wtorek, 16 września 2014

Małe, a cieszy

Zapomniany finalista Pucharu Mistrzów, niedoszły bankrut, kluby jeszcze kilkanaście lat temu nieistniejące – w tej edycji Ligi Mistrzów nie zabraknie sensacyjnych uczestników, piłkarskich maleństw w turnieju gigantów. Drużyn po przejściach, dla których już sam udział w tych elitarnych rozgrywkach będzie przyjemnością samą w sobie, a dla nas ciekawą i przyjemną przystawką do dań wieczoru.

Zapomniany finalista Pucharu Mistrzów

Wielu prawdopodobnie uznałoby Malmö FF za malucha dopiero wkraczającego i poznającego wielki piłkarski świat. Wszak to drużyna, która w rundzie grupowej Ligi Mistrzów dopiero debiutuje, a dwa lata temu po raz pierwszy występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Ale to również zespół, choć o tym się już raczej nie pamięta, który zagrał w finale Pucharu Mistrzów. 

W 1979 roku ten szwedzki klub pod wodzą Boba Houghtona zmierzył się w walce o trofeum z Nottingham Forest innego Anglika, słynnego Briana Clougha. Spotkanie przegrał 0-1, a wcześniej, w ćwierćfinale, pokonał w dwumeczu Wisłę Kraków 5-3. Warto wspomnieć, że ekipa prowadzona przez Oresta Lenczyka awans miała w garści przez większość dwumeczu. W pierwszym spotkaniu wygrała z rywalem 2-1, a w rewanżu prowadziła 1-0 do 65 minuty.

Do Champions League zawitał zatem jedyny finalista Pucharu Mistrzów ze Szwecji, a także jeden z najbardziej utytułowanych tamtejszych klubów. Za tym niepozornym i lekceważonym obecnie Malmö skrywa się 17-krotny zdobywca tytułu mistrzowskiego i 14-krotny krajowego pucharu. Jedynym, który może się z nim równać w państwie jest IFK Göteborg - po mistrzostwo sięgał 18 razy, a na arenie europejskiej wsławił się zdobyciem dwóch Pucharów UEFA w latach osiemdziesiątych.

Malmö to zespół, którym w latach 1984-1989 dowodził Roy Hodgson i w którym wychował się Zlatan Ibrahimović, najdroższy do tej pory piłkarz wytransferowany ze szwedzkiej ziemi. To najbogatsza tamtejsza drużyna z budżetem w 2014 roku na poziomie 10 milionów euro. Ale to również ekipa, która wróciła z bardzo dalekiej podróży. Podróży wprost z piłkarskiego piekła. Piętnaście lat temu sięgnęła dna, spadając do drugiej ligi. Zarówno dla kibiców Malmö, jak i sympatyków rodzimego futbolu musiało to być nie lada szokiem, gdyż to tak jakby z Primera División pożegnała się Barcelona.

Dzisiaj do tych smutnych czasów nikt już nie wraca. Bo od tamtego czasu w klubie zmieniło się praktycznie wszystko – od stadionu, od 2009 roku grają na nowiuteńkim, po system szkolenia i sposoby zarządzania. Zmieniło się na tyle, że dla niektórych innych zespołów, to oni stanowią za wzór do naśladowania. Shamrock Rovers z Irlandii spędziło podobno szmat czasu na obserwowaniu metod pracy w Malmö.

A ten pierwszy szwedzki klub w Champions League od 2000 roku młodzieżą stoi. W 25-osobowej kadrze tylko czterech zawodników ma na karku 30 lub więcej wiosen - średnia wieku to niespełna 24 lata. I ta młodziuteńka drużyna, która od trzech lat każdego sezonu na transfery nie wydała więcej niż 300 tysięcy euro, która według serwisu transfermarkt.de jest wyceniana na trochę ponad 12 milionów, którą kieruje były reprezentant i selekcjoner Norwegii Åge Hareide, stanie naprzeciw prawdziwych futbolowych olbrzymów – Atletico Madryt i Juventusu Turyn. Wówczas naprawdę poczuje się niczym piłkarski maluch.

Niedoszły bankrut

Jeszcze kilka lata temu ten najbardziej utytułowany słoweński klub - 12 tytułów mistrza kraju, osiem pucharów i cztery superpuchary na koncie, jeden z trzech, które nigdy nie zajrzały do drugiej ligi - chylił się ku upadkowi. W latach 2004-2008 ten ligowy potentat chwiał się w posadach. Długi NK Maribor w pewnym momencie sięgały czterech milionów euro. Drużynie groziło rozwiązanie. Nie było ich stać na zakup piłkarzy, jego kadrę wypełniali gracze z rezerw i sekcji młodzieżowych, a obcokrajowców sprowadzano jedynie za darmo.

Najczarniejsze dni, kiedy w lidze nie uplasował się ani razu powyżej trzeciego miejsca, choć na otuchę w Pucharze Intertoto w 2006 roku zdołał pokonać Villarreal, Maribor ma już dawno za sobą. W ciągu tych paru wiosen perspektywy piłkarskie w zespole zmieniły się tak bardzo, że chude czasy należy tam uznać za zamierzchłą przeszłość.

Odkąd w 2009 roku dyrektorem sportowym został Zlatko Zahovič, żywa legenda futbolowej Słowenii, to klub ligę wygrywał pięć razy, utrzymuje obecnie passę czterech tytułów z rzędu, spłacił wszystkie należności, gra na odnowionym stadionie i trzy razy rok po roku grał w rundzie grupowej Ligi Europy. W ubiegłym sezonie z grupy wyszedł i odpadł po zaciętych bojach – remis 2-2 i porażka 1-2 – z późniejszym triumfatorem Sevillą, a teraz właśnie po czternastu latach absencji zawitał do Champions League.

Dokonał tego pod rządami Ante Šimundža, trenera, który przedtem przez trzy lata był asystentem w Mariborze, a kiedy rozpoczął samodzielną przygodę z trenerką, od 2011 roku, to drużyny zmieniał pięciokrotnie - w samym 2013 trzykrotnie. Do tych elitarnych rozgrywek wprowadził zespół młody, gdzie raptem czterech zawodników przekroczyło trzydziestkę i który na transfery w ostatnich trzech sezonach wydał tyle, co nic – 180 tysięcy euro. I tak na przestrzeni dekady Maribor przebył drogę od niedoszłego bankruta do krajowego giganta i uczestnika Ligi Mistrzów.

Potentat z Białorusi

Do Ligi Mistrzów po raz pierwszy wtargnęli zupełnie niespodziewanie w 2008 roku. Z budżetem w wysokości 1,5 miliona euro mogli wyglądać na żebraka, który wprosił się na wykwintny piłkarski bal. Mieli tam zagościć na milisekundę, jedną krótką i kompletnie niezwykłą dla nich chwilę. BATE Borysów tymczasem na balu zabawia się do dziś, niemal rokrocznie awansując do fazy grupowej Ligi Mistrzów albo Ligi Europy. W Champions League zagrają właśnie po raz czwarty. Z dawnego Bloku Wschodniego podobną regularnością w grze w pucharach mogą pochwalić się tylko Szachtar oraz Zenit.

Rywalizacja z Porto, Szachtarem czy Athletic Bilbao jest im niestraszna. Nie dla klubu, który w swych krótkich dziejach występów na arenie europejskiej zdążył rozprawić się z Bayernem, Evertonem czy Villarrealem oraz zremisować z Juventusem, Milanem i PSG. A przecież  mówimy o ekipie, której budżet nie wynosi nawet tyle, co kontrakty największych futbolowych gwiazd i którą raczej się lekceważy na Starym Kontynencie niż docenia. Jeszcze niedawno Bułgarzy z Lewski Sofia określali ich jako „robotniczy zespół ze sztucznego państwa”. A dwa lata temu Holger Badstuber po przegranym 1-3 meczu Bayernu z Białorusinami opowiadał dziennikarzom: „Nie mam pojęcia, w jaki sposób taka drużyna strzeliła nam trzy gole”.

Klub, który na piętnaście lat zniknął z piłkarskiej mapy - założony na nowo dopiero w 1996 roku - nazwany od lokalnego zakładu samochodowego i ciągników elektrycznych, z przemysłowego, 150-tysięcznego miasteczka, w swoim kraju jest prawdziwym hegemonem. Mistrzostwa od ośmiu lat kolekcjonuje seryjnie, a na przestrzeni ostatnich osiemnastu poniżej drugiego miejsca schodził zaledwie dwukrotnie.

