poniedziałek, 27 października 2014

Iana Cathro piętnaście minut sławy


Są książki, filmy oraz albumy muzyczne, które potrafią odmienić nasze życie. Dla Iana Cathro, obecnego asystenta głównodowodzącego Valencii, takim momentem zmieniającym jego dotychczasowe życie była 15-minutowa sesja szkoleniowa.

Jego kariera jest niczym błąd w systemie. To jedna z tych historii niesamowitych, która nawet w piłkarskim świecie - świecie, gdzie przecież cuda są dozwolone i niemal na porządku dziennym - nie miała po prostu prawa się zdarzyć. Szkot nigdy nie był wyczynowym graczem, jako zawodnik zatrzymał się na poziomie drużyn juniorskich drugiej ligi szkockiej. A jako trener zanim wyfrunął do Portugalii i następnie do Hiszpanii, parał się wyłącznie ćwiczeniem dzieci.

Świat jest mały

Jego losy odmieniły się, kiedy spotkał na swojej drodze Nuno Espírito  Santo. „Od razu zrozumiałem, że jest on kimś, kto pomoże mi rozwinąć się zarówno jako trener, jak i człowiek” – opowie później dziennikarzom. Na kursie organizowanym przez futbolową federację Szkocji trafia na „ogromnego Portugalczyka”, jak określił go potem w wywiadzie z reporterem BBC, i tak zaczyna się niezwykła przygoda.

Przypadek chciał, że Santo akurat w tym momencie znalazł się akurat w tym miejscu. Chciał, żeby Cathro i ówczesny menedżer Rio Ave natknęli się na siebie. Jedno spotkanie dwóch nieznajomych - Szkot będzie za jakiś czas wspominać o nietypowej rozmowie z obcokrajowcem, o którym nie wiedział kompletnie nic – zmieniło życia ich obu. A karierę szkockiego szkoleniowca wywróciło momentalnie do góry nogami.

Bo ten trenerski naturszczyk - trzykrotnie oblewał egzamin na trenera młodzieżowego, aż w końcu wyrobienie licencji na szkolenie juniorów uznał za stratę czasu - podążył za swoim kompanem do ponad 70-tysięcznej portugalskiej mieściny, by pomagać mu w kierowaniu ekipą, o której przeciętny Europejczyk w ogóle nie słyszał.

Sprzedawca marzeń

W Portugalii na przestrzeni dwóch lat z Rio Ave, zespołu pałętającego się w dolnych rejonach tabeli i każdego roku walczącego o przetrwanie w Primeira Liga, zrobili taki, który uplasował się w pierwszej szóstce rozgrywek, wyprzedził Sporting Lizbonę, dotarł do finałów Pucharu Ligi oraz krajowego pucharu i wywalczył udział w Lidze Europy. Gdy dokonali tam już swoich cudów, przenieśli się do jednego z czołowych reprezentantów Primera División.

I tak w ciągu trochę ponad dwóch sezonów 28-latek przebył drogę od trenera juniorów w Dundee United do pozycji asystenta menedżera w Valencii. Niebywałą drogę od prowadzenia dzieci poznających dopiero tajniki futbolu, do człowieka, który zajmuje się profesjonalistami pełną gębą, zarabiającymi w dodatku setki tysięcy euro.

A wszystko spowodowała jedna niewinna rozmowa. Gdyby nie tajemniczy jegomość z Portugalii Ziemia musiałaby prawdopodobnie okrążyć Słońce kilkadziesiąt razy albo to samo Słońce musiałoby zgasnąć, nim Cathro wyściubiłby nos poza nauczanie piłkarskiego rzemiosła młodzików i trafił do porównywalnie dużego zespołu, co Valencia. To tak, jakby spotkał samego diabła, podpisał z nim pakt i tym samym rzucił w cholerę przeciętne życie w Dundee i wstępując do świata wielkiego futbolu, zaczął realizować najskrytsze, wstydliwe nawet dla samego siebie, marzenia.  

Ale czy Ian Cathro przed spotkaniem swojego „diabła” rzeczywiście wiódł zupełnie przeciętne życie?

W prostocie siła

Na początku swojej przygody z trenerką prowadził piłkarskie kliniki według własnego pomysłu, w których uczył techniki. Gdy Craig Levein, wówczas menedżer Dundee United, odkrył, że podopieczni Cathro pod względem przygotowania technicznego wyprzedzają o lata świetlne rówieśników z jego klubu, natychmiast zatrudnił młodego Szkota. A ten mając 22 wiosny na karku, został szefem tamtejszej futbolowej akademii i wkrótce koordynatorem w szkółkach regionalnych szkockiej federacji.

Kiedy obejmował stanowisko w Dundee United, na łamach BBC mówił: „Musimy być pewni, że dzieci do 13 roku życia otrzymają tyle treningu technicznego, ile to tylko możliwe. Konieczna jest zmiana podejścia i kultury piłkarskiej – tego jak chcemy, aby nasi zawodnicy się rozwijali. Należy zrozumieć, jakiego rodzaju ćwiczenia juniorzy potrzebują w określonym wieku”. 22-letni młokos, bez większego doświadczenia trenerskiego, już wtedy uważał, że cały system szkolenia w Szkocji jest zły, że wykorzystywał przestarzałe metody i że rozwój umiejętności technicznych w tak młodym wieku jest ważniejszy od przygotowania kondycyjnego.

Cathro to w ogóle piłkarski zapaleniec, który szkoląc dzieci, pracował po 12 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Kładł się spać i budził z myślą o futbolu. Opowiadał, że nie mógł spać po nocach, bo w jego głowie nieustannie kłębiło się od pomysłów na innowacyjne treningi i ćwiczenia. Nacisk kładł na psychikę chłopców, na pozytywne nastawienie, myślenie, zadawanie pytań i popełnianie błędów. Piłkarska filozofia Szkota była niezmiernie prosta - żeby stać się dobrym graczem, najpierw trzeba opanować posługiwanie się futbolówką niemal do perfekcji, dopiero potem można zająć się innymi aspektami gry. A za klucz do sukcesu uważał przede wszystkim otwartość umysłu.

W drodze na szczyt?

Właśnie tej otwartości umysłu zabrakło mu w ojczyźnie, którą opuścił bez żalu. W wywiadach z dziennikarzami mówił, że jego jedyne wyrzuty sumienia związane są z porzuceniem młodzików. W tym króciutkim okresie zdążył jednak odnieść dwa niepodważalne sukcesy. Jednemu na imię Ryan Gauld - tego lata za trzy miliony funtów odszedł do Sportingu Lizbona, który ustalił klauzulę odkupu zawodnika na poziomie 60 milionów euro. Drugiemu zaś John Souttar, który to właśnie z jego przychodni piłkarskiej przeszedł do Dundee United.

W skostniałej Szkocji nigdy nie mógłby zostać menedżerem, ponieważ nie grał w piłkę na poziomie profesjonalnym. A Szkot to człowiek z ambicją. Choć dokonał praktycznie niemożliwego, bo z anonimowego pod względem futbolowym Dundee trafił do słynnej Valencii, to ciągle myśli o samodzielnej pracy.


Wciąż powtarza, że jego kariera jeszcze na dobre się nie zaczęła, że stale uczy się trenerskiego rzemiosła i ten sezon jest dla niego niczym ostatni rok na studiach. Daje sobie trzy lata, by rozpocząć pracę na własny rachunek. Kto wie, czy nowy rozdział, który wówczas otworzy, nie będzie dla niego równie zaskakujący i obiecujący. Wszak Andy Warhol stwierdził, że w przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut. A Ian Cathro nie miał jeszcze nawet swoich pięciu minut.  

poniedziałek, 20 października 2014

Afrykańskie opowieści niesamowite

Przyszłoroczny Puchar Narodów Afryki w Maroko stoi pod dużym znakiem zapytania, a z organizacji turnieju w 2017 roku zrezygnowała Libia. Tamtejszy futbol jeszcze chyba nigdy nie stał w obliczu tak poważnego kryzysu. Piłkarski Czarny Ląd przypomina obecnie powieść grozy, na kartach której aż kotłuje się od wątków to mrożących krew w żyłach, to apokaliptycznych oraz iście groteskowych, to wreszcie ponurych i zwyczajnie przykrych.

