czwartek, 26 marca 2015

Kibica Parmy poradnik pozytywnego myślenia

Zapomnij o Parmie tonącej w długach, o ogłoszonym bankructwie, o odwołanych meczach, kiedy zawodnicy nie mieli czym na nie pojechać, wymaż z pamięci przykrości typu dwukrotna sprzedaż klubu za jedno euro czy trzech właścicieli na przestrzeni kilku miesięcy, z których każdy kolejny okazywał się gorszy od poprzedniego. Zamknij oczy i odpręż się. Daj odpocząć swojej udręczonej piłkarskiej duszy.

Wspomnień czar

Przypomnij sobie stare, dobre czasy. Wróć do lat dziewięćdziesiątych. Czujesz to? Stadion wibrujący i kipiący od emocji. Rozanielony tłum, co rusz wpadający w zachwyt, gdy na boisku czarowali Gianfranco Zola, Juan Sebastián Verón czy Hernán Crespo. Cofnij się do maja 1999 roku, do finału Pucharu UEFA. Odnajdź w swych wspomnieniach akcję rozstrzygającą losy pojedynku, Lilliana Thurama sunącego prawą stroną boiska, Veróna dośrodkowującego w pole karne, doskonały, mylący rywala, ruch bez piłki Crespo i bombę Enrico Chiesy. Tak, nie było czego zbierać z murawy, po Marsylii zostały tylko zgliszcza.

Czułeś się wtedy kimś wyjątkowym. Szczęściarzem ze 170-tysięcznego miasteczka, który nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Rzeczywiste przenikało się z nierzeczywistym, zwykła codzienność z futbolową bajką, która zdawała się nie mieć końca. Twój ukochany zespół nie bał się nikogo na Półwyspie Apenińskim, wszak bramki strzegł wówczas Gianluigi Buffon, a obroną dyrygował Fabio Cannavaro. Drużyna była wizytówką kraju w Europie, siała postrach na obcych stadionach i kolekcjonowała trofea. Dwa Puchary UEFA, Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Europy, a do tego puchary we Włoszech. Ile ich było łącznie w trakcie dekady, w ciągu lat 1992-2002? Osiem. Osiem wspaniałych triumfów, które wryły się w twoją pamięć po wsze czasy.

I potem wszystko pękło niczym bańka mydlana. Nagle i niespodziewanie. To smutne, co spotkało Parmę. Potęga budowana przez dekady przez człowieka, który zaczynał w sklepie spożywczym, zdychała w jednym krótkim, kilkutygodniowym momencie. Wydawało się, że Calisto Tanzi ma nosa do biznesu, wszak zza sklepikarskiej lady wybił się do właściciela jednej z najprężniej działających firm na Starym Kontynencie – w latach świetności zatrudniającej ponad 30 tysięcy ludzi w parunastu państwach. Wydawało się - to właściwe słowo, gdyż Parmalat kończył z 14-miliardowym długiem, a prezydent z kilkunastoletnim wyrokiem skazującym.

Smród życia

Wróćmy jednak do lat świetności przedsiębiorstwa, które zbiegły się z najlepszymi czasami Parmy. Tanzi łożył wtedy na klub bez opamiętania. Ogromne sumy. Z ligowego szaraczka pałętającego się przez wieki po niższych klasach rozgrywkowych, szybko zrobił klub przez duże K. Cóż z tego – powiesz sobie w duchu – skoro to wszystko zbudowano na fałszywych pieniądzach, na obietnicach, które w gruncie rzeczy okazały się nieprawdziwe, jedynie słowami rzuconymi na wiatr. To raptem garść pięknych futbolowych chwil, które i tak znikną niczym łzy na deszczu – pomyślisz.

Mimo to powinieneś wiedzieć, że każde, nawet najgorsze doświadczenie jest ważne. Niesie ze sobą naukę, hartuje ducha i buduje charakter. Pamiętaj, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Może i Parmalat upadł, lecz Parma przetrwała, nie zatonęła, utrzymała się na powierzchni. Ogłosiła niewypłacalność, zmieniła nazwę z AC na FC Parma – wszedł komisarz - i grała dalej w Serie A.

Cóż z tego – stwierdzisz ponownie. Każdego roku zespół tracił swojego największego gwiazdora. Odchodzili Crespo, Verón, Buffon, Cannavaro, a potem Adriano, Adrian Mutu i Alberto Gilardino. Każdy kolejny sezon wydawał się bledszym odbiciem poprzedniego, uśmiech na twojej twarzy gościł coraz rzadziej, tak jak coraz rzadziej na boisku można było spotkać gwiazdę z prawdziwego zdarzenia, piłkarza pełną gębą.

Westchnąłeś. Wiem, wkrótce nastąpił spadek do drugiej ligi. Ciążyło to nad wami niczym nieuchronne fatum w dowolnej chwili gotowe odebrać resztki nadziei jednym chirurgicznym cięciem. Smród życia, odpowiesz, który ciągnął się za wami od momentu upadku Parmalatu. Mimo wszystko spójrz na przyszłość, czyż nie ona jest najważniejsza. Rok później twoi ulubieńcy są z powrotem w Serie A. Pojawił się nowy szef, Tomasso Ghirardi. Rozumiem, okazał się diabłem w skórze anioła. Ale nieszczęścia tak samo chodzą po klubach, jak i po ludziach.

Za ostatni grosz

Zanim jednak zaczniesz wieszać na nim psy, przypomnij sobie z jakim mozołem budował zespół. Owszem, nie był najlepszym skarbnikiem - kiedy przejmował drużynę jej zadłużenie wynosiło 16 milionów, sprzedawał ją z przeszło dziesięciokrotnie większym długiem – a jego pomysł na finansowanie nieudany i karygodny. Pomylił się srogo, gdy w latach 2013-2014 próbował wyskubać trochę grosza, biorąc udział w 450 futbolowych transakcjach, a potem oddelegowując zawodników do zaprzyjaźnionych ekip z niższych lig. Sądził, że na tym zarobi, a wpędził tylko zespół w tarapaty bez wyjścia - przecież nadal zarejestrowanych jest tam ponad dwustu graczy. To on tymczasem sprowadził znane nazwiska, jak chociażby Antonio Cassano, i to za jego schedy drużyna zajęła szóste miejsce w lidze.

I tak rozpoczyna się twój prawdziwy koszmar, lokalna prasa pisze dziś o najobrzydliwszych czasach w historii. To prawda, nie zapominaj jednak, że stal hartuje się w ogniu. Tak ty po każdym niepowodzeniu stajesz się silniejszy. Już żadna wichura, która będzie targała twoją ukochaną drużyną jeszcze niejednokrotnie, nie będzie w stanie cię ruszyć. Słowem: jesteś gotowy na wszystko.

Wskaż mi drugi taki zespół, który po bardzo udanym sezonie wyrzuca się z europejskich pucharów za niezapłacony podatek, który na przestrzeni paru miesięcy dwukrotnie zmienia właściciela i sprzedaje się go za jedno euro. Gdzie mecze się odwołuje, bo władz nie stać na opłatę dla firmy dostarczającej stewardów, a piłkarze nie mają czym jechać na spotkania wyjazdowe, bo komornik zarekwirował klubowe pojazdy. Gdzie zawodnicy, którym może i brakuje umiejętności, są niesłychanie oddani sprawie i od czerwca ubiegłego roku grają za darmo. Nie mają w dodatku na czym ćwiczyć, gdyż komornicy zajęli również sprzęt z siłowni, położyli łapę nawet na ławkach trenerskich. Gdzie nie ma ciepłej wody, pieniędzy na prąd i gaz, a w szatniach panuje bałagan, ponieważ personel sprzątający nie otrzymuje wypłat. Gdzie w klubowej kasie zostało zaledwie 40 tysięcy euro.

Tak, w Parmie wywrócono wszystko do góry nogami, panuje ustawiczne pomieszanie z poplątaniem, nikt tam nie ma pojęcia, kto jest aktualnym prezydentem, skąd pochodzi, czy ma kasę i ureguluje długi, czy nie posiada nic poza jałowymi obietnicami, czy gracze są nadal w drużynie, trenują i czy pojadą na mecz. Tam nie wiedzą nawet chyba, jaki mają dziś dzień, poza tym, że to kolejny dzień kryzysu.

