmy znowu otrzymali zafałszowany obraz Francuza, który najzwyczajniej w świecie robił nas w konia. Z jednej strony wybryki i skandale ciągnęły się za nim nieustannie, z drugiej szatnia stawała się powoli za mała.

Fascynowała go poezja, zaczytywał się w dziełach filozoficznych, malował w stylu ekspresjonistycznym, słuchał muzyki anarchistycznych trubadurów, pisał teksty do piosenek, w czasie wolnym jeździł na polowania na ptaki lub występował w pokazach mody. Coraz mniej miejsca było dla samej piłki.

„Przestałem grać, ponieważ zrobiłem tyle, ile mogłem. Potrzebowałem czegoś, co fascynowałoby mnie, tak jak fascynował mnie niegdyś futbol”

Kilka lat po zakończeniu kariery piłkarskiej pytany przez dziennikarkę „The Guardian” Amelię Gentleman o to, czy ogląda jeszcze mecze, odpowiadał: „Nie. Lubię zostać w domu i tworzyć kino w mojej głowie”. Z kolei na pytanie o to, jak spędza wolny czas, opowiadał: „Próbuję różnych form, by wyrazić siebie. Umarłbym bez tego. Szukam abstrakcyjnych sposobów wyrażania rzeczywistości”. O zainteresowaniu filozofią mówił: „Czytałem dużo Sokratesa na trzeciej stronie The Sun”.

„Teatr Marzeń” porzucił na rzecz szklanego ekranu i desek teatralnych. Boiskową batalię z rywalem zastąpił, jak stwierdził, na walkę z samym sobą, której doświadcza na scenie. Wyjaśniał, że potrzebował zmian, że było to dla niego swego rodzaju wybawieniem.  Ucieczką przed alkoholem i narkotykami, przed rzeczami, które dręczą jego rówieśników w pierwszych chwilach na piłkarskiej emeryturze. „Jeśli masz tylko jedną pasję w życiu – futbol – i oddajesz się jej z wykluczeniem wszystkiego innego, to staje się to bardzo niebezpieczne. Kiedy przestajesz grać, to tak jakbyś umierał. Śmierć tej aktywności, jest śmiercią samego siebie” – wykładał na łamach „The Guardian”.  

Mógł jedynie żałować, że nie wytrwał dwóch lat dłużej. Jego kariera przypomina bowiem urwany w pewnym momencie film, bez dalszego ciągu, bez zakończenia i puenty. Jego wspaniała kariera budzi niedosyt, bo nie została należycie ukoronowana. Równy rok po tym, jak zawiesił buty na kołku, reprezentacja sięga po mistrzostwo świata, a dwa wiosny dalej Ferguson i jego podopieczni zdobywają upragniony puchar Ligi Mistrzów. Dwa najważniejsze trofea dla każdego gracza byłyby na wyciągnięcie jego ręki, gdyby sprawy potoczyły się trochę inaczej.

„Nie jestem człowiekiem, jestem Cantona”

Sam Cantona niczego nie żałuje, żadnej decyzji, której podjął w swoim życiu. Tłumaczy, że patrzenie wstecz nie ma sensu, że należy spoglądać do przodu. Francuz oddał się więc w wir nowych pasji i wrażeń. Występował w filmach, debiutował w teatrze, grał w piłkę na plaży, fotografował, został dyrektorem sportowym New York Cosmos, nakręcił dokument pod tytułem „Futbol oraz imigracja – sto lat wspólnej historii”.