U naszych wschodnich sąsiadów BATE uchodzi również za społeczny fenomen. To nie tylko pierwsza białoruska drużyna, która wdarła się do Champions League, lecz także pierwsza, która podniosła poziom piłki nożnej w tym kraju do rangi zjawiska masowego. Zdaniem tamtejszych ekspertów dzięki graczom z Borysowa zainteresowanie futbolem wzrosło wielokrotnie. Ich sukcesy otworzyły umysły Białorusinów na tę dyscyplinę. Ich mecze ogląda więcej widzów niż spotkania reprezentacji. Po bilety ustawiają się tysiące ludzi, kolejki do kas zazwyczaj sięgają kilkuset metrów. O wejściówki ciężko, a u „koników” cena dochodzi do 200 dolarów.

Nic dziwnego, to przecież zespół, który pokonał m. in. Bayern Monachium. To zresztą fenomen tym bardziej zjawiskowy, bo trzeba dodać, że po europejskich arenach rozbijał się ze składem wypchanym raczej zawodnikami rodzimymi. W jego obecnej kadrze znajdziemy zaledwie pięciu obcokrajowców. Do tej pory potrafił zachwycić futbolowy świat pojedynczymi spotkaniami, więc może wreszcie nadeszła pora, by wprawić w zachwyt pierwszym, historycznym awansem z grupy Ligi Mistrzów.

Bogacz z Razgradu

To najbardziej niesamowity z uczestników tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Nie tylko reprezentujący najmniejsze miasteczko w Champions League, 30-tysięczny Razgrad, choć mecze rozgrywa na obiekcie w Sofii, ale także najmłodszy, powstały przed trzynastu laty. Jeszcze pięć lat temu grał na boiskach trzecioligowych, teraz odwiedzi stadiony Realu oraz Liverpoolu. 

Za tak nieprawdopodobną podróżą z piłkarskiej prowincji Bułgarii na stadiony świata odpowiadają bracia Domusziew, potentaci w branży farmaceutycznej. Kiedy przejmowali klub, ten znajdował się w drugiej lidze. Z perspektywy paru lat możemy powiedzieć, że ich celem nie była żmudna dłubanina przy zespole i szkółce młodzieżowej, oni wybrali drogę na skróty. Już pierwszy sezon pod ich władaniem naznaczony był sporym sukcesem – historycznym awansem do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następny stworzył kolejną szokującą historię – Łudogorec zdobył mistrzostwo kraju i stał się jedynym obok Levadii Tallin klubem, który dokonał tej sztuki jako kompletny debiutant.

Patrząc zresztą na ostatnie pięć lat tej drużyny, można dojść do wniosku, że tam nie mogą dziać się po prostu rzeczy zwykłe. Szturmem wzięli ligę i mistrzowskiej patery nie oddali do tej pory. Każdy następny tytuł wygrywali przewagą zaledwie punktu nad drugim zespołem, a łącznie w 93 dotychczasowych spotkaniach w pierwszej lidze goryczy porażki zaznali raptem 11-krotnie.

Tę dominację tłumaczy się środkami, jakie bracia Domusziew przeznaczają na ekipę. 7,5 miliona euro wydane, odkąd do Razgradu przybyli, jak na bułgarskie warunki robi imponujące wrażenie. Równie imponująca i niezwykła jest przygoda Łudogorca w europejskich pucharach. Debiutowali trzy sezony temu, a zdążyli już zagrać w fazie grupowej Ligi Europy, wyjść z niej z pierwszego miejsca, pokonać w 1/16 Lazio Rzym i dopiero w kolejnej rundzie uznać wyższość Valencii.


Tego lata wywalczyli awans do Champions League. I trzeba dodać, że oczywiście w kompletnie niesamowitych okolicznościach. W decydującym starciu ze Steauą Bukareszt w 119 minucie pojedynku drugą żółtą kartkę ogląda bramkarz bułgarskiej ekipy. Trener nie może już dokonać zmian, więc golkiperem zostaje obrońca Cosmin Monti. Pożycza strój i rękawice od rezerwowego bramkarza i w serii jedenastek broni dwa rzuty karne. Po meczu mówi przed kamerami: „Nikt nie byłby w stanie napisać takiej historii”. Mylił się. To futbol rozpisuje im zupełnie nieprawdopodobne i pełne dramaturgii scenariusze. Najwyraźniej upodobał sobie tę drużynę, a cała runda grupowa Ligi Mistrzów jeszcze przecież przed nimi.

wtorek, 9 września 2014

Tam, gdzie futbol nie ma znaczenia

„Gdy ludzie umierają, to nie jest łatwe, by pracować dalej. Musimy zdać sobie sprawę, że nie ma ważniejszej rzeczy od ludzkiego życia” – mówił dziennikarzom BBC Dmytro Czyhrynski, gracz Szachtara. Współczesna Ukraina w niczym już nie przypomina tej sprzed dwóch lat, tętniącej życiem i futbolową pasją. Obecnie jej wschodnie rubieże przypominają raczej cmentarzysko, a stadiony są zniszczone i opustoszałe.

Był drugi maja. W Odessie miejscowy Czernomorec szykował się na pojedynek z Metalistem Charków. Zanim jednak do niego doszło, fani zorganizowali pokojowy marsz poparcia dla Ukrainy, co po listopadowych wydarzeniach na Majdanie stało się tradycją przed każdym ligowym spotkaniem. Ale tego dnia, tak jak zresztą w kilku poprzednich, w tym nadmorskim mieście w powietrzu wyczuwało się napięcie. Uczestnicy marszu jeszcze nie zdawali sobie sprawy, że idąc ku arenie, lada moment zostaną zaatakowani przez agresywnie zachowujących się zwolenników Rosji. Nie wiedzieli, że pokojowy marsz wkrótce stanie się spektaklem nienawiści i przemocy, krwawą jatką.

Naoczny świadek opowiadał potem, że pierwszy zginął młody fan piłki nożnej, kibic. Dostał kulkę w klatkę piersiową. Zmarł na miejscu. Początkowa bijatyka szybko przerodziła się w strzelaninę i ogarnęła całą miejscowość. Tego dnia w Odessie zginęło łącznie 46 osób. Zwolenników i przeciwników Euromajdanu. Do dzisiaj rosyjsko-ukraiński konflikt pochłonął ponad dwa tysiące istnień. Śmierć we wschodniej części kraju stała się zwykłą codziennością. Śmierć swoimi ramionami otuliła również sympatyków futbolu. A wojenny chaos wdarł się do klubów i na obiekty piłkarskie.

W wojennym kotle

Dwa lata temu prawie milionowy Donieck tętnił życiem jak nigdy. Aktualnie to metropolia zniszczona i wymarła. Według opowieści lokalnych ludzi to miasto duchów. Dwa lata temu na ulicach Doniecka można było spotkać sympatyków piłki kopanej z niemal całej Europy. Teraz, jak pisał niemiecki reporter na łamach „Der Spiegel”, prędzej znajdziemy tam martwych ludzi. Śmierć bowiem czyha na progu, kula może dosięgnąć każdego, a mieszkańcy, nieufni nikomu, chowają się w prowizorycznych schronach. Dwa lata temu miasto wrzało, śpiewy i kibicowskie przyśpiewki nie ustawały. Dzisiaj nie ma tam prądu, bieżącej wody, a rebelianci wyłączyli wszystkie ukraińskie stacje telewizyjne.

Jeszcze dwa lata temu stadion Donbass Arena wyglądał na supernowoczesny, obecnie zaś przypomina opuszczony i zrujnowany gmach. Straszy wyglądem i podkreśla, że spór dotyczy wszystkich, nawet tych wyczynowo uprawiających piłkę. Zawodnicy, trenerzy oraz szefostwo Szachtara przebywają w oddalonym o setki kilometrów Kijowie, a mecze ligowe klub rozgrywa we Lwowie. Na pierwsze ich spotkanie w tym sezonie przyszło około 5 tysięcy sympatyków.

Póki co średnia widzów na obiektach wynosi niecałe 8 tysięcy. W poprzednich latach wahała się w granicach 11-12 tysięcy. Szachtar w ubiegłym sezonie oglądało przeszło 30 tysięcy ludzi. W tym to raptem 8 tysięcy. Nawet Dynamo Kijów straciło około 10 tysięcy widzów względem roku poprzedniego. W takich warunkach, w kraju ogarniętym konfliktem, nie ma mowy o normalnym futbolu.

Dwóch drużyn - Tawriji Symferopol oraz FC Sewastopolu - z anektowanego przez Rosję Krymu w szeregach ukraińskiej ligi już nie ma, cztery inne ze wschodnich rejonów nie mogą grać na swoich stadionach, a dla pozostałych celem nadrzędnym jest po prostu przetrwanie trudnych czasów. Już ubiegły sezon Ukraińcy ledwo ukończyli. Ostatnie mecze albo się nie odbywały, albo rozgrywano je przy pustych trybunach. Bieżący ostatecznie wystartował, lecz przez długi czas nie było wiadomo, czy w obliczu narastających problemów, w ogóle do tego dojdzie.

