czwartek, 21 sierpnia 2014

Aby piłkarski Kazachstan rósł w siłę

Gdy Arno Pijpers mówił szefom futbolowej federacji Kazachstanu, że to po prostu niewykonalne, by wywalczyć awans na mundial w RPA, będąc w grupie z Anglią, Chorwacją i Ukrainą, ci zupełnie nie pojmowali, co też ten holenderski trener pragnie im przekazać. W ich mniemaniu reprezentacja, który plasowała się wówczas na 137 pozycji w rankingu FIFA, nie tyle zasługiwała na grę na mistrzostwach, co wręcz powinna na nie jechać. Może więc z Kazachstanem jest rzeczywiście tak jak w hymnie z „Borata” – to najwspanialsze państwo na świecie. 

„Oni chcieli dostać się na mundial. U nich wszystko zmienia się niesamowicie szybko i myśleli, że to możliwe” – opowiadał Pijpers reporterowi BBC Sport. „Kiedy powiedziałem im, że to nierealne, nie słuchali mnie w ogóle” – dodawał. Wkrótce potem został zwolniony.

Kraina marzycieli

Nawet jeśli znajdowali się w rankingu za Singapurem albo Burundi, a obecnie zajmują w nim 131 miejsce i tylko raz, na krótką chwilę, wdrapali się do pierwszej setki, to wciąż nie przestawali marzyć o mistrzostwach. Nie tylko zresztą marzyć, co wymagać awansu od kolejnych szkoleniowców. Wspomniany Pijpers twierdził, że jego przełożonych interesował wyłącznie natychmiastowy sukces, domagali się go, jak to ujął, w „półtora dnia”.

Nieustanne porównania do drużyny rosyjskiej i innego Holendra, wtedy prowadzącego Rosję Guusa Hiddinka, potrafiły z pewnością męczyć, ale taką zastał rzeczywistość w tym egzotycznym dla Europejczyka kraju. Kraju istniejącego od nieco ponad dwóch dekad, od przeszło dziesięciu lat będącego w szeregach UEFA, w świecie znanego chyba jedynie z fikcyjnej, odgrywanej przez Sachę Barona Cohena postaci, a w światku piłkarskim nieznanego kompletnie.

Nigdy nie otarł się o wielki futbolowy turniej, zazwyczaj lądował na dnie tabeli, punktując wyłącznie z dostarczycielami punktów typu Andora czy Wyspy Owcze. Jeden jedyny raz uciułał dziesięć oczek i wychynął poza dwa ostatnie miejsca w grupie – za czasów Pijpersa, którego tak chętnie pożegnano. Nigdy nie doczekał się klubu w Lidze Mistrzów, lecz to nie przeszkadza ludziom z tamtejszego związku oczekiwać niemożliwego.

Bo w ich oczach sprawy mają się zgoła odmiennie. Nie znoszą, kiedy wypomina im się mizerię ich piłki, pragną osiągnięć na miarę kolarskiej drużyny Astana Pro Team, swego czasu wśród najsilniejszych na globie, w której jeździł sam Alberto Contador. „W Kazachstanie życie  rozkwita błyskawicznie. Posiadają ropę oraz gaz i daje im to olbrzymie zyski. Problemem jest jednak to, że oczekują, iż w ciągu dekady staną się drugą Anglią, również tą piłkarską” – mówił Pijpers w wywiadzie z BBC Sport. To, co udało im się w kolarstwie, w futbolu dotychczas nie miało prawa się udać.

Azjatycki tygrys

Państwo napędzane ropą i gazem, które według wskaźnika PKB rozwija się zdecydowanie szybciej niż Rosja, z futurystycznie wyglądającą stolicą, w trakcie najbliższych lat chce stać się największym eksporterem ropy naftowej na kuli ziemskiej. Tam pieniądze nie są więc żadnym kłopotem, lecz w futbolu do tej pory bieda u nich aż piszczała. Wielkie ambicje zupełnie nie szły w parze ze środkami finansowymi. Ten bogaty kraj w piłce nożnej przez lata był zwyczajnym nędzarzem.

W 2009 roku zbankrutowały i zostały wycofane z pierwszej ligi trzy kluby. Dług FC Kairat, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów, sięgał półtora miliona dolarów. Bankructwo ogłosiła również FC Alma-Ata, ale później połączyła się ze sponsorowanym wówczas przez spółkę kolejową Temir Zholy FC Megasport i utworzyli obecną FC Astanę.

Zresztą do dzisiaj w regionie, gdzie nie brakuje ludzi opływających w petrodolary, tylko jedna drużyna ma zamożnego właściciela – wspomniane, jeszcze niedawno chylące się ku upadkowi FC Kairat. Pozostałe działają dzięki państwowym dotacjom i wsparciu lokalnych urzędników. Choć z drugiej strony miejscowi dziennikarze twierdzą, iż budżety klubów w wysokości od 5 do 20 milionów dolarów stoją na przyzwoitym, jak na zachodnio-azjatyckie warunki, poziomie. Problemami są raczej brak planowania i jakiejkolwiek wizji.

Publicysta serwisu sportinfo.kz Genyi Tulegenov żali się: „Wszystko idzie na bieżące wydatki. Zespoły nie inwestują w przyszłość, nawet grosza nie przeznaczają na sektor juniorski. Tym sportem kieruje krótkowzroczna banda”. Marketing sportowy dla tamtejszych ekip nadal jest czymś kompletnie obcym, a współpraca z lokalną telewizją nie układa się - eufemistycznie piszą - najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że żadna stacja nie pokazała na żywo meczu otwarcia FC Kairat z poprzedniego sezonu.

Pierwszą ligę kazachstańską nazywają Premier League, lecz z Premier League nie ma ona nic wspólnego. Jej piłkarski poziom wedle zagranicznych żurnalistów, którzy odwiedzili stadiony i zobaczyli kilka spotkań, jest bardzo przeciętny, a frekwencja na obiektach jeszcze gorsza, rzadko kiedy zapełniają się one choćby w połowie. Areny pozostawiają dużo do życzenia i dochodzi na nich do takich sytuacji, jak totalnie zalane boiska. W ogóle w całym, ogromnym Kazachstanie jest raptem jeden nowoczesny, wybudowany w 2009 roku za 185 milionów dolarów stadion - w stolicy, w Astanie. Niemal wszystkie mecze w europejskich pucharach rozgrywane są właśnie na nim, gdyż oprócz niego wyłącznie obiekt w Aktobe spełnia wymogi UEFA.

Ostatni król Szkocji

Swoje trzy grosze na temat kazachstańskich aren i muraw dorzucił Stuart Duff, jedyny zawodnik z Wysp, który miał możliwość zagrać w tamtejszej lidze. „Niektóre boiska są tam w naprawdę opłakanym stanie. Zdziwiła mnie również wyjątkowo niska frekwencja na trybunach” – opowiadał w wywiadzie dla „The Scottish Times”.

Do dalekiego Kazachstanu zawędrował z Malty, a wcześniej występował w Dundee United, Aberdeen, Inverness i młodzieżówce Szkocji do lat 21. Ale dopiero w tym odległym państwie mógł poczuć się niczym prawdziwy król - pierwszy raz w życiu mieszkał na stałe w luksusowym hotelu, a potem dostał wcale nie gorszy apartament. Dwa sezony reprezentował barwy FC Kairat. W tym czasie zdążył wyrobić sobie zdanie o kazachstańskim futbolu na tyle, że stwierdził nawet, iż drużyny typu Kairat, Aktobe czy Szachtior Karaganda z powodzeniem występowałyby w pierwszej lidze szkockiej i napsułyby sporo krwi Celtikowi.