Gorzej być nie może

Spójrz na to z innej strony – trudności i przeciwieństwa losu są po to, by je pokonywać, a twój zespół najgorsze ma już za sobą. Nietrafione decyzje klubu muszą kiedyś się skończyć. Parmie nie przytrafi się już drugi Rezart Taçi, Albańczyk, szef nieznanej nikomu rosyjsko-cypryjskiej kompanii, który przez dwa miesiące prezydentury ani razu nie pojawił się w klubowej siedzibie, a z piłkarzami oraz trenerami nie zamienił choćby jednego słowa. Albo Giampiero Manenti, szachraj aresztowany za wyłudzanie pieniędzy z fałszywych kart bankowych, wymachujący świstkami świadczącymi o tym, że na drużynę przeznaczy sto milionów, których w ostateczności nikt tam nie powąchał.

19 marca Parma ogłosiła bankructwo. To nie koniec świata, to tylko sekwencja niefortunnych zdarzeń i zgraja nieodpowiedzialnych ludzi, konsekwencja ich złych decyzji z przeszłości, której i tak nie zmienisz. Poczuj się oczyszczony. Ten rozdział się kończy i następuje katharsis. Czujesz się odprężony, niekoniecznie szczęśliwy, bo Parmę czekają ciężkie chwile. Wiesz jednak, że kluby upadają po to, by powstać. Tak jak zrobiły to Fiorentina i Napoli. Masz ponadto świadomość, że futbol to dyscyplina cykliczna. Znasz chyba słowa pewnego słynnego koszykarza, te, że ponosił porażkę za porażką i to dlatego odniósł sukces. Pomyśl, że dla twojego zespołu to czas porażek, za którymi kiedyś być może stanie sukces.


Policzę teraz do dziesięciu. Kiedy skończę, otworzysz oczy i przywitasz nową starą rzeczywistości, która nigdy nie była łatwa. Pamiętaj, że koniec pewnej ery, zawsze jest początkiem innej. 

wtorek, 17 marca 2015

Nudziarze z Monaco

Ich występy można by sparafrazować dialogiem z filmu „Rejs” – „A w meczach Monaco, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana... W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje”. W obecnym sezonie czyste konto zachowali w 23 z 40 meczów, nie stracili bramki w dziewięciu pojedynkach z rzędu, przez 931 minut. Do Londynu jechali z zaledwie 40 golami strzelonymi w 37 spotkaniach. Trzy razy trafiali do siatki przeciwnika jedynie w bojach z Bastią i Arsenalem.

Nawet jeśli przeciętny kibic łaknący na boisku przede wszystkim huraganowych ataków, ciągłych emocji i atrakcji, powybrzydzałby na pragmatyczny styl gry Monaco, stwierdzając, że w trakcie ich spotkań przez 90 minut wieje nudą, to już losy tego klubu śledziłby z zapartym tchem. To bowiem historia pełna piłkarskich wzlotów i upadków, a ostatnimi czasy milionowych transferów, błyskawicznej wyprzedaży gwiazd oraz walki o raj podatkowy. Być może właśnie teraz otwierają następny rozdział w swych dziejach. Równie nieoczekiwany, co piękny. Tak jak przed jedenastoma laty.

Wiosna cudów

To była prawdziwa wiosna cudów, po raz ostatni w finale Ligi Mistrzów zagrały wtedy zespoły z Portugalii i Francji, a zestaw półfinałowych par nie tworzył żaden z ówczesnych wielkich faworytów do trofeum. Kiedy Monaco eliminowało Real Madryt, Didier Deschamps mówił, że niemożliwe nie istnieje i że można osiągnąć absolutnie wszystko, jeżeli tylko wystarczająco się tego pragnie. Carlos Queiroz z kolei, wówczas szkoleniowiec „Królewskich”, na łamach dziennika „El Pais” mówił: „W życiu są tylko dwa podobne do siebie miejsca – piekło i futbol”. Kto by pomyślał, że siedem lat później w owym piekle znajdzie się francuska ekipa.

Któż by się spodziewał, że to właśnie wtedy do pogrążonego w poważnym kryzysie zespołu, grającego w Ligue 2, rękę wyciągnie pewien obrzydliwie bogaty Rosjanin. Dmitrij Rybołowlew przejął klub w grudniu 2011 roku. Opowie potem, że wcześniej próbował wykupić udziały w Manchesterze United, a gdy nie powiodło mu się, to zwrócił uwagę na drużynę z południa Francji, której historia go zwyczajnie urzekła.

Dalej potoczyło się jak z płatka – w 2013 roku awansowali do Ligue 1 z przytupem, podczas poprzedzającego sezon letniego okienka na transfery wydali najwięcej w Europie, przeszło 170 milionów euro, rzucili wyzwanie innym bogaczom, tym z Paryża, i wywalczyli jako beniaminek wicemistrzostwo kraju. Potem również wszystko powinno pójść jak z płatka. Kolejne wielomilionowe transakcje, w końcu mistrzostwo i może nawet finał Ligi Mistrzów. Maszynka do wygrywania i zdobywania trofeów w pewnym momencie zaczęła jednak zgrzytać, w jej tryby wpadły elementy niepożądane.

I tej przestającej sprawnie działać maszynerii nie pomogliby żadni genialni piłkarscy konstruktorzy, choćby byli odpowiednikami Lemowskiego Klapaucjusza i Trurla, bo wszystko rozeszło się o pieniądze. O raj podatkowy, o rozwód i finansowe fair play.

Kasa, misiu, kasa

Latem 2013 roku sloganem promującym ich kampanię transferową stało się zdanie: „Jesteśmy ambitni, jesteśmy Monaco”. Kilkanaście miesięcy później fajerwerków w trakcie okienka już nie było. Rosyjski oligarcha na zakupy przeznaczył czterokrotnie mniej, a z klubu odeszło dwóch gwiazdorów – James Rodriguez oraz Radamel Falcao.

Polityka transferowa zmieniła się o 180 stopni. Zamiast szastania gotówką na prawo i lewo, inwestowano w młodych, uzdolnionych, lecz z reguły nieznanych graczy. Słowami Wadima Wasiljewa na łamach „The Guardian” tłumaczono, że będą teraz kładli większy nacisk na juniorów - w obecnej kadrze Monaco znajduje się ośmiu wychowanków i 15 zawodników poniżej 23 roku życia - wyławiali talenty za bezcen, a celem nadrzędnym stanie się wieloletni projekt budowy silnej i konkurencyjnej drużyny.

Wzburzeni taki obrotem spraw fani mogli poczuć się oszukani. Protestowali i żądali zwrotu pieniędzy za koszulki oraz bilety, których ceny wahały się od kilkuset do grubo ponad tysiąca euro. 96% sympatyków stwierdziło wówczas, że nie wierzy już w klubowy projekt. Dla władz nie to jednak było największym zmartwieniem, ponieważ z kibicami kłopot mieli tam od zawsze.

Ci nigdy nie przychodzili tłumnie na stadion, nawet wtedy, gdy Arsène Wenger prowadził ich do tytułów mistrzowskich, kiedy występowali w nim Thierry Henry oraz David Trezeguet, czy gdy walczyli w finale Champions League. Monaco nie jest chętnie oglądanym zespołem – średnia frekwencja na swoim stadionie rokrocznie wynosiła zazwyczaj 8-9 tysięcy – i chyba jedynym na planecie, który mógł pochwalić się zdecydowanie większą widownią w spotkaniach wyjazdowych. Ale inaczej przecież być nie mogło w drużynie z niewielkiego, prawie 40-tysięcznego Księstwa, żyjącego swym własnym, spokojnym i niespiesznym rytmem, gdzie co trzeci człowiek to milioner i w którym mało jest miejsca na futbol.

