niedziela, 13 lipca 2014

Człowiek znikąd


„Nie wiem, dlaczego go wybrali. Nie wiem, kim on w ogóle jest” – grzmiał César Luis Menotti. A on przybył właściwie znikąd. To jego pierwsze mistrzostwa w roli selekcjonera, jeszcze pięć lat temu nie splamił się pracą trenera. Objął reprezentację, zajął z nią pierwsze miejsce w grupie eliminacyjnej, pojechał na mundial i wszedł do finału. Tytuł dla Argentyny? Przez trzy lata pod wodzą Alejandro Sabelli to brzmiało jak dobry żart.

Niespełna 60-letni szkoleniowiec właśnie bierze udział w turnieju swojego życia. W jego trenerskim CV znajdziemy niewiele – jedynie dwuletnie doświadczenie wyniesione z Estudiantes La Plata, a od połowy 2011 roku Messi i spółka. Nic więc dziwnego, że Menotti - legendarny trener, który z „Albicelestes” wygrał Mistrzostwa Świata w 1978 - obruszył się na wieść o powierzeniu drużyny narodowej zupełnie nieznanemu menedżerowi. A ten, aby zostać jej selekcjonerem, musiał najpierw anulować kontrakt z Al Jazira Club.

Veni, vidi, vici

Karierę trenerską rozpoczyna w marcu 2009 roku. To wtedy, po raz pierwszy w swym życiu, samodzielnie obejmuje klub piłkarski. Estudiantes La Plata należy wówczas do ligowych przeciętniaków. W Copa Libertadores zaś ponosi wstydliwą porażkę za wstydliwą porażką. Rundę kwalifikacyjną przebrnęła tylko dzięki zasadzie bramek wyjazdowych, a w fazie grupowej przegrała dwa z trzech pierwszych spotkań.

Dla Sabelli to nie problem, by jeszcze tej samej wiosny sięgnąć po puchar – 11 zwycięstw z rzędu, 14 strzelonych, raptem dwa stracone gole i trofeum ląduje w klubowej gablocie. Wkracza do zespołu wyniszczonego wewnętrznymi kłótniami i z marszu zdobywa trofeum, na które czekali tam prawie cztery dekady. W następnym roku dokłada mistrzostwo kraju i okazuje się, że Estudiantes znalazło swojego Midasa.

I tak niespodziewanie, jak przejął ekipę z La Platy i wprowadził ją na szczyt, tak równie szybko z niej odszedł. W lutym 2011 już go w klubie nie było, ponoć nie mógł dogadać się z działaczami w sprawie wzmocnień. W ciągu dwóch sezonów przeciętny, pozbawiony typowych napastników zespół zamienił w taki, który nie ma sobie równych w państwie i na kontynencie.  Eduardo Berizzo, który zastąpił Sabellę na stanowisku, zrezygnował po czterech miesiącach pracy i 12 meczach bez wygranej z rzędu.

Kilka miesięcy później przychodzi nieoczekiwana propozycja z federacji argentyńskiej. Nieoczekiwana nie tylko dlatego, że zburzyło to jego dotychczasowy świat – to on, skromny szkoleniowiec, ma objąć reprezentację - ale także dlatego, że był już w zasadzie spakowany. Jedną nogą znajdował się w dalekiej Azji, gdzie czekał na niego klub z Emiratów. Nic dziwnego zatem, że jego nominacji towarzyszyło niedowierzanie – drużynę narodową, która poniosła klęskę na Copa América 2011, miał odbudować trener, który lada moment powinien lecieć do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Człowiek z cienia

Nazywany „El Mago”, po tych trzech latach dowodzenia Argentyną i 40 meczach, z których przegrał zaledwie cztery, pokazał, że jego przydomek nie wziął się z przypadku. Nawet jeśli „Albicelestes” na mundialu w żadnym spotkaniu nie przekonywali, grając futbol oszczędny i zachowawczy, pokonując rywali różnicą jednego gola bądź w rzutach karnych, to Sabella zaprowadził ich do pierwszego od 1990 finału i może dać im pierwsze od 1978 roku mistrzostwo.

I jak tu w takim razie nie mówić o magii? Dokonał przecież tego człowiek, który jeszcze parę lat temu nie prowadził samodzielnie żadnej ekipy, którego od początku tylko się lekceważyło i wyśmiewało, a ten trzyletnią przygodę z kadrą wieńczy finałem. Również na początku turnieju nikt nie brał go na poważnie i więcej pisało się o śmiesznych sytuacjach z nim związanych – chociażby ta z Ezequielem Lavezzim – niż o realnych szansach na tytuł. Tytuł dla Argentyny pod wodzą Sabelli to brzmiało niczym dobry żart.

Królem futbolowego świata może zatem zostać człowiek z absolutnego cienia. Jako zawodnik dorastał w River Plate, gdzie przez szmat czasu robił jedynie za zmiennika, za maleńki odprysk w doborowym towarzystwie. Do Sheffield United trafił niejako przez przypadek. Nie był pierwszym wyborem szefów angielskiego zespołu, lecz kiedy okazało się, że tych nie stać na Diego Maradonę, to uwagę skierowali na tańszą alternatywę, czyli Sabellę.

Kiedy był u szczytu swych piłkarskich możliwości, nie pojechał na mundial w 1986 toku, bo Carlos Bilardo skreślił go z listy. Gdy skończył z boiskiem, to na długie lata został asystentem Daniela Pasarelli. Podążał za nim jak cień, od drużyny narodowej na mistrzostwach w 1998, przez reprezentację Urugwaju i Parmę, po meksykańskie Monterrey, brazylijskie Corinthians i w końcu rodzime River Plate.

Z cienia wyszedł dopiero w 2009 roku i niemal od razu trafił w rój piłkarskich gwiazd. Ale nawet tam, w wielkim futbolowym świecie, znajdował się gdzieś na uboczu. W Estudiantes przyćmił go odrodzony Juan Sebastián Verón. W roli selekcjonera z boku ogląda popisy swoich gwiazdorów, ponieważ to do nich należy scena i to oni przykuwają praktycznie całą uwagę.

Dobry człowiek

Początkowo jako bierny obserwator za plecami innych, z czasem nieśmiały dyrygent uczący się od swojej orkiestry, by wreszcie stać się kreatorem – nawet jeśli jest nim teraz, to wciąż mamy wrażenie, że Sabella wszystkim kieruje z fotela pasażera i to tego siedzącego z tyłu. Skromny i spokojny, podchodzący do wielu rzeczy z dystansem, przy linii bocznej boiska wygląda raczej na takiego, który boi się cokolwiek zmieniać i zawsze ma minę, jakby coś miało się nagle popsuć. I to oczywiście z jego winy.

Po zwycięstwie nad Holandią i wywalczeniu awansu do finału to nadal ten sam, zwyczajny szkoleniowiec. W pomeczowych wywiadach powtarzał tylko o wysiłku i ogromnym poświęceniu jego graczy, o pokorze i wytrwałej pracy, żadnego słowa o sobie oraz o własnych zasługach. Jakże to odmienny obrazek od pewnego siebie, charyzmatycznego, mogącego sprawiać wrażenie nieco zadufanego w sobie Luisa Van Gaala.