Ghany mundial z dreszczykiem

3 miliony dolarów – tyle przetransportował specjalnie wynajęty przez prezydenta tego kraju, Johna Dramani Mahama, samolot. Tyle wynosił bonus dla piłkarzy reprezentacji za występy na mistrzostwach – 3 miliony w gotówce. Jeśli do historii turnieju, jako jeden z najbardziej zaciętych i dramatycznych, przeszedł pojedynek Ghany z Niemcami, to równie dramatycznie i ciekawie było w szatni afrykańskiej ekipy.

Jej członkowie protestowali, bojkotowali treningi, nie brakowało ostrych sprzeczek i kłótni – jedna doprowadziła do wyrzucenia z kadry Kevina-Prince’a Boatenga oraz Sulley’a Muntariego – bo zawodnicy nie otrzymywali obiecywanych wypłat. Gdyby nie osobista interwencja głowy państwa i wspomniane pieniądze gracze nie wyszliby prawdopodobnie na kluczowe spotkanie z Portugalią. A jak dużą wagę przywiązywali do forsy świadczą słowa selekcjonera Kwesi Appiaha, który dziennikarzom „The Guardian” zwierzał się, że jego podopieczni trzymali kasę, po 100 tysięcy na łebka, w swoich plecakach w szatni podczas meczu z Ronaldo i spółką, oraz zdjęcie całującego plik pieniędzy obrońcy Johna Boye.

To jedna z tych afrykańskich opowieści niesamowitych, która być może doczeka się ekranizacji, hollywoodzkiej superprodukcji. Ta historia bowiem posłużyła za inspirację dla Darryla Whartona-Rigby, scenarzysty ze Stanów Zjednoczonych, który właśnie spisuje pierwsze wersje scenariusza. Sam film ma prezentować dzieje człowieka z Ghany odpowiedzialnego za dostarczenie gotówki, który po drodze napotyka na różne przeszkody.

Nigeria anarchii

Stojąca w płomieniach siedziba futbolowej federacji wieńczyła dzieło zniszczenia, którego dokonali Nigeryjczycy w trakcie raptem kilkudziesięciu dni. Do dzisiaj nie wiadomo, co spowodowało pożar i czy ktoś ogień podłożył. Wiadomo jedynie, że w budynku znajdowały się dowody na milionowe łapówki i korupcję wysoko postawionych oficjeli sportowych. Znajdowały się, ponieważ wszystkie poszły z dymem.  

Nigeryjski futbol przypomina ostatnio rozpędzony rollercoaster, który zaprowadził ich najpierw do raju, kiedy sięgali w ubiegłym roku po pierwszy od 19 lat Puchar Narodów Afryki i dostarczył względnego mundialowego zadowolenia w czerwcu, a potem w ciągu sekundy strącił do dziewiątego kręgu piekielnego. Od początku lipca trwała tam w najlepsze działaczowska zawierucha.

Walka o stołki zdawała się nie mieć końca. Od prób odwołania ówczesnego szefa związku piłkarskiego, Aminu Maigairego, wprowadzenia kuratora i wykluczenia z rozgrywek decyzją FIFA, przez wybory w cieniu tajemniczego aresztowania wyżej wymienionego Maigariego w dniu głosowania i nowo mianowanego Chrisa Giwę, który własną elekcję nazwał aktem bożym, po nieuznane wybory i zawieszenie federacji przez FIF-ę oraz kolejne, już ostatnie głosowanie pod koniec września. Jeżeli myśleliście, że tylko nasi rodzimi działacze z PZPN-u na szeroką skalę kręcą lody i biją się o posadki, to przeciętny Nigeryjczyk powie wam zapewne, że nie macie o tym bladego pojęcia.

Równie niekontrolowany chaos zapanował w samej reprezentacji. Od lipca Stephen Keshi, człowiek, który doprowadził Nigerię do mistrzostwa kontynentu, a następnie jako pierwszy czarnoskóry szkoleniowiec wyszedł z nią z grupy na mundialu w Brazylii, pracował w roli trenera tymczasowego. Został zwolniony po zwycięstwie nad Sudanem w eliminacjach do PNA 2015 i zastąpiony innym tymczasowym opiekunem. Nic dziwnego, że Sunday Oliseh na swoim blogu pisał o najczarniejszych dniach, jakie teraz przeżywa nigeryjska piłka, a Jay-Jay Okocha stwierdził bez ogródek na Twitterze, że „nasz futbol jest martwy od dawna”.

Podwójna tożsamość

Fałszowanie wieku piłkarzy jest problemem starym niczym świat, przynajmniej ten afrykański świat. Na Czarnym Lądzie to wciąż niegasnący problem, nawet pomimo wdrożenia specjalistycznych badań nadgarstków, które potrafią precyzyjnie określić wiek gracza. Tylko w poprzednim roku z młodzieżowych mistrzostw kontynentu do lat 17 wykluczono 9 zawodników. W obecnym za tego rodzaju szwindel zdyskwalifikowano na dwa lata Gambię oraz Benin.

Afryka to specyficzne miejsce, gdzie ludzie często nie znają dokładnej daty swoich narodzin, sprzyjające oszustwom. Certyfikaty narodzin nie przedstawiają tam żadnej wartości, bo takowy można sobie kupić podobno w niemal każdym urzędzie. Dochodzi do tego, że zawodnicy wyróżniający się na młodzieżowych turniejach, raptem parę lat później kończą kariery.

Oszustwa na innym poziomie wyrafinowania to posiadanie co najmniej dwóch tożsamości. Niektórzy gracze niczym tajni agenci szastają paszportami na prawo i lewo. Jak na przykład Ali Sowe - gdy reprezentował barwy sekcji juniorskiej Gambii, posługiwał się paszportem z datą urodzin ustaloną na 24 czerwca 1994 roku, a kiedy dwie wiosny wcześniej grał dla klubu Gamtel FC, to dokument wskazywał, że urodził się 14 października 1988 roku. Albo jak Etekiama Agiti Tady – to piłkarz z Kongo urodzony w grudniu 1986 roku, występujący w lokalnej ekipie, który gdy tylko przekroczył granicę Rwandy, stawał się Daddym Birori i czuł się rodowitym Rwandyjczykiem w dodatku młodszym o cztery lata.

Prezydent i jego stadion-zamczysko

A już zupełnie groteskowo zrobiło się w sąsiadującym z Rwandą Burundi. W jednym z najbiedniejszych państw świata, gdzie średnia zarobków wynosi niecały dolar na dzień, prezydent Pierre Nkurunziza, wybudował sobie własny, prywatny stadion. Przypominający z zewnątrz zamek, to jego siedziba, pałac i obiekt sportowy w jednym. Według reporterów „The Guardian” stadion-zamek tak pasuje do krajobrazu wszechobecnej nędzy, jak statek kosmiczny do plantacji bananów. 

Gmaszyska nie wolno fotografować ani filmować, napędzane bateriami słonecznymi posiada reflektory mogące zdaniem miejscowych zamienić noc w dzień, podczas gdy reszta kraju skąpana jest w ciemnościach - zaledwie 2% populacji cieszy się elektrycznością. Stadion-zamek ma ponadto zadaszone trybuny zdolne pomieścić 10 tysięcy widzów. Ogromne, posępne zamczysko i jego nie w pełni normalny, złowieszczy właściciel – wypisz, wymaluj opowieść spod pióra Edgara Allana Poe.

Głowa państwa to były wojskowy, żarliwy katolik i wielki pasjonat futbolu. Sam gra w piłkę na pozycji napastnika w złożonej z dawnych reprezentantów drużynie Haleluya FC. Jeździ z nią po swojej krainie, odwiedza wioski i pojedynkuje się z okolicznymi zespołami. Biega po boiskach do utraty tchu i ponoć nawet nie dostrzega, że w jego królestwie czuć zapach kolejnej wojny domowej.

Swoje dni mroku ma być może za sobą Republika Środkowoafrykańska. W kwietniu wznowiono tam zawieszone od grudniu ubiegłego roku rozgrywki. Ligę przerwano, kiedy do władzy doszła rebeliancka frakcja Seleka i rozpoczął się konflikt między chrześcijanami a muzułmanami, a wraz z nimi prześladowania religijne, czystki wśród ludności, porwania i gwałty. Wiele klubów nie mogło grać, ponieważ ich zawodnicy zostali wysiedleni do tymczasowych obozów.