To nie jest kraj dla bogatych klubów

Nie lada problemem stały się nie tylko marne przychody z dnia meczowego, co zupełny brak zainteresowania ze strony potencjalnych sponsorów. Do drzwi Monaco, klubu raczej nierozpoznawalnego w świecie, poza granicami państwa marki słabej renomy, nie zapukali inwestorzy, nawet wtedy, kiedy o ekipie zrobiło się głośno po transferowej gorączce lata 2013 roku. I tak krąg się zamykał. Klub pozbawiony dodatkowych dochodów, nie był w stanie sprostać wymaganiom Financial Fair Play, stąd w ciągu następnego okienka wyglądał na sklep wyprzedający swoje najcenniejsze towary.

Kolejny cios przyszedł od pozostałych francuskich drużyn. Konkurencji, której dosolono 75-procentowym podatkiem dla najzamożniejszych, tych zarabiających co najmniej milion euro rocznie – to z jego powodu z kraju uciekł i przyjął rosyjskie obywatelstwo aktor Gerard Depardieu – podczas gdy Monaco mogło sobie hulać i szastać gotówką, nie odprowadzając żadnego eurocenta. Konkurencja wysiadająca finansowo – milionowa pensja w ekipie z Księstwa w innych zespołach wyniosłaby trzy miliony – nie miała zamiaru godzić się na taki stan rzeczy. Podobnie zresztą jak na ich żądania nie miał zamiaru godzić się Rybołowlew.

Wojna trwała w najlepsze. Kluby postanowiły, że za żadne skarby nie będą sprzedawać własnych graczy do Monaco. Do Monaco, któremu grożono wykluczeniem z ligi i podkreślano, że każdy kto chce występować w Ligue 1, musi mieć siedzibę we Francji i odprowadzać podatki zgodnie z prawem francuskim. Zwracano uwagę, że w skali roku rywale z południa uzyskają o 50 milionów euro większe przychody.

Narodowej chryi nie umiał rozwiązać szef tamtejszej federacji piłkarskiej, bo jego propozycja 200-milionowej rekompensaty została wyśmiana. Sprawa trafiła do sądu i wydawało się, że będzie ciągnąć się w nieskończoność. Ugodę załatwiło tymczasem 50 milionów euro, które Rosjanin zgodził się zapłacić w zamian za pozostanie pod monakijskimi przepisami podatkowymi.

Pan i pani Rybołowlew

Najcięższy sierpowy wymierzyła jednak pani Rybołowlew. Jej prawnik opowiadał potem o najkosztowniejszym rozwodzie w historii. Prawie 9-miliardowy majątek Dmitrija uszczuplał o połowę. Stało się tak, gdyż rosyjskie prawo w przypadku trudnych procesów rozwodowych przewiduje podział majątku pół na pół. A pan Rybołowelew posiadał tylko paszport rosyjski i zgodnie z tamtejszymi przepisami był sądzony.

W owym czasie usilnie starał się o obywatelstwo monakijskie, ale książę Grimaldi mu odmówił. Dało to spore pole do popisu dziennikarzom, ci z gazety „L’Equipe” zaczęli snuć teorie, jakoby odmowa księcia doprowadziła do wyraźnego pogorszenia jego relacji z właścicielem Monaco. Rosjanin ponoć rozważał porzucenie drużyny. Myślał o czymś, co po niezapomnianym dla niego i wszystkich sympatyków ekipy z południa Francji wieczorze na „The Emirates” musiał natychmiast wymazać z pamięci.

Zespół targany różnymi zewnętrznymi przeciwnościami losu, bez swoich najważniejszych ogniw, które zastąpił anonimowymi dla przeciętnego fana kopanej nazwiskami, zawodnikami bez większego doświadczenia jak Bernardo Silva, Abdennour czy Bakayoko, sprostał rywalowi w paszczy lwa, na obiekcie „Kanonierów”, i sprawił nie lada sensację. Nie tylko wygrał pewnie, pokazując futbol żelaznej defensywy, mądrości taktycznej i wzorowej organizacji gry, co dopiero po raz drugi w bieżącym sezonie zdobył trzy bramki w meczu.


Można mówić, że w ich pojedynkach próżno szukać atrakcyjnej piłki, że są konsekwentni i do bólu skuteczni, a przy tym straszliwie nudni, lecz to Arsenal w tej chwili musi główkować intensywnie, jak szturmem wziąć monakijską twierdzę. Za gospodarzami przemawiają nie tylko statystyki - w trakcie 60-letniej rywalizacji w Pucharze/Lidze Mistrzów raptem jednemu klubowi, Ajaksowi w 1969 roku, udało się odrobić dwubramkową domową stratę z pierwszego spotkania. Nudziarze z Monaco nie tracą po prostu goli. W tym sezonie bowiem zaledwie raz dali sobie wbić ich więcej niż dwa - 17 sierpnia ubiegłego roku przegrali 1-4 z Girondins Bordeaux.

wtorek, 10 marca 2015

Derby na śmierć i życie, czyli jak kibice obalili prezydenta

Są takie derby piłkarskie na tym łez padole, w których od niezdrowych emocji aż kipi i których temperatura zawsze jest bliska wrzenia. Takie derby, które falą agresji i nienawiści wypływającą z ust i serc dwóch przeciwnych stron, zalałyby cały świat. Derby, które trzęsą krajem i dzielą go na pół, które nie tylko decydują o tytułach mistrzowskich, ale także o sytuacji w państwie. Takie, które potrafią obalać rządy i z powodu których odwoływano rozgrywki ligowe. Wreszcie takie, które nierzadko kończą się krwawą jatką. 

Futbol polityczny

„Piłka nożna to wielka rzecz w Egipcie. To religia. W większości krajów rodzisz się chrześcijaninem, muzułmaninem lub żydem. W Egipcie rodzisz się albo kibicem Al-Ahly, albo Zamalku. Tutaj nie zapytają się ciebie o wyznanie, zapytają o to, czy jesteś za Zamalkiem, czy za Al-Ahly” – wyjaśniał na łamach „The National” student Adel Abdel Ghafar. Tam żyje się od meczu do meczu, codziennie wznosi modły za swoje drużyny, rywalom życzy najgorszego, ludzie chcą wyłącznie goli i zwycięstw. „Oczekujemy wygranej w każdym spotkaniu” – podkreślał w rozmowie z żurnalistą „The Guardian” Asad, szef grupy Ultras Ahlawy.

To również dyscyplina przeszyta polityką na wskroś. Gdy ówczesny selekcjoner Egiptu, Hassan Shehata, został zdymisjonowany, to nie tylko ze względu na słabe wyniki, lecz przede wszystkim dlatego, że był zwolennikiem Mubaraka. Natomiast zawodnicy i trenerzy popierający uprzednią głowę państwa, zostali przez własnych fanów umieszczeni na czarnej liście. Władza z kolei angażuje swoje wysiłki w futbol, bo wie, że stadiony są obok meczetów jedyną ostoją wolności, miejscem, gdzie w tysiącach gromadzą się osoby mające coś do powiedzenia, niezadowolone z własnej sytuacji życiowej. Toteż wielu prezydentów zespołów to po prostu członkowie bądź bliscy współpracownicy rządu, jak Mortada Mansour, obecny szef Zamalku.

Nie znosi najzagorzalszych kibiców należących do grup ultrasowskich. Chciałby, aby wpisać ich na listę organizacji terrorystycznych. „To nie fani, to kryminaliści. Używają bomb i ostrej amunicji” – utrzymuje i toczy z nimi nieustanną wojnę. Dwa razy próbowano dokonać na nim zamachu, oblano go moczem. Nieprzychylnych mu sympatyków, których udało się złapać, wtrącał do więzienia, gdzie poddawał ich torturom. Stwierdził, że klubowa ochrona powinna zostać wzmocniona, a fanatycy zamknięci. Zakazał im przychodzenia na treningi ekipy. Postawił wysokie ogrodzenie elektryczne, tak by nie mogli przekraść się na boiska treningowe i trybuny. 

Dwukrotnie brał udział w wyborach prezydenckich, znany jest ze swojej porywczości - w dwa miesiące potrafił zwolnić dwóch szkoleniowców - przed kamerami nie umie zapanować nad emocjami, wrzeszczy i atakuje każdego, kto się z nim nie zgadza. Dzisiaj otwarcie wspiera aktualnego prezydenta państwa – byłego wojskowego, Sisiego - czym narobił sobie kolejnych zapamiętałych wrogów wśród sympatyków Zamalku.