Zajął się polityką. Chciał kandydować na prezydenta i wzywał do społecznej rewolucji. Nawoływał, żeby ludzie wyciągali pieniądze z banków, bo w ten sposób najłatwiej obalić system. W międzyczasie został oskarżony o napaść i aresztowany. I nadal powtarza, że jego wielkim marzeniem jest poprowadzenie któregoś dnia „Czerwonych Diabłów”. Choć Francuz profesjonalne kopanie piłki porzucił prawie dwie dekady temu i od tego czasu niewiele uwagi poświęcał futbolowi, to nadal trzyma (czerwonego) diabła za skórą.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Palestyńska wojna (futbolowa)

Młodzi chłopcy, wszyscy poniżej 15 roku życia, uganiali się za piłką na plaży w Strefie Gazy, gdy pierwszy pocisk uderzył. Zaczęli uciekać. Drugie uderzenie zabiło czterech z nich. 9-latek, dwóch 10-latków i 11-latek należeli do rodziny Bakr. Miesiąc później przyjaciele i najbliżsi na tej samej plaży zorganizowali symboliczny mecz. Bo futbol w Palestynie to coś więcej niż sprawa życia i śmierci.

To był pierwszy tak poważny turniej Palestyny, odkąd dołączyli w 1998 roku do szeregów FIFA. Przegrali wszystkie trzy pojedynki w fazie grupowej, zdobyli raptem jedną bramkę, ale mogą się uważać za największych zwycięzców tegorocznego Pucharu Azji. To piłkarska opowieść, w której nie o samo wygrywanie chodzi.

Nie jesteśmy terrorystami

To walka w duchu uczciwej sportowej rywalizacji o wyższe cele – o suwerenność, rozpoznawalność w świecie i własną tożsamość narodową. „To dla nas bardzo ważne, nawet jeśli nie zmieni to naszej sytuacji. Pokazuje bowiem, że na świecie – przynajmniej w Azji – rozpoznaje się Palestynę” – o udziale swojej ojczyzny w azjatyckich mistrzostwach opowiadał na łamach „The Guardian” Ibrahim Alyan, student.

Połowa planety nie uznaje jej niepodległości, druga połowa jeszcze się nie zdecydowała. ONZ traktuje ją jako państwo-obserwatora, przyznając niepodległość wyłącznie w strukturach swojej organizacji. Część akceptuje jedynie Palestyńskie Władze Państwowe, a nie państwo palestyńskie. Futbol ma tam zatem znacznie szerszy wymiar. Bo miejscowi podkreślają, że nie ma u nich piłki bez polityki oraz polityki bez piłki. To wielowymiarowa, nierozerwalna całość, to nie tylko spotkania, punkty, gole, to również życie i sytuacja kraju.

Nadim Barghouti, obrońca, w 2011 roku mówił: „Ludzie znają Palestynę dzięki reprezentacji. To najlepszy sposób, by udowodnić reszcie świata, że jesteśmy ludźmi. Nie jesteśmy terrorystami. Niegdyś wszyscy myśleli, że Palestyńczycy rzucają kamieniami. Uważam graczy za żołnierzy bez broni. Gramy o naszą wolność ”.

Reprezentacja pod okupacją

Jest na tym łez padole taka kraina, gdzie zawodnicy drużyny narodowej trenują oddzielnie, niby w tym samym państwie, lecz nie widują się na co dzień, spotykają się i ćwiczą razem najczęściej dopiero przed turniejami jak ten na Malediwach czy Puchar Azji w Australii. Jest taki rejon, gdzie piłkarze oraz trenerzy każdego dnia muszą mierzyć się z problemami niewyobrażalnymi dla reszty świata.

Treningi są nader często odwoływane, gdyż graczy przetrzymuje się przez wiele godzin w punktach kontrolnych. Dostanie się z przybrzeżnej, niezależnej Stefy Gazy do śródlądowego, nadzorowanego przez Izrael Zachodniego Brzegu stało się niemal niemożliwe. Selekcjoner, Ahmed al-Hassan zwierzał się wywiadzie dla „Washington Post”: „Nie potrafię zebrać ich w jednym miejscu. Ci ze Strefy Gazy nie docierają do Zachodniego Brzegu i na odwrót. Mam podopiecznych w innych ligach, którzy nie mogą tutaj się zjawić”.