To nie pierwszy raz kiedy wojna brutalnie kończy marzenia o grze w piłkę na Czarnym Lądzie. Tam prawdopodobnie nie ma regionu nienaznaczonego wojną. I w wielu krajach wciąż nie jest bezpiecznie, choćby na tyle, żeby uprawiać futbol. Libia zrezygnowała z organizacji PNA 2017 ze względu na przedłużające się walki i opóźnienia w budowie aren. Rozgrywki ligowe zostały odwołane, a jeśli mecze się odbywają, to pod szczególnym nadzorem. Wykrywacze metali na stadionach, strzelaniny w pobliżu, uzbrojone wojsko i helikoptery nieustannie krążące nad obiektami – to zwykła futbolowa codzienność.

Fin de siècle

W tej iście apokaliptycznej scenerii spustoszenia dokonuje wirus Ebola. W związku z szerzącą i wymykającą się już spod kontroli zarazą, przełożyć na inny termin przyszłoroczny Puchar Narodów Afryki pragnie jego gospodarz, Maroko. Jonathan Wilson informował na Twitterze, że władze Maroka wycofały się z organizacji turnieju w 2015 roku i chcą go rozegrać w 2016. Nie wiemy jeszcze, jak zareaguje Afrykańska Federacja Piłkarska.

Wiemy natomiast, że pozostałe reprezentacje kontakt z państwami, gdzie choroba zbiera śmiertelne żniwo – przeszło cztery tysiące zmarłych – chcą ograniczyć do minimum. Drużyny narodowej Sierra Leone przed spotkaniem eliminacyjnym do PNA 2015 nie wpuściły do siebie Seszele. Może ona występować wyłącznie poza granicami swego kraju, a gracze za każdym razem muszą przechodzić przez rygorystyczne procedury, są dodatkowo badani przed śniadaniem i obiadem.

By ominąć męczące kontrole lekarskie, selekcjoner powołuje tylko zawodników zza granicy. Ale nawet to nie pomaga. „Jesteśmy traktowani tak, jakbyśmy byli chodzącymi chorobami” – żalił się lokalnej prasie Kei Kamara, napastnik. Niektórzy, aby uniknąć badań, zamiast półgodzinnego przelotu samolotem, wybierają kilkugodzinną podróż samochodem i nie przyznają się, że pochodzą z Sierra Leone. Z kolei gwiazda Gwinei, Alhassane Bangoura, nie znalazł się w kadrze swojej ojczyzny, gdyż nie życzyli sobie tego jego koledzy z Rayo Vallecano. Tak bardzo obawiali się, że może wrócić z wirusem. Jego zespół spotkania eliminacyjne gra w marokańskiej Casablance. A w samej Gwinei, podobnie jak i w Liberii, zawieszono wszelkie futbolowe rozgrywki.


Chaos i strach wypełniły futbolowy Czarny Ląd. Klubowe mecze międzynarodowe albo są przekładane na inny termin i w inne miejsce przenoszone, albo w ogóle się je odwołuje. Afrykańska Federacja Piłkarska zauważyła niedawno, że jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by przełożono lub odwołano Puchar Narodów Afryki. Teraz Afrykańczycy nie wiedzą, czy i gdzie zostaną rozegrane najbliższe dwa turnieje. Dla nich to koniec piłkarskiego świata. 

poniedziałek, 13 października 2014

Polaku, kop piłkę!

Pokonanie Niemców, aktualnych mistrzów świata, wielkim zwycięstwem było. Ale niech ta wspaniała wiktoria nie będzie tylko trochę skrzywionym wszechobecnym optymizmem spojrzeniem na samą kadrę i jej graczy, niech stanie się ona raczej wielowymiarową wygraną, która pozwoli zerknąć na nasz futbol z nieco szerszej perspektywy.

Zespół na solidnym fundamencie

Z dużym zadowoleniem odczytuję pomeczowe słowa Zbigniewa Bońka, Adama Nawałki i innych bezpośrednio związanych z reprezentacją, którzy starają się studzić emocje i podkreślać, że ta ekipa wciąż jest w budowie. Przekaz zresztą wydaje się być jasny - choć pokonaliśmy triumfatorów mundialu w Brazylii, to sami mistrzami w żadnym wypadku nie jesteśmy. I jeszcze sporo wody w Wiśle musi upłynąć, nim kiedykolwiek nimi będziemy. Drużyna narodowa ciągle przypomina dom postawiony już wprawdzie na solidnym fundamencie, lecz któremu zdecydowanie brakuje wykończenia.

Gdy oglądałem ostatnie minuty pierwszej połowy sobotniej potyczki, nie tylko widziałem oczami wyobraźni wkrótce tracone gole, ale także, co wydawało się o wiele gorsze, nasuwały mi się myśli jedynie o tym, jaka przepaść dzieli nas od rywali. Niemcy przewyższali Polaków na boisku w każdym elemencie futbolowego rzemiosła – w kulturze gry, jej organizacji, w wyszkoleniu fizycznym i technicznym, nawet w tak prostym aspekcie jak przyjęcie piłki, wydawało się, że dzielą nas od nich lata świetlne.

Wszystko, absolutnie wszystko, przemawiało za nimi. Futbol to jednak piękna dyscyplina, wymykająca się często prawom logiki. Mamy więc swój wymarzony cud. Mamy relikwię – poprzeczka bramki, której strzegł w drugiej połowie Szczęsny. Mamy również bohaterów, zasługujących na słowa najwyższego uznania. Ale za tym triumfem niech nie skrywa się wyłącznie fala tymczasowego, powszechnego upojenia piłkarskiego. Niech to spotkanie stanie się jasnym i wyraźnym sygnałem do zmian.

Bij mistrza

Hasło „bij mistrza” powinniśmy zatem natychmiast uzupełnić tak, aby brzmiało „bij mistrza i ucz się od mistrza”. Niemcy swój najgłębszy kryzys już mieli. My w tym kryzysie siedzimy permanentnie od kilkunastu lat. Nasz zachodni sąsiad szybko znalazł drogę ucieczki od futbolowego marazmu i dzisiaj zbiera owoce reform dokonanych przeszło dekadę temu. My w marazmie ugrzęźliśmy na dobre. Wygrana z ekipą Joachima Löwa, czy tego chcemy czy nie, po prostu tego nie zmieni.

Może warto byłoby trzeźwym okiem spojrzeć na ten nasz rodzimy futbol właśnie teraz. Zobaczyć, że poziom ligi znacznie odbiega od tych raptem solidnych lig europejskich. Że na klub w Lidze Mistrzów czekamy szmat czasu. Że kadra w rankingu FIFA ocierała się o dno. Że nie szkolimy taśmowo i nie szlifujemy piłkarskich talentów, a to, że przytrafił nam się Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek czy Wojciech Szczęsny jest raczej dziełem przypadku. I że właściwie dogodniejszego momentu, aby zmiany na lepsze zapoczątkować w zasadzie nie będzie.

Zwykło się mówić, że wielkie zwycięstwa rodzą wielkie zespoły. Niech więc ten mecz stanie się mitem założycielskim, początkiem drogi tej drużyny do wielkości. Bo my tego potrzebujemy, potrzebujemy idoli pełną gębą, Lewandowskich, Szczęsnych i pozostałych, by cokolwiek w tej dyscyplinie drgnęło. Coś, co przydarzyło się w zupełnie innej, odległej od piłki dziedzinie sportu. Gdyby nie objawił się nam Adam Małysz, społeczny fenomen, nie mielibyśmy obecnie takiego bogactwa w skokach narciarskich. Śmiem twierdzić, że bez niego nie byłoby ani Kamila Stocha, ani rzeszy utalentowanych skoczków.

Piłkarze mimo woli?

Tak teraz bez narodowego, zdrowego piłkarskiego entuzjazmu nie pójdziemy o tych parę kroczków do przodu. Znakiem obecnych czasów są puste boiska i młodzież uzależniona od technologii. Jeżeli jako dwudziestoparolatek cierpię na chroniczny niedobór towarzyszy do zwyczajnej gierki w piłkę, jeśli najczęściej spotkania odwołuje się z powodu braku składu, to coś z tym naszym krajem, zafiksowanym przecież na punkcie futbolu nieuleczalnie, jest nie tak.

W tym upatruje najdonioślejszej roli PZPN-u – by dzieci do uprawiania tej dyscypliny zachęcić. System szkolenia i szkółki to tylko następny krok, lecz bez tego pierwszego, najważniejszego, nie będzie kolejnych. Zawodnicy swoje zadanie zrealizowali z nawiązką, pora aby Zbigniew Boniek i jego współpracownicy wykonali dalszą część roboty.