Na wojennej ścieżce

Nie lada wyzwaniem logistycznym było ulokowanie niektórych pierwszoligowców w bezpiecznych strefach. Wojenna zawierucha nie tylko zmieniła życie miejscowej ludności, ona cały tamtejszy futbol wywróciła do góry nogami  i utopiła w odmętach chaosu. Wspomniany Szachtar, tak jak pozostałe dwa kluby z Doniecka - Olimpik i Metalurg - wyprowadziły się do stolicy i Lwowa, pojedynki Zorii Ługańsk odbywają się w Zaporożu. Podsumowując: łącznie cztery ekipy opuściły region naznaczony sporem, a dwa kolejne zostały wcielone przez Rosję. Dodając do tego Arsenal Kijów, który zbankrutował, otrzymamy prawdziwy, niekontrolowany miszmasz.

Nie można zapomnieć, że strona finansowa zespołów również ucierpiała znacząco. Wielu bowiem właścicieli - tych zamożnych, zazwyczaj ze wschodniej części państwa, popierających Janukowycza - zbiegło z kraju, pozostawiając swoje drużyny własnemu losowi. Siergiej Kurczenko, miliarder, boss Metalistu Charków, uciekł z ojczyzny w listopadzie 2013 roku i przestał wspierać swój zespół. Wkrótce odeszli z niego kluczowi gracze, a wraz z nimi dyrektor sportowy, znany z pracy w Tottenhamie oraz Chelsea, Frank Arnesen.

Taki masowy exodus zawodników nie nastąpił jedynie w Charkowie. Dla przykładu: z Chernomorca Odessa odeszło ich pięciu. W tym przypadku głównym powodem nie były pieniądze, a raczej obawa o własne bezpieczeństwo. Bo strach zadomowił się nie tylko w umysłach Ukraińców, zwykłych obywateli, ale także zajrzał prosto w oczy obcokrajowcom, gwiazdom tamtejszych ekip.

Gdy w lipcu pięciu Brazylijczyków i jeden Argentyńczyk z Szachtara przebywający na zgrupowaniu we Francji, odmówili wylotu na Ukrainę, to nie dlatego, że takie było ich widzimisię – Rinat Achmetow oraz Mircea Lucescu winowajcę widzieli w osobie agenta zawodników, Kia Joorabchiana – lecz dlatego, że niecałe 60 kilometrów od Doniecka zestrzelono malezyjski samolot, a kilkadziesiąt dalej trwały regularne walki.

Inny z Brazylijczyków, Edmar, który przyjął obywatelstwo Ukrainy, zdaniem mediów otrzymał w lipcu powołanie do armii. Boisko miał niebawem zamienić na front wojenny. Informacje te okazały się jednak nie do końca rzetelne i sam zawodnik nie musiał stawić się w wojsku. Piłkarz, który miał zostać żołnierzem, pozostanie - przynajmniej na razie - nadal piłkarzem. Obrazuje to, jak dalekie od normalnych są tam nastroje.

Futbol w czasach wojny

Na Ukrainie futbol, polityka, media i inne aspekty życia stanowią system naczyń połączonych. Siergiej Sapsay, kibic Worskły Połtawa, klubu, którego prezydent został zastrzelony we własnym domu, stwierdził na łamach serwisu theeurodaily.com, że w jego ojczyźnie nie ma piłki bez polityki. Bo oligarchowie, będący ważnymi figurami na scenie politycznej, decydują nie tylko o losach swoich zespołów, ale pośrednio również o losach całego państwa. Toteż samemu futbolowi przypisują istotną rolę. Chyba zbyt istotną.

Szef Dynama Kijów, Ihor Surkis, w kwietniu w magazynie „World Soccer” głosił: „Sądzę, że piłka potrafi zjednoczyć nasze państwo. Wszyscy chcemy żyć w przyjaznym kraju. Jestem pewien, że może ona zapewnić nam środki, by tego dokonać”. Nie sądził chyba, że to, co wtedy przypominało dopiero zarzewie konfliktu, przybierze wkrótce formę ustawicznych, krwawych walk.

Bo w rejonach, gdzie miasteczka wyglądają na wymarłe, z doszczętnie zniszczonymi domami, dziurami wielkości kraterów na ulicach, gdzie mieszkańców się porywa, torturuje lub morduje, gdzie nie posiadają wody i prądu, telefony nie działają, a w powietrzu na każdym kroku czuć zapach śmierci, futbol jest z pewnością ostatnią rzeczą o jakiej się myśli. Piłka nożna nie ma i nie będzie miał wpływu na to, czy ta wojna już się zakończyła i rzekomy rozejm okaże się trwały. Przynajmniej trwalszy niż niektóre z zapewnień Putina i jego świty, które często były tylko słowami rzuconymi na wiatr.


Obserwując to, co dzieje się na Ukrainie, ogarnia mnie zwyczajna bezsilność. Bezsilność, że człowiek po raz kolejny sięga po środki ostateczne. Dwa lata temu ukraińska ziemia radowała się piłkarskim świętem, bezprecedensowym w jej historii. Obecnie łzy szczęścia ustąpiły łzom smutku, a ta przesiąknięta teraz nienawiścią, strachem i przemocą ziemia spływa krwią. Kluby, trenerzy i piłkarze próbują zachować resztki normalności w miejscu, gdzie o normalność dzisiaj tak szczególnie trudno. Futbol nie ma tam już jakiegokolwiek znaczenia. Nie w regionach, gdzie zginęło prawie trzy tysiące ludzi. 

sobota, 6 września 2014

Piłkarze ze Skały

Magoty gibraltarskie to jedyne, dziko żyjące małpy w Europie. To także prawdopodobnie jedyni mieszkańcy Gibraltaru, którzy nie przejawiają zainteresowania futbolem. Bo jeśli wierzyć statystykom to, co osiemnasty człowiek z tego kraju gra w piłkę, a w ogóle co dziesiąty jest bardziej lub mniej zaangażowany w futbol. Na całej planecie trudno zatem byłoby odnaleźć skrawek ziemi równie zafascynowany tą dyscypliną.

Nazywany potocznie „Skałą”, bo nad tym niewielkim państewkiem góruje Skała Gibraltarska, rok temu stał się najmniejszym pod względem liczby ludności krajem zrzeszonym w UEFA – trochę więcej mieszkańców niż w Zakopanem. I najmniejszym pod względem powierzchni – pięciokrotnie mniejszy od Bełchatowa. W tym maleństwie piłkę kopie 600 zawodników, graczy wszystkich kategorii wiekowych jest tam 1650, a klubów 22. To pokazuje, jakie futbolowe kuriozum stanie w niedzielę naprzeciwko Polski.

Don Kichot z Gibraltaru

Choć tamtejsza federacja jest jedną z najstarszych na świecie – siódma najstarsza – założoną w 1895, choć piłka zawędrowała do nich wcześniej niż do Hiszpanii, to do rodziny UEFA wstąpili dopiero w maju ubiegłego roku. Batalię o przystąpienie do tej organizacji toczyli od prawie dwóch dekad, a głównym jej wrogiem przez te lata była, wciąż roszcząca sobie prawa do tego spłachetka ziemi, Hiszpania.

Walka z państwem okalającym Gibraltar zewsząd oraz ze związkiem futbolowym zdecydowanie potężniejszym i bardziej wpływowym, mogła przypominać walkę z wiatrakami. Pierwsze wnioski składali pod koniec ubiegłego wieku. Szyki skutecznie pokrzyżowała im wówczas właśnie Hiszpania, która nie chciała doprowadzić do utworzenia w pełni samodzielnego organu piłkarskiego tuż obok jej granic, co mogłoby zainspirować do podobnych czynów od dawna podkreślające swoją niezależność Kraj Basków oraz Katalonię.

Następną aplikację, którą złożyli w 2007 roku, poparły raptem trzy państwa - Irlandia, Szkocja oraz Walia - ale rozgoryczenie Hiszpanów już wtedy było tak duże, że grozili wycofaniem wszystkich klubów z europejskich rozgrywek. Pierwszej dawki goryczy zaznali jednak dopiero w 2011, kiedy to UEFA przyznała Gibraltarowi tymczasowe członkostwo, które zezwoliło im na zgłaszanie reprezentacji do lat 17 i 19 w oficjalnych międzynarodowych turniejach. A solidną, gorzką pigułkę musieli przełknąć 24 maja 2013 roku. Gibraltar w końcu dopiął swego, przeciwko jego dołączeniu do UEFA, oprócz Hiszpanii, głosowała jedynie Białoruś.