„Jesteśmy jedynym zespołem na Ziemi, który gra, będąc pod okupacją” – żalił się Abdelhamid Abuhabib. Zawodników nie wypuszcza się bowiem poza tereny kraju, pod byle pretekstem odmawia się im wiz i podróży zagranicznych. Palestyna nie posiada choćby jednego lotniska, toteż zdani są oni na łaskę lub niełaskę sąsiednich państw.

W czerwcu 2004 roku jechała do Uzbekistanu jako lider grupy eliminacyjnej do mistrzostw w Niemczech. Kilka dni przed meczem pozwolenia na wyjazd nie otrzymało jednak paru kluczowych futbolistów. Ledwo udało się im uzbierać jedenastkę, dlatego reprezentacja przegrała gładko 0-3. W 2007 została wykluczona z kwalifikacji do mundialu w RPA, ponieważ nie pozwolono jej wyjechać na spotkanie z Singapurem. W 2008 zawodnicy nie mogli udać się na turniej do Indii, który wyłonił uczestnika Pucharu Azji. Na mecz eliminacyjny do Igrzysk Olimpijskich w Londynie z Tajlandią rozgrywany na Zachodnim Wybrzeżu nie przybyło ośmiu kadrowiczów ze Strefy Gazy, czyli połowa podstawowego składu. A ówczesny szkoleniowiec, Mokhtar Tilili, na stadion dojechał dopiero na dzień przed spotkaniem.

Piłkarze-terroryści

Kiedy te metody nie skutkują, piłkarzy z niewiadomych przyczyn zatrzymuje się na granicy izraelskiej, czasami katuje, okalecza albo po prostu morduje.
Mahmoud Sarsak, członek drużyny olimpijskiej, miał być gwiazdą Palestyny. Dzisiaj prowadzi budkę z żywnością w Londynie, gdzie sprzedaje falafele. W 2009 został aresztowany oraz skazany na trzyletnią odsiadkę bez postawienia zarzutów i procesu. Podejrzewano, że był powiązanym z islamską organizacją bojownikiem, który niegdyś podłożył bombę, raniąc wojskowego. Później podejrzenia okazały się bezpodstawne.

W więzieniu był bity i torturowany. Przez dziewięćdziesiąt dni głodował. Uwolniono go, gdy stracił połowę swojej wagi, a w jego sprawie interweniowali Sepp Blatter oraz Michel Platini. Z aresztu wyszedł jako kaleka. O ponownej grze w piłkę nie ma mowy.

Uprawiać futbolu nie będą już nigdy również dwaj podobno uzdolnieni juniorzy. W ubiegłym roku izraelscy żołnierze kilkakrotnie postrzelili ich w nogi oraz ręce, strzelali bez ostrzeżenia. Jednego z młodzieńców uderzyli w głowę kolbą karabinu, złamali nogę i zranili w obie stopy. Drugi otrzymał paręnaście kulek w ręce oraz kolana. Oprawcy znęcając się nad nimi, cały czas ponoć sobie żartowali i zanosili się śmiechem. Stwierdzili potem, że dwóch młodych mężczyzn niosło ze sobą ładunek wybuchowy.

Sześć lat temu podczas operacji „Płynny Ołów” wymierzonej w członków Hamasu zginęło trzech graczy. Wcześniej we własnym mieszkaniu, w który trafił pocisk, zmarła legenda palestyńskiego futbolu Ahed Zaqout. W 2004 roku oddziały izraelskie zamordowały utalentowanego pomocnika  Tariqa al Quoto.

Pogorzelisko

Kiedy Palestyna wygrywając turniej w Malediwach, zapewniła sobie udział w Pucharze Azji, kraj szalał ze szczęścia. Dwa miesiące później konflikt izraelsko-palestyński rozgorzał na nowo. Pochłonął ponad dwa tysiące istnień, w tym 26 sportowców.