Piłkarska filozofia w jego wydaniu jest równie skromna. Na łamach serwisu fifa.com opowiadał: „Trener musi mieść apetyt na ciężką pracę i  powinien być dobrym człowiekiem”. Na jednej z konferencji przekonywał: „Gdyby umysł był mięśniem, byłby tym najważniejszym. Ktoś powiedział niegdyś, że gram neuronów waży więcej niż kilogram mięśni”. Pytany o system gry, formacje i oceny, jakie wystawiłby swoim podopiecznym, odpowiadał: „Uwielbiacie mówić o ocenach, czyż nie? Ale to nie matematyka, wiecie? Charakter drużyny jest kluczowy. Siła ducha i równowaga emocjonalna są istotnymi czynnikami”.

Świat kończy się na Messim

Całe trzy lata pracy Sabella poświęcił głównie sile duchowej i równowadze emocjonalnej Lionela Messiego. Uczynił go kapitanem, prawdziwym liderem ekipy i wydobył z niego wszystko, co najlepsze dla reprezentacji. A ten pod jego wodzą grał, jak nigdy w koszulce „Albicelestes” - w 30 meczach do siatki trafił 25 razy. Za kadencji poprzednich selekcjonerów w 61 spotkaniach zdobył raptem 17 bramek.

Na łamach „Daily Telegraph” mówił o nim, że jest dla nich jak: „woda na pustyni. On znajduje rozwiązania w sytuacjach, gdy myślimy, że takich po prostu nie ma”. To Sabella przekonał Messiego, aby ten nie kończył kariery reprezentacyjnej, kiedy – eufemistycznie pisząc - nie najlepiej układało mu się z argentyńskimi fanami.

Tam wszystko jest więc podporządkowane właśnie jemu. Ustawienie - preferuje to z trzema atakującymi - i jego pozycja - woli nacierać z głębi lub bocznych sektorów boiska. Gdy nie pasował mu wyjściowy system z piątką obrońców w meczu z Bośnią i Hercegowiną, selekcjoner szybko dokonał korekt i potem przyznał się przed kamerami, że popełnił błąd. To gracz Barcelony decydował podobno również o absencji Carlosa Teveza, z którym mu nie po drodze. To w kadrze i szatni należy do niego ostatnie słowo.

Nawet sam trener w pierwszej kolejności zdaje się wysłuchiwać swojego podopiecznego. Trener, który nadal pozostaje niewiadomą. Bo nie wiemy, czy dojście finału to jedynie kwestia szczęścia, drabinki turniejowej, która do spotkania z Holandią ułożyła się wyjątkowo dobrze dla Argentyny, przebłysków geniuszu Messiego, czy może wreszcie kunsztu taktycznego selekcjonera. Jedno jest pewne – ta ostatnia z odpowiedzi nasuwa się na samym końcu, ponieważ Sabella mimo awansu do finału wciąż uchodzi chyba za szkoleniowca niedocenianego.


To byłaby historia warta mistrzostwa świata: trener znikąd, o którym jeszcze kilka sezonów temu nikt nie wiedział praktycznie nic, zakpi sobie z tej wielkiej generacji niemieckich piłkarzy - latami, w pocie czoła i mozolnie pracujących na to wymarzone trofeum - i puchar im wydrze. 

wtorek, 8 lipca 2014

Zagraj to jeszcze raz, Phil


Niczym wprawny iluzjonista czarował o siedmiu krokach do nieba, a swoją drużynę stworzył na iluzji silnej i konkurencyjnej ekipy, potrafiącej sięgnąć po pełną pulę. Ale w niej rzeczywiście silnych i mogących zagrać o pełną pulę jest raptem kilka ogniw. Po kontuzji Neymara i wykluczeniu Thiago Silvy iluzja Scolariego legła w gruzach. Choć oczywiście nie możemy powiedzieć, że szanse Brazylii w meczu z Niemcami będą tylko iluzoryczne.

To musiało być przedziwne uczucie dla Brazylijczyków - radość z awansu do półfinału pomieszana z opłakiwaniem najjaśniejszej gwiazdy. A w Kraju Kawy już dawno ukuto opinię, że kiedy Neymar gra dobrze, to dobrze również gra reprezentacja i na odwrót, gdy mu nie idzie, nie idzie już nikomu. To jak zależność, równanie, którego bez niego nie da się rozwiązać.

Ciemność, widzę ciemność

Ostatni raz nie wybiegł w podstawowym składzie „Canarinhos” niecałe trzy lata temu, dokładnie 41 spotkań wstecz. W ogóle od poprzedniego mundialu opuścił zaledwie sześć meczów kadry. Tamtejsi fani nie mają zatem zielonego pojęcia, jak gra ich ukochany zespół bez największego wirtuoza. Bo wiedzieć nie mogą.

Neymar na obecnych mistrzostwach bryluje we wszystkich ofensywnych statystykach swojej ekipy. Oddał 18 celnych strzałów, wykreował 13 sytuacji podbramkowych, 243 razy dotykał piłki na połowie rywali, najskuteczniej dryblował i był zawodnikiem najczęściej faulowanym przez przeciwników.

Nieobecność atakującego Barcelony powoduje, że Brazylia staje się mniej kreatywna i prawdopodobnie stworzy sobie mniej okazji strzeleckich - to on również najczęściej z graczy ofensywnych otwierał drogę do bramki swoim partnerom. Historia paru wcześniejszych mundiali pokazuje jednak, że drużyny mistrzowskie buduje się od tyłu. Równie istotne, co stwarzanie sytuacji, jest zapobieganie im. I tak jak przód bez Neymara, tak tył zespołu Scolariego bez Thiago Silvy będzie wyglądał znacznie mizerniej.

Nie można zatem dziwić się mieszanym reakcjom Brazylijczyków, ponieważ ich ulubieńcy jednym bojem stracili nie tylko własną „10”, lecz także kapitana. Linii defensywna złożona z nerwusa Davida Luiza oraz niefrasobliwca Marcelo, pozbawiona człowieka absolutnie kluczowego dla tej formacji, który w spotkaniu z Kolumbią popisał się największą liczbą odbiorów i wygranych pojedynków powietrznych, nie będzie czuła się zbyt pewnie w obliczu bardziej skomplikowanych posunięć niemieckiej machiny.

Drużyna mięśniaków i płaczków

Nawet jeśli określany przez media beksą, bojaźliwym kapitanem, który bał się podejść i wykonać jedenastkę, to zdaniem wielu ekspertów jego absencja może być znacznie widoczniejsza od nieobecności Neymara. W tej Brazylii w ogóle zdecydowanie więcej rzeczy nie gra bądź nie współgra zarówno na murawie jak i poza nią.

Tostão po meczu z Chile dla BBC opowiadał: „Tam nie ma pomocy, ponieważ brakuje nietuzinkowego rozgrywającego. Luiz Gustavo zostaje blisko obrony, Neymar porusza się w pobliżu Freda, a Oscar i Hulk biegają w bocznych sektorach boiska. Fernandinho, albo ktokolwiek na tej pozycji występuje, jest osamotniony niczym Robinson Crusoe, patrzący do przodu na piłkę, która przepływa obok niego”.

Andre Kfouri, dziennikarz ESPN, pisze z kolei: „Sektor, którego zadaniem jest harmonizowanie poczynań drużyny, robi coś zupełnie odwrotnego. Dzieli ją na dwie jednostki, porozumiewające się w odmiennych językach i poszukujące siebie nawzajem oraz wzajemnego porozumienia bez obecności jakiegokolwiek tłumacza”.