Wyspa, która wyspą nie jest

Tego dnia ten maleńki kraj upajał się szczęściem. Ogłoszono dzień wolny od pracy, a ludzie wyszli na aleję Winstona Churchilla, by świętować. Ostatnio taka radość zapanowała u nich ponoć pięć lat temu, kiedy ich rodaczka, Kaiane Aldorino, została wybrana na miss świata. Albo w 2007 roku, gdy odnotowali swój największy piłkarski sukces – wygrali turniej Island Games, w finale pokonali wyspę Rodos, chociaż przecież sami wyspą nie są.

Niedzielnym wieczorem ujrzymy zatem prawdziwą futbolową osobliwość, która jeszcze do niedawna biła się w nieoficjalnych rozgrywkach z St. Pauli, Tybetem, Cyprem Północnym czy Minorką. Gdzie nie ma trawiastego boiska, a jedyne pełnowymiarowe na obiekcie Victoria Stadium ma sztuczną nawierzchnię. Drugie pełnowymiarowe należy do ministerstwa obrony.

To piłkarska anomalia, o której dobrze się pisze i snuje ciekawe opowieści, bo tylko tam niecodziennych wydarzeń i niespotykanych nigdzie indziej rzeczy jest pod dostatkiem. Na wspomnianym, 5-tysięcznym stadionie Victoria, nieposiadającym miejsc siedzących, odbywają się wszystkie mecze ligowe. A kolejkę ligową gra się tego samego dnia, najczęściej od godziny 16 do 22. Spotkania międzypaństwowe zaś Gibraltar rozgrywa na portugalskim Estádio Algavre, gdzie zmieściliby się wszyscy jego mieszkańcy.

Drużyna strażaków, policjantów i celników

Na osobną uwagę zasługuje tamtejsza reprezentacja, temat równie wdzięczny, co cały Gibraltar. Przed pierwszym oficjalnym meczem ze Słowacją reprezentanci „Skały” odwiedzili miejscowe centrum handlowe, aby zaopatrzyć się w odpowiednie obuwie sportowe, gdyż nigdy nie grali na trawiastym boisku. To w ogóle futbolowy kopciuszek w sensie dosłownym, bo w jej kadrze odnajdziemy zdecydowanie więcej amatorów, a profesjonalistów pełną gębą próżno tam szukać.

W obecnym składzie Gibraltaru znajdziemy dwóch zawodników z angielskich muraw – Jake’a Goslinga z występującego w Conference League Bristol Rovers oraz Scotta Wisemana z trzecioligowego Preston North End – a także po graczu z ligi izraelskiej, Liama Walkera, i walijskiej, Davida Artella. Kapitanem ekipy jest natomiast Roy Chipolina, celnik z zawodu, bramki strzeże zaś strażak Jordan Perez, a najgroźniejszy zawodnik, napastnik Kyle Casciaro - według Allena Buli, selekcjonera, nadawałby się do gry nawet w Premier League - to z kolei policjant.

Swoje pięć minut w Gibraltarze miał za to inny gracz z Premier League Danny Higginbotham. Jedyny przywdziewający jego koszulkę, który powąchał murawy na tak wysokim szczeblu. Wychowanek Manchesteru United, występował m. in. Stoke, Southamptonu i Sunderlandu, debiutował w meczu międzypaństwowym w wieku 34 lat, a powołanie otrzymał niejako przez Twitter. To za jego pomocą Allen Bula skontaktował się z Higginbothamem, dla którego jest on zresztą wujkiem.

Dzisiaj wychowanka „Czerwonych Diabłów” w zespole już nie ma. Gibraltar to zatem ekipa cierpiąca na niedobór zawodowych graczy. „Czasami mamy ustalony trening i nagle niektórzy zawodnicy zostają wezwani do roboty, więc ich tracę. To przypomina trochę koszmar” – żalił się Bula na łamach magazynu „When Saturday Comes”. Profesjonalistów nie brakuje natomiast na zapleczu reprezentacji, które stanowią asystenci, skauci, analitycy, fizjoterapeuci, masażyści, kręgarze oraz dietetycy.

Kopciuszek wybiera się na bal

Nad tym zlepkiem udającym wyczynową drużynę, próbuje zapanować wspomniany Bula. Szkoleniowiec, który pracę w szkółce juniorskiej w Koszycach, gdzie wynalazł dla piłkarskiego świata Nemanję Maticia, rzucił na rzecz darmowej we własnej ojczyźnie. Teraz odgrywa rolę rzeźbiarza, starającego się uformować coś z bezkształtnej bryły.

Nie zamierza jednak narzekać. Jego podejście do pracy i nastawienie sytuują się na przeciwległym do malkontenctwa i czarnowidztwa biegunie. Celuje bowiem w baraże, wylosowanie Polski, Irlandii czy Szkocji nie oznacza wcale dla niego przeszkody nie do przejścia. Mocna wierzy, że Gibraltar będzie pierwszym z maluczkich, który zajrzy na turniej futbolowych olbrzymów. A w dalszej perspektywie chce wedrzeć się do najlepszej 50 światowego rankingu, choć jak na razie w klasyfikacji FIFA jego zespołu w ogóle nie ma.


I najwyraźniej nie rzuca słów na wiatr, bo ogłosił, że jeśli wyznaczonych sobie celów nie osiągnie, to będzie pierwszym, który odejdzie. Może więc Gibraltar to kopciuszek, ale taki, który na piłkarski bal planuje się wprosić, zaczynając od solidnego kopniaka w drzwi. Oby Polska, kraina tak łaskawa dla futbolowych amatorów różnej maści, na tym zapowiadanym wejściu smoka nie ucierpiała za bardzo. 

środa, 27 sierpnia 2014

Futbol globalny

Mundial w Brazylii obejrzała podobno połowa ziemskiej populacji. Praw do transmisji poprzedniego sezonu Premier League nie pozyskały jedynie Albania i Korea Północna. Obecnie najważniejsze mecze piłki nożnej ogląda niemal każdy, dyskutują o niej miliony, ta dyscyplina jeszcze nigdy nie miała więc równie globalnego zasięgu. I w tę ciągle ewoluującą piłkarską rzeczywistość doskonale wpisują się kluby. Bo jeśli reklama jest dźwignią handlu, to dla nich współczesną dźwignią finansową jest właśnie globalizacja.

Dzisiaj przypominają one raczej ogromne korporacje, pochłaniające i generujące potężne sumy - dochód Premier League w ubiegłym roku wyniósł prawie trzy miliardy euro - które poszukują zysku dosłownie wszędzie, nawet na odległych krańcach planety, a swymi mackami obłapują wszystko, co cenne. Tak jak to robi teraz Manchester City.

Projekt: Monster

„The Citizens” w pocie czoła budują swoje globalne imperium. Podjęli współpracę ze słynnym baseballowym zespołem New York Yankees i wspólnie utworzyli drużynę, New York City FC, która od przyszłego roku ma występować w MLS. Wartość całej operacji na razie wyniosła 100 milionów dolarów. Niegrający jeszcze w żadnej lidze klub, pozyskał już wypożyczonego do Manchesteru Franka Lamparda oraz wypożyczonego do Melbourne Davida Villę, a w planach pozostają budowa stadionu i szkółki juniorskiej.

W Australii należy do nich 80% akcji Melbourne City FC. W Japonii z kolei nawiązali kontakty z Nissanem i nabyli 20% udziałów kontrolowanej przez niego Yokohama F. Marinos. Wejdą one w skład tzw. „City Football Group”. Grupy, dla której metody trenerskie i treningowe, ekspertyzy szkoleniowe i biznesowe, sposoby prowadzenia zawodników oraz zarządzania angielskiego giganta będą ogólnie dostępne. Korzyści dla ekipy z Manchesteru mogą być znacznie większe.

Jej dyrektor wykonawczy, Ferran Soriano, zarzekał się, że w Nowym Jorku budują najprawdziwszą drużynę i że nie jest to zwykły chwyt marketingowy czy gra marki. Marketingowego wymiaru tego przedsięwzięcia nie sposób jednak pominąć. W innym zresztą wywiadzie opowiada, że utworzenie zespołu za Oceanem jest częścią długoterminowej strategii komercyjnej, która zakłada skorzystanie z wciąż rosnącej popularności futbolu w USA.

Zamiary swojego ligowego przeciwnika przejrzał na wylot Arsène Wenger, który na łamach „The Indpendent” stwierdził, że te wszystkie kluby będą jedynie żywicielami głównego, tego z siedzibą w Anglii. A jego właściciele celują w maksymalizację zysków poprzez dywersyfikację interesów. To może być znak nowych czasów – rozproszenie projektów i potencjalnych dochodów na różne strony świata i w tych różnych stronach aktywną obecność. Budowanie światowej marki i wpychanie kija z własną etykietką w miejsca, gdzie popularność piłki będzie tylko rosła.