Ultrasi idą na wojnę

Według ultrasów w Egipcie znowu zapanowała dyktatura, bo u władzy w gruncie rzeczy pozostali ludzie w większości związani wcześniej z Mubarakiem. Poprzednią, rządzącą frakcję polityczną – Bractwo Muzułmańskie – uznano za organizację terrorystyczną. Jakikolwiek przejaw protestu tłumiony jest w zalążku, ponieważ obowiązujące od parunastu miesięcy prawo zabrania demonstracji i uznaje je za działalność kryminalną.

Krwawe stadionowe zamieszki sprzed kilkunastu dni były pierwszymi od dawna, gdyż areny piłkarskie zamknięto na cztery spusty, a spotkania rozgrywano przy pustych trybunach. Choć zakaz stosunkowo niedawno uchylono, to rząd ma teraz kolejną okazję do ponowienia restrykcji. Wściekli fani opowiadają, że powtórnie wszystko zostało zaplanowane, że dla polityków to raptem kilka kropel krwi, że czynią tak z obawy przed ich zdolnością do jednoczenia społeczeństwa i mobilizacji.

Kiedy ponad 70 kibiców ginęło podczas meczu-horroru w Port Said, mówiło się, że to kara wymierzona w fanów ze strony dygnitarzy. Gdy dwa tygodnie temu zmarło przeszło dwudziestu kibiców pod bramami stadionowymi, to od razu wspominało się o politycznych podtekstach. O podtekstach, który wzięły się z tego, że sympatycy Al-Ahly oraz Zamalku stali w pierwszym szeregu, kiedy przychodziło obalać stary reżim.

„To my uczyliśmy ludzi, jak rzucać cegłami” – tłumaczył w wywiadzie z CNN Ahmed, lider grupy The Ultras White Knights związanej z Zamalkiem. To właśnie takiej zbieraniny osób nieprzejednanych o radyklanych poglądach góra boi się niczym ognia. Organizują się od 2007 roku, początkowo jako twory apolityczne i areligijne, obecnie stanowią forpocztę opozycji i synonim słowa wolność.   

Tak dziwna to chwila

„Życie pod rządami Mubaraka wyglądało jak życie za czasów komunizmu we wschodniej Europie. Nikt nie mógł z nikim rozmawiać, nie istniały żadne niezależne organizacje, związki czy partie” – opowiadał dla CNN Assad, przywódca grupy Ultras Ahlawy. Od paru lat on i jemu podobni pozostają w stałym konflikcie ze służbami porządkowymi i władzą. Nie raz, nie dwa zaleźli im za skórę, chyba najbardziej zimą 2011 roku.

To musiały być bardzo osobliwe chwile, kiedy na głównym placu, określanym mianem serca Kairu, Tahrir zebrali się niecierpiący się nawzajem kibice Al-Ahly oraz Zamalku. To oni ponoć wzniecili bunt, gdy przyszło znieść rządy Mubaraka. Mówi się, że to futbolowi fani odegrali wówczas kluczową rolę. Jeden z członków ultrasowskiej grupy zaprzeczał jednak, utrzymując w wywiadzie z dziennikarzem CNN: „Nie my jedni staliśmy za rewolucją. Naszym celem było tylko sprawienie, żeby ludzie mogli marzyć, aby wiedzieli, że jeśli uderzy ich policjant, to mogą mu oddać”. W tym jednym zadziwiającym momencie ramię w ramię protestowali ci, których dzieliło to komu kibicują, czyli w Egipcie tak naprawdę wszystko.

Z jednej strony mieliśmy fanów Al-Ahly, pochodzących z najbiedniejszych dzielnic stolicy, wywodzących się z klasy robotniczej. Z drugiej miłośników Zamalku, zamożnych mieszkańców metropolii z wyższych sfer, klub raczej dla intelektualistów różnej maści, niekiedy poetów i społecznych outsiderów. Pierwszym bliżej jest do nacjonalizmu, drudzy przyciągają osobników o poglądach skrajnie liberalnych.

Nawet dzieje obu drużyn toczyły się jakby w innych światach. Al-Ahly to pierwsza ekipa stworzona w czasach panowania Wielkiej Brytanii przez Egipcjan i dla Egipcjan. Jej nazwa oznacza „narodowy”. Była również pierwszą, która wyrażała jawny sprzeciw wobec obcej siły i której mecze okazywały się doskonałą okazją do rewolucyjnych demonstracji. Zamalek to z kolei zespół założony przez Francuzów i Belgów, szybko stał się międzynarodową mieszanką. Ich rywalizacja to zaś historia odwiecznej walki biednych z bogatymi, marginesu z elitami, prowincji z centrum miasta, buntowniczych z gorliwymi.

Powiadają, że dzisiaj oba te kluby to największe formacje polityczne w Egipcie. Jednych i drugich nie łączy absolutnie nic, no może poza zajadłą wrogością do siebie samych oraz władzy. Wrogością, którą na placu Tahrir skierowali wobec swojego wspólnego nieprzyjaciela. Wyłącznie wtedy byli zjednoczeni, na następnych derbach o przyjaźni nie było już mowy.

Więźniowie nienawiści

Kiedy reporter „The Guradian”, James Montague, jechał kilka lat temu na spotkanie pomiędzy Al-Ahly a Zamalkiem, to taksówkarz, kibic tych pierwszych, przestrzegał go, by nie szedł na mecz, ponieważ zginie, po prostu go zabiją. Ktoś inny wyjaśniał mu, że wybierając się na derby, zostawia swój samochód w garażu. „Oni wszystko niszczą” – odpowiadał.

O nienawiści od dawna płynącej w ich żyłach opowiadał Ayman Younes, były gracz Zamalku, dziś dziennikarz telewizyjny: „Kiedy grałem, miałem duże problemy z fanami Al-Ahly. Pewnego dnia zaatakowali mnie w moim domu. Na ulicę, na której mieszkam, przyszło ich około pięciu tysięcy. Krzyczeli na mnie, na moją żonę i dzieci, rzucali w nas różnymi przedmiotami”. Jego zdaniem tacy zagorzali miłośnicy prędzej zmienią swoje wyznanie niż klub, któremu kibicują.

Jak tłumaczył jeden z fanów, Asad, przeciętny sympatyk Al-Ahly, to człowiek żyjący w małym mieszkaniu z jedną sypialnią, żoną i co najmniej pięciorgiem dzieci na głowie, otrzymujący minimalne wynagrodzenie i klepiący biedę. Jedyną dobrą rzeczą, jaka go w życiu spotyka, to dwie godziny spędzone na oglądaniu poczynań ukochanej drużyny.

Derby Kairu to pojedynek na śmierć i życie, nie tylko zwykła boiskowa rywalizacja, nie tylko piłkarskie uniesienia i rozczarowania, to niczym niepohamowana futbolowa gorączka i szał. To derby, po których nie mówi się o samym meczu, a o starciach i ofiarach śmiertelnych. A gdy fani nie mogą dobrze sobie przyłożyć ze względu na policyjną obstawę, to chodzą na gierki juniorów. To tam oraz w halach koszykarskich dochodzi podobno do najostrzejszych bójek. Gdy na parkiecie walczą koszykarze obu zespołów, to w halach wrze. Obrzucanie się koktajlami Mołotowa i śmierć przez podpalenie są ponoć niemal na porządku dziennym.