W tej reprezentacji więcej zresztą odnajdziemy mięśni, fizyczności i indywidualnej gry niż techniki, finezji czy siły zespołowej. W dodatku mięśniaków, którzy nie stronią od łez. Gwiazdorzy nie potrafią ich powstrzymać w trakcie śpiewania hymnu, nie umieli także powstrzymać się od nich po rzutach karnych z Chile – trzech z nich rzewnie płakało. „Big Phil” widząc to i chcąc nad tym rozemocjonowaniem zapanować, sięgnął po panią psycholog Reginę Brandao. Współpracuje z nią od dawna, m. in. przy okazji turnieju w Korei i Japonii.

Oliwy do ognia dolewają byli gracze i dziennikarze. Careca na łamach „The Guardian” stwierdził, że za dużo tam jest emocji. Łez w oczach Júlio Césara i pozostałych nie mógł zrozumieć również Cafu. Publicysta Antero Greco pisał zaś o reprezentacji zdenerwowanej, napiętej i zdesperowanej. Scolari winnych takiego stanu rzeczy znalazł błyskawicznie. Na prywatnym spotkaniu z żurnalistami mówił, że Ci wcale nie pomagają i że wywierają trudną do zniesienia dla piłkarzy presję. A to przez nią Brazylijczycy podchodzą w tak emocjonalny sposób do pojedynków.

A kind of magic

Słowa, które tam padły, i to że kazał w końcu zgromadzonym osobom iść w diabły, doskonale wpisują się w jego narrację. Niejako narrację prowadzenia ekip skonfliktowanych z nieprzychylnym otoczeniem. Najlepiej czuje się właściwie w zespołach krytykowanych i skazywanych na rychłą porażkę. Stawia własne drużyny w roli „nas” przeciwko światu. A swoich podopiecznych otacza opieką na jaką nie stać innego szkoleniowca. Sami zawodnicy opowiadają, że Scolari zawsze jest blisko nich i jest dla nich trenerem, liderem, przyjacielem oraz ojcem jednocześnie.

Na jednej z konferencji apelował: „Nie zapominajcie, że 18 miesięcy temu nikt w nas nie wierzył. Kilkanaście dni wcześniej nikt nie wierzył, że wyjdziemy z grupy. Nikt również nie wierzył, że przejdziemy 1/8 finału”. Kontuzja Neymara i absencja Thiago Silvy mogą paradoksalnie pomóc ekipie „Big Phila” w poradzeniu sobie z ciężarem oczekiwań, który musiał nieco zelżeć, bo w Kraju Kawy po spotkaniu z Kolumbią z pewnością lawinowo przybyło niedowiarków.

Bo o sukces w meczu z Niemcami ma powalczyć zespół, który od początku turnieju szokował futbolowych purystów. Równie brzydko grających, przetaczających się ślamazarnie przez kolejnych rywali, nie zachwycających wynikami ani tym bardziej stylem gry „Canarinhos” widziano tam dawno temu, przed dwudziestu laty. To reprezentacja starająca się zwyciężać za wszelką cenę, bez względu na sposób, nie stroniąca od występów brudnych, twardych i ostrych – w konfrontacji z Kolumbią faulowała 31 razy, to najwięcej przewinień jakie popełniła w ciągu 90 minut od 1966 roku – której ofensywny potencjał skupiał się głównie w osobie tego, którego teraz zabraknie, czyli Neymara.

I bez niego cały misterny plan selekcjonera wziął właśnie w łeb, rozbił się na kolumbijskiej skale. By zmienić cokolwiek przed półfinałowym bojem w grę wchodzą jedynie korekty personalne lub modyfikacja ustawienia. Ale nikt ani nic nie zastąpi tej dozy fantazji, nieszablonowości i piłkarskiej magii, którą oferował Neymar.


Brazylia pojedynkowała się z Niemcami na mundialu tylko raz. W finale mistrzostw w Japonii i Korei wygrała z nimi 2-0. Dokonała tego pod wodzą Scolariego, który tym razem może tylko pomarzyć, by na boisku objawił mu się Ronaldo.

piątek, 4 lipca 2014

Kolumbijska superprodukcja

Czy opowieść o futbolu w Kolumbii można zawrzeć w kilku śmiertelnych strzałach, które otrzymał Andrés Escobar? Czy generacja, która nie zdobyła niczego, może obrosnąć legendą żywą do dziś? Czy tamto pokolenie nie zrodziłoby się, gdyby nie baron narkotykowy Pablo Escobar, a dzisiejsze nie byłoby tak spektakularne i wyrachowane, gdyby nie doświadczenie sprzed lat? Gangi, narkotyki, strzelaniny, kilka fantastycznych meczów i fascynujących gwiazd – kolumbijska piłka jak żadna inna zasługuje na hollywoodzką produkcję.

Zaczęłoby się jak u Hitchcocka - od prawdziwego trzęsienia ziemi. Słyszymy kłótnię o jakiegoś samobójczego gola i wyzwiska, ktoś strzela, ktoś upada i umiera. Nie znamy dokładnego powodu, nie wiemy czy ten, który pociąga za spust, działa na czyjeś zlecenie. Wkrótce dowiadujemy się, że ofiara to Andrés Escobar. Piłkarz, który dopiero co wrócił z nieudanego mundialu. Autor nieszczęsnego samobója.

Robin Hood i Tony Montana w jednym

Akcja przenosi się parę lat wcześniej. Oglądamy Pablo Escobara, jesteśmy świadkami na pierwszy rzut oka romantycznej historii. Buduje on własne imperium, bogaci się, lecz jednocześnie nie odwraca od biednych. Stawia im domy, tworzy młodym chłopakom boiska, funduje szkoły i wspiera szpitale. To jednak tylko pozory. Bo to diabeł w skórze anioła.

Za dnia bohater dla ubogich, Robin Hood, po godzinach staje się Tonym Montaną, to wtedy ukazuje swe prawdziwe oblicze. Jest mistrzem w swoim fachu, bezlitosny i brutalny, wznosi własne królestwo na morderstwach i krwi. Jego szajka zabija ponad pięć tysięcy ludzi, na sumieniu ma sędziów, policjantów, polityków, pretendentów do fotela prezydenckiego i arbitrów piłkarskich. W czasach świetności Escobar wypowiada wojnę rządowi, uchyla ekstradycję do Stanów Zjednoczonych i spędza odsiadkę w kontrolowanym przez siebie więzieniu.

Jego mroczniejsza połowa chowa się zawsze za maską pasjonata, gdy chodzi o futbol. Najpotężniejszy i najbardziej wpływowy gangster w kraju nie szczędzi gotówki na tę dyscyplinę. Szkoli zawodników, finansuje ich transfery i kontrakty, sprowadza zagranicznych trenerów. Jego osobisty klub – Atlético Nacional – jest nie tylko oczkiem w głowie, ale także pralnią brudnych pieniędzy.

Dawno temu w Kolumbii

Pole narracji rozszerza się, konkurencyjne gangi nie śpią. Obserwujemy jak bandy przejmują pełną kontrolę nad pozostałymi drużynami i walczą o wpływy. Wybierają sobie obsadę sędziowską, wywierają presję na graczach i szkoleniowcach, ustawiają mecze. Powiedzenie, że piłka jest czymś ważniejszym niż sprawa życia i śmierci, nabiera tam literalnego znaczenia.

W 1989 roku Atlético Nacional wygrywa Copa Libertadores, lecz urugwajski arbiter, który prowadził finałowy bój, zeznaje, że ludzie Escobara zmusili go do przychylnego sędziowania. W następnym roku umiera. Danie, które zamówił w restauracji, wymieszano z trutką na szczury. Inne istotne spotkanie pomiędzy Nacional a América de Cali sędzia prowadzi na korzyść tych drugich. Escobar zleca odnalezienie Alvaro Ortegi i wykonanie wyroku. Po tym zdarzeniu rozgrywki ligowe wstrzymano na okrągły sezon, niewiele jednak to pomogło.