Występując w Palestynie nie chodzi tylko o strzelanie goli, ale także o przetrwanie. Tam śmierć może dosięgnąć każdego, nawet dzieci uganiające się za piłką na plaży. Palestyńczycy zmagają się zatem z problemami gdzie zagrać, z kim i czym, czy będzie bezpiecznie, czy wrócą do domów w jednym kawałku. Życie graczy wygląda tak, jakby na szali postawić wolność i radość, którą czerpią z samej gry oraz śmierć od kuli bądź pod gruzami. Szala często przechyla się to w jedną, to w drugą stronę, rzadko kiedy panuje równowaga i spokój.

Bombardowania i ataki rakietowe są na porządku dziennym. Z tego powodu reprezentacja swoje mecze rozgrywa najczęściej poza granicami państwa. Na wyremontowanym w 2008 roku stadionie narodowym w Al-Ram odbyły się zaledwie dwa spotkania. Arenę w Strefie Gazy zbombardowano w 2006 roku i do tej pory na środku boiska zieje gigantyczny krater. Były plany, żeby obiekt odbudować, lecz w 2012 został ponownie ostrzelany.

Wróg u bram

W Palestynie wszyscy wiedzą, kto stoi za atakami. Tamtejsze władze wystosowały nawet prośbę do FIFA – na razie bezskuteczną - by ta przyjrzała się naruszeniom, jakich dopuszcza się ich sąsiad. Ich zdaniem Izrael nie chce reprezentacji i piłki nożnej w tym kraju, tak jak nie chce odrodzonej Palestyny. A Izrael z kolei utrzymuje, że tamtejsi zawodnicy używają futbolu tylko jako przykrywki, bo w rzeczywistości wspierają każdy akt agresji wymierzony w niego.

Wojna izraelsko-palestyńska ma zatem jeszcze jeden wymiar - ten piłkarski. Mówi się, że to Żydzi stoją za śmiercią Aheda Zaqouta. Tak samo zresztą, jak za wtrąceniem do więzienia Mahmouda Sarsaka, ponieważ bali się, że stanie się on sportowym bohaterem. Inne raporty donoszą podobno o procederze niszczenia palestyńskich klubów, wstrzymywania przyjazdu drużyn zmierzających do Palestyny oraz niewypuszczania poza granice na ważne spotkania kluczowych zawodników.

Palestyńczycy wszędzie dookoła poszukują wrogów, ale sami sobie również nie ułatwiają sytuacji. Na turniej do Australii nie poleciał Sameh Mar’aba, gdyż został zatrzymany na osiem miesięcy za pomaganie Hamasowi. Zeznał, że w Katarze przyjął dużą sumę pieniędzy, telefon komórkowy oraz wiadomości, które miał przekazać potem aktywistom organizacji w mieście Qualqilya na Zachodnim Brzegu.

Palestyna podzielona jest ponadto między dwie frakcje polityczne – wspomniany Hamas rządzący w Strefie Gazy oraz Fatah urzędujący na Zachodnim Wybrzeżu. Dwie oddzielne części tego samego maciupeńkiego państwa posiadają niezależne od siebie rozgrywki, innych piłkarzy, odmiennych trenerów, sędziów i zarząd.


Zapętleni w piekielnej rzeczywistości nieustannych, krwawych konfliktów, zamachów bombowych, porwań i zabójstw, występują jedynie wtedy, kiedy w powietrzu nie fruwają rakiety, w czasie wolnym od wojen – pełnych sezonów w ligach istniejących od końca lat siedemdziesiątych rozegrano nie więcej niż kilkanaście - gdy uda się zebrać zespół i wyjechać za granicę na mecz. To ekipa doświadczona piętnem potwornej realności jak żadna inna, przed którą ciągle piętrzą się przeszkody, a przeciwnościom losu nie ma końca. W tej przerażającej historii rodem z jakiegoś horroru, pojawiło się jednak parę piękniejszych chwil. Udział w Pucharze Azji pokazał, że w tym niemającym sensu pokazie przemocy, niezależnie od racji jednych i drugich, choć raz wygrał futbol.