Sympatycy jednych i drugich muszą mieć najwidoczniej jakiegoś wroga, którego szczerze by nie cierpieli. Jeśli nie jest nim funkcjonariusz czy polityk, to jest nim kibic przeciwnej ekipy. Zanurzając się w tym piekielnym egipskim kotle futbolowym, ujrzelibyśmy bijatyki, batalie z policją, krew na trybunach, bestialskie i nieludzkie intrygi polityczne, walkę o wolność, o idee, a wszystko to podlane hektolitrami uprzedzeń i nienawiści, a wszystko to sprowadzone do banału, do meczu piłkarskiego. Egipcjanie stali się więźniami własnej nienawiści, a ta, jak przekonywali nas w jednym pięknym filmie, jest niczym bagaż. Życie natomiast za krótkie, żeby cały czas być wnerwionym. Czasami po prostu nie warto.    

wtorek, 3 marca 2015

Derby na śmierć i życie, czyli wojna nie tylko futbolowa

Są takie derby piłkarskie na tym łez padole, w których od niezdrowych emocji aż kipi i których temperatura zawsze jest bliska wrzenia. Takie derby, które falą agresji i nienawiści wypływającą z ust i serc dwóch przeciwnych stron, zalałyby cały świat. Derby, które trzęsą krajem i dzielą go na pół, które nie tylko decydują o tytułach mistrzowskich, ale także o sytuacji w państwie. Takie, które potrafią obalać rządy i z powodu których odwoływano rozgrywki ligowe. Wreszcie takie, które nierzadko kończą się krwawą jatką.  

Aż poleje się krew

Magazyn „World Soccer” określił je jako jedne z najbardziej zażartych, gwałtownych i brutalnych pojedynków derbowych na globie. Derby Kairu to bowiem rywalizacja daleko wykraczająca poza boisko i stadion. Ich ładunek emocjonalny jest tak duży, że rozgrywa się je na neutralnych obiektach pod okiem sędziego sprowadzanego z zagranicy. One nie elektryzują, one prądem mogą solidnie kopnąć.

Rodzą zwyczajną, ludzką nienawiść, gromadzą ją hektolitrami, by w końcu pęknąć, znaleźć ujście i rozprzestrzenić się nieokiełzanie i niepohamowanie. Gdy mierzą się ze sobą dwa tak potężne kluby jak Al-Ahly i Zamalek, niektóre części miasta są zamykane, a zwaśnionych kibiców oddziela szczelny kordon policyjny. Na nic to, gdyż zamieszki, starcia z policją, ranni oraz ofiary śmiertelne są wtenczas powszednie niczym chleb.

Wyobraźcie sobie zatem państwo podzielone na pół. Jedna połowa to żarliwi wyznawcy kościoła spod znaku Al-Ahly, dla drugiej nie ma świata poza Zamalkiem. Wyobraźcie ligę tak zdominowaną przez dwa zespoły - niemal rokrocznie zgarniające najważniejsze trofea, w 55 rozegranych do tej pory sezonach po tytuły mistrzowskie obie ekipy sięgały 48 razy - że poza nimi nie istnieje tam futbol na poziomie. I wyobraźcie sobie teraz moment, kiedy dochodzi do ich starcia.

Na Czarnym Lądzie nie ma dwóch bardziej utytułowanych drużyn. Obie przez federację afrykańską zostały uznane za najlepsze w XX wieku. Obie mieszczą się w Wielkim Kairze, największym obszarze metropolitarnym Egiptu i całego kontynentu, gdzie mieszka ponad 15 milionów ludzi. Al-Ahly to rekordzista pod względem zdobytych mistrzostw, krajowych pucharów i superpucharów. To również rekordzista na arenie międzynarodowej, najwięcej razy sięgał po afrykańską Ligę Mistrzów, Puchar Zdobywców Pucharów oraz Superpuchar. Zamalek znajduje się krok za nimi, zawsze na drugim miejscu, z niemal podobnie niewyobrażalną liczbą trofeów w gablocie.

Nic dziwnego więc, że ich mecze uważane są za punkt kulminacyjny sezonu, od lat siedemdziesiątych transmitowane do krajów Bliskiego Wschodu i północnej Afryki. To gwóźdź programu egipskich rozgrywek, ale gwóźdź bardzo niebezpieczny. Nie mniej niebezpieczne są jednak pojedynki z innymi klubami ze stolicy. Kiedy dwudziestozespołową ligę w połowie wypełniają ekipy z Kairu, to trzeba mieć na uwadze, że gorąco będzie podczas każdej kolejki. A tłuką się one między sobą bez opamiętania, bez względu na liczbę ofiar.   

Więcej niż sprawa życia i śmierci

Przeszło dwadzieścia stratowanych i zmiażdżonych ciał leżało w wąskim korytarzu prowadzącym na stadion. Obok, na ulicach przyległych, rozgorzała walka. Służby porządkowe użyły gazu łzawiącego i strzelały ze śrutu bez ostrzeżenia. Rozgniewani kibice napierali, w ruch poszły kamienie. A z niczego niezdający sobie sprawy piłkarze Zamalku i ENPPI, trenerzy oraz arbitrzy grali w najlepsze.
Ktoś opowiadał potem, że kilka tysięcy sympatyków nieposiadających biletów chciało siłą wedrzeć się na obiekt. Minister obrony grzmiał: „Próbowali wyważyć bramy wejściowe”. Ktoś inny mówił, że to ochrona drutem kolczastym zablokowała wejścia na arenę, otwartą pozostawiając tylko jedną z bram.

Naoczny świadek relacjonował później na łamach „The Guardian”, że ponad tysiąc fanów utknęło w niewielkim korytarzu wiodącym na stadion, wielu z nich miało wejściówki, lecz nie mogli dostać się na trybuny: „Staliśmy bardzo długo, aż ludzie zaczęli się okaleczać o drut kolczasty. Utknęliśmy, rozpoczęły się krzyki i przepychanki. Policja pomyślała wtedy, że będą z nami problemy i postanowiła użyć gazu łzawiącego” – opowiadał Amr, kibic, który cudem ocalał, oberwał kulką w klatkę piersiową. Zgromadzeni fani wpadli w panikę, próbując chaotycznie opuścić przejście. Po paru minutach zostały tam już wyłącznie ciała.

Po tych tragicznych wydarzeniach werdykt mógł być jeden – zawieszenie rozgrywek. Obecnego sezonu, tak jak sezonów 2011-2012 oraz 2012-2013, nie dokończono. Gdy  w ubiegłym roku władze zezwoliły na kontunuowanie ligowych zmagań, to spotkania odbywały się przy zamkniętych trybunach. Dopiero od grudnia wpuszczano na areny ograniczoną ilości kibiców. Na wspomniany mecz Zamalku z ENPPI, rozgrywany na 30-tysięcznym obiekcie, sprzedano raptem pięć tysięcy biletów. Więcej do obiegu po prostu nie trafiło.

To nie pierwsze i prawdopodobnie nie ostatnie tak przykre zdarzenie w egipskim futbolu. Od czasów rewolucji w 2011 roku, w którym czynni udział wzięli fani Zamalku oraz Al-Ahly, na ulicach Kairu nie jest spokojnie. Nie brakuje poważnych obaw, że to, co wydarzyło się przed meczem i pod obiektem w rejonie miasta przecież kontrolowanym przez wojsko, jest okrutnym rewanżem ze strony dygnitarzy. Rząd nie radzi sobie z kibicami, agresją odpowiadając na agresję, a z reguły niewinni sympatycy nie rozumieją dlaczego używa się drutu kolczastego, a na race i petardy odpowiada amunicją małego kalibru. Nie umieją pojąć, jak za brak wejściówki można karać śmiercią. A ta na tamtejsze stadiony zagląda ostatnimi czasy nader często.

Kill’Em All

Mohamed Hamouda siedział na trybunach obiektu Port Said 1 lutego 2012 roku. Oglądał spotkanie pomiędzy Al-Masry a Al-Ahly. W najgorszych koszmarach nie mógł przypuszczać, że stadion wkrótce spłynie krwią. A gdzieś w tle boiskowego pojedynku, w odosobnionymi miejscu północnej części areny wisiał baner z napisem w języku angielskim „Zabijemy was wszystkich”.

Koszmar zaczął się wraz z końcowym gwizdkiem sędziego. Światła zgasły, jacyś kibice – sympatycy Al-Masry będą potem utrzymywać, że widzieli ich po raz pierwszy w życiu – wtargnęli na murawę, najpierw okładając pięściami i kopiąc zawodników przyjezdnej drużyny Al-Ahly, a następnie kierując swoją furię w stronę fanów przeciwnika. Zapanował zupełny chaos.