Z łatwością dostrzegamy więc, jak futbolowa Kolumbia zmienia się i że dawno przestała być normalnym światem. W 1990 roku po pojedynku Independiente MedellínAmérica de Cali dwóch bandytów pakuje dwadzieścia kul w ciało arbitra. Słyszymy słowa: „To cię nauczy, by nie odwoływać bramek zdobytych przez Medellín”. Potem dwóch bramkarzy zostaje zastrzelonych, ponieważ wpuścili głupie gole. W krainie przesiąkniętej narkotykami, przemocą i morderstwami, jedyną regułą staje się brak reguł.

Gdy w tym przypominającym nieustanną wojnę otoczeniu rośnie im pokolenie zawodników niezwykłych, macki karteli nie tylko ścierają się nawzajem, one sięgają coraz dalej i dalej, oplatają niemal każdą dziedzinę życia Kolumbijczyków. Kiedy reprezentacja zajmuje 4 miejsce w rankingu FIFA i frunie na mistrzostwa, w państwie ginie trzech kandydatów na prezydenta, którzy obiecali rozprawić się z szajkami. Czwartemu udaje się przeżyć tylko dlatego, że nie wsiadł do samolotu chwilę później zestrzelonego. To rok, w którym Kolumbia odpada z Kamerunem, a w katastrofie lotniczej ginie 110 osób.

Chłopcy z ferajny

Widzimy nowe twarze, wątki mnożą się i wiążą ze sobą. Poznajemy bliżej między innymi Carlosa Valderramę, Freddy’ego Rincóna, René Higuitę i Faustino Asprillę. Ale tylko tam nawet piłkarze za uszami mają przestępczy proceder. Higuita nie leci na mundial do USA, bo właśnie odbył siedmiomiesięczny wyrok za rzekomą pomoc w zorganizowaniu porwania. Asprillę podczas gry dla Newcastle United podejrzewa się o handel kokainą.

Symbolem boiskowego geniusza i ryzykanckiego życia staje się Albeiro Usuriaga. W 1988 zawieszony za zażywanie kokainy, swoimi golami daje potem Atlético Nacional puchar Copa Libertadores, a Kolumbii awans na mundial. Napastnik na mistrzostwa ostatecznie nie jedzie, ponieważ nikt nie wie, co się dzieje w jego głowie. Boiskowe wyczyny ustępują miejsca tym spoza murawy. Zostaje zatrzymany za kradzież, a przedtem przez trzy godziny ucieka policji swoim Mercedesem. Swój zuchwały żywot kończy parę lat później, zastrzelony w nocnym lokalu w niewyjaśnionych okolicznościach.

W tym czasie generacja wychowana na boiskach Pablo Escobara i w jego bliskim towarzystwie – gracze odwiedzają jego rezydencję regularnie, na ligowe pojedynki latają jego prywatnym helikopterem – potężnieje z roku na rok, aż osiąga swój szczyt w 1993 roku w wyjazdowym zwycięstwie z Argentyną 5-0. Któryś z Kolumbijczyków wspomina potem, że od tego momentu rozpoczął się ostry zjazd w dół. Napięcie tymczasem stale rośnie, widz oczekuje punktu kulminacyjnego, nie zdaje sobie natomiast sprawy, że już za chwilę dostanie obuchem w głowę.

Niespełnione sny o potędze

Jedno uderzenie serca i następuje szokujący zwrot akcji. Widzimy, jak zdradzony przez swoich pobratymców Pablo Escobar próbuje zbiec, ale dosięga go kula. Umiera „ojciec chrzestny” piłkarzy, a wraz z jego śmiercią nastaje anarchia. Medellín – miasto, gdzie rządził niepodzielnie – wymyka się zupełnie spod kontroli. Walka o królowanie trwa w najlepsze, codziennie słychać strzelaniny i wybuchy, według policyjnych raportów mieszka wtedy tam około czterystu płatnych zabójców, nie należy ufać nikomu, bo każdy może okazać się twoim wrogiem – w takiej rzeczywistości do turnieju swego życia musieli przygotowywać się gracze. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

Im bliżej mundialu, tym coraz więcej otrzymują pogróżek. Zawodnicy opowiadają o presji nie do zniesienia. Na murawę wybiegają z myślą, że jeśli coś pójdzie nie tak, to mogą zostać zamordowani. Porażka z Rumunią pogarsza jedynie sytuację. Kolumbijczycy do meczu o życie - dosłownie o życie - szykują się sparaliżowani strachem. Brat Luisa Herrery, obrońcy, oficjalnie zginął w wypadku samochodowym. Ktoś się włamał do systemu telewizji hotelowej i w pokojach odtworzył informację, że jeśli w najbliższym spotkaniu zagra Barrabas Gómez, wszyscy zostaną zabici. Gomez nie wystąpił, lecz nie uchroniło to drużyny przed klęską.

Po powrocie do ojczyzny Andrés Escobar, tuż przed śmiercią, pisze na łamach lokalnej gazety „El Tiempo”: „Życie na tym się nie kończy. Musimy iść dalej. Życie nie może tutaj się skończyć”. Śmierć dwóch Escobarów staje się symboliczna, bo oto jeden cykl zakończył się na dobre, a drugi rozpoczął się niespodziewanie. I nikt nie mógł przypuszczać, że kilkanaście lat później będzie on dla Kolumbijczyków tak piękny.

Nowy wspaniały świat?

Show trwa dalej. Kiedy następował zmierzch potęgi Pablo Escobara, na drugim planie rodziło się pokolenie, które z mlekiem swoich matek wypiło nie tylko codzienną walkę o przeżycie w upiornej rzeczywistości, ale przede wszystkim niebywały dryg do futbolu. I w następnych latach rośnie niezauważone, ponieważ całą uwagę ciągle skupiają kartele, narkotyki i zabójstwa.

Widzimy jak piłka kolumbijska tonie w odmętach chaosu. Zaostrza się prawo, a gangi jeden po drugim wycofują się ze sponsorowania klubów. Dotychczasowa niezachwiana symbioza, dająca obu stronom korzyści, zostaje przerwana. Zespoły upadają, a w lidze nie ma już praktycznie ekip z solidnym zapleczem finansowym. Jedne odcinają się od przestępczej przeszłości - słyszymy, jak prezes Millonarios zapowiada oddanie nieuczciwie zdobytych tytułów – inne kontakty z szajkami wciąż podtrzymują.

Ponownie służą za pralnie pieniędzy. Oko kamery uchwyci wszystko, dzięki czemu możemy obserwować, jak Independiente Santa Fe regularnie otrzymuje torby wypchane kasą od ludzi Julio Alberto Lozano. Najbardziej wpływowego ówcześnie barona, który do USA i Europy przemycił 960 ton kokainy.

W tej nowej rzeczywistości w powietrzu nadal wyczuwa się zapach narkotyków i śmierci. W 2006 roku zabito napastnika, reprezentanta Kolumbii, Elsona Becerrę. W tym samym roku zamordowano również trenera Envigado, a w następnym kolejnego z zawodników. Sama reprezentacja schodzi gdzieś na dalszy plan. Nie potrafi awansować na kolejne trzy mundiale. Po drodze wygrywa wprawdzie Copa América, ale zorganizowane u nich w domu, szybko zostaje zapomniane, gdyż groźby rebelianckiego ugrupowania skutecznie odstraszają Argentynę, która na turniej w ogóle nie jedzie, i Brazylię, która wysłała tam swój trzeci garnitur.