niedziela, 18 stycznia 2015

Witajcie w piekle

Wirus Ebola w trzech afrykańskich państwach spowodował śmierć przeszło ośmiu tysięcy osób. Przyczynił się także do odebrania Maroku organizacji Pucharu Nardów Afryki, które chciało turniej przełożyć na następny rok. Mistrzostwa kontynentu przeniesiono jednak do miejsca, gdzie zginęło ponad sto tysięcy ludzi, a jedna trzecia mieszkańców uciekła i gdzie dokonywano publicznych egzekucji na stadionie piłkarskim przy akompaniamencie muzyki.

Stany Zjednoczone futbolu

Gwinea Równikowa miała stać się Katarem Czarnego Lądu. To jedno z najmniejszych państewek w Afryce - jego populacja przekracza nieznacznie 700 tysięcy, a powierzchnia to niespełna 30 tysięcy metrów kwadratowych – miało stać się krainą mlekiem i miodem płynącą, kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych odkryto tam potężne złoża ropy naftowej. Gwinea Równikowa przypomina tymczasem kraj bogactwa nielicznych i nędzy większości. Rozwarstwienie finansowe jest tak duże, że w regionie, gdzie średnia dochodów na rok wynosi 36 tysięcy dolarów na głowę – najwyższa na kontynencie - 75 procent mieszkańców żyje w skrajnej biedzie, za mniej niż dolara dziennie.

Elity stać natomiast dosłownie na wszystko. Prezydent, Teodoro Obiang Nguema Mbasogo, zafundował sobie trzynaście rezydencji, które zmieściłyby nawet 50 tysięcy ludzi. W stolicy, Malabo, z okazji przewodniczenia Unii Afrykańskiej, wybudował kompleks biur i sal konferencyjnych za 600 milionów dolarów, a każdy z przyjezdnych do własnej dyspozycji otrzymał osobny apartament z basenem. Na amerykańskich kontach rodzina prezydencka zgromadziła 700 milionów dolarów. Jego syn Teodorin, wiceprezydent oraz minister rolnictwa i leśnictwa, w Kalifornii w okolicy, w której mieszka m. in. Mel Gibson, posiada luksusową willę wycenianą na 35 milionów dolarów. Oprócz tego dzieła sztuki warte 18 milionów, kilkadziesiąt samochodów takich marek jak Ferrari, Porsche, Maserati, Bugatti, Bentley, Aston Martin czy Rolls-Royce oraz jacht kosztujący pół miliarda.    

Wraz ze wznoszeniem pałaców oraz życia z coraz większą rozrzutnością i w obrzydliwym wręcz luksusie, ruszyło fundowanie futbolu oraz budowanie drużyny piłkarskiej, którą stawiano z równie przesadnym przepychem.

Do ligi wpompowano półtora miliona dolarów. Aby stworzyć konkurencyjną reprezentację naturalizowano na prawo i lewo zawodników. Za przyjęcie obywatelstwa oferowano 200 tysięcy dolarów, a za rozegrany mecz kolejne dziesięć tysięcy. Za zwycięstwo w sparingu z Hiszpanią proponowano 7 milionów premii. Za wygraną w otwierającym Puchar Narodów Afryki w 2012 roku mecz z Libią gracze mieli dostać milion euro do podziału, a dodatkowe 20 tysięcy dolarów za każdego strzelonego gola.

W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że Gwinea Równikowa graniczy z samą Brazylią. Ściągali stamtąd futbolistów w takich ilościach, w jakich pozostałe kraje importują kawę. Kiedy grali w kwalifikacjach do PNA 2013 z Demokratyczną Republiką Kongo, wystawili w podstawowej jedenastce dziewięciu Brazylijczyków. Trener przeciwników, Claude Le Roy, stwierdził potem, że Gwinea zachowuje się tak, jakby była Stanami Zjednoczonymi futbolu.