Sobotnia wygrana ma dla mnie wreszcie jeszcze jeden, bardziej intymny wymiar. Przez tyle lat zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że w prawie 40-milionowym państwie nie potrafimy wyszkolić chociaż osiemnastu światowej klasy graczy. Lata upokorzeń utwierdziły mnie w przekonaniu, że my w piłkę zwyczajnie kopać nie umiemy i że to się nie zmieni nigdy.


Mówiąc polski piłkarz, pamięcią wracałem do filmu „Sportowiec mimo woli” i popisowej roli Adolfa Dymszy. Przypadek sprawił, że główny bohater musiał udawać wyczynowego hokeistę. Koniec końców wyszedł na tym dobrze, co z przekąsem komentował potem , że jest „dziedzicznie obciążony sportem”. W naszych zawodnikach widziałem takich właśnie przebierańców, udających zawodowców. Zwycięstwo z Niemcami pokazało mi, co uznaję za jego największą wartość, że futbolowymi niedołęgami wcale nie jesteśmy.       

czwartek, 25 września 2014

Korupcja w FIFA niejedną ma twarz

Czy kontrolą finansów jakiejkolwiek firmy może zajmować się człowiek, który wcześniej dokonywał finansowych matactw? W FIFA, organizacji skorumpowanej na wskroś, najwidoczniej może. Czy w ogóle w którejkolwiek innej federacji sportowej możliwe byłoby przyznanie mistrzostw państwu, które mistrzem jest, ale w łapówkarstwie? W FIFA, olbrzymiej korporacji nastawionej wyłącznie na zysk, jest to jak najbardziej możliwe.

Tę opowieść, choć korupcyjnych wątków znaleźlibyśmy tam bezlik, należałoby zacząć od Canovera Watsona. To członek Komisji ds. audytów i legalności FIFA, aktualnie zawieszony w obowiązkach. Parę dni temu ten człowiek dbający o wiarygodność finansową FIFA został zatrzymany przez policję i oskarżony o oszustwa oraz pranie brudnych pieniędzy. I chociaż jego sprawa nie dotyczy bezpośrednio futbolu, to chyba tylko tam o prawość mogą dbać ludzie, tej prawości nie mający za grosz.

Ta afera to jednak zaledwie mała, zabłąkana chmurka na pociemniałym nieboskłonie. Burzy z piorunami należy oczekiwać gdzie indziej, w jeszcze innej korupcyjnej opowieści. FIFA jest bowiem niczym otwarta księga, w której, gdzie nie spojrzysz, tam z łatwością dostrzeżesz  przekręt i wyczujesz łapówkarski smród. A obecnie zapach szwindlu czuć w niewielkim, aczkolwiek obrzydliwie bogatym, Katarze. To przy jego wyborze na gospodarza mundialu zabrakło wspomnianej prawości.

Raport Pelikana

To ten niepozorny kraj może doprowadzić do prawdziwego trzęsienia ziemi w szeregach instytucji i zawalić cały świat Blatterowi oraz jego świcie. „The Guardian” pisał niedawno o najpoważniejszym kryzysie, jaki przydarza się właśnie FIFA od momentu jej założenia. A chodzi o raport Michaela Garcii, który ma pozbawić stanowisk kilku prominentnych oficjeli, wytaczając wobec nich najcięższe działa, czyli kryminalne zarzuty, i odebrać mistrzostwa Katarczykom.

Jego twórca przybył do tej międzynarodowej federacji w czerwcu 2012 roku i stanął na czele komórki dochodzeniowej Komisji Etyki. Badając proces wyboru organizatora mundialu 2022, otrzymał wolną rękę, mógł pytać oraz węszyć wszędzie i do woli. Na podstawie rozmów z 75 świadkami i po zapoznaniu się z prawie dwustu tysiącami stron dowodów, stworzył 350-stronicowe sprawozdanie, w którym kwestionuje ponoć decyzję o mianowaniu państwa Bliskiego Wschodu. Można napisać, że ponoć, ponieważ raport przeczytały dotychczas jedynie cztery osoby, nie trafił on nawet w ręce Blattera i z pewnością nigdy nie zostanie opublikowany, gdyż działacze jego upublicznienie zdążyli już zablokować.

Sam Garcia na jednej z konferencji wzywał organizację do większej transparentności, lecz transparentność to ona ma najwidoczniej w największym poważaniu. O całym jej pustosłowiu opowiadał podczas audycji dla australijskiej stacji radiowej ABC tamtejszy polityk, Nick Xenophon: „Kodeks Komisji Etyki przepisano na nowo i głosi teraz, że członkowie Komitetu Wykonawczego nie muszą w ogóle zwierzać się z tego, o czym z komisją rozmawiali. Transparentność i odpowiedzialność, jeśli chodzi o tę instytucję, poszła sobie w siną dal”.

O sprawozdaniu można na razie jedynie gdybać. Opierał się podobno na materiałach zebranych przez dziennikarzy „The Sunday Times”. To oni zdemaskowali nieuczciwą działalność Kataru. Według nich prowodyrem w rozdawaniu łapówek na prawo i lewo, swoistym asem pikowym w katarskiej talii, był Mohammed bin Hammam. Ten sam, który aby wygrać walkę o fotel prezydencki w FIFA, korupcyjną machinę rozkręcił do rozmiarów wręcz niemożebnych. I jak się później okazało dzięki śledztwu reporterów angielskiej gazety, on wtedy zabawę w korupcję dopiero zaczynał.

K(atar) jak korupcja

To „The Sunday Times” swoimi rewelacjami rzuciło nieco światła na ten mroczny światek, stęchły od układów i układzików, gdzie za zamkniętymi drzwiami, w kompletnej tajemnicy dokonuje się milionowych przekrętów i nielegalnych płatności, a wszystko w atmosferze wykwintnych kolacji, wzajemnego poklepywania się po plecach oraz wręczania sobie luksusowych podarków.

Przechwycone wiadomości e-mail, listy i wyciągi z kont bankowych ujawniły, że bin Hammam posiadał zupełnie osobny budżet, którym mógł rozporządzać, jak tylko chciał. Przekupstwo, szemrane interesy, imprezy, kosztowne upominki - w sumie na zapewnienie poparcia własnej ojczyźnie spożytkował przeszło 5 milionów funtów. Żurnaliści z Anglii donosili o dziesiątakach operacji pieniężnych w wysokości od 200 tysięcy wzwyż. Gotówka pofrunęła na konta co najmniej trzydziestu futbolowych federacji z Czarnego Lądu, a ich szefów Katarczyk gościł na wytwornych ucztach.

Najhojniej podobno opłacał działaczy z najdłuższym stażem, tych najbardziej wpływowych. W 2010 roku FIFA zawiesiła dwóch oficjeli z Afryki, których na przyjmowaniu łapówek przyłapano. Na tydzień przed głosowaniem około pół miliona odebrał Jack Warner, wówczas wiceprezydent, boss związku CONCACAF. Kiedy został zmuszony do odejścia, a Katar wybory wygrał, dostał od bin Hammama dodatkowe półtora miliona.

Dzisiaj wielu z tych, którzy opowiedzieli się wtedy za krajem Bliskiego Wschodu, nie ma już w szeregach organizacji. Albo składali dymisje ze względu na toczące się przeciwko nim procesy o wykroczenia finansowe, albo chcieli się jak najszybciej usunąć w cień.

Jacques Anouma z Wybrzeża Kości Słoniowej oraz Issa Hayatou z Kamerunu za poparcie katarskiej kandydatury zainkasowali po 1,5 miliona dolarów. Reynald Temarii zaś, wówczas członek Komitetu Wykonawczego z ramienia Oceanii, zwierzał się dziennikarzom, że w zamian za głos otrzymał 12 milionów. Kiedy został zawieszony w obowiązkach i szykował się do rezygnacji, wkroczył bin Hammam. Za jego namową i trzystu tysięcy, które od niego dostał, postanowił ze stawianymi mu zarzutami powalczyć w sądzie. Zawieszenie udało się dzięki temu przesunąć w czasie i nie dopuścić tym samym do głosowania jego zastępcy Davida Chunga, który swój głos miał oddać na Australię.

Komitet wyborczy Kataru oczywiście zarzekał się wielokrotnie, że bin Hammam nie posiadał żadnego wpływu na ich kampanię, a był wyłącznie kimś w rodzaju mentora. Tymczasem nikt nie jest w stanie odnieść innego wrażenia jak to, że Katarczycy mistrzostwa sobie po prostu kupili. Tej rozkręcającej się korupcyjnej spirali pragną zapobiec światowi potentaci typu  Visa, Adidas, Nike czy Coca-Cola, od lat łożący na futbol ogromne sumy. Domagają się, by korupcyjne zarzuty wziąć wreszcie na serio i rozprawić się z tą sprawą raz i na zawsze.