Bohaterowie ostatniej akcji

Nieco z boku tego wszystkiego dorastają bohaterowie drugiego planu. Ich losy są ledwo zasygnalizowane. Wiemy, że Carlos Bacca stara się przetrwać, dorabiając jako sprzedawca biletów. Juan Cuadrado walczy z opinią chudzielca niezdolnego do gry. Toczy batalię w osamotnieniu, ponieważ jego ojciec ginie w strzelaninie, kiedy ten ma pięć lat. James Rodríguez robi furorę na młodzieżowym turnieju i rozwija się dalej dzięki osobom związanym niegdyś z Pablo Escobarem. Trafia do Envigado, gdzie szefem jest człowiek skazany wcześniej na 21 miesięcy odsiadki, oskarżany o porwania i organizowanie bojówek.

Wkrótce zawodnicy rozjeżdżają się po świecie i ich życie staje się trochę lżejsze od tego, które mieli ich legendarni poprzednicy. Nawet jeśli pod wodzą Pékermana – początkowo wyszydzanego i zdaniem mediów trenera przecenionego, dzisiaj posiadającego obywatelstwo Kolumbii, który jeżeli stanąłby teraz w wyborach prezydenckich, to mógłby liczyć na ponad 400 tysięcy głosów – z czarnych koni turnieju stali się jednym z głównych pretendentów do tytułu. Nawet jeśli oczekiwania i presja są równie duże, co kiedyś, to nie muszą już wojować ze strachem i demonami czyhającymi tuż za progiem.


Otrzymują magiczny bilet i przenoszą się w świat superprodukcji. Tej kolumbijskiej superprodukcji piłkarskiej, której wciąż brakuje zakończenia. A Hollywood lubi tylko happy endy.       

wtorek, 1 lipca 2014

Soccer według Klinsmanna

Jego pierwsza konferencja wyglądała niczym wykład o futbolu. Zgromadzeni dziennikarze wyliczali potem, że użył ponad trzech tysięcy słów i wiele miało naturę czysto teoretyczną. Tak jakby Jürgen Klinsmann przybył do kraju zupełnie zielonego w kwestiach piłkarskich i zaczął pouczać wszystkich dookoła. Jeśli nawet soccer nie cieszy się tam zbyt dużą popularnością, to ich fanom świat zatrząsnął się wtedy w posadach.

Za kadencji Niemca nie pierwszy zresztą raz. Burza wokół niego nie cichła ani na moment, kontrowersyjne decyzje obiegały media z prędkością błyskawic, a tamtejsze środowisko, tak nieprzychylne na początku nowemu selekcjonerowi, grzmiało raz po raz. Krytykowany nieustannie w ciągu kilkunastu pierwszych miesięcy, do tego wzburzonego otoczenia dokładał swoje trzy grosze. 

Kindersztuba Klinsmanna

Osoby z bliskiego otoczenia obecnego trenera Stanów Zjednoczonych stale powtarzały, że podąża on własnymi ścieżkami, że jest głuchy na nieżyczliwe głosy i zawsze wszystko robi po swojemu. Toteż lądując za Oceanem, od razu zabrał się za pouczanie Amerykanów. To, co dotychczas robili, robili zazwyczaj źle, przeszłość ma pozostać przeszłością, a odpowiedzi na pytania dręczące amerykańską drużynę leżą wyłącznie w przyszłości.

Podkreślał, że nie wzniesie tamtejszego futbolu na wyższy poziom, jeżeli będzie kopiował działania poprzedników. A zawodnikom, którzy pragną dalej się rozwijać, zalecał opuszczenie Major League Soccer i wyjazd do Europy. Narzekał w ogóle na system wiosna-jesień w jakim gra MLS, podczas gdy reszta świata toczy boje zupełnie na odwrót. Nie rozumiał kilkumiesięcznej przerwy między sezonami. Ubolewał nad tym, że najbardziej uzdolnieni wybierają baseball czy koszykówkę i krytykował ligę akademicką, która zabiera młodym szansę trenowania z prawdziwymi zespołami.

Nie było to jednak tylko czcze gadanie, a reprezentacja dla Klinsmanna jedynie celem samym w sobie. On chciał odbudować cały amerykański soccer. To jego decyzją szkółki piłkarskie zaczęły działać w 10-miesięcznym trybie pracy. MLS zaś wraz z jego przyjściem sezon rozpoczyna coraz wcześniej, teraz z początkiem marca, i kończy coraz później, ostatnimi dniami listopada. Natomiast kiedyś piłkarze inaugurowali sezon dopiero późnym marcem i żegnali się wczesnym listopadem.

Niezrozumienie takiego stanu wynikało z prostej rzeczy, dla niemieckiego szkoleniowca futbol to 24-godzinna harówka, która wymaga całkowitego skupienia, pełnej koncentracji i profesjonalnego podejścia. On żyje piłką na okrągło i tego samego oczekuje od swoich podopiecznych. Ma za sobą rzeszę asystentów, stan fizyczny graczy ściśle monitoruje specjalizują się w tym firma, jego treningi zawierają nawet ćwiczenia jogi, a metody pracy obejmują restrykcyjny program żywieniowy i regularne badania krwi.

Soccer w wydaniu niemieckim

Nie byłoby tego pietyzmu w przygotowaniach zespołu i w ogóle nie byłoby Klinsmanna w USA, wcześniej już im przecież odmawiał, gdyby od samego początku nie otrzymał wolnej ręki i pełnej swobody, tam każde jego słowo niemal natychmiast zamienia się w czyn. I od samego początku swoim niczym nieskrępowanym postępowaniem budził wśród Amerykanów spore zdziwienie.

Pierwsze eliminacyjne spotkanie skończyło się dużą wpadką, porażką z Hondurasem. Prasa prześcigała się wówczas w cytowaniu wypowiedzi anonimowych zawodników, opowiadających o tym, że przedmeczowa przemowa nowego szkoleniowca składała się jedynie ze słów: „Idźcie wyrazić siebie”.

O ile w pierwszych miesiącach zdumienie nie nikło, a burza wokół niego nie ustawała, to przed samym mundialem rozpętał się prawdziwy huragan. Najpierw w wywiadzie z „The New York Times” powiedział, że USA nie ma szans na wygranie mistrzostw, gdyż nie prezentuje jeszcze odpowiedniego poziomu, a potem miejsca w kadrze zabrakło dla Donovana.

Landona Donovana, piłkarza-instytucji w Ameryce, człowieka, który wybiegł w koszulce reprezentacji 156 razy, strzelił w niej 57 goli i który występował na poprzednich trzech mundialach. Miejsce w kadrze znalazło się za to dla 19-letniego Juliana Greena, gracza rezerw Bayernu Monachium, który ledwo co debiutował w seniorskim futbolu, a w Stanach Zjednoczonych rozegrał raptem dwa mecze. Po takich decyzjach dziennikarz ESPN, Michael Wilbon, wzywał Niemca, by ten bezzwłocznie zrezygnował z prowadzenia drużyny.

Człowiek z planem

Nawet jeśli Klinsmannowi można zarzucić taktyczną indolencję - o czym wspominał w swojej autobiografii Philip Lahm, pisał, że za jego czasów to zawodnicy Bayernu musieli spotykać się przed meczami i decydować jak mają grać – oraz bzika na punkcie wytrzymałości i przygotowania fizycznego, to trzeba napisać, że jest kimś z planem i wizją. Planem, który Amerykanów również powinien szokować.