Nie spotkania dostarczyły mu jednak największych wrażeń, a pewna kolacja z Kairatem Boranbayevem, prezydentem zespołu, dla którego grał. „Jadłem posiłek z szefem klubu, kiedy przynieśli ugotowaną głowę owcy. Odcięli jej uszy i dali dwóm najbardziej doświadczonym graczom, siedzącym naprzeciwko mnie. Chcieli mnie poczęstować, lecz odmówiłem. Najważniejsze części dawali najbardziej poważanym zawodnikom w ekipie. Pozostałe dzielono wedle tego, czego ktoś potrzebuje. Na przykład, kawałki języka podarowano osobom, które uczyły się miejscowego języka, a oczy wręczano tym, którzy nosili okulary, dzięki czemu miał poprawić się ich wzrok” – mówił na łamach „The Scottish Times”.

To wtedy mógł się poczuć niczym obcy w zupełnie obcym kraju, ale te i inne niecodzienne praktyki nie są mieszkańcom tej krainy nieznane. Przed meczem z Celtikiem kibice i władze Szachtiora Karagandy zarżnęli owcę na boisku pobliskim stadionowi w Astana. To ponoć powszechny rytuał w krajach muzułmańskich, który ma przynieść szczęście.

Legii podróż w nieznane?

Nie wiemy, czy do podobnych rytuałów ucieknie się Aktobe przed spotkaniem z Legią. Wciąż możemy za to powiedzieć, że warszawski zespół leci do państwa w gruncie rzeczy anonimowego. Bo to ciągle piłkarski trzeci świat, o którego istnieniu przypominamy sobie tylko wtedy, gdy polska reprezentacja ma się mierzyć z tamtejszą albo polski klub walczy w pucharach z tamtejszym. Ale trzeba także powiedzieć, że nie jest to już futbolowy kraj, który można z łatwością zlekceważyć.

To bogate państwo dopiero teraz budzi się z długiego piłkarskiego snu. Arno Pijpers wielokrotnie i bez skutku przekonywał swoich zwierzchników do zainwestowania solidnej sumy pieniędzy w sektor młodzieżowy. Zmienia się to właściwie teraz.


Nowy program rozwoju futbolu oparty na modelu niemieckim i przez stronę niemiecką nadzorowany, przynosi już pierwsze korzyści. W trakcie roku liczba dzieciaków uganiających się za piłką wzrosła o 40 procent, posiadają już 13 ośrodków szkoleniowych, a każda pierwszoligowa ekipa musi mieć własną bazę treningową i juniorską akademię. Może więc lada moment prześmiewcze słowa z tytułu filmowej produkcji o Boracie staną się prorocze i piłkarski Kazachstan urośnie w siłę.  

czwartek, 14 sierpnia 2014

Dobry, zły i brzydki

Jeszcze dwa tygodnie temu ich kadra liczyła zaledwie ośmiu graczy i nie było tam ani jednego bramkarza. Nieco wcześniej pozbyli się 27 zawodników. Musieli odwołać zaplanowane na lipiec tournée po Hiszpanii, gdyż nie potrafili uzbierać składu. W dwóch przedsezonowych meczach z Penrith oraz Burnley podstawową jedenastkę uzupełniali testowani piłkarze. Nad tym chaosem próbuje zapanować José Riga, siódmy w ciągu ostatnich dwóch lat szkoleniowiec Blackpool, lecz fani swój zespół już pogrzebali.

Gdyby postać grana przez Clinta Eastwooda w pamiętnym spaghetti westernie „Dobry, zły i brzydki” dostała kulkę w początkowych scenach, widz byłby w szoku i nie mógłby dojść do siebie do samego końca. Tak wyglądałaby nowa wersja filmu Sergio Leone, jeśli kręcić by ją w angielskim Blackpool. W nim niepodzielnie rządzą czarne charaktery, a ten „dobry”  jest już martwy dla klubu od dawna. Kibice natomiast wciąż nie potrafią wyjść z szoku, bo ich ukochana drużyna wywinęła się spod piłkarskiego stryczka, choć na dobrą sprawę również powinna być martwa.

Pewnego razu w Blackpool

Perspektywa w futbolu zmienia się diametralnie i błyskawicznie. Jeszcze w listopadzie ubiegłego roku „The Seasiders” pod wodzą Paula Ince’a znajdowali się w pierwszej szóstce ligi. I mogło się wydawać, że ponownie powalczą o awans. Nic bardziej mylnego. 17 kolejnych meczów bez zwycięstwa i doszło do zupełnego odwrócenia ról – pretendenci do gry w Premier League nagle i niespodziewanie stali się kandydatami do spadku do League One. Teraz perspektywa dla jej sympatyków zmieniła się znowu.

Na miano cudu zasługuje bowiem to, że w ogóle wybiegli na boisko w Nottingham w inaugurującym sezon spotkaniu. Na murawie cudów jednak nie było. Ekipa ulepiona w niecałe dwa tygodnie przegrać musiała – w trakcie 12 dni sprowadzili 12 zawodników, a golkipera na cztery dni przed pierwszym pojedynkiem. Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie, że Blackpool utrzyma się w Football League Championship.

To przekonanie umocniła nie tylko wstydliwa środowa porażka z czwartoligowym Shrewsbury Town w pierwszej rundzie Capital One Cup, ale także to wszystko, co tam się działo tego lata. A działy się rzeczy, jakie w angielskich klubach nie mają po prostu miejsca. Kiedy José Riga przybył do zespołu, zastał w nim raptem ośmiu piłkarzy. Dopiero pod koniec lipca zatrudnili dodatkowych trzech, w tym m. in. Tomasza Cywkę, i tak kadra liczyła 11 graczy. Szkoleniowiec nie mógł korzystać ponadto z drużyny młodzieżowej, gdyż tę rozwiązano.

Prowadził więc coś, co miało przypominać futbolowy zespół na czymś, co miało przypominać ośrodek treningowy. Przez Iana Hollowaya – trenera, który kilka lat temu wprowadził „The Seasiders” do Premier League – ochrzczony mianem „dziury w piekle”, jest uznawany za najgorszy w całej Anglii. Wystarczy wspomnieć, że zawodnicy zimą nie chcą podobno używać tamtejszych pryszniców, ponieważ temperatura w łazienkach jest bliska tej na zewnątrz, aby mieć ogólne jego wyobrażenie. To wciąż ten sam ośrodek, na którym przed sześcioma dekadami ćwiczył Stanley Matthews. Nie zmieniło się ponoć nic. I w tej „dziurze” zgotowali sobie prawdziwe piekiełko.

Płonące siodła

Valeri Belokon, czyli „dobry” według kibiców, inwestuje w drużynę od 2006 roku, to wtedy wykupił 20% jej udziałów. To on stał za sprowadzeniem Iana Hollowaya na stanowisko menedżera i Charliego Adama z Glasgow Rangers za 600 tysięcy euro. Odkąd przyszedł, klub piął się systematycznie w górę – w cztery sezony z League One do Premier League. Dzisiaj rozgoryczony i nie tak już aktywnie wspierający zespół, prowadzi wojnę z Karlem i Owenem Oystonem, których moglibyśmy nazwać „złym” i „brzydkim”, czarnymi charakterami wyjętymi wprost z filmowych produkcji.

I nawet jeśli otrzymalibyśmy obsadę stworzoną do westernu Sergio Leone, to do tego, co wydarzyło się w Blackpool, bardziej pasowałaby stylistyka rodem z parodii Mela Brooksa. Wojna piłkarska ogarnęła tam teraz wszystko i wszystkich – od sympatyków, przez działaczy, na właścicielach kończąc. A ci nie odzywają się do siebie, wysyłają sobie listy i obrzucają się oskarżeniami.