Jak w zegarku

Obserwując jednak niemrawe podrygi FIFA w tej i wielu innych kwestiach, jak chociażby w niedawnym incydencie z zegarkami, możemy być pewni, że korupcyjny smród nad instytucją będzie się unosił jeszcze bardzo długo. Bo jeśli Komisja Etyki, stojąca na straży uczciwości, zakazuje odbierania jakichkolwiek prezentów przez działaczy, a Ci mimo wszystko prezenty ochoczo przyjęli i dopiero po trzech miesiącach obiecują, że je zwrócą, to widocznie tamtejszy kodeks etyczny jest taki, jaki chcą, by był.

Powinniśmy zresztą wiedzieć, że kodeksy to rzecz względna. Bo Michel Platini zegarka ani myśli zwracać, gdyż jego zdaniem podarunków się nie oddaje. Greg Dyke, prezydent angielskiego związku piłkarskiego, mówi o tych wartych 16 tysięcy funtów, luksusowych urządzeniach wprost ze Szwajcarii niczym o błahostce nie wartej nawet funta kłaków – w wywiadach schlebiał sobie, że na okrągło dostaje tego typu upominki. Pozostali zaś udają wielkie zdziwienie, co do ich ceny, a FIFA wyceniała je na 117 funtów za sztukę, tak by suma mieściła się w ryzach kodeksu Komisji Etyki.


Skoro już afera zegarkowa narobiła takiego zamętu, to na rozstrzygnięcie dużo poważniejszego skandalu katarskiego nie ma najmniejszych szans. Ale może w tej organizacji wszystko działa prawidłowo, tak jak w tym kosztownym szwajcarskim zegarku. Podarunki otrzymują najodpowiedniejsze osoby, łapówki zawsze wypłacane są na czas, a mundialami obdarowuje się tych, którzy zapłacą najwięcej. 

wtorek, 16 września 2014

Małe, a cieszy

Zapomniany finalista Pucharu Mistrzów, niedoszły bankrut, kluby jeszcze kilkanaście lat temu nieistniejące – w tej edycji Ligi Mistrzów nie zabraknie sensacyjnych uczestników, piłkarskich maleństw w turnieju gigantów. Drużyn po przejściach, dla których już sam udział w tych elitarnych rozgrywkach będzie przyjemnością samą w sobie, a dla nas ciekawą i przyjemną przystawką do dań wieczoru.

Zapomniany finalista Pucharu Mistrzów

Wielu prawdopodobnie uznałoby Malmö FF za malucha dopiero wkraczającego i poznającego wielki piłkarski świat. Wszak to drużyna, która w rundzie grupowej Ligi Mistrzów dopiero debiutuje, a dwa lata temu po raz pierwszy występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Ale to również zespół, choć o tym się już raczej nie pamięta, który zagrał w finale Pucharu Mistrzów. 

W 1979 roku ten szwedzki klub pod wodzą Boba Houghtona zmierzył się w walce o trofeum z Nottingham Forest innego Anglika, słynnego Briana Clougha. Spotkanie przegrał 0-1, a wcześniej, w ćwierćfinale, pokonał w dwumeczu Wisłę Kraków 5-3. Warto wspomnieć, że ekipa prowadzona przez Oresta Lenczyka awans miała w garści przez większość dwumeczu. W pierwszym spotkaniu wygrała z rywalem 2-1, a w rewanżu prowadziła 1-0 do 65 minuty.

Do Champions League zawitał zatem jedyny finalista Pucharu Mistrzów ze Szwecji, a także jeden z najbardziej utytułowanych tamtejszych klubów. Za tym niepozornym i lekceważonym obecnie Malmö skrywa się 17-krotny zdobywca tytułu mistrzowskiego i 14-krotny krajowego pucharu. Jedynym, który może się z nim równać w państwie jest IFK Göteborg - po mistrzostwo sięgał 18 razy, a na arenie europejskiej wsławił się zdobyciem dwóch Pucharów UEFA w latach osiemdziesiątych.

Malmö to zespół, którym w latach 1984-1989 dowodził Roy Hodgson i w którym wychował się Zlatan Ibrahimović, najdroższy do tej pory piłkarz wytransferowany ze szwedzkiej ziemi. To najbogatsza tamtejsza drużyna z budżetem w 2014 roku na poziomie 10 milionów euro. Ale to również ekipa, która wróciła z bardzo dalekiej podróży. Podróży wprost z piłkarskiego piekła. Piętnaście lat temu sięgnęła dna, spadając do drugiej ligi. Zarówno dla kibiców Malmö, jak i sympatyków rodzimego futbolu musiało to być nie lada szokiem, gdyż to tak jakby z Primera División pożegnała się Barcelona.

Dzisiaj do tych smutnych czasów nikt już nie wraca. Bo od tamtego czasu w klubie zmieniło się praktycznie wszystko – od stadionu, od 2009 roku grają na nowiuteńkim, po system szkolenia i sposoby zarządzania. Zmieniło się na tyle, że dla niektórych innych zespołów, to oni stanowią za wzór do naśladowania. Shamrock Rovers z Irlandii spędziło podobno szmat czasu na obserwowaniu metod pracy w Malmö.

A ten pierwszy szwedzki klub w Champions League od 2000 roku młodzieżą stoi. W 25-osobowej kadrze tylko czterech zawodników ma na karku 30 lub więcej wiosen - średnia wieku to niespełna 24 lata. I ta młodziuteńka drużyna, która od trzech lat każdego sezonu na transfery nie wydała więcej niż 300 tysięcy euro, która według serwisu transfermarkt.de jest wyceniana na trochę ponad 12 milionów, którą kieruje były reprezentant i selekcjoner Norwegii Åge Hareide, stanie naprzeciw prawdziwych futbolowych olbrzymów – Atletico Madryt i Juventusu Turyn. Wówczas naprawdę poczuje się niczym piłkarski maluch.

Niedoszły bankrut

Jeszcze kilka lata temu ten najbardziej utytułowany słoweński klub - 12 tytułów mistrza kraju, osiem pucharów i cztery superpuchary na koncie, jeden z trzech, które nigdy nie zajrzały do drugiej ligi - chylił się ku upadkowi. W latach 2004-2008 ten ligowy potentat chwiał się w posadach. Długi NK Maribor w pewnym momencie sięgały czterech milionów euro. Drużynie groziło rozwiązanie. Nie było ich stać na zakup piłkarzy, jego kadrę wypełniali gracze z rezerw i sekcji młodzieżowych, a obcokrajowców sprowadzano jedynie za darmo.

Najczarniejsze dni, kiedy w lidze nie uplasował się ani razu powyżej trzeciego miejsca, choć na otuchę w Pucharze Intertoto w 2006 roku zdołał pokonać Villarreal, Maribor ma już dawno za sobą. W ciągu tych paru wiosen perspektywy piłkarskie w zespole zmieniły się tak bardzo, że chude czasy należy tam uznać za zamierzchłą przeszłość.

Odkąd w 2009 roku dyrektorem sportowym został Zlatko Zahovič, żywa legenda futbolowej Słowenii, to klub ligę wygrywał pięć razy, utrzymuje obecnie passę czterech tytułów z rzędu, spłacił wszystkie należności, gra na odnowionym stadionie i trzy razy rok po roku grał w rundzie grupowej Ligi Europy. W ubiegłym sezonie z grupy wyszedł i odpadł po zaciętych bojach – remis 2-2 i porażka 1-2 – z późniejszym triumfatorem Sevillą, a teraz właśnie po czternastu latach absencji zawitał do Champions League.

Dokonał tego pod rządami Ante Šimundža, trenera, który przedtem przez trzy lata był asystentem w Mariborze, a kiedy rozpoczął samodzielną przygodę z trenerką, od 2011 roku, to drużyny zmieniał pięciokrotnie - w samym 2013 trzykrotnie. Do tych elitarnych rozgrywek wprowadził zespół młody, gdzie raptem czterech zawodników przekroczyło trzydziestkę i który na transfery w ostatnich trzech sezonach wydał tyle, co nic – 180 tysięcy euro. I tak na przestrzeni dekady Maribor przebył drogę od niedoszłego bankruta do krajowego giganta i uczestnika Ligi Mistrzów.