Polegał on na wpuszczeniu do szatni dosyć nietypowego powiewu świeżości w postaci piłkarzy urodzonych poza krajem. Kadra pod wodzą Klinsmanna stała się więc nieco kosmopolitycznym tworem, gdzie zobaczymy mieszankę różnych kultur - czterech graczy urodzonych i wychowanych w Niemczech oraz piątego wyciągniętego z tamtejszych młodzieżówek, a także Norwega z urodzenia i Amerykanina ukształtowanego na boiskach Islandii.

Dodając do tego ogólnoświatowego towarzystwa meksykańskie bądź kolumbijskie korzenie niektórych zawodników, futbolistów kopiących piłkę swego czasu w Anglii, Włoszech lub u naszych zachodnich sąsiadów oraz asystentów z Niemiec i Austrii, to otrzymamy coś, z czym fani soccera spotkają się pierwszy raz. Klinsmann podkreśla jednak, że futbol w dzisiejszych czasach stał się po prostu globalną dyscypliną. Na mistrzostwach widzieliśmy przecież trzech trenerów z Kolumbii, którzy nie prowadzili ojczystej drużyny, oddając ją w ręce Argentyńczyka, a o sile ataku Hiszpanii miał stanowić Brazylijczyk.

Obecny selekcjoner przekonywał więc, że gdy piłka ulegała totalnej globalizacji, to Stany Zjednoczone starały się od niej odciąć. To w tym swego rodzaju izolacjonizmie doszukiwał się głównej słabości USA. Popierał go na łamach „The New York Times” Eric Wynalda, były reprezentant, pierwszy gracz z MLS, który trafił do Bundesligi, mówiąc, że Klinsmann zauważył, iż próbowali zamerykanizować tę dyscyplinę, że mają zły harmonogram gier i zbyt długą przerwę międzysezonową, że kiedy inni walczą o punkty, oni tylko ćwiczą.

System ponad wszystko

Dwa lata zajęło mu zdobycie przychylności Amerykanów. Dopiero w ubiegłym roku Stany Zjednoczone zaczęły grać na miarę jego oczekiwań - wygrały 12 meczów z rzędu, zdobyły Gold Cup i awansowały na mundial na dwie kolejki przed końcem eliminacji. Dokonały tego w stylu atrakcyjnym, przyjemnym dla oka, a wcześniejsze defensywne usposobienie, nastawione jedynie na kontrataki, zastąpiły poszanowanie piłki i ofensywna gra.


Niemiec - przedłużył już umowę do 2018 roku i został mianowany dyrektorem technicznym całego amerykańskiego soccera - jest człowiekiem, który myśli systemowo i systemy zmienia. Jego dotychczasowa przygoda z USA na mistrzostwach nie może być określana inaczej niż w pozytywnych słowach, ale trzeba na nią wziąć poprawkę. Bo jego rewolucja jeszcze w pełni się nie dokonała. To nie jest jeszcze soccer według Jürgena Klinsmanna.

niedziela, 29 czerwca 2014

Najlepszy trener świata?

Zapomnijcie o maszynach do wygrywania budowanych wytrwale – godzinami treningów, dziesiątkami spotkań, całymi sezonami – i na bogato – milionami oraz gwiazdami. Zapomnijcie o drużynach perfekcyjnych, kreowanych mozolnie – selekcją i sparingami. Najlepszy trener to nie ten, który tworzy swoje magnum opus latami, a ten, który wieńczy dzieło po kilku, może kilkunastu miesiącach. Miguel Herrera swoją ekipę zbudował niemal od ręki, jak za pstryknięciem palca.

Człowiek, który zmienił Meksyk

Jest takie miejsce na Ziemi, gdzie ludzie, by dostać się na mundial sprzedają domy i samochody. Kraina osobników tak zamiłowanych w futbolu, że lekarze obserwują mecze w trakcie przeprowadzania operacji. Region, gdzie baronii narkotykowi bardziej wielbią własną reprezentację niż swoje przestępcze królestwa i dają się złapać policji na oglądaniu mistrzostw w samej Brazylii. Jest wreszcie kraj prawie 120 milionów kibiców, których podczas piłkarskiej gorączki nie interesują w ogóle sprawy wagi państwowej – rząd debatuje właśnie nad ważną dla nich ustawą energetyczną - poza oczywiście ich ukochaną drużyną.

I w tym państwie od dawna maksymalnie zafiksowanym na punkcie futbolu, pokrzywdzonym przez tę dyscyplinę niemiłosiernie, bo sukcesów pełną gębą naliczylibyśmy im na palcach jednej ręki, pojawił się ktoś stanowiący zupełne odstępstwo od reguły. Ktoś, kto z reprezentacją, która w ostatnich 20 spotkaniach na mundialu zwyciężyła zaledwie sześciokrotnie, nie pojechał na kolejny turniej jedynie z myślą o uszczknięciu czegoś dla siebie. Ktoś, kto nie uchyla kapelusza przed piłkarskimi mocarstwami – wystarczy wspomnieć remis z gospodarzem.

Jeżeli złamie jeszcze jedną barierę, tę, której Meksykowi nie udało się złamać nigdy, czyli zagrać więcej niż jeden mecz w fazie pucharowej mistrzostw, to Meksykanie z całą pewnością stwierdzą, że oto na ich ziemię zstąpił mesjasz. I trzeba przyznać, że to futbolowy zbawiciel o twarzy ekscentryka. Herrera to nie tylko człowiek, który odmienił Meksyk, ale to także oryginał jakich mało.

Zwyczajnie niezwyczajny

Zespoły buduje właściwie na teraz, w żadnym nie wytrwał dłużej niż dwa-trzy sezony. W ciągu 12 lat kariery trenerskiej prowadził pięć klubów, w tym dwukrotnie Atlante, miejsce pracy zmieniał więc sześciokrotnie, a reprezentacja to jego siódmy przystanek. Daleko mu zatem do wengerowskiej lub fergusonowskiej idei budowania drużyn latami. W Meksyku na przykład jego stempel dało się zauważyć niemal od razu.

Miał być selekcjonerem tymczasowym, zatrudnionym na pojedynki barażowe z Nową Zelandią, lecz został na stałe. To w tych meczach po raz pierwszy ustawił reprezentację w systemie 5-3-2. To dlatego w podstawowej jedenastce wybiegło aż siedmiu zawodników, którzy to ustawienie znali doskonale, z prowadzonego przez niego jeszcze niedawno Club América. Nim również miał kierować tylko przez moment.

W pierwszymi swych słowach obiecał, że jeśli nie odbuduje klubu w ciągu sześciu miesięcy, to odejdzie. I tak jak w Meksyku, tak w Club América został na dłużej. Podobieństw zresztą odnajdziemy zdecydowanie więcej. Herrera w obu zespołach zastał zgliszcza. Życie tchnął w upadłą ekipę i stłamszoną kadrę, ledwie co porzucone przez trzeciego na przestrzeni 12 miesięcy szkoleniowca.

Drużynę narodową zrewolucjonizował zatem człowiek zupełnie pospolity, bo w trakcie ponad dekady swojej pracy nie wyróżnił się niczym szczególnym. Dopiero z Club América sięgnął po pierwsze w swojej karierze trofeum. Czekał na nie 11 lat. I to dopiero ławka trenerska Meksyku przeobraziła go w kogoś niezwykłego. Zwyczajny menedżer stał się kimś niezwyczajnym.