W kompletnych ciemnościach nikt nie wiedział, co się dzieje i kto jest wrogiem. Ludzie umierali od dźgnięć nożem, uderzeń metalowymi rurkami, wyrzucani z trybun bądź miażdżeni przez uciekający w popłochu tłum, który ucieczki nie umiał znaleźć. Rzeź wieńczyły zamknięte na cztery spusty bramy wyjściowe.

Manuel José, portugalski szkoleniowiec Al-Ahly, powie później: „Byłem bity i kopany. Widziałem, jak nasi fani umierają i nie mogłem nic z tym zrobić”. Mohamed Aboutrika z kolei, gracz, opowie wstrząśnięty przed kamerami: „To nie futbol, to wojna. Ludzie ginęli przed nami i na naszych oczach. Nie było żadnej ochrony, żadnej pomocy”. Nagrania ze stadionu pokażą zaś, że służby porządkowe nie chciały, nie potrafiły, albo po prostu patrzyły, jak kibice dwóch rywalizujących zespołów walczą i się zarzynają.

Prawo i pięść

Tego najczarniejszego w historii egipskiej piłki dnia śmierć poniosły 74 osoby, a prawie tysiąc zostało rannych. Najbardziej ucierpieli podobno fani grupy, znanej z antyrządowych poglądów i rewolucyjnych przyśpiewek w trakcie każdego z meczów, Ultras Ahlawy. Po zajściach na arenie w Port Said na Twitterze popularne stały się komentarze: „To sposób odegrania się policji i wojska na kibicach za to, że stanęli przeciwko nim podczas rewolucji”. A oburzeni i zdruzgotani ludzie stwierdzili, że to w gruncie rzeczy celowa akcja, że w krwawych zamieszkach nie było tak naprawdę krzty przypadku, że to nie pierwszy i ostatni cios wymierzony w miłośników piłkarskich zrzeszonych w niezależnych i niewygodnych dla władzy grupach ultrasowskich.

Były kapitan Al-Masry, Karim Zekri, i jego brat Mohamed, dawniej również zawodnik, oraz trener Al Ahlawy, Manuel José, w wywiadach z brytyjskimi gazetami powtarzali, że ten dramatyczny incydent zaaranżowano. Ich zdaniem kibice nie zostali należycie przeszukani, nie kontrolowano czy posiadają bilety, a wyjścia w południowym sektorze umyślnie zamknięto. Zszokowani całym zajściem fani Al-Masry tłumaczyli, że na trybunach zasiedli ludzie w żaden sposób niezwiązani z ich ukochanym klubem. Ponoć tuż przed spotkaniem pod obiekt zajechały autobusy pełne osobników podszywających się pod kibiców.

Tragedia w Port Said była tylko wstępem do następnych wydarzeń, swego rodzaju preludium dalszego dramatu i farsy. Fani Al-Ahly zaczęli gromadzić się na ulicach, protestować i domagać wyjaśnień. Rozpoczął się proces osób odpowiedzialnych za masakrę. Ale nawet to wydawało się zaaranżowane. Na śmierć skazano 21 policjantów, żaden wysoki rangą oficer nie został choćby oskarżony. Niezadowolone z werdyktu sądu społeczeństwo nadal żądało sprawiedliwości, a nie politycznych zagrywek. Doszło do starć, zginęło dwóch funkcjonariuszów i dwudziestu cywili, a 250 kolejnych raniono. Rząd stracił kontrolę nad miastem.

Dziennikarz ESPN, Brent Latham, pisał wówczas, że nie można lekceważyć politycznych podtekstów masakry na stadionie. Wskazywał, że wypadła ona niemal równo rok po zniesieniu rządów Mubaraka i nie ma w tym przypadku. Tak jak nie ma tam futbolu bez polityki i polityki bez futbolu.

***


W drugiej części artykułu o futbolu w Egipcie przeszytym na wskroś polityką, o kibicach i grupach ultrasowskich, które obaliły reżim Hosniego Mubaraka i o tym dlaczego stali się zakładnikami własnej nienawiści.

niedziela, 22 lutego 2015

Uciekinierzy z Doniecka

Grają z dala od wschodniej części Ukrainy, bo przegoniła ich stamtąd wojenna zawierucha. Ich wybudowany za 250 milionów dolarów stadion został dwukrotnie zbombardowany. Stoi teraz opustoszały i doszczętnie zniszczony, w żaden sposób nie przypomina już areny piłkarskiej. Zespół wygnany ze swojego domu nadal jednak występuje w Lidze Mistrzów.

Dawno temu w Doniecku

„Usłyszałem potężny wybuch. Mecz trwał przez kolejne 20-30 sekund, zanim sędzia zorientował się, co się wydarzyło i zdjął zawodników. Przestałem komentować i poszedłem zobaczyć, co się stało. Zauważyłem uciekającego reportera telewizyjnego. Zapytałem się go, co się dzieje. Odpowiedział tylko, żebym nie wchodził do loży vipów, bo to zbyt straszny widok. Dostrzegłem Ravila Saffiulina, brata żony Bragina. Razem weszliśmy do loży. Kawałki ciał leżały dosłownie wszędzie. Saffiulin zauważył odcięte ramię i zegarek na nadgarstku, który należał do Achata” – relacjonował ukraiński dziennikarz Mark Lewitsky w rozmowie z Jonathanem Wilsonem.

Rinat Achmetow tymczasem siedział w aucie, utknął w korku i nie zdążył dojechać na obiekt. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że właśnie zaczyna się jego era w Szachtarze, prawej ręki zmarłego w zamachu bombowym Oleksandra Bragina, ówczesnego prezydenta klubu. To on wprowadził Achmetowa w świat futbolu. Ten nigdy ponoć nie spojrzałby na mecz piłki nożnej, gdyby nie jego szef. Po śmierci Bragina w 1995 roku, do której doprowadziły mafijne porachunki, najpierw zapanował nad mrocznym imperium swojego przyjaciela - określanego mianem celebryty światka podziemnego, trzęsącego całym obwodem donieckim – a potem, rok później, przejął władzę w klubie.

O niejasnych interesach Achmetowa niewiele tak naprawdę wiadomo, lecz dawne losy Szachtara to poplątanie futbolowej rzeczywistości z tą gangsterską, która w piłkarskiej lidze stała się wszechobecna. Drużyny służyły za ostoję dla zbrodniarzy i pralnie brudnych pieniędzy – w siedzibie Tawriji Symferopol urzędowała banda „Baszmaki” odpowiedzialna za przeszło pięćdziesiąt morderstw, a jej prezydenta skazano za podpalenie i używanie nielegalnej broni.

Ówczesne realia to więc pomieszanie boiskowej walki z bitwą o terytorium i wpływy, spotkań, goli i punktów z łapówkami, stadionowych okrzyków i dopingu z wyrokami śmierci, zamachami oraz zabójstwami. Zdaniem lokalnych ludzi, którzy opowiadali dziennikarzom o tamtejszej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych - lat tworzenia wielkich biznesów i robienia nie zawsze legalnych pieniędzy - w Doniecku nie było wówczas skrawka ziemi, który nie spłynąłby krwią. Tak samo zresztą jak dzisiaj.

Dziewięć tytułów mistrzowskich, dziewięć krajowych pucharów, sześć superpucharów i pięć ostatnich sezonów niepodzielnej hegemonii w lidze dalej, realia zmieniły się na tyle, że zespół dojrzewający w mafijnym otoczeniu musiał opuścić Donieck, po prostu uciec z własnego królestwa. Niegdysiejszego wroga-gangstera – Bragin przecież kilkakrotnie i cudem unikał zamachów na swoje życie – zastąpił dużo gorszy. Taki, który pozbawił drużynę domu – zrujnowany ośrodek treningowy, biura przejęte przez uzbrojonych separatystów - i być może panowania w ukraińskim futbolu klubowym.

Raj utracony

Być może następnego mistrzostwa nie będzie. Szachtar zajmuje obecnie drugie miejsce w lidze ze stratą pięciu punktów do Dynama Kijów. Wojna wypędziła ich z własnego obiektu i teraz wszystkie mecze rozgrywają na wyjeździe. Czasami pomieszkują w hotelach w Kijowie, niekiedy trenują w tamtejszych siłowniach. Gracze narzekają, że taka sytuacja nie jest normalna, że męczące jest wsiadanie na pokład samolotu co trzeci dzień. Pojedynki „u siebie” grają na oddalonym o setki kilometrów od Doniecka stadionie we Lwowie. Na ich spotkania w tym sezonie przychodzi średnio nieco ponad osiem tysięcy widzów, niemal czterokrotnie mniej niż w poprzednim.