To dzięki Brazylijkom damska drużyna narodowa dwukrotnie zdobyła mistrzostwo kontynentu. Męska ekipa o porównywalnych sukcesach na razie może pomarzyć. Występowała jedynie jako gospodarz w Pucharze Narodów Afryki sprzed dwóch lat. W jej pierwszej jedenastce nie wybiegł żaden rodowity Gwinejczyk, w kadrze łącznie znalazło się 12 naturalizowanych zawodników, a dowodził nią również obcokrajowiec - Francuz Henri Michel.

Pan życia i śmierci

Dzisiaj reprezentacją kieruje Argentyńczyk Esteban Becker, człowiek, który żeński zespół doprowadził do triumfu w kobiecym Pucharze Narodów Afryki w 2012 roku. Szkoleniowcem drużyny narodowej został na trzy tygodnie przed turniejem, zastąpił zwolnionego Hiszpana Andoniego Goikoetxeę. W krainie, gdzie jedyna władza pochodzi od głowy państwa, to on sam decyduje nawet o tak prozaicznych rzeczach, jak wybór selekcjonera.

Teodoro Obiang Mbasogo jest jednym z najdłużej panujących prezydentów na globie. Zawsze zajmuje zaszczytne miejsca w rankingach klasyfikujących największych tyranów na kuli ziemskiej. Choć wciąż mu daleko pod względem okrucieństwa i bezwzględności do wuja, Francisko Maciasa Nguema, od którego przejął władzę. Despoty, który zarządzał państwem w latach siedemdziesiątych. Jego tyrania stała się tak krwawa, że jedna trzecia mieszkańców uciekła z kraju. Mówi się o setkach tysięcy zgładzonych. Ludzi kazał rozstrzeliwać publicznie na plażach lub stadionie piłkarskim, czasami przy akompaniamencie muzyki. Gdy postępująca paranoja przyczyniła się do tego, że zaczął eliminować członków rodziny, został pozbawiony urzędu i zabity.

Miał go zastąpić nowy, lepszy prezydent, ale również i to okazało się pobożnym życzeniem. Teodoro Obiang Mbasogo rządzi żelazną ręką, niewzruszony na opozycję polityczną – opozycjonistów zgniata niczym nic niewarte paprochy, torturuje, porywa, morduje – terror i korupcja to jego drugie imiona, a malwersacje, wymuszenia oraz sprzeniewierzenia są na porządku dziennym.

A jego panowanie zdaje się nieograniczone. Lokalne radio w 2003 roku oznajmiło, że prezydent znajduje się w stałym kontakcie z Wszechmocnym, że jest niczym Bóg w niebie, że dzierży władzę nad wszystkimi ludźmi, bogactwami oraz rzeczami w kraju – Państwo to ja - mówił. Może decydować o życiu i śmierci każdego i nie pójdzie za swoje uczynki do piekła, ponieważ to sam Stwórca przez niego przemawia i daje mu siłę. W wyborach prezydenckich w 2009 roku otrzymał 96% poparcia. Niektórzy głosowali z niemal do głowy przystawionymi karabinami, jeszcze inni oddawali głosy za całe wioski.

Władza ma monopol na telewizję i informacje. W regionie nie ma wolnych stacji telewizyjnych, a oprócz tej we władaniu państwa, istnieje jedna prywatna, którą posiada najstarszy syn prezydenta. Niezależna prasa jeśli istnieje, to znajduje się w opłakanym stanie finansowym i wydaje się ją sporadycznie. Pozostałe należą do sojuszników rządu i stosują cenzurę. Decydenci starają się także kontrolować stacje i lokalne witryny internetowe. Na czas wyborów zablokowano Facebook i portale antyrządowe. Do dzisiaj dostęp do nich jest ograniczony. Minister nauki i edukacji ostrzegał w wywiadzie dla miejscowej rozgłośni, że jakikolwiek przejaw krytyki będzie traktowany jak akt terroryzmu. Przyjezdni reporterzy są stale obserwowani. Turyści nie mogą korzystać z map albo robić zdjęć bez zezwolenia, kamery są rekwirowane zaraz po przylocie.