Odmienił reprezentację, która rok temu w eliminacjach remisowała z Panamą i Kostaryką, a z Pucharem Konfederacji żegnała już się po dwóch spotkaniach. W ogóle z ekipy, która w kwalifikacjach dwukrotnie uznaje wyższość Hondurasu i nie umie ograć Jamajki oraz wspominanej Panamy, uczynił taką, która na mundialu rozbija Chorwację i walczy jak równy z równym z Brazylią. A to wszystko w czasie nie dłuższym w piłkarskim świecie niż pstryknięcie palcem.

Zanim tam się znalazł, poprowadził drużynę narodową w zaledwie dziewięciu meczach. A trzeba również dodać, że znalazł się tam po raz pierwszy w swoim życiu. Nigdy, czy to jako trener, czy jako gracz, na mistrzostwa do tej pory nie zaglądał. Do Kraju Kawy pofrunął więc kompletny żółtodziób, który właśnie poznaje tajemnice turnieju. Co więcej, który jeszcze rok temu nie posiadał żadnego pucharu w swojej osobistej gablocie.

Krewki charakter

Na mundial mógł jednak pojechać przed dwudziestu laty. Był wówczas podstawowym obrońcą Meksyku, rok wcześniej wziął udział w udanym dla nich Copa América – porażka w samym finale. Ale już wtedy dało o sobie znać jego nadpobudliwe usposobienie. Zawiódł ówczesnego selekcjonera Miguela Baróna, który ostrzegał go przed prowokacyjnie grającym skrzydłowym jednego z rywali w kwalifikacjach do turnieju w Stanach Zjednoczonych. Herrera nie wytrzymał i wyleciał z boiska. Zamknął sobie tym samym drzwi do dalszej gry w zespole.

O swoim krewkim charakterze przypominał w zasadzie przez całą karierę. Często poddający się emocjom i nieprzebierający w środkach na murawie i poza nią, jak w 1994 roku, kiedy sprowokowany przez kibica w trakcie udzielania wywiadu odpłacił mu na oczach wszystkich kilkoma kopniakami.

Dopiero ławka trenerska stępiła nieco jego temperament, przynajmniej te najgorsze cechy. Bo nawet jako selekcjoner wciąż gestykuluje, wykłóca się, beszta, wspiera, spotkaniami żyje i reaguje spontanicznie na każdą akcję. To żywiołowy pasjonat futbolu nieustannie odprawiający swój rytualny taniec tuż przy linii bocznej boiska. A na jego twarzy podczas meczu zobaczymy tylko wyraz pasji graniczącej nieomal z obsesją.

To szkoleniowiec daleki od dyktatu swoich poprzedników, raczej zakazujących i wymagających, lecz kadrą starający się rządzić twardą ręką. Potrafił posadzić na ławce rezerwowych niekwestionowaną gwiazdę reprezentacji Javiera Hernándeza i umiał postawić w bramce na Guillermo Ochoę. Kolejnego bohatera Meksyku zasługującego na osobny tekst, człowieka po przejściach, zawieszonego swego czasu za stosowanie dopingu, strzegącego bramki najsłabszej w ostatnim sezonie drużyny Ligue 1, który na mundialu zatrzymał Brazylię.

Herrera nie boi się podejmować odważnych decyzji, a zawodnicy odpłacają mu na murawie i poza nią, cenią go na zabój i poszliby za nim chyba do samego piekła. W wywiadach opowiadają o sposobie w jaki z nimi rozmawia, niczym piłkarz i przyjaciel z boiska, jak potrafi wysłuchać każdego z nich, że jest otwarty na wszelkie propozycje i że swoją otwartością oraz zachowaniem wyleczył ich z różnych wątpliwości, dostarczył niespotykaną wcześniej dawkę pewności siebie i stworzył wspaniałą atmosferę wewnątrz zespołu.

Tomcio Grubasek

To człowiek, który na pierwszy rzut oka nie nadaje się do trenerki. Na murawie zdecydowanie częściej kopiący po nogach, niż myślący, poza nią w ciągłej gonitwie emocji, kompletnie nie pasuje do obrazu analizującego na okrągło, zimnokrwistego i wyrachowanego menedżera. On w ogóle nie odpowiada rysopisowi normalnego szkoleniowca, zachowawczego, powściągliwego, z notesem i długopisem w ręku. On jest wesoły, rubaszny i zawzięty, a posturą, mimiką twarzy, gestykulacją i sposobem zachowania bardziej przypomina komika wyjętego wprost z jakiejś amerykańskiej komedii.


Za tą niepozorną maską skrywa się jednak ktoś z pomysłem na reprezentację i zmysłem taktycznym. Przed samym wylotem do Kraju Kawy przekonywał, że jedzie po tytuł mistrzowski i nie rzucał raczej słów na wiatr. Bo jaki trener w tak krótkim czasie zupełnie odmieniłby zespół niezdolny do wygrywania w eliminacjach, który zmieniał dowódców czterokrotnie na przestrzeni paru miesięcy i który wszedł na mistrzostwa kuchennymi drzwiami? Tylko najlepszy na świecie. Najgorzej opłacany spośród całej turniejowej plejady selekcjonerów i posiadający najwięcej fanów na Twitterze Miguel Herrera już ten mundial wygrał.

środa, 25 czerwca 2014

Angielska puszka Pandory

Gdy ją otworzyli i uleciał z niej bezlik talentów, kiedy rozpanoszyły się one po wszystkich najlepszych klubach, przestraszeni ogromem bogactwa jakie się im trafiło, zamknęli jej wieko. Ale na jej spodzie pozostały w uwięzieniu wyniki oraz sukcesy. Generacja, nazywana złotą, jakiej chyba „Synowie Albionu” nie posiadali nigdy, miała na długie lata zapanować nad piłkarskim światem. Tymczasem tyle z niej zostało, że na Wyspach pragną o niej jak najszybciej zapomnieć.

Nie wszystko złoto, co się świeci

W jakiej futbolowej ekstazie musieli żyć na przełomie wieków Anglicy. Do diabelnie zdolnej i względnie doświadczonej grupy, której trzon stanowili ludzie Fergusona, napływali kolejni błyskotliwi młodzianie, następnym falom domorosłych talentów nie było po prostu końca. Anglia wkroczyła w wiek nieustannego piłkarskiego przypływu. To miała być era wiecznej szczęśliwości, usiana niezapomnianymi meczami i sukcesami.

To ówczesny dyrektor wykonawczy federacji, Adam Crozier, zachwyciwszy się niecodzienną mieszanką obiecujących graczy i otrzaskanych w dorosłym futbolu gwiazd, ukuł termin „złota generacja”. Termin, który podchwyciła prasa i otrąbiła jej narodziny. Wszyscy ozłocili to pokolenie zawczasu, co z sezonu na sezonu ciążyło im coraz bardziej. Pokolenie, które najwidoczniej musiało sobie wziąć do serc stare porzekadło rockandrollowców – „żyj szybko, umieraj młodo” – gdyż jeszcze w sile wieku pogrzebało się swoją domniemaną wówczas wielkością.

Wyrosło nagle zgrają juniorów momentalnie dorastających w futbolu, robiących błyskawiczne kariery, wdzierających się przebojem na boiska i od razu wiedzącym, czego chce. Przecież to na mundialu we Francji w kontekście reprezentacji Anglii najczęściej mówiło się o Michaelu Owenie - niespełna 19-latku, który robił wtedy na francuskich stadionach furorę - oraz o czerwonej kartce Davida Beckhama w meczu z Argentyną, 23-latku będącym już ikoną Wysp. Niecałą dekadę później o Owenie nikt nie pamiętał, a z Beckhama więcej zostało showmana niż prawdziwego zawodnika.