Fani Szachtara praktycznie nie jeżdżą na mecze swojego klubu, gdyż nie wiedzą, czy dotrą na nie i powrócą w jednym kawałku. Spotkać można na nich jedynie kibiców z ultrasowskiej grupy, tych najbardziej zatwardziałych, podążających za ukochaną ekipą bez względu na wszystko. Pociągi na wschodzie Ukrainy nie kursują, a podróż autobusem wiążę się z licznymi kontrolami. 21-letni student, Władysław, który był na derbach Doniecka rozgrywanych w Kijowie, mówił reporterowi „Washington Post”, że nie wie, w jaki sposób wróci do domu. „Może złapię okazję w postaci czołgu” – odpowiadał z przekąsem.

Patową sytuację dla zespołu, jego członków i sympatyków kreuje krwawy konflikt na wschodnich rubieżach kraju. Darijo Srna wyjaśniał żurnaliście z BBC, że każdego poranka włącza telewizor, aby usłyszeć wieści z frontu. Dmytro Czyhrynski z kolei stwierdził: „Kiedy ludzie umierają, to nie jest łatwe, by pracować dalej. Musimy zdać sobie sprawę, że nie ma ważniejszej rzeczy od ludzkiego życia”. 

Gdy w lipcu ubiegłego roku pięciu Brazylijczyków i jeden Argentyńczyk, przebywający wtedy na zgrupowaniu we Francji, odmówili wylotu na Ukrainę, to nie dlatego, że taki był ich kaprys, lecz dlatego, że niecałe 60 kilometrów od Doniecka zestrzelono malezyjski samolot, a kilkadziesiąt dalej trwały regularne walki. Lęk zadomowił się nie tylko w umysłach Ukraińców, zwykłych obywateli, ale także zajrzał prosto w oczy obcokrajowcom, gwiazdom tamtejszych ekip.

Bernarda – reprezentanta Brazylii, który pojechał na mundial - nie widziano wówczas w klubie przez trzy miesiące. Usilnie chciał z niego odejść w obawie o własne bezpieczeństwo. Do drużyny ostatecznie wrócił w połowie sierpnia, ale nie lada wyzwaniem dla Szachtara stało się zatrzymanie kluczowych zawodników. Okno transferowe, podczas którego nie odejdzie żaden z nich będzie sukcesem, każde okienko urasta więc do rangi „mission impossible”. 

Miasto wymarłe

„W tej chwili straciliśmy wszystko i tylko czas pokaże, czy będziemy w stanie się podźwignąć” – mówił w wywiadzie dla BBC Sport Siergiej Palkin, dyrektor generalny Szachtara. Donieck to obecnie miasto zbyt niebezpieczne dla klubów piłkarskich. Miasto duchów – sam obwód doniecki pochłonął przeszło dwa tysiące istnień, nikt nie wie, ilu uciekło – i ruina - zniszczeniu uległo około pięćdziesięciu ośrodków medycznych, prawie pięć tysięcy budynków, w tym setka szkół, wymaga natychmiastowej naprawy.

Straty szacuje się na półtora miliarda, nie ma tam bieżącej wody, gazu ani prądu. Szpitale nie otrzymują zaopatrzenia, brakuje lekarstw, sale operacyjne są puste, a lekarze, którzy pracują w strachu i pod presją nie do udźwignięcia, bezradni. Ranni bądź ci wykończeni nieustannym konfliktem dostają za małe porcje żywności, ponieważ tej po prostu brakuje. Od ponad pół roku nie otrzymują pensji. Nie ma pieniędzy, pracy, a przemysł upadł. Metropolia stoi na krawędzi klęski humanitarnej.

„Jedynie Bóg wie, ile czasu zajmie mentalny i materialny powrót z tego piekła. Ciężko uwierzyć, że dwa lata temu było tam Euro 2012, z tysiącami fanów chodzącymi po ulicach i noszącymi ukraińskie koszulki” – opowiadał na łamach „Washington Post” żurnalista sportowy z Mariupola, Alex Sereda. Dwa lata temu prawie milionowy Donieck tętnił życiem jak nigdy, miał swoje wielkie święto. Na ulicach można było spotkać sympatyków futbolu z niemal całej Europy. Teraz niemiecki reporter pisał na łamach „Der Spiegel”, że prędzej znajdziemy tam martwych ludzi.

Mandarynki

Publicyści „The Guardian” z kolei piszą, że pośród tych wszystkich potworności, jakie przynosi wojna i jakie nawiedziły metropolię, najgorsze dla miejscowych jest poczucie opuszczenia. „Gdzie są wszyscy? Gdzie dziennikarze? Gdzie jest międzynarodowa pomoc?” – pytają i dodają - „Ludzie umierają tutaj każdego dnia”. To najwidoczniej jeszcze jeden nic nieznaczący dramat w świecie pełnym takich dramatów.

Darijo Srna - jeden z nielicznych, który na własnej skórze odczuł piekło wojny i który wciąż nie traci nadziei, wspierając w akcjach humanitarnych potrzebujących - w wywiadzie dla magazynu „World Soccer” powiedział, że w dniu kiedy walki w Doniecku ustaną, gracze Szachtara polecą do swojego miasta i ucałują tamtejsze ulice.


Tytułowy bohater poruszającego filmu „Mandarynki”, który przyjął pod swój dach w Abchazji i zaopiekował się dwoma rannymi żołnierzami przeciwnych, walczących ze sobą zażarcie stron – Gruzina i Czeczeńca – dowiedziawszy się, że pierwszy z nich był aktorem, powiedział mu, że pewnego dnia pojedzie do Tbilisi, zobaczy jak gra i będzie go oklaskiwał wraz ze swoim dzisiejszym śmiertelnym wrogiem. Może któregoś pięknego i spokojnego dnia na odnowionej Donbass Arenie zgromadzeni kibice - zarówno Ukraińcy, jak i Rosjanie - będą oklaskiwać Srnę i jego przyjaciół. 

niedziela, 15 lutego 2015

Kraina lodu i futbolu

Grenlandia nie jest przyjemnym miejscem do życia. Ponad osiemdziesiąt procent kraju skuwa wieczny lód, a polarny klimat sprawia, że odechciewa się wszystkiego. Zimą, trwającą przez większą cześć roku, temperatura spada grubo poniżej zera. Jedyny w pełni ciepły miesiąc, kiedy niemal każdego dnia można zobaczyć kilka kresek na plusie, to czerwiec. W takich warunkach uprawianie futbolu wydaje się niemożliwe. Czyżby?

Tam, gdzie nie rośnie trawa

Na tej największej na świecie wyspie, o powierzchni siedmiokrotnie większej niż Polska, gdzie mieszka zaledwie tylu mniej więcej ludzi, co w Pruszkowie, istnieje 78 klubów, zrzeszających łącznie około czterech tysięcy graczy, z czego przeszło dwa tysiące poniżej osiemnastego roku życia. Pierwsza w ogóle drużyna powstała już w 1933 roku, ligę zorganizowano w 1958, a futbolowy związek powołano do życia w 1971.

Same rozgrywki ligowe to prawdziwy ewenement. Piłkę da się tam kopać raptem przez trzy miesiące. Kopać na piaszczystym czymś tylko z pozoru przypominającym boisko piłkarskie, bo trawa w Grenlandii nie rośnie, po prostu nie ma odpowiednich warunków, żeby mogła rosnąć naturalnie.

Napisać, że tamtejsza liga to prawdziwy ewenement, to zdecydowanie za mało. Wygląda to bowiem raczej na jakiś turniej regionalny, podczas którego współzawodniczą ze sobą zespoły z wiosek położonych najbliżej siebie. Dzieje się tak, gdyż w tym państwie nie ma w zasadzie dróg. Podróż z jednego końca wyspy na drugi jest praktycznie niewykonalna ze względu na koszt i czas. Toteż batalie „wewnątrz-wioskowe”, a niekiedy mieścin usytuowanych blisko siebie wyłaniają finalistów.