Łotysz w oficjalnym piśmie, którego kopię przekazał prasie, m. in. dziennikowi „The Daily Mirror”, zarzucił, że Anglicy wyprowadzili z klubu 35 milionów funtów. Chciał ponadto, żeby ostatnią transzę pieniędzy – 9 milionów otrzymywane jeszcze po spadku z Premier League - przeznaczyć na wzmocnienia i renowację stadionu oraz bazy treningowej. W odpowiedzi usłyszał, w notce zamieszczonej na klubowej stronie internetowej, że to on wyciągał z klubu duże sumy gotówki, a Karl Oyston i jego rodzina niczemu nie jest winna. Ale lokalne kluby kibica poparły Belokona, a Oystonów uznali za wrogów numer jeden.

Szefowie wrogowie

„To bardzo niepokojące. Za każdym razem, gdy pomyślę sobie, że nie może być gorzej, jest jeszcze gorzej. Przebyliśmy drogę od drużyny, która osiągała jakieś sukcesy w niższych ligach i zakończyła to występami w Premier League, do zespołu, który miałby teraz problemy w League Two. Z ośmiu obecnie zarejestrowanych zawodników, raptem dwóch-trzech grałoby w pierwszym składzie w poprzednim sezonie. To farsa” – nie ukrywał wzburzenia Tim Fielding, przewodniczący organizacji kibicowskiej w Blackpool, którego słowa przywołało „Daily Telegraph”.

Podobne nastroje panują wśród fanów. W marcu zorganizowali marsz pogrzebowy, w kwietniu podczas spotkania z Burnley w ramach protestu rzucali na murawę piłki tenisowe. W ogóle wiosna to było pasmo niekończących się wyzwisk w stronę szefostwa klubu. Sympatycy drużyny twierdzili i niezmiennie twierdzą, że właścicielami kieruje tylko chciwość i dbają oni wyłącznie o własne interesy. I patrząc na to, w jaki sposób jest w ostatnich latach zarządzana, trudno nie odnieść innego wrażenia. Bo awans do Premier League miał być początkiem lepszych czasów, a nie początkiem końca.

Pazerna banda

Odkąd „The Seasiders” zajrzeli na boiska pierwszoligowe i szybko się z nimi pożegnali – już po jednym sezonie – zarobili i następnie zaoszczędzili kilkadziesiąt milionów. I w tym czasie w nowych graczy zainwestowali niecałe 6 mln euro, podczas gdy sam Owen Oyston za awans do pierwszej ligi wypłacił sobie wynagrodzenie w wysokości 11 milionów funtów. Były dyrektor wykonawczy Liverpoolu, Christian Purslow, na łamach „Daily Mail” stwierdził: „Blackpool to chyba jedyny klub w dziejach Premier League, gdzie menedżer nie dostał nawet szansy, by wydać jakiekolwiek pieniądze na wzmocnienia”.

W ubiegłym roku byli jedną z nielicznych ekip z The Championship League, która przyniosła zysk. Zysk, który wygenerowali, bo według jednego z wcześniejszych działaczy Blackpool zawodnikom płaci się tam 90 funtów tygodniowo, ściąga się graczy kompletnie niepotrzebnych, typowe zapchajdziury w pozostałych zespołach albo młokosów dopiero wrastających w poważny świat futbolu, a szkoleniowcom oferuje krótkie kontrakty i zatrudnia takich, którzy po paru nieudanych przygodach z trenerką szukają kolejnej szansy.

Przez niemiecki „Bild” zostali nazwani najbardziej chaotycznym klubem w Europie. Odmiennego zdania jest jednak Karl Oyston, który reporterom BBC Sport mówił: „Niektórzy fani ciągle płaczą za zmianami i sądzę, że powinni być ostrożni w tym za czym płaczą. Alternatywy nie zawsze są tak atrakcyjne, jak myślą” – następnie dodał – „Ta drużyna przez cztery dekady była w League One albo League Two, więc nie rozumiem ich złości i nie sądzę, aby to w czymkolwiek pomogło”.


I tak jak w spaghetti westernie Sergio Leone „Dobry, zły i brzydki” show Eastwoodowi skradł odtwórca czarnego charakteru - „Anielskie oczka” - Lee Van Cleef, tak tutaj władzę nad Blackpool roztoczył negatywny bohater, Karl Oyston. A stąd już prosta droga pod piłkarski stryczek. 

środa, 6 sierpnia 2014

Czy roboty marzą o futbolu?

Jeden poda do drugiego, ten strzeli pięknego gola, kolejny odgwiżdże koniec spotkania, a jeszcze jeden napisze pasjonującą relację. Program komputerowy zbierze do kupy wszystkie statystyki, przetrawi i wypluje analizę meczu oraz algorytm, który pozwoli wygrać następny. Czy przyszłość futbolu należy do robotów i komputerów?

Do 2050 roku supernowoczesne maszyny mają stawić czoła piłkarzom, nieco wcześniej ustaną dyskusje na temat sędziowskich pomyłek, zawód dziennikarza sportowego odejdzie w niepamięć, a rywalizacja drużyn w Premier League już teraz przypomina technologiczny wyścig zbrojeń. Gdyby 50 lat temu Isaac Asimov swoje wizje przyszłości spisane w artykule dla „The New York Times” uzupełnił o piłkę nożną, to nie mamy pewności, czy byłyby one równie trafne. Bo już z perspektywy dwudziestoletniej to zupełnie inna dyscyplina.

Premier League jako program komputerowy

Jeszcze dekadę temu Harry Redknapp nabijał się z zatrudnionego w Southampton konsultanta Prozone, Simona Wilsona, mówiąc mu po jednym z przegranych spotkań - do którego Wilson przygotował przedmeczową odprawę - żeby następnym razem wziął swój komputer i zobaczył, czy pokona komputer rywali. Dzisiaj w lidze angielskiej nie ma ekipy, która nie korzystałby z programów Prozone albo Opta.

Co więcej, stałymi bywalcami zespołów i szatni - obecni w nich przed i po meczu - stają się analitycy. W Manchesterze City jest ich jedenastu, a najpotężniejsze kluby z Wysp inwestują w tę dziedzinę coraz pokaźniejsze sumy. Ludzie parający się statystyką, nie tylko zajmują się rozpracowywaniem przeciwników i oceną poczynań własnej drużyny, ale także wyszukiwaniem wzmocnień i mierzeniem ich potencjału oraz rozwojem młodych graczy.

Premier League zyskuje więc jeszcze jedną, alternatywną rzeczywistość. Rzeczywistość, gdzie zamiast boiska ujrzymy sektory oraz heatmapy, a zamiast zawodników liczby i wykresy. Plątaninę tysiąca najprzeróżniejszych statystyk i cyferek – podobno dziesięciominutowe ćwiczenia graczy z trzema piłkami na uzbrojonym po zęby w sensory ruchu i inne urządzenia boisku treningowym Hoffenheim daje siedem milionów jednostek informacji.  I nie dostarczają one jasnych oraz trafnych odpowiedzi. Bo to, że ktoś ma większe posiadanie, a dany zawodnik przebiegł określoną liczbę kilometrów i wykonał ileś tam podań samo w sobie mówi niewiele.

Program komputerowy kupię

„Analizy BBC lub Sky Sports, a nawet Opta bądź Prozone są znakomite jedynie dla fanów i dyskusji w pubie. Dla nas są one mało przydatne. Defensor z największą liczbą skutecznych wślizgów? To nic nie znaczy. My na przykład poszukujemy obrońców, którzy będą potrafili antycypować wydarzenia na murawie” – opowiadał na łamach magazynu Information Age Brian Prestige, szef działu analitycznego w Bolton Wanderers. Klubu, który dzięki nowemu spojrzeniu na analizy statystyczne, chce sobie utorować powrót do Premiership.