Futbol korporacyjny

Rywale „The Citizens” zza miedzy – ci z United – o budowanie swojej marki martwić się nie muszą. Ponoć co dziesiąty mieszkaniec kuli ziemskiej sympatyzuje z „Czerwonymi Diabłami”. W 2012 roku przez magazyn Forbes zostali uznani za najwartościowszą markę sportową na globie, a teraz są w ogóle szóstą najbardziej rozpoznawalną, plasując się tuż za Facebookiem. Jeszcze dwa-trzy lata temu wyceniało się ich na przeszło trzy miliardy funtów, a pozostałe zespoły wyprzedzali o około miliard. W tegorocznym zestawieniu Deloitte Football Money League znaleźli się na czwartym miejscu – za Realem, Barceloną i Bayernem.

Wykorzystując silną międzynarodową pozycję i renomę, mogą zawierać lukratywne kontrakty ze sponsorami. Za samo logo na koszulkach treningowych od DHL otrzymują 40 milionów funtów rocznie. 10-letnią umowę z Adidasem, najdroższą w dziejach piłki, szacuje się na 750 mln. Od amerykańskiego koncernu General Motors, który na ich strojach meczowych umieści logo Chevroleta, w ciągu siedmiu lat dostaną 559 milionów dolarów.

Spoglądając na 49 pozycję Manchesteru City w rankingu Forbesa, nie można się dziwić jego tak agresywnemu zachowaniu na światowej scenie. Mocniejsze bądź słabsze więzi z „The Citizens” łączą aż 16 klubów. To rekordowa ilość, ich współpraca z innymi drużynami sięga od Skandynawii, przez Europę Południową, aż po daleką Afrykę. Na miejscu, u siebie, promują zaś akcję „City in the Community”, w ramach której wspierają m. in. ekipę z Conference League Hyde FC.

Rokrocznie jeżdżą na tournée po Azji lub Stanach Zjednoczonych. Własną witrynę prowadzą w dziesięciu językach. Są stale obecni na Twitterze - w trakcie 12 miesięcy stali się jedną z najbardziej znaczących marek z prawie dwoma milionami obserwatorów – oraz na portalu Youtube, gdzie dostarczają ekskluzywnych filmików - „InsideCity” oraz „Tunnel Cam” - z tego co się dzieje wewnątrz zespołu. Firma Cisco z kolei przemieniła Etihad Stadium w najprzyjaźniejszy pod względem technologicznym w Premier League.

Biznes się kręci

Aktualnie swoje oficjalne kanały na serwisie Youtube posiada przeszło trzysta drużyn i chyba nie ma już takiej, która nie posiadałaby własnego profilu na Facebooku czy Twitterze. Powszechnej globalizacji oraz kroczącej wraz z nią komercjalizacją nie da się zatrzymać, bo maniaków piłki nożnej tylko przybywa. I to w rejonach dotychczas odpornych tę dyscyplinę. Regiony do tej pory względnie spokoje rozpala obecnie nieprzerwana i narastająca futbolowa gorączka. Na lotnisku w Bangkoku można już spotkać sklepik z gadżetami Leicester City, a w USA oglądalność angielskiej ligi na przestrzeni roku wzrosła o ponad połowę.

I w tym globalnym pędzie kluby zwęszyły szansę na biznes. Dzisiejsza Premier League, gdzie co najmniej połowa ligowej stawki znajduje się w rękach obcokrajowców i więcej w ich kadrach graczy spoza Wysp, sprzedaje prawa do transmisji za trzy miliardy funtów. Mówi się, że Anglicy nie tylko wynaleźli futbol, ale też jak nikt na świecie potrafią go sprzedać. Machina marketingowa działa nieustannie także w pozostałych zakątkach Europy, a najpotężniejsze ekipy nie przypominają już niczego innego niż wielkich korporacji nastawionych na zysk. A ten może przynieść dosłownie wszystko.


Bo kibic od stóp do głów uzbrojony w gadżety różnej maści, noszący koszulkę nowo nabytej gwiazdy i obserwujący mecze z wysokości trybun, pracuje na swój ulubiony zespół. Podobnie zresztą jak i ten z drugiej półkuli, siedzący przed telewizorem, w slipach i kapciach swoich ulubieńców, pochłaniający przy tym potrawę doprawioną klubową przyprawą oraz popijający ją klubowym piwem, a w międzyczasie zaglądający na jego profil i namiętnie o nim tweetujący, również działa na rzecz piłkarskiej drużyny. Piłkarskiej globalnej marki. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Aby piłkarski Kazachstan rósł w siłę

Gdy Arno Pijpers mówił szefom futbolowej federacji Kazachstanu, że to po prostu niewykonalne, by wywalczyć awans na mundial w RPA, będąc w grupie z Anglią, Chorwacją i Ukrainą, ci zupełnie nie pojmowali, co też ten holenderski trener pragnie im przekazać. W ich mniemaniu reprezentacja, który plasowała się wówczas na 137 pozycji w rankingu FIFA, nie tyle zasługiwała na grę na mistrzostwach, co wręcz powinna na nie jechać. Może więc z Kazachstanem jest rzeczywiście tak jak w hymnie z „Borata” – to najwspanialsze państwo na świecie. 

„Oni chcieli dostać się na mundial. U nich wszystko zmienia się niesamowicie szybko i myśleli, że to możliwe” – opowiadał Pijpers reporterowi BBC Sport. „Kiedy powiedziałem im, że to nierealne, nie słuchali mnie w ogóle” – dodawał. Wkrótce potem został zwolniony.

Kraina marzycieli

Nawet jeśli znajdowali się w rankingu za Singapurem albo Burundi, a obecnie zajmują w nim 131 miejsce i tylko raz, na krótką chwilę, wdrapali się do pierwszej setki, to wciąż nie przestawali marzyć o mistrzostwach. Nie tylko zresztą marzyć, co wymagać awansu od kolejnych szkoleniowców. Wspomniany Pijpers twierdził, że jego przełożonych interesował wyłącznie natychmiastowy sukces, domagali się go, jak to ujął, w „półtora dnia”.

Nieustanne porównania do drużyny rosyjskiej i innego Holendra, wtedy prowadzącego Rosję Guusa Hiddinka, potrafiły z pewnością męczyć, ale taką zastał rzeczywistość w tym egzotycznym dla Europejczyka kraju. Kraju istniejącego od nieco ponad dwóch dekad, od przeszło dziesięciu lat będącego w szeregach UEFA, w świecie znanego chyba jedynie z fikcyjnej, odgrywanej przez Sachę Barona Cohena postaci, a w światku piłkarskim nieznanego kompletnie.

Nigdy nie otarł się o wielki futbolowy turniej, zazwyczaj lądował na dnie tabeli, punktując wyłącznie z dostarczycielami punktów typu Andora czy Wyspy Owcze. Jeden jedyny raz uciułał dziesięć oczek i wychynął poza dwa ostatnie miejsca w grupie – za czasów Pijpersa, którego tak chętnie pożegnano. Nigdy nie doczekał się klubu w Lidze Mistrzów, lecz to nie przeszkadza ludziom z tamtejszego związku oczekiwać niemożliwego.

Bo w ich oczach sprawy mają się zgoła odmiennie. Nie znoszą, kiedy wypomina im się mizerię ich piłki, pragną osiągnięć na miarę kolarskiej drużyny Astana Pro Team, swego czasu wśród najsilniejszych na globie, w której jeździł sam Alberto Contador. „W Kazachstanie życie  rozkwita błyskawicznie. Posiadają ropę oraz gaz i daje im to olbrzymie zyski. Problemem jest jednak to, że oczekują, iż w ciągu dekady staną się drugą Anglią, również tą piłkarską” – mówił Pijpers w wywiadzie z BBC Sport. To, co udało im się w kolarstwie, w futbolu dotychczas nie miało prawa się udać.

Azjatycki tygrys

Państwo napędzane ropą i gazem, które według wskaźnika PKB rozwija się zdecydowanie szybciej niż Rosja, z futurystycznie wyglądającą stolicą, w trakcie najbliższych lat chce stać się największym eksporterem ropy naftowej na kuli ziemskiej. Tam pieniądze nie są więc żadnym kłopotem, lecz w futbolu do tej pory bieda u nich aż piszczała. Wielkie ambicje zupełnie nie szły w parze ze środkami finansowymi. Ten bogaty kraj w piłce nożnej przez lata był zwyczajnym nędzarzem.

W 2009 roku zbankrutowały i zostały wycofane z pierwszej ligi trzy kluby. Dług FC Kairat, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów, sięgał półtora miliona dolarów. Bankructwo ogłosiła również FC Alma-Ata, ale później połączyła się ze sponsorowanym wówczas przez spółkę kolejową Temir Zholy FC Megasport i utworzyli obecną FC Astanę.