Potentat z Białorusi

Do Ligi Mistrzów po raz pierwszy wtargnęli zupełnie niespodziewanie w 2008 roku. Z budżetem w wysokości 1,5 miliona euro mogli wyglądać na żebraka, który wprosił się na wykwintny piłkarski bal. Mieli tam zagościć na milisekundę, jedną krótką i kompletnie niezwykłą dla nich chwilę. BATE Borysów tymczasem na balu zabawia się do dziś, niemal rokrocznie awansując do fazy grupowej Ligi Mistrzów albo Ligi Europy. W Champions League zagrają właśnie po raz czwarty. Z dawnego Bloku Wschodniego podobną regularnością w grze w pucharach mogą pochwalić się tylko Szachtar oraz Zenit.

Rywalizacja z Porto, Szachtarem czy Athletic Bilbao jest im niestraszna. Nie dla klubu, który w swych krótkich dziejach występów na arenie europejskiej zdążył rozprawić się z Bayernem, Evertonem czy Villarrealem oraz zremisować z Juventusem, Milanem i PSG. A przecież  mówimy o ekipie, której budżet nie wynosi nawet tyle, co kontrakty największych futbolowych gwiazd i którą raczej się lekceważy na Starym Kontynencie niż docenia. Jeszcze niedawno Bułgarzy z Lewski Sofia określali ich jako „robotniczy zespół ze sztucznego państwa”. A dwa lata temu Holger Badstuber po przegranym 1-3 meczu Bayernu z Białorusinami opowiadał dziennikarzom: „Nie mam pojęcia, w jaki sposób taka drużyna strzeliła nam trzy gole”.

Klub, który na piętnaście lat zniknął z piłkarskiej mapy - założony na nowo dopiero w 1996 roku - nazwany od lokalnego zakładu samochodowego i ciągników elektrycznych, z przemysłowego, 150-tysięcznego miasteczka, w swoim kraju jest prawdziwym hegemonem. Mistrzostwa od ośmiu lat kolekcjonuje seryjnie, a na przestrzeni ostatnich osiemnastu poniżej drugiego miejsca schodził zaledwie dwukrotnie.

U naszych wschodnich sąsiadów BATE uchodzi również za społeczny fenomen. To nie tylko pierwsza białoruska drużyna, która wdarła się do Champions League, lecz także pierwsza, która podniosła poziom piłki nożnej w tym kraju do rangi zjawiska masowego. Zdaniem tamtejszych ekspertów dzięki graczom z Borysowa zainteresowanie futbolem wzrosło wielokrotnie. Ich sukcesy otworzyły umysły Białorusinów na tę dyscyplinę. Ich mecze ogląda więcej widzów niż spotkania reprezentacji. Po bilety ustawiają się tysiące ludzi, kolejki do kas zazwyczaj sięgają kilkuset metrów. O wejściówki ciężko, a u „koników” cena dochodzi do 200 dolarów.

Nic dziwnego, to przecież zespół, który pokonał m. in. Bayern Monachium. To zresztą fenomen tym bardziej zjawiskowy, bo trzeba dodać, że po europejskich arenach rozbijał się ze składem wypchanym raczej zawodnikami rodzimymi. W jego obecnej kadrze znajdziemy zaledwie pięciu obcokrajowców. Do tej pory potrafił zachwycić futbolowy świat pojedynczymi spotkaniami, więc może wreszcie nadeszła pora, by wprawić w zachwyt pierwszym, historycznym awansem z grupy Ligi Mistrzów.

Bogacz z Razgradu

To najbardziej niesamowity z uczestników tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Nie tylko reprezentujący najmniejsze miasteczko w Champions League, 30-tysięczny Razgrad, choć mecze rozgrywa na obiekcie w Sofii, ale także najmłodszy, powstały przed trzynastu laty. Jeszcze pięć lat temu grał na boiskach trzecioligowych, teraz odwiedzi stadiony Realu oraz Liverpoolu. 

Za tak nieprawdopodobną podróżą z piłkarskiej prowincji Bułgarii na stadiony świata odpowiadają bracia Domusziew, potentaci w branży farmaceutycznej. Kiedy przejmowali klub, ten znajdował się w drugiej lidze. Z perspektywy paru lat możemy powiedzieć, że ich celem nie była żmudna dłubanina przy zespole i szkółce młodzieżowej, oni wybrali drogę na skróty. Już pierwszy sezon pod ich władaniem naznaczony był sporym sukcesem – historycznym awansem do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następny stworzył kolejną szokującą historię – Łudogorec zdobył mistrzostwo kraju i stał się jedynym obok Levadii Tallin klubem, który dokonał tej sztuki jako kompletny debiutant.

Patrząc zresztą na ostatnie pięć lat tej drużyny, można dojść do wniosku, że tam nie mogą dziać się po prostu rzeczy zwykłe. Szturmem wzięli ligę i mistrzowskiej patery nie oddali do tej pory. Każdy następny tytuł wygrywali przewagą zaledwie punktu nad drugim zespołem, a łącznie w 93 dotychczasowych spotkaniach w pierwszej lidze goryczy porażki zaznali raptem 11-krotnie.

Tę dominację tłumaczy się środkami, jakie bracia Domusziew przeznaczają na ekipę. 7,5 miliona euro wydane, odkąd do Razgradu przybyli, jak na bułgarskie warunki robi imponujące wrażenie. Równie imponująca i niezwykła jest przygoda Łudogorca w europejskich pucharach. Debiutowali trzy sezony temu, a zdążyli już zagrać w fazie grupowej Ligi Europy, wyjść z niej z pierwszego miejsca, pokonać w 1/16 Lazio Rzym i dopiero w kolejnej rundzie uznać wyższość Valencii.


Tego lata wywalczyli awans do Champions League. I trzeba dodać, że oczywiście w kompletnie niesamowitych okolicznościach. W decydującym starciu ze Steauą Bukareszt w 119 minucie pojedynku drugą żółtą kartkę ogląda bramkarz bułgarskiej ekipy. Trener nie może już dokonać zmian, więc golkiperem zostaje obrońca Cosmin Monti. Pożycza strój i rękawice od rezerwowego bramkarza i w serii jedenastek broni dwa rzuty karne. Po meczu mówi przed kamerami: „Nikt nie byłby w stanie napisać takiej historii”. Mylił się. To futbol rozpisuje im zupełnie nieprawdopodobne i pełne dramaturgii scenariusze. Najwyraźniej upodobał sobie tę drużynę, a cała runda grupowa Ligi Mistrzów jeszcze przecież przed nimi.

wtorek, 9 września 2014

Tam, gdzie futbol nie ma znaczenia

„Gdy ludzie umierają, to nie jest łatwe, by pracować dalej. Musimy zdać sobie sprawę, że nie ma ważniejszej rzeczy od ludzkiego życia” – mówił dziennikarzom BBC Dmytro Czyhrynski, gracz Szachtara. Współczesna Ukraina w niczym już nie przypomina tej sprzed dwóch lat, tętniącej życiem i futbolową pasją. Obecnie jej wschodnie rubieże przypominają raczej cmentarzysko, a stadiony są zniszczone i opustoszałe.

Był drugi maja. W Odessie miejscowy Czernomorec szykował się na pojedynek z Metalistem Charków. Zanim jednak do niego doszło, fani zorganizowali pokojowy marsz poparcia dla Ukrainy, co po listopadowych wydarzeniach na Majdanie stało się tradycją przed każdym ligowym spotkaniem. Ale tego dnia, tak jak zresztą w kilku poprzednich, w tym nadmorskim mieście w powietrzu wyczuwało się napięcie. Uczestnicy marszu jeszcze nie zdawali sobie sprawy, że idąc ku arenie, lada moment zostaną zaatakowani przez agresywnie zachowujących się zwolenników Rosji. Nie wiedzieli, że pokojowy marsz wkrótce stanie się spektaklem nienawiści i przemocy, krwawą jatką.

Naoczny świadek opowiadał potem, że pierwszy zginął młody fan piłki nożnej, kibic. Dostał kulkę w klatkę piersiową. Zmarł na miejscu. Początkowa bijatyka szybko przerodziła się w strzelaninę i ogarnęła całą miejscowość. Tego dnia w Odessie zginęło łącznie 46 osób. Zwolenników i przeciwników Euromajdanu. Do dzisiaj rosyjsko-ukraiński konflikt pochłonął ponad dwa tysiące istnień. Śmierć we wschodniej części kraju stała się zwykłą codziennością. Śmierć swoimi ramionami otuliła również sympatyków futbolu. A wojenny chaos wdarł się do klubów i na obiekty piłkarskie.