A ściślej rzecz ujmując dzięki dwóm programom: łączącym i selekcjonującym dane Alteryx oraz wizualizującym je w przystępnej formie Tableau Software. Prestige mówi, że dla nich są one jak Lionel Messi i reszta drużyny. To im podporządkowane jest wszystko – dobór taktyki, ustawienie, zadania i role zawodników, styl gry oraz sesje treningowe.

Wcześniej celem samym w sobie było dla nich jedynie gromadzenie informacji, które dostarczały Opta albo Prozone. Ktoś to później musiał przejrzeć, pogrupować i wybrać te najistotniejsze, co ciągnęło się godzinami. Alteryx robi to znacznie szybciej: „Dane z porannych ćwiczeń wrzucamy do programu i na tej podstawie szkoleniowiec decyduje, co będzie na treningu popołudniowym” -  wyjaśnia analityk Boltonu. A dzięki Tableau menedżer zespołu może przeglądać je w postaci obrazków na swoim iPadzie nawet podczas meczu.

Technologiczny wyścig zbrojeń

Nikt w tej chwili jeszcze nie wspomina o tym, że programy komputerowe mogą zastąpić trenerów i cały system skautingowy, jednak nikt dziesięć lat temu nie sądził, że statystyka szturmem wedrze się do futbolu i odciśnie na nim trwałe piętno. Nils Rudi, profesor wydziału Technologii i Zarządzania z największej prywatnej szkole biznesowej na świecie INSEAD, twierdzi: „Nie sądzę, by w przyszłości komputery zastąpiły szkoleniowców na ławkach trenerskich, lecz nie będę zaskoczony, jeśli którego dnia staną się one tak samo ważne”.

A piłka nożna coraz bardziej zmierza nie tylko ku nauce, ale także ku technologii. Zespoły wyposażone są często w gadżety rodem z komiksowych ekranizacji. Atletico Madryt testowało niedawno Google Glass. Manchester United na życzenie Luisa Van Gaala kupiło wysokiej jakości kamery pozwalające na ścisłe śledzenie piłkarzy w trakcie ćwiczeń. Manchester City podczas przedsezonowych przygotowań używał stroboskopowych okularów, pomagających ponoć w utrzymaniu koncentracji.

Kiedy rok temu trwało dochodzenie w sprawie szpiegowania i rzekomego ataku hakerskiego na bazę skautingową „The Citizens”, zawierającą dane o wszystkich obserwowanych przez nich graczach, którego miał dokonać inni angielski klub, można było wyrobić sobie mgliste wyobrażenie tego, jak przyszłość piłki nożnej będzie wyglądać. Przyszłość, której codziennością mogą stać się cyberataki, a wojny futbolowe odbywać się będą na jeszcze jednej płaszczyźnie – mającym niewiele wspólnego ze sportową rywalizacją technologicznym wyścigu zbrojeń.

Wehikuł czasu

Jaka zatem ma dokładnie być piłka nożna za kilka bądź kilkadziesiąt lat? HTC i Futurizon wydały raport „The future of football”, który mówi o inteligentnych kamerach w kształcie owadów, specjalnych tatuażach dostarczających informacji o ciśnieniu, pracy serca, odwodnieniu i wytrzymałości, butach z czujnikami pokazującymi m. in. tempo gry gracza, jego siłę, kąt uderzenia piłki i pomagającymi arbitrom w podejmowaniu decyzji odnośnie przewinień. Kibice zaś dzięki rozwiniętej technologii 3D oglądając spotkania z własnej kanapy, będą mogli poczuć się niczym na stadionie.

Z kolei Future Laboratory, firma zajmująca się przewidywaniem ogólnoświatowych trendów na rynku konsumenckim, prognozuje, że do 2023 roku zwykłych sędziów wyręczą roboty, a trenerzy będą korzystać z programów komputerowych, które w trakcie meczów podpowiedzą u jakiego piłkarza występuje większe ryzyko urazów. Komórki macierzyste i terapia genetyczna umożliwią natomiast przyspieszenie procesu rehabilitacji.

Profesorowie z Uniwersytetu Witwatersrand w RPA stworzyli program, który używając swojej sztucznej inteligencji potrafi oceniać faule i wymuszenia i dawać kartki. Zaawansowany system Prozone już wkrótce zacznie wykorzystywać inteligentne kamery, które zasugerują jaki zawodnik gra poniżej oczekiwań i wymaga zmiany. Takie kamery ponadto na podstawie analizy chodu graczy powiedzą, który z nich staje się coraz bardziej nerwowy i agresywny na murawie. W niedalekiej przyszłości na stałe w futbolu powinny zadomowić się programy szacujące przydatność zawodników, ich umiejętności i wartość – coś podobnego istnieje już w NFL czy lidze rugby w RPA.

Futbolowe science fiction

„Niektóre z tych przewidywań brzmią niczym wyjęte wprost z powieści science fiction, lecz rzeczywistość jest taka, że one pukają już do naszych drzwi” - opowiada Tom Savigar, dyrektor Future Laboratory, na łamach angielskiego czasopisma Metro. Taka opinia nie powinna dziwić tym bardziej, że już niedługo trudno będzie odróżnić to, co jest dziełem ludzkich rąk od tego, co zostało napisane przez komputerowy program.

Brzmi jak łagodniejsza wersja „Łowcy androidów”, ale wyniki badań poczynionych na Uniwersytecie w Karlstad pokazały, że studenci za bardziej wiarygodny, rzetelny, treściwszy i przyjemniejszy w odbiorze uznali artykuł spisany przez komputer, a nie przez zawodowego dziennikarza. Taki program korzysta z dostępnej bazy danych, zasobu słownictwa właściwemu określonemu tematowi oraz zasad gramatyki jak z książki kucharskiej. I takich krótkich newsów w ciągu roku umie stworzyć tysiące.

Magazyn Forbes wykorzystuje specjalną platformę komputerową do generowania automatycznych newsów. „Los Angeles Times” z kolei używa robota, który wyłapuje informacje o trzęsieniach ziemi i innych klęskach żywiołowych. W Associated Press maszyny zajmą się NFL. Niebawem może się okazać, że i relacje tekstowe ze spotkań piłkarskich będą dziełem programów komputerowych i sami się w tym nie połapiemy.

Robokalipsa

Również relacje z meczów robotów, bo te także podrygują na boisku. Od 1997 roku organizuje się im międzynarodowe mistrzostwa w piłce nożnej zwane „RoboCup” i istnieje ponadto sześć lig. Maszyny biorące udział w takich rozgrywkach nie są sterowane, komunikują się między sobą poprzez łącze wi-fi. Każdy ma sensory i oprogramowanie bazujące na sztucznej inteligencji.


Śmiałe raporty powiadają, że w nieodległej przyszłości androidy będą mogły zastępować kontuzjowanych zawodników, udzielać pomeczowych wywiadów i nawet z ludźmi rywalizować. Sporo wody musi jednak upłynąć, by do tego doszło. Ich pojedynki na razie przypominają grę trzylatków i wzbudzają raczej salwę śmiechu. Ale jeśli dekadę temu Harry Redknapp wyśmiewał to, co dzisiaj jest zwykłą codziennością, to może to z czego sobie obecnie żartujemy, za paręnaście lat wcale nie będzie takie śmieszne. Bo nie wiemy, czy roboty nie marzą już o futbolu i pokonaniu człowieka.

piątek, 1 sierpnia 2014

Mistrzowie absurdu


Tak jak w galaktykach istnieją setki gwiazd, układów słonecznych i planet, tak w tym naszym świecie istnieje jeszcze jeden, inny świat. Niedostępny dla nieproszonych oczu wymiar, gdzie czas stoi w miejscu. Kraina, gdzie życie toczy się swoim własnym, zgoła odmiennym od naszego rytmem, a rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Kraj, gdzie nawet piłkę kopie się w nieco inny sposób.