Zresztą do dzisiaj w regionie, gdzie nie brakuje ludzi opływających w petrodolary, tylko jedna drużyna ma zamożnego właściciela – wspomniane, jeszcze niedawno chylące się ku upadkowi FC Kairat. Pozostałe działają dzięki państwowym dotacjom i wsparciu lokalnych urzędników. Choć z drugiej strony miejscowi dziennikarze twierdzą, iż budżety klubów w wysokości od 5 do 20 milionów dolarów stoją na przyzwoitym, jak na zachodnio-azjatyckie warunki, poziomie. Problemami są raczej brak planowania i jakiejkolwiek wizji.

Publicysta serwisu sportinfo.kz Genyi Tulegenov żali się: „Wszystko idzie na bieżące wydatki. Zespoły nie inwestują w przyszłość, nawet grosza nie przeznaczają na sektor juniorski. Tym sportem kieruje krótkowzroczna banda”. Marketing sportowy dla tamtejszych ekip nadal jest czymś kompletnie obcym, a współpraca z lokalną telewizją nie układa się - eufemistycznie piszą - najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że żadna stacja nie pokazała na żywo meczu otwarcia FC Kairat z poprzedniego sezonu.

Pierwszą ligę kazachstańską nazywają Premier League, lecz z Premier League nie ma ona nic wspólnego. Jej piłkarski poziom wedle zagranicznych żurnalistów, którzy odwiedzili stadiony i zobaczyli kilka spotkań, jest bardzo przeciętny, a frekwencja na obiektach jeszcze gorsza, rzadko kiedy zapełniają się one choćby w połowie. Areny pozostawiają dużo do życzenia i dochodzi na nich do takich sytuacji, jak totalnie zalane boiska. W ogóle w całym, ogromnym Kazachstanie jest raptem jeden nowoczesny, wybudowany w 2009 roku za 185 milionów dolarów stadion - w stolicy, w Astanie. Niemal wszystkie mecze w europejskich pucharach rozgrywane są właśnie na nim, gdyż oprócz niego wyłącznie obiekt w Aktobe spełnia wymogi UEFA.

Ostatni król Szkocji

Swoje trzy grosze na temat kazachstańskich aren i muraw dorzucił Stuart Duff, jedyny zawodnik z Wysp, który miał możliwość zagrać w tamtejszej lidze. „Niektóre boiska są tam w naprawdę opłakanym stanie. Zdziwiła mnie również wyjątkowo niska frekwencja na trybunach” – opowiadał w wywiadzie dla „The Scottish Times”.

Do dalekiego Kazachstanu zawędrował z Malty, a wcześniej występował w Dundee United, Aberdeen, Inverness i młodzieżówce Szkocji do lat 21. Ale dopiero w tym odległym państwie mógł poczuć się niczym prawdziwy król - pierwszy raz w życiu mieszkał na stałe w luksusowym hotelu, a potem dostał wcale nie gorszy apartament. Dwa sezony reprezentował barwy FC Kairat. W tym czasie zdążył wyrobić sobie zdanie o kazachstańskim futbolu na tyle, że stwierdził nawet, iż drużyny typu Kairat, Aktobe czy Szachtior Karaganda z powodzeniem występowałyby w pierwszej lidze szkockiej i napsułyby sporo krwi Celtikowi.

Nie spotkania dostarczyły mu jednak największych wrażeń, a pewna kolacja z Kairatem Boranbayevem, prezydentem zespołu, dla którego grał. „Jadłem posiłek z szefem klubu, kiedy przynieśli ugotowaną głowę owcy. Odcięli jej uszy i dali dwóm najbardziej doświadczonym graczom, siedzącym naprzeciwko mnie. Chcieli mnie poczęstować, lecz odmówiłem. Najważniejsze części dawali najbardziej poważanym zawodnikom w ekipie. Pozostałe dzielono wedle tego, czego ktoś potrzebuje. Na przykład, kawałki języka podarowano osobom, które uczyły się miejscowego języka, a oczy wręczano tym, którzy nosili okulary, dzięki czemu miał poprawić się ich wzrok” – mówił na łamach „The Scottish Times”.

To wtedy mógł się poczuć niczym obcy w zupełnie obcym kraju, ale te i inne niecodzienne praktyki nie są mieszkańcom tej krainy nieznane. Przed meczem z Celtikiem kibice i władze Szachtiora Karagandy zarżnęli owcę na boisku pobliskim stadionowi w Astana. To ponoć powszechny rytuał w krajach muzułmańskich, który ma przynieść szczęście.

Legii podróż w nieznane?

Nie wiemy, czy do podobnych rytuałów ucieknie się Aktobe przed spotkaniem z Legią. Wciąż możemy za to powiedzieć, że warszawski zespół leci do państwa w gruncie rzeczy anonimowego. Bo to ciągle piłkarski trzeci świat, o którego istnieniu przypominamy sobie tylko wtedy, gdy polska reprezentacja ma się mierzyć z tamtejszą albo polski klub walczy w pucharach z tamtejszym. Ale trzeba także powiedzieć, że nie jest to już futbolowy kraj, który można z łatwością zlekceważyć.

To bogate państwo dopiero teraz budzi się z długiego piłkarskiego snu. Arno Pijpers wielokrotnie i bez skutku przekonywał swoich zwierzchników do zainwestowania solidnej sumy pieniędzy w sektor młodzieżowy. Zmienia się to właściwie teraz.


Nowy program rozwoju futbolu oparty na modelu niemieckim i przez stronę niemiecką nadzorowany, przynosi już pierwsze korzyści. W trakcie roku liczba dzieciaków uganiających się za piłką wzrosła o 40 procent, posiadają już 13 ośrodków szkoleniowych, a każda pierwszoligowa ekipa musi mieć własną bazę treningową i juniorską akademię. Może więc lada moment prześmiewcze słowa z tytułu filmowej produkcji o Boracie staną się prorocze i piłkarski Kazachstan urośnie w siłę.  

czwartek, 14 sierpnia 2014

Dobry, zły i brzydki

Jeszcze dwa tygodnie temu ich kadra liczyła zaledwie ośmiu graczy i nie było tam ani jednego bramkarza. Nieco wcześniej pozbyli się 27 zawodników. Musieli odwołać zaplanowane na lipiec tournée po Hiszpanii, gdyż nie potrafili uzbierać składu. W dwóch przedsezonowych meczach z Penrith oraz Burnley podstawową jedenastkę uzupełniali testowani piłkarze. Nad tym chaosem próbuje zapanować José Riga, siódmy w ciągu ostatnich dwóch lat szkoleniowiec Blackpool, lecz fani swój zespół już pogrzebali.

Gdyby postać grana przez Clinta Eastwooda w pamiętnym spaghetti westernie „Dobry, zły i brzydki” dostała kulkę w początkowych scenach, widz byłby w szoku i nie mógłby dojść do siebie do samego końca. Tak wyglądałaby nowa wersja filmu Sergio Leone, jeśli kręcić by ją w angielskim Blackpool. W nim niepodzielnie rządzą czarne charaktery, a ten „dobry”  jest już martwy dla klubu od dawna. Kibice natomiast wciąż nie potrafią wyjść z szoku, bo ich ukochana drużyna wywinęła się spod piłkarskiego stryczka, choć na dobrą sprawę również powinna być martwa.

Pewnego razu w Blackpool

Perspektywa w futbolu zmienia się diametralnie i błyskawicznie. Jeszcze w listopadzie ubiegłego roku „The Seasiders” pod wodzą Paula Ince’a znajdowali się w pierwszej szóstce ligi. I mogło się wydawać, że ponownie powalczą o awans. Nic bardziej mylnego. 17 kolejnych meczów bez zwycięstwa i doszło do zupełnego odwrócenia ról – pretendenci do gry w Premier League nagle i niespodziewanie stali się kandydatami do spadku do League One. Teraz perspektywa dla jej sympatyków zmieniła się znowu.

Na miano cudu zasługuje bowiem to, że w ogóle wybiegli na boisko w Nottingham w inaugurującym sezon spotkaniu. Na murawie cudów jednak nie było. Ekipa ulepiona w niecałe dwa tygodnie przegrać musiała – w trakcie 12 dni sprowadzili 12 zawodników, a golkipera na cztery dni przed pierwszym pojedynkiem. Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie, że Blackpool utrzyma się w Football League Championship.