W wojennym kotle

Dwa lata temu prawie milionowy Donieck tętnił życiem jak nigdy. Aktualnie to metropolia zniszczona i wymarła. Według opowieści lokalnych ludzi to miasto duchów. Dwa lata temu na ulicach Doniecka można było spotkać sympatyków piłki kopanej z niemal całej Europy. Teraz, jak pisał niemiecki reporter na łamach „Der Spiegel”, prędzej znajdziemy tam martwych ludzi. Śmierć bowiem czyha na progu, kula może dosięgnąć każdego, a mieszkańcy, nieufni nikomu, chowają się w prowizorycznych schronach. Dwa lata temu miasto wrzało, śpiewy i kibicowskie przyśpiewki nie ustawały. Dzisiaj nie ma tam prądu, bieżącej wody, a rebelianci wyłączyli wszystkie ukraińskie stacje telewizyjne.

Jeszcze dwa lata temu stadion Donbass Arena wyglądał na supernowoczesny, obecnie zaś przypomina opuszczony i zrujnowany gmach. Straszy wyglądem i podkreśla, że spór dotyczy wszystkich, nawet tych wyczynowo uprawiających piłkę. Zawodnicy, trenerzy oraz szefostwo Szachtara przebywają w oddalonym o setki kilometrów Kijowie, a mecze ligowe klub rozgrywa we Lwowie. Na pierwsze ich spotkanie w tym sezonie przyszło około 5 tysięcy sympatyków.

Póki co średnia widzów na obiektach wynosi niecałe 8 tysięcy. W poprzednich latach wahała się w granicach 11-12 tysięcy. Szachtar w ubiegłym sezonie oglądało przeszło 30 tysięcy ludzi. W tym to raptem 8 tysięcy. Nawet Dynamo Kijów straciło około 10 tysięcy widzów względem roku poprzedniego. W takich warunkach, w kraju ogarniętym konfliktem, nie ma mowy o normalnym futbolu.

Dwóch drużyn - Tawriji Symferopol oraz FC Sewastopolu - z anektowanego przez Rosję Krymu w szeregach ukraińskiej ligi już nie ma, cztery inne ze wschodnich rejonów nie mogą grać na swoich stadionach, a dla pozostałych celem nadrzędnym jest po prostu przetrwanie trudnych czasów. Już ubiegły sezon Ukraińcy ledwo ukończyli. Ostatnie mecze albo się nie odbywały, albo rozgrywano je przy pustych trybunach. Bieżący ostatecznie wystartował, lecz przez długi czas nie było wiadomo, czy w obliczu narastających problemów, w ogóle do tego dojdzie.

Na wojennej ścieżce

Nie lada wyzwaniem logistycznym było ulokowanie niektórych pierwszoligowców w bezpiecznych strefach. Wojenna zawierucha nie tylko zmieniła życie miejscowej ludności, ona cały tamtejszy futbol wywróciła do góry nogami  i utopiła w odmętach chaosu. Wspomniany Szachtar, tak jak pozostałe dwa kluby z Doniecka - Olimpik i Metalurg - wyprowadziły się do stolicy i Lwowa, pojedynki Zorii Ługańsk odbywają się w Zaporożu. Podsumowując: łącznie cztery ekipy opuściły region naznaczony sporem, a dwa kolejne zostały wcielone przez Rosję. Dodając do tego Arsenal Kijów, który zbankrutował, otrzymamy prawdziwy, niekontrolowany miszmasz.

Nie można zapomnieć, że strona finansowa zespołów również ucierpiała znacząco. Wielu bowiem właścicieli - tych zamożnych, zazwyczaj ze wschodniej części państwa, popierających Janukowycza - zbiegło z kraju, pozostawiając swoje drużyny własnemu losowi. Siergiej Kurczenko, miliarder, boss Metalistu Charków, uciekł z ojczyzny w listopadzie 2013 roku i przestał wspierać swój zespół. Wkrótce odeszli z niego kluczowi gracze, a wraz z nimi dyrektor sportowy, znany z pracy w Tottenhamie oraz Chelsea, Frank Arnesen.

Taki masowy exodus zawodników nie nastąpił jedynie w Charkowie. Dla przykładu: z Chernomorca Odessa odeszło ich pięciu. W tym przypadku głównym powodem nie były pieniądze, a raczej obawa o własne bezpieczeństwo. Bo strach zadomowił się nie tylko w umysłach Ukraińców, zwykłych obywateli, ale także zajrzał prosto w oczy obcokrajowcom, gwiazdom tamtejszych ekip.

Gdy w lipcu pięciu Brazylijczyków i jeden Argentyńczyk z Szachtara przebywający na zgrupowaniu we Francji, odmówili wylotu na Ukrainę, to nie dlatego, że takie było ich widzimisię – Rinat Achmetow oraz Mircea Lucescu winowajcę widzieli w osobie agenta zawodników, Kia Joorabchiana – lecz dlatego, że niecałe 60 kilometrów od Doniecka zestrzelono malezyjski samolot, a kilkadziesiąt dalej trwały regularne walki.

Inny z Brazylijczyków, Edmar, który przyjął obywatelstwo Ukrainy, zdaniem mediów otrzymał w lipcu powołanie do armii. Boisko miał niebawem zamienić na front wojenny. Informacje te okazały się jednak nie do końca rzetelne i sam zawodnik nie musiał stawić się w wojsku. Piłkarz, który miał zostać żołnierzem, pozostanie - przynajmniej na razie - nadal piłkarzem. Obrazuje to, jak dalekie od normalnych są tam nastroje.

Futbol w czasach wojny

Na Ukrainie futbol, polityka, media i inne aspekty życia stanowią system naczyń połączonych. Siergiej Sapsay, kibic Worskły Połtawa, klubu, którego prezydent został zastrzelony we własnym domu, stwierdził na łamach serwisu theeurodaily.com, że w jego ojczyźnie nie ma piłki bez polityki. Bo oligarchowie, będący ważnymi figurami na scenie politycznej, decydują nie tylko o losach swoich zespołów, ale pośrednio również o losach całego państwa. Toteż samemu futbolowi przypisują istotną rolę. Chyba zbyt istotną.

Szef Dynama Kijów, Ihor Surkis, w kwietniu w magazynie „World Soccer” głosił: „Sądzę, że piłka potrafi zjednoczyć nasze państwo. Wszyscy chcemy żyć w przyjaznym kraju. Jestem pewien, że może ona zapewnić nam środki, by tego dokonać”. Nie sądził chyba, że to, co wtedy przypominało dopiero zarzewie konfliktu, przybierze wkrótce formę ustawicznych, krwawych walk.

Bo w rejonach, gdzie miasteczka wyglądają na wymarłe, z doszczętnie zniszczonymi domami, dziurami wielkości kraterów na ulicach, gdzie mieszkańców się porywa, torturuje lub morduje, gdzie nie posiadają wody i prądu, telefony nie działają, a w powietrzu na każdym kroku czuć zapach śmierci, futbol jest z pewnością ostatnią rzeczą o jakiej się myśli. Piłka nożna nie ma i nie będzie miał wpływu na to, czy ta wojna już się zakończyła i rzekomy rozejm okaże się trwały. Przynajmniej trwalszy niż niektóre z zapewnień Putina i jego świty, które często były tylko słowami rzuconymi na wiatr.


Obserwując to, co dzieje się na Ukrainie, ogarnia mnie zwyczajna bezsilność. Bezsilność, że człowiek po raz kolejny sięga po środki ostateczne. Dwa lata temu ukraińska ziemia radowała się piłkarskim świętem, bezprecedensowym w jej historii. Obecnie łzy szczęścia ustąpiły łzom smutku, a ta przesiąknięta teraz nienawiścią, strachem i przemocą ziemia spływa krwią. Kluby, trenerzy i piłkarze próbują zachować resztki normalności w miejscu, gdzie o normalność dzisiaj tak szczególnie trudno. Futbol nie ma tam już jakiegokolwiek znaczenia. Nie w regionach, gdzie zginęło prawie trzy tysiące ludzi. 

sobota, 6 września 2014

Piłkarze ze Skały

Magoty gibraltarskie to jedyne, dziko żyjące małpy w Europie. To także prawdopodobnie jedyni mieszkańcy Gibraltaru, którzy nie przejawiają zainteresowania futbolem. Bo jeśli wierzyć statystykom to, co osiemnasty człowiek z tego kraju gra w piłkę, a w ogóle co dziesiąty jest bardziej lub mniej zaangażowany w futbol. Na całej planecie trudno zatem byłoby odnaleźć skrawek ziemi równie zafascynowany tą dyscypliną.