Takiej dawki absurdu nie ujrzymy w skeczach Monty Pythona czy w mistrzowsko absurdalnym Świecie Dysku Terry’ego Pratchetta, w którym to nawet Śmierć może umrzeć. Bo w futbolowym świecie Korei Północnej i w ogóle w całym państwie stężenie absurdu jest na tyle wysokie, że śmiech nie może być inny jak przez łzy, a jakiekolwiek żarty momentalnie wzbudzają współczucie.

Gorzki smak sukcesu

Kawał, który chyba na otarcie łez zrobiła sobie brazylijska stacja telewizyjna, został wzięty zupełnie na serio. Oto bowiem do sieci wyciekł filmik ukazujący reprezentację Korei Północnej, która nie ma litości dla rywali, kroczy triumfalnie po tytuł mistrzowski i pokonuje w finale samą Brazylię 8-1. Filmik, w którym oczywiście wiodącą rolę odgrywa „drogi przywódca” Kim Dzong Un.

A prawdą jest, że Koreańczycy mecze mundialu oglądali, tyle że z dziennym bądź dwudniowym opóźnieniem. Odpowiednio pocięte, ograniczone do 50-minutowych skrótów, które dało się obejrzeć jedynie w miejscach publicznych. Nie było już żadnych transmisji na żywo, jak przed czterema laty, kiedy miliony obserwowały upokorzenie swojej drużyny w spotkaniu z Portugalią.

Nie pomogły wtedy nawet wskazówki taktyczne głowy państwa udzielane trenerowi „niewidzialnym” telefonem. Jedna z tych nielicznych, wyjątkowych chwil w dziejach piłki północnokoreańskiej miała gorzki posmak. Na tyle gorzki, że gracze po powrocie do ojczyzny ponoć przez sześć godzin na oczach wszystkich musieli wysłuchiwać ostrych słów krytyki. Mówiono im o zdradzie kraju i miłościwie im panującego wodza. Najbardziej oberwało się selekcjonerowi, gdyż jego podopieczni na koniec musieli go publicznie zbesztać i który miał zostać skazany na ciężkie roboty. Śledztwo FIFA wykazało jednak, że większość tych informacji była wyssana z palca.

Straż nocna

Niecodzienne i niewydarzone historie towarzyszyły również mundialowi w 1966 roku. Północni Koreańczycy nawiedzili wówczas Anglię niczym przybysze z obcej planety. Nikt nie wiedział, kim oni w zasadzie są i z jakiego zakątka kuli ziemskiej właściwie przybywają. A ci wygrali z Włochami, wyszli z grupy i w ćwierćfinale prowadzili z Portugalią już 3-0, by ostatecznie przegrać 3-5.

Mecze grupowe rozegrali w Middlesbrough i całą tę historię współtworzą szczątkowe relacje miejscowych. Przed kamerami BBC opowiadali o tym, że Koreańczycy tego samego dnia, wszyscy co do jednego, potrafili wybrać się do fryzjera, a jednemu z klientów wręczyli autografy tylko dlatego, że nosił koszulkę z Batmanem. I do dzisiaj nie wiemy, czy w swoim kraju witani byli jak bohaterowie, czy nie w pełni zadowoleni dygnitarze nie skazali ich na pracę w kopalni.

Bo odwiecznym problemem związanym z tym państwem jest to, że umiemy o nim powiedzieć niewiele albo absolutnie nic. Przyjezdni mecze lokalnej ligi mogą oglądać wyłącznie w towarzystwie opiekunów bądź w ogóle. Ci, niczym cienie, podążają za nimi krok w krok. Pilnują, aby nie odzywali się czasem do ludzi i nie zabrnęli tam, gdzie władza sobie tego nie życzy.

Turyści swobodnie mogą poczuć się dopiero we własnym hotelu. Jedynym hotelu, gdzie bywają zakwaterowani. Na wyspie w samym centrum stolicy Pjongjang, gdzie prądu i bieżącej wody jest pod dostatkiem, a ogrzewanie i klimatyzacja nie są wyrazami czystej ekstrawagancji. Spragnieni wrażeń i rozrywki goście mogą odwiedzać tylko wyznaczone do tego sektory – zadbane, nowoczesne, z zawsze uśmiechniętymi mieszkańcami. Pozostałe miejsca są z reguły niedostępne dla cudzych oczu. Właściwie chyba jeden jedyny raz, kiedy zagranicznym reporterom udało się zobaczyć obrzeża miasta, nastąpił wtedy, gdy - jak relacjonował redaktor „Daily Mirror” - autobus pomylił drogi i wjechał w złą dzielnicę. Oczom żurnalistów ukazał się wówczas rejon, gdzie bieda aż piszczy, kontrastujący znacznie z tym, co rządzący chcą, żeby widziano.

Mecze ciszy

Równie mało wiemy o futbolowej Korei Północnej. Tamtejsze spotkania ligowe widzieli nieliczni. Dziennikarz „The Guardian” pisał, że w trakcie pojedynku trybuny podzieliły się na dwa sektory: noszących czerwone krawaty, białe koszulki i czapki cywilów oraz ubranych w mundury wojskowe żołnierzy. Specjalnie wyznaczone osoby nadzorowały zgromadzonym tłumem, wskazywały, kiedy należy machać flagami, a kiedy oklaskiwać piłkarzy. Ci z kolei zawsze starali się grać fair, bez udawania albo wymuszania fauli. Po strzeleniu gola biegli przed trybunę, na której czasami zasiadał sam wódz Koreańczyków i salutowali.  Boiska nie otaczały ogłoszenia, nie było tam sklepików lub budek z jedzeniem, a ekipa telewizyjna składała się z jedynie trzech kamerzystów.

Reporter BBC mecze ligi północnokoreańskiej określił mianem „cichych meczów”. Gdy bowiem dostał się na obiekt, prawdziwym szokiem dla niego była zupełna cisza. Na stadionie mężczyźni siedzieli i milczeli, każdy nosił przypiętą do marynarki plakietkę z wizerunkiem swojego przywódcy. Nikt nie machał flagami, nikt nie śpiewał. Niewielu w gruncie rzeczy interesowało się wydarzeniami z murawy i czytało raczej gazety. Kiedy drużyna wywalczyła rzut karny, nie usłyszał żadnej reakcji. Tak jakby minutę ciszy rozciągnięto na całe spotkanie.

„To było bardzo dziwne. Występując przed takim tłumem ludzi, zazwyczaj nie słyszymy się nawzajem na boisku. Ale dzisiaj mogliśmy usłyszeć nawet instrukcje od trenera” – tak na łamach „The Guardian” eliminacyjny pojedynek do mundialu w Brazylii opisywał zawodnik Uzbekistanu, Alexander Geynrikh. Widownia reagowała jedynie wtedy, gdy ich ulubieńcy byli w pobliżu bramki rywali. Poza tym cisza jak makiem zasiał.

Tajne przez poufne

Niemal identycznie cicho bywa o reprezentacji, nawet wówczas, gdy szykuje się do turnieju swego życia. Bo Korea Północna to nie tylko państwo, gdzie przeciętny obywatel cieszy się elektrycznością średnio przez dwie-trzy godziny na dzień, a zimą nie ma jej praktycznie w ogóle, lecz to również państwo maksymalnie zafiksowane na punkcie konspiracji.

Kiedy awansowali na mundial w RPA, nikt nie wiedział o nich kompletnie nic. Nie wiadomo, kto był wtedy aktualnym mistrzem kraju i nie wiadomo, kto jest nim obecnie, i jakie tak naprawdę są jego najbardziej utytułowane kluby. Nie wiadomo, czy wszystkie mecze rozgrywane są na stadionie w stolicy, czy może na arenach w pozostałych miastach. Nikt nie orientuje się zresztą, czy one w ogóle istnieją.