To przekonanie umocniła nie tylko wstydliwa środowa porażka z czwartoligowym Shrewsbury Town w pierwszej rundzie Capital One Cup, ale także to wszystko, co tam się działo tego lata. A działy się rzeczy, jakie w angielskich klubach nie mają po prostu miejsca. Kiedy José Riga przybył do zespołu, zastał w nim raptem ośmiu piłkarzy. Dopiero pod koniec lipca zatrudnili dodatkowych trzech, w tym m. in. Tomasza Cywkę, i tak kadra liczyła 11 graczy. Szkoleniowiec nie mógł korzystać ponadto z drużyny młodzieżowej, gdyż tę rozwiązano.

Prowadził więc coś, co miało przypominać futbolowy zespół na czymś, co miało przypominać ośrodek treningowy. Przez Iana Hollowaya – trenera, który kilka lat temu wprowadził „The Seasiders” do Premier League – ochrzczony mianem „dziury w piekle”, jest uznawany za najgorszy w całej Anglii. Wystarczy wspomnieć, że zawodnicy zimą nie chcą podobno używać tamtejszych pryszniców, ponieważ temperatura w łazienkach jest bliska tej na zewnątrz, aby mieć ogólne jego wyobrażenie. To wciąż ten sam ośrodek, na którym przed sześcioma dekadami ćwiczył Stanley Matthews. Nie zmieniło się ponoć nic. I w tej „dziurze” zgotowali sobie prawdziwe piekiełko.

Płonące siodła

Valeri Belokon, czyli „dobry” według kibiców, inwestuje w drużynę od 2006 roku, to wtedy wykupił 20% jej udziałów. To on stał za sprowadzeniem Iana Hollowaya na stanowisko menedżera i Charliego Adama z Glasgow Rangers za 600 tysięcy euro. Odkąd przyszedł, klub piął się systematycznie w górę – w cztery sezony z League One do Premier League. Dzisiaj rozgoryczony i nie tak już aktywnie wspierający zespół, prowadzi wojnę z Karlem i Owenem Oystonem, których moglibyśmy nazwać „złym” i „brzydkim”, czarnymi charakterami wyjętymi wprost z filmowych produkcji.

I nawet jeśli otrzymalibyśmy obsadę stworzoną do westernu Sergio Leone, to do tego, co wydarzyło się w Blackpool, bardziej pasowałaby stylistyka rodem z parodii Mela Brooksa. Wojna piłkarska ogarnęła tam teraz wszystko i wszystkich – od sympatyków, przez działaczy, na właścicielach kończąc. A ci nie odzywają się do siebie, wysyłają sobie listy i obrzucają się oskarżeniami.

Łotysz w oficjalnym piśmie, którego kopię przekazał prasie, m. in. dziennikowi „The Daily Mirror”, zarzucił, że Anglicy wyprowadzili z klubu 35 milionów funtów. Chciał ponadto, żeby ostatnią transzę pieniędzy – 9 milionów otrzymywane jeszcze po spadku z Premier League - przeznaczyć na wzmocnienia i renowację stadionu oraz bazy treningowej. W odpowiedzi usłyszał, w notce zamieszczonej na klubowej stronie internetowej, że to on wyciągał z klubu duże sumy gotówki, a Karl Oyston i jego rodzina niczemu nie jest winna. Ale lokalne kluby kibica poparły Belokona, a Oystonów uznali za wrogów numer jeden.

Szefowie wrogowie

„To bardzo niepokojące. Za każdym razem, gdy pomyślę sobie, że nie może być gorzej, jest jeszcze gorzej. Przebyliśmy drogę od drużyny, która osiągała jakieś sukcesy w niższych ligach i zakończyła to występami w Premier League, do zespołu, który miałby teraz problemy w League Two. Z ośmiu obecnie zarejestrowanych zawodników, raptem dwóch-trzech grałoby w pierwszym składzie w poprzednim sezonie. To farsa” – nie ukrywał wzburzenia Tim Fielding, przewodniczący organizacji kibicowskiej w Blackpool, którego słowa przywołało „Daily Telegraph”.

Podobne nastroje panują wśród fanów. W marcu zorganizowali marsz pogrzebowy, w kwietniu podczas spotkania z Burnley w ramach protestu rzucali na murawę piłki tenisowe. W ogóle wiosna to było pasmo niekończących się wyzwisk w stronę szefostwa klubu. Sympatycy drużyny twierdzili i niezmiennie twierdzą, że właścicielami kieruje tylko chciwość i dbają oni wyłącznie o własne interesy. I patrząc na to, w jaki sposób jest w ostatnich latach zarządzana, trudno nie odnieść innego wrażenia. Bo awans do Premier League miał być początkiem lepszych czasów, a nie początkiem końca.

Pazerna banda

Odkąd „The Seasiders” zajrzeli na boiska pierwszoligowe i szybko się z nimi pożegnali – już po jednym sezonie – zarobili i następnie zaoszczędzili kilkadziesiąt milionów. I w tym czasie w nowych graczy zainwestowali niecałe 6 mln euro, podczas gdy sam Owen Oyston za awans do pierwszej ligi wypłacił sobie wynagrodzenie w wysokości 11 milionów funtów. Były dyrektor wykonawczy Liverpoolu, Christian Purslow, na łamach „Daily Mail” stwierdził: „Blackpool to chyba jedyny klub w dziejach Premier League, gdzie menedżer nie dostał nawet szansy, by wydać jakiekolwiek pieniądze na wzmocnienia”.

W ubiegłym roku byli jedną z nielicznych ekip z The Championship League, która przyniosła zysk. Zysk, który wygenerowali, bo według jednego z wcześniejszych działaczy Blackpool zawodnikom płaci się tam 90 funtów tygodniowo, ściąga się graczy kompletnie niepotrzebnych, typowe zapchajdziury w pozostałych zespołach albo młokosów dopiero wrastających w poważny świat futbolu, a szkoleniowcom oferuje krótkie kontrakty i zatrudnia takich, którzy po paru nieudanych przygodach z trenerką szukają kolejnej szansy.

Przez niemiecki „Bild” zostali nazwani najbardziej chaotycznym klubem w Europie. Odmiennego zdania jest jednak Karl Oyston, który reporterom BBC Sport mówił: „Niektórzy fani ciągle płaczą za zmianami i sądzę, że powinni być ostrożni w tym za czym płaczą. Alternatywy nie zawsze są tak atrakcyjne, jak myślą” – następnie dodał – „Ta drużyna przez cztery dekady była w League One albo League Two, więc nie rozumiem ich złości i nie sądzę, aby to w czymkolwiek pomogło”.


I tak jak w spaghetti westernie Sergio Leone „Dobry, zły i brzydki” show Eastwoodowi skradł odtwórca czarnego charakteru - „Anielskie oczka” - Lee Van Cleef, tak tutaj władzę nad Blackpool roztoczył negatywny bohater, Karl Oyston. A stąd już prosta droga pod piłkarski stryczek. 

środa, 6 sierpnia 2014

Czy roboty marzą o futbolu?

Jeden poda do drugiego, ten strzeli pięknego gola, kolejny odgwiżdże koniec spotkania, a jeszcze jeden napisze pasjonującą relację. Program komputerowy zbierze do kupy wszystkie statystyki, przetrawi i wypluje analizę meczu oraz algorytm, który pozwoli wygrać następny. Czy przyszłość futbolu należy do robotów i komputerów?

Do 2050 roku supernowoczesne maszyny mają stawić czoła piłkarzom, nieco wcześniej ustaną dyskusje na temat sędziowskich pomyłek, zawód dziennikarza sportowego odejdzie w niepamięć, a rywalizacja drużyn w Premier League już teraz przypomina technologiczny wyścig zbrojeń. Gdyby 50 lat temu Isaac Asimov swoje wizje przyszłości spisane w artykule dla „The New York Times” uzupełnił o piłkę nożną, to nie mamy pewności, czy byłyby one równie trafne. Bo już z perspektywy dwudziestoletniej to zupełnie inna dyscyplina.

Premier League jako program komputerowy

Jeszcze dekadę temu Harry Redknapp nabijał się z zatrudnionego w Southampton konsultanta Prozone, Simona Wilsona, mówiąc mu po jednym z przegranych spotkań - do którego Wilson przygotował przedmeczową odprawę - żeby następnym razem wziął swój komputer i zobaczył, czy pokona komputer rywali. Dzisiaj w lidze angielskiej nie ma ekipy, która nie korzystałby z programów Prozone albo Opta.

Co więcej, stałymi bywalcami zespołów i szatni - obecni w nich przed i po meczu - stają się analitycy. W Manchesterze City jest ich jedenastu, a najpotężniejsze kluby z Wysp inwestują w tę dziedzinę coraz pokaźniejsze sumy. Ludzie parający się statystyką, nie tylko zajmują się rozpracowywaniem przeciwników i oceną poczynań własnej drużyny, ale także wyszukiwaniem wzmocnień i mierzeniem ich potencjału oraz rozwojem młodych graczy.