Określenie „złota generacja” okazało się wyłącznie pustym sloganem, pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia, bo w piłce reprezentacyjnej nie osiągnęła ona praktycznie nic. A przynajmniej tyle, ile po niej oczekiwano. Generacja obwieszczona przez media wielką, pięć nieudanych turniejów dalej zmalała drastycznie w oczach Anglików.

Stracone pokolenie

Cała Anglia żyła tylko iluzją potęgi. Posiadali zgraję najbardziej utalentowaną z utalentowanych, swego czasu niewielu na globie mogło się z nią równać, więc czymś zupełnie naturalnym stały się wyostrzone apetyty i wzmożone oczekiwania. I właśnie te oczekiwania zjadły reprezentację od środka.

Grupa wybitnie uzdolnionych ani razu nie wzięła spraw w swoje nogi. Od Ronaldinho lobującego Davida Seamana, przez przeklęte serie jedenastek z Portugalią i jeszcze bardziej przeklętego Luisa Felipe Scolariego, który eliminował ich trzykrotnie, po pogrom w pojedynku z Niemcami – w tych ważnych spotkaniach i ich najistotniejszych, decydujących momentach zawodzili.

A przecież mówimy o pokoleniu, które łącznie wzięło prawie setkę trofeów, w klubowej piłce zdobyło wszystko, co było do zdobycia. Mówimy o trzynastu triumfatorach Ligi Mistrzów i o czternastu krajowych mistrzach. Mówimy wreszcie o graczach najbardziej medialnej i najpotężniejszej ligi na kuli ziemskiej – pięciokrotnie z rzędu zaglądała do finału Champions League. Tymczasem w futbolu międzynarodowym nie otarło się ono o choćby jeden puchar.

„Złota generacja”, która w swoich zespołach świeciła pełnym blaskiem, w drużynie narodowej blask traciła. Gasła ich moc, siła malała, duma nikła, ambicja, waleczność i przebojowość umykały, a umiejętności zanikały. Doskonale zorganizowani i żądni zwycięstw za wszelką cenę w klubach, w kadrze nie potrafili stworzyć namiastki tego, co pokazywali na co dzień. Dla nich to była ponad dekada spod znaku klubowych wzlotów i bolesnych reprezentacyjnych upadków.

Syndrom zaprzepaszczonej wielkości

Jest pewien symbolizm w największej boiskowej wiktorii tego pokolenia, do której wciąż się na Wyspach wzdycha – wyjazdowego rozgromienia Niemców 5-1. Ekipa na piłkarskiej fali pokonała zespół w zupełnym odwrocie, podstarzały i bez jakichkolwiek widoków na przyszłość. I ten zespół w odwrocie na mundialu w Korei i Japonii zaszedł do finału, a ekipa na fali musiała zadowolić się jedynie ćwierćfinałem.

I dalej: kiedy Niemcy zrewolucjonizowali swój system szkolenia i odmienili kompletnie oblicze własnego futbolu, Anglicy tylko się pogrążali. W kadrze przewijały się ciągle te same twarze, a każdy turniej kończył się z identycznym skutkiem. Zaraz po nim zaczynały się niekończące się wzajemne oskarżenia i poszukiwania winowajcy całego zła. Świat tymczasem parł do przodu i nie oglądał się na nic, tym bardziej na zirytowanych Wyspiarzy.

Zirytowanych głównie swoimi selekcjonerami, którzy bezradnie próbowali uchylać wieko z zamkniętymi wynikami i dokonaniami. Bo trzeba pamiętać, że nad tym gronem wielkich nazwisk opiekę roztaczali menedżerowie dorastający im swoją wielkością. Nawet jeśli Szweda Svena-Görana Erikssona określi się oportunistą niezdolnym do podejmowania trudnych decyzji, o czym wspominał Gary Neville, to wypada przyznać, że swego czasu był to trener absolutnego topu. A sterujący kadrą kilka lat później Fabio Capello w każdym zespole, w którym się pojawił, zawsze był gwarantem sukcesów.

Z tą generacją było więc tak, jak z niektórymi wybitnymi aktorami polskiego kina, którzy nigdy nie zostali w pełni wykorzystani. Tak tutaj, w reprezentacji Anglii, nie potrafiono wykrzesać z graczy maksimum, nie umiano oddać jej potencjału.

Zakładnicy przewidywalności

Nieodłącznym problemem wszystkich kolejnych szkoleniowców stało się to, jak w jednym składzie upchnąć Scholesa, Beckhama, Gerrarda i Lamparda. Co więcej, preferowany przez Erikssona system 4-4-2 nie działał w stu procentach. Zmiana ustawienia na 4-5-1 na mundialu w Niemczech również nie przyniosła pożądanego skutku. A za swego rodzaju futbolową zbrodnię stulecia należałoby przyjąć to, że nigdy nie wykorzystano w pełni możliwości Scholesa. Człowieka, którego Xavi uznał najlepszym pomocnikiem ostatnich dwóch dekad, a który karierę reprezentacyjną zakończył w 2004 roku w wieku 30 lat z 66 występami na koncie. 

„Synowie Albionu” używanym najczęściej ustawieniem 4-4-2 i atakiem zazwyczaj złożonym z niskiej, dynamicznej „dziesiątki” oraz wysokiej, dobrze zbudowanej „dziewiątki” stali się zakładnikami przewidywalności. Jeżeli dodamy do tego stale przewijające się, te same nazwiska, bez względu na ich formę, to otrzymamy przepis na piłkarską stagnację, która idzie w parze z rychłym niepowodzeniem.

Chociaż zawodnicy w swoich wypowiedziach anatomii porażki doszukiwali się w zgoła odmiennych rzeczach. Rio Ferdinand w wywiadach powtarzał, że to pokolenie zabiła zwyczajna presja, że nie mogli oni dać wszystkiego drużynie narodowej. Gerrard stwierdził, że ta grupa powinna była wypaść zdecydowanie lepiej, lecz czasami brakowało jej po prostu szczęścia. Lampard na łamach „The Guardian” opowiadał, że o „złotej generacji” powinno mówić się dopiero w przypadku wygrania mistrzostw. Według niego to permanentnie  wymawiane i powracające przed każdym turniejem określenie zniszczyło ich od wewnątrz. A Capello po dwóch meczach w RPA opowiadał o strachu, jaki noszą w sobie liderzy ekipy.

Coup de grâce

„Złota generacja” nie umarła nagle, jednym ścięciem wraz z końcem przygody w Brazylii. Ona konała powoli i w bólach. A jej gwiazdy żegnały się spektakularnie źle. Poza wspomnianym Scholesem, mundialem w 2006 roku pożegnał się Gary Neville, Sola Campbella pogrążyła klęska Steve’a McClarena w eliminacjach do Mistrzostw Europy 2008, Joe Cole rozstawał się z reprezentacją kompletną klapą w RPA, Beckhama z tego turnieju wykluczył uraz, po drodze kontuzje wykończyły Hargreavesa oraz Owena, a w ostatnich trzech latach oficjalnie odchodzili Terry, Ferdinand i Ashley Cole. Obecnym zaś mundialem z kadrą kończy na pewno Lampard i być może Gerrard.


Ale jedno, sprawne, bezbolesne cięcie przydałoby się właśnie teraz. Pogrzebanie tej puszki Pandory i zapomnienie o pokoleniu, które przysporzyło tylu przykrości. Zupełne zdystansowanie się i rozpoczęcie nowego rozdziału.