Przed mistrzostwami w RPA dziennikarze BBC śledzący reprezentację Korei Północnej i próbujący wydobyć jakiekolwiek o niej wiadomości opowiadali, że kadrowicze niechętnie odnosili się do zagranicznych reporterów, a oglądanie jej treningów było po prostu niemożliwe. W podobnym tonie o tej drużynie pisał żurnalista „World Soccer”. Podczas jednego z turniejów piłkarskich organizowanych w Hong Kongu, gdy inne zespoły zakwaterowały się w ogólnie dostępnych, położonych w regionach turystycznych hotelach, Korea Północna wybrała zakątek oddalony od wszelkich intruzów. Z otoczonym żywopłotem i ogrodzeniem, z pozamykanymi bramami obiektem - byli kompletnie odizolowani od otaczającego ich świata.

W krzywym zwierciadle

O całej tej krainie wiemy tak naprawdę tyle, co nic. Od dawien dawna otulona szczelną mgłą tajemnicy, do tego stopnia, że niektórych z podawanych przez prasę newsów nie da się po prostu zweryfikować. Zdjęcia satelitarne robione z kosmosu pokazują, że nocą zalegają tam egipskie ciemności. I ponoć oświetlone są wtedy jedynie pomniki z dowódcami państwa.  Trudno powiedzieć czy informacja, jakoby tamtejsze pola uprawne wzbogacane były ludzkimi odpadkami zamiast nawozów, nie jest tylko marnym żartem. Jeśli przyjmiemy jednak, że Korea Północna to zupełnie inny świat, to powinniśmy przyjąć również, że taka jest jej piłkarska rzeczywistość. Piłkarska rzeczywistość na opak.

Władze za wszelką cenę bronią się przed wpływami zagranicznego, przebrzydłego świata i w trakcie roku kalendarzowego, który skądinąd mają także odmienny, organizują po sezonie dla każdej z trzech pierwszych lig. Kluby nie biorą ponadto udziału w żadnych międzynarodowych turniejach, a sama federacja nie przestrzega praw rynku transferowego FIFA.

Zawodnicy, którzy grali za granicą, nie dbali o pieniądze do tego stopnia, że nie posiadali telewizorów w mieszkaniach i własnych samochodów, podczas gdy pozostali gracze jeździli tymi najbardziej luksusowymi. Hong Young Jo, występujący swego czasu w FK Rostów, w wywiadach dla lokalnych gazet opowiadał: „Nie dbam o pieniądze. Moje myśli skupiają się na grze i partii. Futbol to sport numer jeden w Korei Północnej, a przywódca Kim Jong II osobiście monitoruje jego rozwój”.

Wielki Brat patrzy

Obecnie to sam „Drogi Wódz”, Kim Dzong Un, określany geniuszem strategicznym, odpowiada za wszystkie dyscypliny sportowe, w tym za futbol. Rok temu w stolicy otworzył pierwszą szkółkę piłkarską. Ale nawet ona zdaje się mieć wymiar propagandowy – jej cel to wychowanie najlepszych zawodników, którzy przyniosą chlubę krajowi.

W tej przeszywającej dreszczem, orwellowskiej krainie nic nie jest wolne od propagandy. Na ulicach miast ponoć na każdym kroku można spotkać agitacyjne plakaty, telewizja i radio na okrągło w umysły społeczeństwa wsącza hasła wielbiące decydentów, a nieustannym hitem piosenkowym są utwory utworzonego przez wodza zespołu muzycznego Moranbong Band.

Mieszkańcy nie posiadają własnych telefonów komórkowych, adresów e-mail i nie mają żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Przeciętny obywatel nie ma dostępu do Internetu, który decyzją rządzących jest tam zablokowany, mają za to intranet, gdzie promuje się jedyną słuszną ideologię polityczną. Wszystko i wszyscy należą do państwa. Władze posiadają specjalną siatkę donosicieli, którzy obserwują ludzi i informują, których należy podejrzewać o nielegalne zachowania i działania. A im ktoś bardziej lojalny wobec partii, tym wyżej znajduje się w drabince społecznej.


Może więc ten filmik, który zrobił taką furorę w sieci, pasowałby jak ulał do Korei Północnej. Sceneria rodem z finalnych scen serialu „Alternatywy 4” i „drogi wódz” wręczający atrapę pucharu. Wszak Koreańczycy z Północy mistrzami już są. Mistrzami absurdu.      

niedziela, 13 lipca 2014

Człowiek znikąd


„Nie wiem, dlaczego go wybrali. Nie wiem, kim on w ogóle jest” – grzmiał César Luis Menotti. A on przybył właściwie znikąd. To jego pierwsze mistrzostwa w roli selekcjonera, jeszcze pięć lat temu nie splamił się pracą trenera. Objął reprezentację, zajął z nią pierwsze miejsce w grupie eliminacyjnej, pojechał na mundial i wszedł do finału. Tytuł dla Argentyny? Przez trzy lata pod wodzą Alejandro Sabelli to brzmiało jak dobry żart.

Niespełna 60-letni szkoleniowiec właśnie bierze udział w turnieju swojego życia. W jego trenerskim CV znajdziemy niewiele – jedynie dwuletnie doświadczenie wyniesione z Estudiantes La Plata, a od połowy 2011 roku Messi i spółka. Nic więc dziwnego, że Menotti - legendarny trener, który z „Albicelestes” wygrał Mistrzostwa Świata w 1978 - obruszył się na wieść o powierzeniu drużyny narodowej zupełnie nieznanemu menedżerowi. A ten, aby zostać jej selekcjonerem, musiał najpierw anulować kontrakt z Al Jazira Club.

Veni, vidi, vici

Karierę trenerską rozpoczyna w marcu 2009 roku. To wtedy, po raz pierwszy w swym życiu, samodzielnie obejmuje klub piłkarski. Estudiantes La Plata należy wówczas do ligowych przeciętniaków. W Copa Libertadores zaś ponosi wstydliwą porażkę za wstydliwą porażką. Rundę kwalifikacyjną przebrnęła tylko dzięki zasadzie bramek wyjazdowych, a w fazie grupowej przegrała dwa z trzech pierwszych spotkań.

Dla Sabelli to nie problem, by jeszcze tej samej wiosny sięgnąć po puchar – 11 zwycięstw z rzędu, 14 strzelonych, raptem dwa stracone gole i trofeum ląduje w klubowej gablocie. Wkracza do zespołu wyniszczonego wewnętrznymi kłótniami i z marszu zdobywa trofeum, na które czekali tam prawie cztery dekady. W następnym roku dokłada mistrzostwo kraju i okazuje się, że Estudiantes znalazło swojego Midasa.

I tak niespodziewanie, jak przejął ekipę z La Platy i wprowadził ją na szczyt, tak równie szybko z niej odszedł. W lutym 2011 już go w klubie nie było, ponoć nie mógł dogadać się z działaczami w sprawie wzmocnień. W ciągu dwóch sezonów przeciętny, pozbawiony typowych napastników zespół zamienił w taki, który nie ma sobie równych w państwie i na kontynencie.  Eduardo Berizzo, który zastąpił Sabellę na stanowisku, zrezygnował po czterech miesiącach pracy i 12 meczach bez wygranej z rzędu.