Pod uciskiem takiej dyktatury ciężko zwracać uwagę na absurdy rządzące tamtejszym futbolem. A tam piłkarska niedorzeczność goni piłkarską niedorzeczność. W kadrze narodowej niewielu zawodników łączą jakiekolwiek więzi z Gwineą Równikową. Urodzeni w zupełnie innych zakątkach planety, jak chociażby Brazylia czy Hiszpania, bez szans na grę w reprezentacjach, przybywają do tego środkowoafrykańskiego kraju i występują potem dla niego w meczach międzypaństwowych. Do tej pory naturalizowano tam 38 Brazylijczyków, 23 Kameruńczyków, 10 Kolumbijczyków, 5 Nigeryjczyków, 4 Senegalczyków i Burkińczyków, 3 Ghańczyków oraz Iworyjczyków, 2 Hiszpanów i po jednym graczu z Mali, Liberii oraz Kongo.

Żeby utrudnić proces rozpoznania, ilu zawodnikom wręczono paszporty, wraz z obywatelstwem otrzymują oni nazwiska pasujące do miejscowych. W sierpniu ubiegłego roku Gwinea Równikowa została jednak wyrzucona z eliminacji do mistrzostw Czarnego Lądu za umieszczenie w składzie gracz, który nie miał prawa zagrać. Rok wcześniej w podobny sposób oddała walkowerem dwa mecze. Najwyraźniej panuje tam taki miszmasz, bo obywatelstwa wręcza się hurtowo, że sami w tym wszystkim się pogubili. I teraz ta sama rozdająca na prawo i lewo paszporty Gwinea, ukarana i wykluczona z udziału w kwalifikacjach, dostała turniej do organizacji.  

Tajemnica poliszynela

Skład Gwinei Równikowej zazwyczaj przypomina zupę, w której wymieszano składniki pochodzące ze wszystkich stron świata. Moglibyśmy w niej odnaleźć Kolumbijczyków, Hiszpanów, Kameruńczyków, Senegalczyków, Ghańczyków, Iworyjczyków, Nigeryjczyków czy Liberyjczyków. W obecnej 23-osobowej kadrze znalazło się 14 piłkarzy, którzy urodzili się w Hiszpanii. W tym czterech reprezentujących tamtejsze młodzieżówki bądź drużyny rezerw.

To będzie turniej absurdów nie tylko ze względu na zespół Beckera. Raptem dwa stadiony w Gwinei spełniają wymogi, by zorganizować rozgrywki takiej rangi. Na pozostałych, które będą gościć uczestników, brakowało miejsc siedzących, reflektorów i odpowiednich boisk. To na nie niedawno przywieziono z Europy nową murawę.

W dwóch z czterech wyznaczonych na organizatorów miast jest problem z zakwaterowaniem, ponieważ posiadają one po jednym hotelu. Nic to dziwnego w państwie - jednym z najbardziej skorumpowanych na świecie – gdzie, co piąte dziecko umiera nie doczekawszy piątych urodzin, średnia długość życia wynosi 51 lat, prądu i bieżącej wody nie posiada ponad połowa populacji i mają zaledwie 700 kilometrów dróg.


W kraju, gdzie – co trzeba podkreślić – roczny dochód opiewa na trzy miliardy. Oczywiście należy to do jednych z tajemnic państwowych. Tajemnicą jest również to, dlaczego na gospodarza Pucharu Narodów Afryki wybrano krainę, która przyjezdnych mogłaby witać szyldem – „Witajcie w piekle”.