Premier League zyskuje więc jeszcze jedną, alternatywną rzeczywistość. Rzeczywistość, gdzie zamiast boiska ujrzymy sektory oraz heatmapy, a zamiast zawodników liczby i wykresy. Plątaninę tysiąca najprzeróżniejszych statystyk i cyferek – podobno dziesięciominutowe ćwiczenia graczy z trzema piłkami na uzbrojonym po zęby w sensory ruchu i inne urządzenia boisku treningowym Hoffenheim daje siedem milionów jednostek informacji.  I nie dostarczają one jasnych oraz trafnych odpowiedzi. Bo to, że ktoś ma większe posiadanie, a dany zawodnik przebiegł określoną liczbę kilometrów i wykonał ileś tam podań samo w sobie mówi niewiele.

Program komputerowy kupię

„Analizy BBC lub Sky Sports, a nawet Opta bądź Prozone są znakomite jedynie dla fanów i dyskusji w pubie. Dla nas są one mało przydatne. Defensor z największą liczbą skutecznych wślizgów? To nic nie znaczy. My na przykład poszukujemy obrońców, którzy będą potrafili antycypować wydarzenia na murawie” – opowiadał na łamach magazynu Information Age Brian Prestige, szef działu analitycznego w Bolton Wanderers. Klubu, który dzięki nowemu spojrzeniu na analizy statystyczne, chce sobie utorować powrót do Premiership.

A ściślej rzecz ujmując dzięki dwóm programom: łączącym i selekcjonującym dane Alteryx oraz wizualizującym je w przystępnej formie Tableau Software. Prestige mówi, że dla nich są one jak Lionel Messi i reszta drużyny. To im podporządkowane jest wszystko – dobór taktyki, ustawienie, zadania i role zawodników, styl gry oraz sesje treningowe.

Wcześniej celem samym w sobie było dla nich jedynie gromadzenie informacji, które dostarczały Opta albo Prozone. Ktoś to później musiał przejrzeć, pogrupować i wybrać te najistotniejsze, co ciągnęło się godzinami. Alteryx robi to znacznie szybciej: „Dane z porannych ćwiczeń wrzucamy do programu i na tej podstawie szkoleniowiec decyduje, co będzie na treningu popołudniowym” -  wyjaśnia analityk Boltonu. A dzięki Tableau menedżer zespołu może przeglądać je w postaci obrazków na swoim iPadzie nawet podczas meczu.

Technologiczny wyścig zbrojeń

Nikt w tej chwili jeszcze nie wspomina o tym, że programy komputerowe mogą zastąpić trenerów i cały system skautingowy, jednak nikt dziesięć lat temu nie sądził, że statystyka szturmem wedrze się do futbolu i odciśnie na nim trwałe piętno. Nils Rudi, profesor wydziału Technologii i Zarządzania z największej prywatnej szkole biznesowej na świecie INSEAD, twierdzi: „Nie sądzę, by w przyszłości komputery zastąpiły szkoleniowców na ławkach trenerskich, lecz nie będę zaskoczony, jeśli którego dnia staną się one tak samo ważne”.

A piłka nożna coraz bardziej zmierza nie tylko ku nauce, ale także ku technologii. Zespoły wyposażone są często w gadżety rodem z komiksowych ekranizacji. Atletico Madryt testowało niedawno Google Glass. Manchester United na życzenie Luisa Van Gaala kupiło wysokiej jakości kamery pozwalające na ścisłe śledzenie piłkarzy w trakcie ćwiczeń. Manchester City podczas przedsezonowych przygotowań używał stroboskopowych okularów, pomagających ponoć w utrzymaniu koncentracji.

Kiedy rok temu trwało dochodzenie w sprawie szpiegowania i rzekomego ataku hakerskiego na bazę skautingową „The Citizens”, zawierającą dane o wszystkich obserwowanych przez nich graczach, którego miał dokonać inni angielski klub, można było wyrobić sobie mgliste wyobrażenie tego, jak przyszłość piłki nożnej będzie wyglądać. Przyszłość, której codziennością mogą stać się cyberataki, a wojny futbolowe odbywać się będą na jeszcze jednej płaszczyźnie – mającym niewiele wspólnego ze sportową rywalizacją technologicznym wyścigu zbrojeń.

Wehikuł czasu

Jaka zatem ma dokładnie być piłka nożna za kilka bądź kilkadziesiąt lat? HTC i Futurizon wydały raport „The future of football”, który mówi o inteligentnych kamerach w kształcie owadów, specjalnych tatuażach dostarczających informacji o ciśnieniu, pracy serca, odwodnieniu i wytrzymałości, butach z czujnikami pokazującymi m. in. tempo gry gracza, jego siłę, kąt uderzenia piłki i pomagającymi arbitrom w podejmowaniu decyzji odnośnie przewinień. Kibice zaś dzięki rozwiniętej technologii 3D oglądając spotkania z własnej kanapy, będą mogli poczuć się niczym na stadionie.

Z kolei Future Laboratory, firma zajmująca się przewidywaniem ogólnoświatowych trendów na rynku konsumenckim, prognozuje, że do 2023 roku zwykłych sędziów wyręczą roboty, a trenerzy będą korzystać z programów komputerowych, które w trakcie meczów podpowiedzą u jakiego piłkarza występuje większe ryzyko urazów. Komórki macierzyste i terapia genetyczna umożliwią natomiast przyspieszenie procesu rehabilitacji.

Profesorowie z Uniwersytetu Witwatersrand w RPA stworzyli program, który używając swojej sztucznej inteligencji potrafi oceniać faule i wymuszenia i dawać kartki. Zaawansowany system Prozone już wkrótce zacznie wykorzystywać inteligentne kamery, które zasugerują jaki zawodnik gra poniżej oczekiwań i wymaga zmiany. Takie kamery ponadto na podstawie analizy chodu graczy powiedzą, który z nich staje się coraz bardziej nerwowy i agresywny na murawie. W niedalekiej przyszłości na stałe w futbolu powinny zadomowić się programy szacujące przydatność zawodników, ich umiejętności i wartość – coś podobnego istnieje już w NFL czy lidze rugby w RPA.

Futbolowe science fiction

„Niektóre z tych przewidywań brzmią niczym wyjęte wprost z powieści science fiction, lecz rzeczywistość jest taka, że one pukają już do naszych drzwi” - opowiada Tom Savigar, dyrektor Future Laboratory, na łamach angielskiego czasopisma Metro. Taka opinia nie powinna dziwić tym bardziej, że już niedługo trudno będzie odróżnić to, co jest dziełem ludzkich rąk od tego, co zostało napisane przez komputerowy program.

Brzmi jak łagodniejsza wersja „Łowcy androidów”, ale wyniki badań poczynionych na Uniwersytecie w Karlstad pokazały, że studenci za bardziej wiarygodny, rzetelny, treściwszy i przyjemniejszy w odbiorze uznali artykuł spisany przez komputer, a nie przez zawodowego dziennikarza. Taki program korzysta z dostępnej bazy danych, zasobu słownictwa właściwemu określonemu tematowi oraz zasad gramatyki jak z książki kucharskiej. I takich krótkich newsów w ciągu roku umie stworzyć tysiące.

Magazyn Forbes wykorzystuje specjalną platformę komputerową do generowania automatycznych newsów. „Los Angeles Times” z kolei używa robota, który wyłapuje informacje o trzęsieniach ziemi i innych klęskach żywiołowych. W Associated Press maszyny zajmą się NFL. Niebawem może się okazać, że i relacje tekstowe ze spotkań piłkarskich będą dziełem programów komputerowych i sami się w tym nie połapiemy.

Robokalipsa

Również relacje z meczów robotów, bo te także podrygują na boisku. Od 1997 roku organizuje się im międzynarodowe mistrzostwa w piłce nożnej zwane „RoboCup” i istnieje ponadto sześć lig. Maszyny biorące udział w takich rozgrywkach nie są sterowane, komunikują się między sobą poprzez łącze wi-fi. Każdy ma sensory i oprogramowanie bazujące na sztucznej inteligencji.


Śmiałe raporty powiadają, że w nieodległej przyszłości androidy będą mogły zastępować kontuzjowanych zawodników, udzielać pomeczowych wywiadów i nawet z ludźmi rywalizować. Sporo wody musi jednak upłynąć, by do tego doszło. Ich pojedynki na razie przypominają grę trzylatków i wzbudzają raczej salwę śmiechu. Ale jeśli dekadę temu Harry Redknapp wyśmiewał to, co dzisiaj jest zwykłą codziennością, to może to z czego sobie obecnie żartujemy, za paręnaście lat wcale nie będzie takie śmieszne. Bo nie wiemy, czy roboty nie marzą już o futbolu i pokonaniu człowieka.