Kilka miesięcy później przychodzi nieoczekiwana propozycja z federacji argentyńskiej. Nieoczekiwana nie tylko dlatego, że zburzyło to jego dotychczasowy świat – to on, skromny szkoleniowiec, ma objąć reprezentację - ale także dlatego, że był już w zasadzie spakowany. Jedną nogą znajdował się w dalekiej Azji, gdzie czekał na niego klub z Emiratów. Nic dziwnego zatem, że jego nominacji towarzyszyło niedowierzanie – drużynę narodową, która poniosła klęskę na Copa América 2011, miał odbudować trener, który lada moment powinien lecieć do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Człowiek z cienia

Nazywany „El Mago”, po tych trzech latach dowodzenia Argentyną i 40 meczach, z których przegrał zaledwie cztery, pokazał, że jego przydomek nie wziął się z przypadku. Nawet jeśli „Albicelestes” na mundialu w żadnym spotkaniu nie przekonywali, grając futbol oszczędny i zachowawczy, pokonując rywali różnicą jednego gola bądź w rzutach karnych, to Sabella zaprowadził ich do pierwszego od 1990 finału i może dać im pierwsze od 1978 roku mistrzostwo.

I jak tu w takim razie nie mówić o magii? Dokonał przecież tego człowiek, który jeszcze parę lat temu nie prowadził samodzielnie żadnej ekipy, którego od początku tylko się lekceważyło i wyśmiewało, a ten trzyletnią przygodę z kadrą wieńczy finałem. Również na początku turnieju nikt nie brał go na poważnie i więcej pisało się o śmiesznych sytuacjach z nim związanych – chociażby ta z Ezequielem Lavezzim – niż o realnych szansach na tytuł. Tytuł dla Argentyny pod wodzą Sabelli to brzmiało niczym dobry żart.

Królem futbolowego świata może zatem zostać człowiek z absolutnego cienia. Jako zawodnik dorastał w River Plate, gdzie przez szmat czasu robił jedynie za zmiennika, za maleńki odprysk w doborowym towarzystwie. Do Sheffield United trafił niejako przez przypadek. Nie był pierwszym wyborem szefów angielskiego zespołu, lecz kiedy okazało się, że tych nie stać na Diego Maradonę, to uwagę skierowali na tańszą alternatywę, czyli Sabellę.

Kiedy był u szczytu swych piłkarskich możliwości, nie pojechał na mundial w 1986 toku, bo Carlos Bilardo skreślił go z listy. Gdy skończył z boiskiem, to na długie lata został asystentem Daniela Pasarelli. Podążał za nim jak cień, od drużyny narodowej na mistrzostwach w 1998, przez reprezentację Urugwaju i Parmę, po meksykańskie Monterrey, brazylijskie Corinthians i w końcu rodzime River Plate.

Z cienia wyszedł dopiero w 2009 roku i niemal od razu trafił w rój piłkarskich gwiazd. Ale nawet tam, w wielkim futbolowym świecie, znajdował się gdzieś na uboczu. W Estudiantes przyćmił go odrodzony Juan Sebastián Verón. W roli selekcjonera z boku ogląda popisy swoich gwiazdorów, ponieważ to do nich należy scena i to oni przykuwają praktycznie całą uwagę.

Dobry człowiek

Początkowo jako bierny obserwator za plecami innych, z czasem nieśmiały dyrygent uczący się od swojej orkiestry, by wreszcie stać się kreatorem – nawet jeśli jest nim teraz, to wciąż mamy wrażenie, że Sabella wszystkim kieruje z fotela pasażera i to tego siedzącego z tyłu. Skromny i spokojny, podchodzący do wielu rzeczy z dystansem, przy linii bocznej boiska wygląda raczej na takiego, który boi się cokolwiek zmieniać i zawsze ma minę, jakby coś miało się nagle popsuć. I to oczywiście z jego winy.

Po zwycięstwie nad Holandią i wywalczeniu awansu do finału to nadal ten sam, zwyczajny szkoleniowiec. W pomeczowych wywiadach powtarzał tylko o wysiłku i ogromnym poświęceniu jego graczy, o pokorze i wytrwałej pracy, żadnego słowa o sobie oraz o własnych zasługach. Jakże to odmienny obrazek od pewnego siebie, charyzmatycznego, mogącego sprawiać wrażenie nieco zadufanego w sobie Luisa Van Gaala.

Piłkarska filozofia w jego wydaniu jest równie skromna. Na łamach serwisu fifa.com opowiadał: „Trener musi mieść apetyt na ciężką pracę i  powinien być dobrym człowiekiem”. Na jednej z konferencji przekonywał: „Gdyby umysł był mięśniem, byłby tym najważniejszym. Ktoś powiedział niegdyś, że gram neuronów waży więcej niż kilogram mięśni”. Pytany o system gry, formacje i oceny, jakie wystawiłby swoim podopiecznym, odpowiadał: „Uwielbiacie mówić o ocenach, czyż nie? Ale to nie matematyka, wiecie? Charakter drużyny jest kluczowy. Siła ducha i równowaga emocjonalna są istotnymi czynnikami”.

Świat kończy się na Messim

Całe trzy lata pracy Sabella poświęcił głównie sile duchowej i równowadze emocjonalnej Lionela Messiego. Uczynił go kapitanem, prawdziwym liderem ekipy i wydobył z niego wszystko, co najlepsze dla reprezentacji. A ten pod jego wodzą grał, jak nigdy w koszulce „Albicelestes” - w 30 meczach do siatki trafił 25 razy. Za kadencji poprzednich selekcjonerów w 61 spotkaniach zdobył raptem 17 bramek.

Na łamach „Daily Telegraph” mówił o nim, że jest dla nich jak: „woda na pustyni. On znajduje rozwiązania w sytuacjach, gdy myślimy, że takich po prostu nie ma”. To Sabella przekonał Messiego, aby ten nie kończył kariery reprezentacyjnej, kiedy – eufemistycznie pisząc - nie najlepiej układało mu się z argentyńskimi fanami.

Tam wszystko jest więc podporządkowane właśnie jemu. Ustawienie - preferuje to z trzema atakującymi - i jego pozycja - woli nacierać z głębi lub bocznych sektorów boiska. Gdy nie pasował mu wyjściowy system z piątką obrońców w meczu z Bośnią i Hercegowiną, selekcjoner szybko dokonał korekt i potem przyznał się przed kamerami, że popełnił błąd. To gracz Barcelony decydował podobno również o absencji Carlosa Teveza, z którym mu nie po drodze. To w kadrze i szatni należy do niego ostatnie słowo.

Nawet sam trener w pierwszej kolejności zdaje się wysłuchiwać swojego podopiecznego. Trener, który nadal pozostaje niewiadomą. Bo nie wiemy, czy dojście finału to jedynie kwestia szczęścia, drabinki turniejowej, która do spotkania z Holandią ułożyła się wyjątkowo dobrze dla Argentyny, przebłysków geniuszu Messiego, czy może wreszcie kunsztu taktycznego selekcjonera. Jedno jest pewne – ta ostatnia z odpowiedzi nasuwa się na samym końcu, ponieważ Sabella mimo awansu do finału wciąż uchodzi chyba za szkoleniowca niedocenianego.


To byłaby historia warta mistrzostwa świata: trener znikąd, o którym jeszcze kilka sezonów temu nikt nie wiedział praktycznie nic, zakpi sobie z tej wielkiej generacji niemieckich piłkarzy - latami, w pocie czoła i mozolnie pracujących na to wymarzone trofeum - i puchar im wydrze. 

wtorek, 8 lipca 2014

Zagraj to jeszcze raz, Phil


Niczym wprawny iluzjonista czarował o siedmiu krokach do nieba, a swoją drużynę stworzył na iluzji silnej i konkurencyjnej ekipy, potrafiącej sięgnąć po pełną pulę. Ale w niej rzeczywiście silnych i mogących zagrać o pełną pulę jest raptem kilka ogniw. Po kontuzji Neymara i wykluczeniu Thiago Silvy iluzja Scolariego legła w gruzach. Choć oczywiście nie możemy powiedzieć, że szanse Brazylii w meczu z Niemcami będą tylko iluzoryczne.