Nazywany potocznie „Skałą”, bo nad tym niewielkim państewkiem góruje Skała Gibraltarska, rok temu stał się najmniejszym pod względem liczby ludności krajem zrzeszonym w UEFA – trochę więcej mieszkańców niż w Zakopanem. I najmniejszym pod względem powierzchni – pięciokrotnie mniejszy od Bełchatowa. W tym maleństwie piłkę kopie 600 zawodników, graczy wszystkich kategorii wiekowych jest tam 1650, a klubów 22. To pokazuje, jakie futbolowe kuriozum stanie w niedzielę naprzeciwko Polski.

Don Kichot z Gibraltaru

Choć tamtejsza federacja jest jedną z najstarszych na świecie – siódma najstarsza – założoną w 1895, choć piłka zawędrowała do nich wcześniej niż do Hiszpanii, to do rodziny UEFA wstąpili dopiero w maju ubiegłego roku. Batalię o przystąpienie do tej organizacji toczyli od prawie dwóch dekad, a głównym jej wrogiem przez te lata była, wciąż roszcząca sobie prawa do tego spłachetka ziemi, Hiszpania.

Walka z państwem okalającym Gibraltar zewsząd oraz ze związkiem futbolowym zdecydowanie potężniejszym i bardziej wpływowym, mogła przypominać walkę z wiatrakami. Pierwsze wnioski składali pod koniec ubiegłego wieku. Szyki skutecznie pokrzyżowała im wówczas właśnie Hiszpania, która nie chciała doprowadzić do utworzenia w pełni samodzielnego organu piłkarskiego tuż obok jej granic, co mogłoby zainspirować do podobnych czynów od dawna podkreślające swoją niezależność Kraj Basków oraz Katalonię.

Następną aplikację, którą złożyli w 2007 roku, poparły raptem trzy państwa - Irlandia, Szkocja oraz Walia - ale rozgoryczenie Hiszpanów już wtedy było tak duże, że grozili wycofaniem wszystkich klubów z europejskich rozgrywek. Pierwszej dawki goryczy zaznali jednak dopiero w 2011, kiedy to UEFA przyznała Gibraltarowi tymczasowe członkostwo, które zezwoliło im na zgłaszanie reprezentacji do lat 17 i 19 w oficjalnych międzynarodowych turniejach. A solidną, gorzką pigułkę musieli przełknąć 24 maja 2013 roku. Gibraltar w końcu dopiął swego, przeciwko jego dołączeniu do UEFA, oprócz Hiszpanii, głosowała jedynie Białoruś.

Wyspa, która wyspą nie jest

Tego dnia ten maleńki kraj upajał się szczęściem. Ogłoszono dzień wolny od pracy, a ludzie wyszli na aleję Winstona Churchilla, by świętować. Ostatnio taka radość zapanowała u nich ponoć pięć lat temu, kiedy ich rodaczka, Kaiane Aldorino, została wybrana na miss świata. Albo w 2007 roku, gdy odnotowali swój największy piłkarski sukces – wygrali turniej Island Games, w finale pokonali wyspę Rodos, chociaż przecież sami wyspą nie są.

Niedzielnym wieczorem ujrzymy zatem prawdziwą futbolową osobliwość, która jeszcze do niedawna biła się w nieoficjalnych rozgrywkach z St. Pauli, Tybetem, Cyprem Północnym czy Minorką. Gdzie nie ma trawiastego boiska, a jedyne pełnowymiarowe na obiekcie Victoria Stadium ma sztuczną nawierzchnię. Drugie pełnowymiarowe należy do ministerstwa obrony.

To piłkarska anomalia, o której dobrze się pisze i snuje ciekawe opowieści, bo tylko tam niecodziennych wydarzeń i niespotykanych nigdzie indziej rzeczy jest pod dostatkiem. Na wspomnianym, 5-tysięcznym stadionie Victoria, nieposiadającym miejsc siedzących, odbywają się wszystkie mecze ligowe. A kolejkę ligową gra się tego samego dnia, najczęściej od godziny 16 do 22. Spotkania międzypaństwowe zaś Gibraltar rozgrywa na portugalskim Estádio Algavre, gdzie zmieściliby się wszyscy jego mieszkańcy.

Drużyna strażaków, policjantów i celników

Na osobną uwagę zasługuje tamtejsza reprezentacja, temat równie wdzięczny, co cały Gibraltar. Przed pierwszym oficjalnym meczem ze Słowacją reprezentanci „Skały” odwiedzili miejscowe centrum handlowe, aby zaopatrzyć się w odpowiednie obuwie sportowe, gdyż nigdy nie grali na trawiastym boisku. To w ogóle futbolowy kopciuszek w sensie dosłownym, bo w jej kadrze odnajdziemy zdecydowanie więcej amatorów, a profesjonalistów pełną gębą próżno tam szukać.

W obecnym składzie Gibraltaru znajdziemy dwóch zawodników z angielskich muraw – Jake’a Goslinga z występującego w Conference League Bristol Rovers oraz Scotta Wisemana z trzecioligowego Preston North End – a także po graczu z ligi izraelskiej, Liama Walkera, i walijskiej, Davida Artella. Kapitanem ekipy jest natomiast Roy Chipolina, celnik z zawodu, bramki strzeże zaś strażak Jordan Perez, a najgroźniejszy zawodnik, napastnik Kyle Casciaro - według Allena Buli, selekcjonera, nadawałby się do gry nawet w Premier League - to z kolei policjant.

Swoje pięć minut w Gibraltarze miał za to inny gracz z Premier League Danny Higginbotham. Jedyny przywdziewający jego koszulkę, który powąchał murawy na tak wysokim szczeblu. Wychowanek Manchesteru United, występował m. in. Stoke, Southamptonu i Sunderlandu, debiutował w meczu międzypaństwowym w wieku 34 lat, a powołanie otrzymał niejako przez Twitter. To za jego pomocą Allen Bula skontaktował się z Higginbothamem, dla którego jest on zresztą wujkiem.

Dzisiaj wychowanka „Czerwonych Diabłów” w zespole już nie ma. Gibraltar to zatem ekipa cierpiąca na niedobór zawodowych graczy. „Czasami mamy ustalony trening i nagle niektórzy zawodnicy zostają wezwani do roboty, więc ich tracę. To przypomina trochę koszmar” – żalił się Bula na łamach magazynu „When Saturday Comes”. Profesjonalistów nie brakuje natomiast na zapleczu reprezentacji, które stanowią asystenci, skauci, analitycy, fizjoterapeuci, masażyści, kręgarze oraz dietetycy.

Kopciuszek wybiera się na bal

Nad tym zlepkiem udającym wyczynową drużynę, próbuje zapanować wspomniany Bula. Szkoleniowiec, który pracę w szkółce juniorskiej w Koszycach, gdzie wynalazł dla piłkarskiego świata Nemanję Maticia, rzucił na rzecz darmowej we własnej ojczyźnie. Teraz odgrywa rolę rzeźbiarza, starającego się uformować coś z bezkształtnej bryły.

Nie zamierza jednak narzekać. Jego podejście do pracy i nastawienie sytuują się na przeciwległym do malkontenctwa i czarnowidztwa biegunie. Celuje bowiem w baraże, wylosowanie Polski, Irlandii czy Szkocji nie oznacza wcale dla niego przeszkody nie do przejścia. Mocna wierzy, że Gibraltar będzie pierwszym z maluczkich, który zajrzy na turniej futbolowych olbrzymów. A w dalszej perspektywie chce wedrzeć się do najlepszej 50 światowego rankingu, choć jak na razie w klasyfikacji FIFA jego zespołu w ogóle nie ma.


I najwyraźniej nie rzuca słów na wiatr, bo ogłosił, że jeśli wyznaczonych sobie celów nie osiągnie, to będzie pierwszym, który odejdzie. Może więc Gibraltar to kopciuszek, ale taki, który na piłkarski bal planuje się wprosić, zaczynając od solidnego kopniaka w drzwi. Oby Polska, kraina tak łaskawa dla futbolowych amatorów różnej maści, na tym zapowiadanym wejściu smoka nie ucierpiała za bardzo.