Dopiero wtedy można mówić o właściwej rywalizacji ligowej, trwającej zazwyczaj tydzień i organizowanej w jednym z miasteczek. Mimo tak wybitnie niesprzyjających okoliczności, sezony udaje się rozgrywać rokrocznie. W ostatnich siedmiu latach hegemonem, który sięgnął po tytuł mistrzowski pięciokrotnie, stał się klub o wdzięcznej nazwie B-67.

Niereprezentacyjna reprezentacja

Na tej ziemi, gdzie warunki są ledwo sprzyjające normalnej egzystencji, występuje sobie jeszcze reprezentacja. Niezrzeszona ani w FIFA, ani w żadnej innej federacji, nigdy nie biorąca udziału w kwalifikacjach do mundialu lub mistrzostw kontynentu, taka która ani razu nie zagrała choćby jednego oficjalnego meczu. Grywa sobie od czasu do czasu w nieuznawanych w świecie sparingach z Wyspami Owczymi czy Islandią. Okazjonalnie wystąpi przeciw równie egzotycznej ekipie jak Tybet.

Nie wie, co to poważne turnieje międzypaństwowe. Od 1989 roku walczy w osobliwym Island Games, osiągając największy sukces w 2013 roku, kiedy dotarła do finału i gdzie musiała uznać wyższość Bermudów. W 2006 roku poleciała do Cypru Północnego na rozgrywki zwane ELF Cup, równie wymyślne, co zespoły w nim uczestniczące. Wygrała z Gagauzją, autonomicznym regionem Mołdawii, 2-0, zremisowała z Zanzibarem 1-1 i przegrała z Kirgistanem 0-1. Udział w pierwszym i ostatnim takim turnieju zakończyła w fazie grupowej. W tym samym roku pojechała na rozgrywki państw niezrzeszonych przez FIFA i tam także nie zrobiła furory. Rywalizację skończyła na dwóch porażkach z Cyprem Północnym 0-1 oraz Zanzibarem 2-4.

To reprezentacja, która rzadko kiedy zwycięża – tylko 20 z 91 spotkań, z czego 64 przegrane – którą swego czasu prowadził sam Sepp Piontek i która ma poważne problemy, aby zorganizować treningi ze względu na koszty – przelot samolotem w jedną stronę waha się w granicach kilkuset funtów. To również futbolowa federacja, która niezmiennie od paru lat pragnie wstąpić w szeregi FIFA.

Tam, gdzie nie ma boisk

Zagraniczni gracze, jak niegdyś Robert Pirès, którzy sporadycznie odwiedzali wyspę i występowali tam w sparingach, za każdym razem podkreślali, że po gorszych boiskach nie biegali nigdy. W warunkach wiecznego lodu i srogich mrozów utrzymanie trawiastej murawy jest niemożliwe. Trudny klimat sprawia, że boiska są żwirowe i twarde. Każde kopnięcie bądź sprint wzbija tumany kurzu. Piłka na niezbyt równej nawierzchni ciągle płata figle. A wślizg lub upadek może być nieprzyjemny i groźny. Stąd zawodnicy zawsze biegają w getrach. Szatnie zaś wyglądają jak baraki zbite naprędce z desek. A za ławki dla kibiców służą najczęściej rozsiane w pobliżu klepisk skały.

Grenlandczycy mierzą się zatem z elementarnymi problemami – gdzie grać, z kim i czym, jak zapewnić transport? W autonomicznym regionie Danii dyskutuje się teraz nad tworzeniem sztucznych muraw oraz budowaniem wielkich hal na wzór Islandii, gdzie dałoby się grać przez okrągły rok. W 2009 roku w Qaqortoq oddano do użytku pierwsze boisko ze sztuczną nawierzchnią. W tym roku powstało pierwsze pełnowymiarowe. Jedyny stadion i funkcjonalna hala znajdują się w stolicy Nuuk.

To z powodu nierozwiązywalnych kłopotów komunikacyjnych – dróg jest tyle, co kot napłakał, raptem 15 kilometrów, wszystkie zaczynają się i kończą w stolicy – braku boisk oraz w pełni profesjonalnej drużyny narodowej, FIFA nie chce przyjąć Grenlandii w swe szeregi. Oni sami zaś twierdzą, że członkostwa nie chcą, pragną tylko pozwolenia na rozgrywanie oficjalnych meczów. Marzą, że któregoś dnia zawitają do nich ekipy pokroju Niemiec, Francji czy Hiszpanii, bo dla nich futbol to coś więcej niż zwykła gra.

Piłkarska gorączka w krainie zimy

To nie tylko sport narodowy, wszyscy tam mają bzika na punkcie tej dyscypliny. Regularnie kopie co dziesiąty mieszkaniec tego 56-tysięcznego państwa. Ludzie dla nieodpłatnych występów w reprezentacji rzucają pracę. Boiska, które boisk nie przypominają, istnieją w każdej wiosce, nawet tej położonej daleko w głąb koła podbiegunowego, i zawsze zajmują centralne miejsce. To swoiste centrum rozrywki Grenlandczyków. Na te piaszczyste klepiska patrzą z szacunkiem, są one otoczone swego rodzaju kultem.

Spotkania najpopularniejszej tam Premier League oglądają dziesiątkami, przez długie zimowe wieczory nie odrywają oczu od telewizorów. Dziennikarze odwiedzający kraj wspominają, że z kim by nie porozmawiali, to po pięciu minutach rozmowa dotyczy już wyłącznie piłki. Przyjezdnych Polaków potrafią się zapytać o Zbigniewa Bońka i Grzegorza Latę. Noszą koszulki ulubionych klubów, cieszą się, kiedy ich ulubieńcy zwyciężają i nie kryją się z tym na ulicach. W stolicy można ponoć usłyszeć radosne okrzyki i klaksony samochodowe, gdy ich faworyci wygrywają tytuł.

Pomimo ciężkich warunków klimatycznych - sezon można rozgrywać od końca moja do połowy września - starają się uganiać za futbolówką o każdej porze roku, zarówno w te letnie, jak i mroźne dni. Nieistotne staje się wówczas to, czy pole do gry całe jest zaśnieżone lub oblodzone, mawiają bowiem, że wystarczy trochę cieplejszych ubrań i pomarańczowa piłka. W mieście Nuussuaq, na północy wyspy, grają nawet w zimową odmianę tej dziedziny sportu – organizują turniej na lodzie morskim.

Za garść piłkarskich chwil

Futbol jest tam wszystkim: płomienną pasją, wielką frajdą, zwykłą codziennością, odtrutką na nieprzyjazną rzeczywistość i ponurą zimową aurę. Dla piłkarza-amatora, parającego się na co dzień czymś zupełnie innym, podróż do oddalonej o setki kilometrów wioski, zaledwie dla paru piłkarskich chwil, może trwać tydzień w jedną stronę. Może być trudna i niebezpieczna. Nie brakowało przypadków, że zawodnicy nie wracali do swoich domów.

Tak jak to miało miejsce w sierpniu 2004 roku, gdy podczas drogi powrotnej ze spotkania zniknęło trzech graczy. Dosłownie zapadło się pod wszechobecny lód, jakikolwiek słuch o nich zaginął, a ciągnące się tygodniami poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów. Ich ciała odkryto dopiero niecały rok później. Zbłądzili, a ich łódź utknęła na jednej z mniejszych, niezamieszkanych wysp. Na niej zbudowali prowizoryczne schronienie z dryfującego w pobliżu drewna i ułożyli napis SOS. Zmarli z głodu albo przez mordercze mrozy. A wszystko z powodu niewinnego meczu, w Grenlandii tylko i aż meczu.


W tej krainie lodu i futbolu nawet dawne legendy przesiąknięte są tą dyscypliną. Jedna z nich mówi, że kiedy na bezchmurnym niebie zobaczysz zorzę polarną, to znak, że swój pojedynek toczą duchy, które jako piłki używają czaszki morsa. A zorze występują tam przez okrągły rok.