To musiało być przedziwne uczucie dla Brazylijczyków - radość z awansu do półfinału pomieszana z opłakiwaniem najjaśniejszej gwiazdy. A w Kraju Kawy już dawno ukuto opinię, że kiedy Neymar gra dobrze, to dobrze również gra reprezentacja i na odwrót, gdy mu nie idzie, nie idzie już nikomu. To jak zależność, równanie, którego bez niego nie da się rozwiązać.

Ciemność, widzę ciemność

Ostatni raz nie wybiegł w podstawowym składzie „Canarinhos” niecałe trzy lata temu, dokładnie 41 spotkań wstecz. W ogóle od poprzedniego mundialu opuścił zaledwie sześć meczów kadry. Tamtejsi fani nie mają zatem zielonego pojęcia, jak gra ich ukochany zespół bez największego wirtuoza. Bo wiedzieć nie mogą.

Neymar na obecnych mistrzostwach bryluje we wszystkich ofensywnych statystykach swojej ekipy. Oddał 18 celnych strzałów, wykreował 13 sytuacji podbramkowych, 243 razy dotykał piłki na połowie rywali, najskuteczniej dryblował i był zawodnikiem najczęściej faulowanym przez przeciwników.

Nieobecność atakującego Barcelony powoduje, że Brazylia staje się mniej kreatywna i prawdopodobnie stworzy sobie mniej okazji strzeleckich - to on również najczęściej z graczy ofensywnych otwierał drogę do bramki swoim partnerom. Historia paru wcześniejszych mundiali pokazuje jednak, że drużyny mistrzowskie buduje się od tyłu. Równie istotne, co stwarzanie sytuacji, jest zapobieganie im. I tak jak przód bez Neymara, tak tył zespołu Scolariego bez Thiago Silvy będzie wyglądał znacznie mizerniej.

Nie można zatem dziwić się mieszanym reakcjom Brazylijczyków, ponieważ ich ulubieńcy jednym bojem stracili nie tylko własną „10”, lecz także kapitana. Linii defensywna złożona z nerwusa Davida Luiza oraz niefrasobliwca Marcelo, pozbawiona człowieka absolutnie kluczowego dla tej formacji, który w spotkaniu z Kolumbią popisał się największą liczbą odbiorów i wygranych pojedynków powietrznych, nie będzie czuła się zbyt pewnie w obliczu bardziej skomplikowanych posunięć niemieckiej machiny.

Drużyna mięśniaków i płaczków

Nawet jeśli określany przez media beksą, bojaźliwym kapitanem, który bał się podejść i wykonać jedenastkę, to zdaniem wielu ekspertów jego absencja może być znacznie widoczniejsza od nieobecności Neymara. W tej Brazylii w ogóle zdecydowanie więcej rzeczy nie gra bądź nie współgra zarówno na murawie jak i poza nią.

Tostão po meczu z Chile dla BBC opowiadał: „Tam nie ma pomocy, ponieważ brakuje nietuzinkowego rozgrywającego. Luiz Gustavo zostaje blisko obrony, Neymar porusza się w pobliżu Freda, a Oscar i Hulk biegają w bocznych sektorach boiska. Fernandinho, albo ktokolwiek na tej pozycji występuje, jest osamotniony niczym Robinson Crusoe, patrzący do przodu na piłkę, która przepływa obok niego”.

Andre Kfouri, dziennikarz ESPN, pisze z kolei: „Sektor, którego zadaniem jest harmonizowanie poczynań drużyny, robi coś zupełnie odwrotnego. Dzieli ją na dwie jednostki, porozumiewające się w odmiennych językach i poszukujące siebie nawzajem oraz wzajemnego porozumienia bez obecności jakiegokolwiek tłumacza”.

W tej reprezentacji więcej zresztą odnajdziemy mięśni, fizyczności i indywidualnej gry niż techniki, finezji czy siły zespołowej. W dodatku mięśniaków, którzy nie stronią od łez. Gwiazdorzy nie potrafią ich powstrzymać w trakcie śpiewania hymnu, nie umieli także powstrzymać się od nich po rzutach karnych z Chile – trzech z nich rzewnie płakało. „Big Phil” widząc to i chcąc nad tym rozemocjonowaniem zapanować, sięgnął po panią psycholog Reginę Brandao. Współpracuje z nią od dawna, m. in. przy okazji turnieju w Korei i Japonii.

Oliwy do ognia dolewają byli gracze i dziennikarze. Careca na łamach „The Guardian” stwierdził, że za dużo tam jest emocji. Łez w oczach Júlio Césara i pozostałych nie mógł zrozumieć również Cafu. Publicysta Antero Greco pisał zaś o reprezentacji zdenerwowanej, napiętej i zdesperowanej. Scolari winnych takiego stanu rzeczy znalazł błyskawicznie. Na prywatnym spotkaniu z żurnalistami mówił, że Ci wcale nie pomagają i że wywierają trudną do zniesienia dla piłkarzy presję. A to przez nią Brazylijczycy podchodzą w tak emocjonalny sposób do pojedynków.

A kind of magic

Słowa, które tam padły, i to że kazał w końcu zgromadzonym osobom iść w diabły, doskonale wpisują się w jego narrację. Niejako narrację prowadzenia ekip skonfliktowanych z nieprzychylnym otoczeniem. Najlepiej czuje się właściwie w zespołach krytykowanych i skazywanych na rychłą porażkę. Stawia własne drużyny w roli „nas” przeciwko światu. A swoich podopiecznych otacza opieką na jaką nie stać innego szkoleniowca. Sami zawodnicy opowiadają, że Scolari zawsze jest blisko nich i jest dla nich trenerem, liderem, przyjacielem oraz ojcem jednocześnie.

Na jednej z konferencji apelował: „Nie zapominajcie, że 18 miesięcy temu nikt w nas nie wierzył. Kilkanaście dni wcześniej nikt nie wierzył, że wyjdziemy z grupy. Nikt również nie wierzył, że przejdziemy 1/8 finału”. Kontuzja Neymara i absencja Thiago Silvy mogą paradoksalnie pomóc ekipie „Big Phila” w poradzeniu sobie z ciężarem oczekiwań, który musiał nieco zelżeć, bo w Kraju Kawy po spotkaniu z Kolumbią z pewnością lawinowo przybyło niedowiarków.

Bo o sukces w meczu z Niemcami ma powalczyć zespół, który od początku turnieju szokował futbolowych purystów. Równie brzydko grających, przetaczających się ślamazarnie przez kolejnych rywali, nie zachwycających wynikami ani tym bardziej stylem gry „Canarinhos” widziano tam dawno temu, przed dwudziestu laty. To reprezentacja starająca się zwyciężać za wszelką cenę, bez względu na sposób, nie stroniąca od występów brudnych, twardych i ostrych – w konfrontacji z Kolumbią faulowała 31 razy, to najwięcej przewinień jakie popełniła w ciągu 90 minut od 1966 roku – której ofensywny potencjał skupiał się głównie w osobie tego, którego teraz zabraknie, czyli Neymara.

I bez niego cały misterny plan selekcjonera wziął właśnie w łeb, rozbił się na kolumbijskiej skale. By zmienić cokolwiek przed półfinałowym bojem w grę wchodzą jedynie korekty personalne lub modyfikacja ustawienia. Ale nikt ani nic nie zastąpi tej dozy fantazji, nieszablonowości i piłkarskiej magii, którą oferował Neymar.


Brazylia pojedynkowała się z Niemcami na mundialu tylko raz. W finale mistrzostw w Japonii i Korei wygrała z nimi 2-0. Dokonała tego pod wodzą Scolariego, który tym razem może tylko pomarzyć, by na boisku objawił mu się Ronaldo.